Wydany w 1982 roku Szkolny lud, Okulla i ja jest ostatnią naprawdę wybitną powieścią Niziurskiego, zamykającą zarazem jego szczytowy pod względem artyzmu i głębi psychologicznej okres twórczości, rozpoczęty Siódmym wtajemniczeniem. Nic, co po Okulli Niziurski napisał, nie dorównywało już opowieściom o Gnypowicach i Odrzywołach, a było ostatnim wzlotem geniusza, zakończonym bolesnym lądowaniem pod postacią słabej literacko i mało zabawnej trylogii o Bąblu i Syfonie.
Szkolny lud, Okulla i ja to pierwsza część dyptyku o Tomku Żabnym, choć sam Niziurski, jak się wydaje, nie planował ciągu dalszego, a część druga, wydana dopiero dziesięć lat później, nie stanowi tak oczywistej i logicznej kontynuacji, jak było to w przypadku genialnej „trylogii odrzywolskiej”. To opowieść według znanego patentu: do szkoły przybywa nowy uczeń i na samym początku grzebie wszystkie swe szanse i wpada w nieprawdopodobne tarapaty. Tomek Żabny pojawia się w liceum Narcyzy Żmichowskiej i natychmiast zostaje nazwany „Żabą”, „Dzikusem” i „Flanelą”, musi zmagać się z groźnymi braćmi Męckimi, z Kociem Kocembą i Ciesiem Ciesielskim, wyjątkowo udręczającymi figurami, a także z wrednymi żartami Złośliwego Miecia i donosicielem Wyrzkiem. Na dodatek natychmiast podpada wicedyrektor szkoły Renacie Okulczyckiej, czyli tytułowej Okulli, a także innym nauczycielom – Gepardowi od wychowania fizycznego, Szufli od przyrody, Trąbie od chemii. Całe szczęście pojawia się Obara, harcerz, dżudoka i znawca zawiłości szkolnych układów, który Żabnego bierze pod opiekę. Jest to zatem powtórzenie w zmodyfikowanej wersji perypetii Cymeona, a protagoniści tej opowieści są w wielkiej mierze kalkami tamtych herosów.
Jarosław Strzębski: „Mój ojciec w powieści Szkolny lud, Okulla i ja występuje jako Złośliwy Miecio, który miał ukryty w dłoni kolec i podawał rękę, aby zranić rozmówcę, co z kolei jest już tylko złośliwością autora książki. Mama z kolei występuje jako siostra Antka Batury z Księgi urwisów, która wybrała sobie nudny wydział włókienniczy w szkole wyższej. Moja mama właśnie wtedy zaczynała studiować na Politechnice Częstochowskiej włókiennictwo. Chciała studiować chemię, ale nie miała właściwego pochodzenia i zostało jej włókiennictwo”.
Książka ukazała się w ponurą noc stanu wojennego i sytuacja ekonomiczna kraju odbiła się na fabule: grono pedagogiczne ma na głowie nie tylko rozbrykanych uczniów, ale też problemy z zaopatrzeniem stołówki i zdobyciem mięsa, tworząc złożony z nauczycieli komitet kolejkowy. W istocie w tamtych czasach niedoboru w zasadzie wszystkiego działały nieformalne komitety kolejkowe, pilnujące porządku w ogonkach po produkty zarówno pierwszej, jak i drugiej, a nawet trzeciej potrzeby. Tutaj zebranie w pokoju nauczycielskim poświęcone jest nie zagadnieniom edukacyjnym, ale temu, że nauczyciel Trąbaczewski zawalił dyżur w komitecie kolejkowym. Nad Trąbą odbywa się sąd koleżeński za to, że już o godzinie czternastej opuścił kolejkę i udał się zupełnie gdzie indziej, mimo iż „tego dnia był schab”, a „pani Halinka odłożyła dla nas nawet kawałek szynki”. Osobie niezorientowanej w realiach przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ten wątek może wydać się jakby żywcem wzięty z teatru absurdu, a przecież jest bodaj najbardziej realistycznym elementem całej powieści, bo dokładnie tak wówczas wyglądało życie w Polsce, co starsi czytelnicy Niziurskiego doskonale pamiętają.
W Szkolnym ludzie ujawnia się bez reszty uniwersum Niziurskiego, gdzie cały świat zamknięty jest w zasadzie w murach szkoły. Szkoła u Niziurskiego jest jak międzygalaktyczny statek mknący przez nieskończoność kosmosu, jest wszystkim i wszystko, co ważne, dzieje się na jego pokładzie, a podróżnicy, w tym przypadku uczniowie, tworzą patchworkową mozaikę typów skazanych na siebie mimo różnic charakterów.
Powieść fenomenalnie naśladuje i wykpiwa język partyjny, będąc poniekąd odwzorowaniem w skali szkoły relacji na najwyższych szczeblach władzy, gdzie ciało pedagogiczne odgrywa rolę władz państwowych, a starsi i ważniejsi uczniowie politruków niższej kategorii. Uczniowie oczywiście chętnie, jak to u tego pisarza, używają mowy wysokiej, ale naznaczonej językowymi nowotworami, a także dobrze znanymi z prasowych czy kinowych relacji ze świata peerelowskiej polityki. I tak uczeń Kleszcz w czasie debaty o planie ucieczki całej klasy VII B z lekcji używa takich zwrotów jak: „Czuję się w obowiązku zwrócić kolegom uwagę…”, czego nie powiedziałby przecież żaden uczeń podstawówki do swych rówieśników, ale jako parodia języka zetesempowskiego – jest to genialne. Cała narada związana z planem ucieczki z lekcji jako żywo przypomina nasiadówkę aktywu komitetu wojewódzkiego bądź powiatowego PZPR. Szczególnie że w takiej sytuacji jak zbiorowa ucieczka z zapowiedzianej klasówki z chemii wymagana jest jednomyślność, gdy tymczasem obstrukcję czyni jeden z uczniów – Kuglewicz, który za nic nie chce uciekać, a wręcz pragnie pisać klasówkę. To działanie przeciw klasie, a więc przeciw jedności, to działanie w interesie wrogów klasowych. Wrogami klasowymi, czyli wrogami klasy, są nauczyciele. Jednocześnie sama techniczna otoczka ucieczki przypomina akcje komandosów: z organizowaniem liny ubezpieczającej dla schodzących po drabinie przeciwpożarowej, przeprowadzeniem rozpoznania wokół pokoju nauczycielskiego, wyrzucaniem obuwia osobno, by nie zostawić śladów. Jak często u Niziurskiego działanie trzynasto-, czternastolatków nosi znamiona organizowania się przez dorosłych, bardzo dojrzałego zarządzania, podobnie jak ich język pod względem zasobu słów, składni, elokwencji jest zdecydowanie powyżej ich wieku. Nauczyciele też nie pozostają w tyle w swych parodystycznych działaniach językowych. Matematyk Podlecki wypowiada takie zdanie w trakcie sporu grona pedagogicznego: „Zawsze protestowałem i będę protestował przeciw arbitralnym sądom woluntarystycznym oraz przeciw osobom płaszczącym się pod nędznym płaszczykiem humanizmu”.
Być może czas zadać pytanie: czy aby Niziurski naprawdę pisał swoje powieści akurat dla młodzieży? Czy też także dla rodziców? Dla swoich rówieśników? Czy książki Niziurskiego nie były sprytnie zakamuflowanymi w dziecięcym maskowaniu historiami, z których więcej wynosili rodzice małych czytelników? Czy też mamy do czynienia z czymś, co z pewną dozą interpretacyjnej swobody moglibyśmy nazwać palimpsestem? Literaturą, która została nadpisana nad starą opowieścią? Jeśli wziąć ów stary podkład, można uznać, że historie Niziurskiego były logicznym ciągiem rozwojowym młodzieńczej, chłopięcej prozy spod znaku Wspomnień niebieskiego mundurka Wiktora Gomulickiego (bo przecież nie spod znaku Niepokojów wychowanka Törlessa Musila), ale jeśli uznać swoistą palimpsestowość tej prozy, można pokusić się o teorię, że Niziurski w równej mierze pisał te książki dla dorosłych, a mógł w nich sobie pozwolić na więcej niż w tych nominalnie „dorosłych” powieściach, jak Eminencje i bałłabancje czy Salon wytrzeźwień.
**
Zaniechawszy literatury kryminalnej, równolegle z pisaniem powieści młodzieżowych uprawiał Niziurski prozę dla dorosłych. Były to książki o rozterkach młodej „inteligencji pracującej” – inżynierów i lekarzy w realiach wielkich budów socjalizmu. Ich akcja rozgrywała się na prowincji uderzająco kojarzącej się z Kielcami. To Salon wytrzeźwień (1964), Eminencje i bałłabancje (1975) oraz króciutkie A potem niech biją dzwony (1976). To, co łączyło te powieści, to postać głównego bohatera – ambitnego, upartego do przesady, pryncypialnego i przeciwstawiającego się lokalnym układom młodego człowieka. Uzdolnionego fachowca, który nie godząc się na żadne ustępstwa, zamiast wygodnie umościć się i korzystać ze znajomości, podejmuje walkę w imię zasad i przegrywa. Czy to doktor Janyst z Salonu wytrzeźwień (nazwisko będące aluzją do doktora Judyma z powieści ulubionego pisarza Niziurskiego – Stefana Żeromskiego), czy inżynier Bałłaban, czy w mniejszym stopniu bohater A potem niech biją dzwony to stawiający opór gomułkowskiej „małej stabilizacji” i gierkowskiej „propagandzie sukcesu” outsiderzy, ofiary środowiskowego oportunizmu, który był przecież jedną z głównych cech Peerelu. Podobnie outsiderem był bohater krótkiej powieści wojennej Wyraj (1964), lekarz, który mając za sobą traumatyczne doświadczenia z ruchu oporu, nie chciał się już angażować w działalność przeciw okupantowi, a jedynie doczekać końca wojny.
Bohaterowie „poważnych” powieści Niziurskiego to poniekąd dorośli chłopcy z jego książek młodzieżowych. Tak właśnie przecież mogły potoczyć się losy „Piratów” i „Kolonistów” oraz „Blokerów” i „Matusów” po tym, jak skończyli szkoły a następnie politechniki, uniwersytety, akademie medyczne i zderzyli się z życiem, w którym nie ma już chłopackich przygód, a prawdziwe problemy mają bardzo przyziemny, a przez to nadzwyczaj bolesny wymiar. Powieści o doktorze Janyście oraz inżynierze Bałłabanie niosły ze sobą gorzką prawdę o peerelowskiej rzeczywistości. A na pewno o peerelowskiej prowincji, uosabianej przez ukochaną Kielecczyznę. Ukochaną przez Niziurskiego, ale jednak poddaną przecież w „dorosłych” powieściach tego pisarza miażdżącej krytyce.
Jako multiinstrumentalista Niziurski pisał też słuchowiska radiowe i sztuki telewizyjne (na przykład Ucieczka z Betlejemu o perypetiach sfrustrowanych robotników uwięzionych na nieważnej budowie gdzieś w odmętach polskiej prowincji), ale przecież zostanie na zawsze autorem powieści dla młodzieży. Jego nawet najlepsze książki dla dorosłych (osobiście jestem zagorzałym wielbicielem Salonu wytrzeźwień oraz Eminencji i bałłabancji) nie miały aż takiego znaczenia, takich nakładów, takiej popularności, a przede wszystkim nie zmieniały świata tak jak Sposób na Alcybiadesa, Siódme wtajemniczenie, Klub włóczykijów czy trylogia o mieście Odrzywoły. Tak, właśnie chodzi o zmienianie świata, bo przecież wszyscy, którzy czytaliśmy te powieści, dojrzewaliśmy w ten sposób i mądrzeliśmy dzięki tym książkom. Z nierozgarniętych młodocianych kretynów, doprowadzających do rozpaczy swym nieuctwem i odpornością na wiedzę rodzinę i znakomitych gogów, powoli zamienialiśmy się w dojrzałych ludzi. Jeśli nie zmieniliśmy świata, to jednak dzięki tym książkom zmieniliśmy siebie. A to już bardzo dużo. Edmund Niziurski przygotował nas do życia jak nikt inny.
Pożegnanie z książką, ale nie z powieściami Niziurskiego, bo z nimi nie sposób się pożegnać na zawsze.
Autor Sposobu na Alcybiadesa od milenijnego przełomu już nic nie pisał. Ostatnie trzynaście lat życia przeszło mu na pisarskiej emeryturze w realiach wciąż pogarszającego się stanu zdrowia. Przez ostatnie lata znajdował się pod stałą opieką lekarską oraz rodziny w domu na Miłobędzkiej i nie miał siły pisać.
Zmarł 9 października 2013 roku właśnie w domu na Miłobędzkiej, w którym wciąż unosi się jego duch, a nawet wąskimi korytarzami i po stromych schodach przemykają postaci z jego książek. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim. Autor niniejszej książki nigdy nie poznał osobiście Edmunda Niziurskiego, czego żałuje nawet bardziej niż tego, że nie mieszkał w Odrzywołach. Dane mu było jedynie wygłosić na prośbę jego syna Marcina w imieniu czytelników mowę nad grobem pisarza. Pisarza, któremu zawdzięcza więcej, niż jest w stanie powiedzieć i dzięki któremu sam zaczął pisać książki.
Krzysztof Varga
Księga dla starych urwisów...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.