sobota, 30 maja 2026

Myślenie myślało

 

Nietzsche w Pismach pozostałych (w nowym tłumaczeniu oraz nowym układzie Bogdana Barana) powiada tak: „Najbardziej dzieli mnie od metafizyków to, że nie zgadzam się z nimi, iż «ja» jest tym, co myśli; uważam raczej «ja» za k o n s t r u k c j ę  m y ś l e n i a”. A także: „dopiero myślenie ustanawia «ja», ale dotychczas wierzono […] że w «ja myślę» tkwi coś bezpośrednio-znanego, a to «ja» miało być z góry daną przyczyną myślenia”. To tak jakby powiedzieć: zanim było „ja”, myślenie myślało; myślenie musiało myśleć, żeby ustanowić swoje „ja” (w każdym wypadku każdego indywidualnego myślenia – „ja” oddzielone od świata, „ja” indywidualne), żeby ograniczyć się do niego i nie mieć wątpliwości, z czym jest połączone – że to jest jego (tego myślenia) własne „ja”. Jeśli zaś myślenie myślało, to płakanie płakało, mówienie mówiło, patrzenie patrzyło, istnienie istniało. Żeby istnienie zaistniało, wprzód musiał zaistnieć czasownik „zaistnieć”. Kociość się kociła, ślimaczość się ślimaczyła i wy-ślimaczała, wiewiórczość, żeby być wiewiórczością, wprzód się wiewiórczyła, wprzód musiała się wy-wiewiórczyć, potem w-wiewiórczyć, a dopiero potem to coś (coś – to nawet za dużo powiedziane), jakieś w-wiewiórczone w-wiewiórczenie ustanawiało swoje „ja”, konstruowało tę swoją konstrukcję – ustanawiało swój wiewiórczy, odrębny od innych, ogon, i swoje odrębne, oddzielone od wszystkich innych, zęby – ustanawiało swoje indywidualne „ja” jako coś, co jest znane mu bezpośrednio, i nie tylko dostępne bezpośrednio, ale także otwierające bezpośredni dostęp do wszystkiego innego, wszystkiego istniejącego osobno – całego świata i całego życia. Ślimaczość nie ustanawia swojego ślimaczego „ja”? Wiewiórczość nie ustanawia? Popatrzcie na ślimaka – porusza się osobno i pozostawia za sobą osobne pasmo swojego śliskiego ślimaczego śluzu. To znaczy, że jego ślimacze myślenie wymyśliło jego osobną drogę – i jego osobność. Ale jeśli tak to ujmiemy, jeśli „myślenie myślało” przełożymy na „ślimaczość się ślimaczyła” czy jakoś podobnie, to możemy pójść jeszcze trochę dalej i powiedzieć: to przecież życie żyło, kawałek życia w-żył się w życie (pod postacią wiewiórki czy ślimaka czy czegokolwiek innego – czegoś żywego, które pojawiło się w życiu; ożyło) i dzięki temu, że w-żył się w-życie, dzięki temu, skonstruowawszy swoje „ja”, uzyskał dostęp do świata-życia. A także dostęp do swojego „ja” – czyli do rozpoznania, że istnieje jako „ja”. Albo jako „coś”, albo jako „jakieś”. Inaczej – bez tego podwójnego dostępu – kawałek życia nie mógłby przeżyć, nie miałby żadnej możliwości przeżycia, nie dałby sobie rady w życiu. A przecież nie chodzi o nic innego, o nic więcej, tylko o to, żeby dać sobie radę, żeby przeżyć, żeby żyć możliwie długo. Oraz możliwie bezboleśnie. Chodzi o to życiu, każdemu kawałkowi życia – temu kawałkowi, który jest wiewiórką, i temu, który ja (skonstruowawszy się) nazywam mną. Życie nie ma innego celu poza życiem – możliwie długim i możliwie przyjemnym (bezpiecznym; kiedy jest mróz, to w cieple; i tak dalej). Tu Nietzsche by zaprotestował, nawet by mnie wyśmiał (gdyby mógł to przeczytać), bowiem celem życia nie było według niego życie; życie, seria przypadków, nie miało według niego żadnego celu – może poza wiecznym powrotem, nonsensownym (i niepotrzebnym – nikomu i niczemu) odwróceniem klepsydry z piaskiem. Nie sądzę zresztą, żeby to (to, co tu napisałem) było zgodne z tokiem myślenia Nietzschego, żeby o to mu chodziło, żeby to było jego rozumienie życia. Ale mnie o to chodzi, to jest moje rozumienie świata-życia. W tym miejscu – kiedy już się powie, że każdemu kawałkowi życia chodzi o to (i wyłącznie o to), żeby żyć, bowiem to jest jedyny cel życia – trzeba by też zapytać, dlaczego taki kawałek, powiedzmy, wiewiórczy, ślimaczy, zresztą wszystko jedno jaki (żaden kawałek życia nie jest ani lepszy, ani gorszy, ani ładniejszy, ani brzydszy od innego kawałka; nie jest też ani mądrzejszy, ani głupszy – jeśli spojrzeć na to nie od strony naszych norm estetycznych czy moralnych, lecz od strony losu tych kawałków; nie jest też ani lepiej, ani gorzej pasujący do całości; ani lepiej, ani gorzej niż inne kawałki życia; wszystko pasuje do siebie jak najlepiej), dlaczego taki kawałek życia, niespodziewanie dla samego siebie, w-wiewiórczył się, w-ślimaczył, w-żył się w życie – skąd to coś się wzięło. Gdzie jest powód oraz początek tego myślenia, które pomyślało i wymyśliło swoje oddzielne „ja”? W trzeciej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego – „pomyślało”? To właśnie tam to coś się zaczyna? W bezokoliczniku „pomyśleć”? Ale to jest jedno z tych pytań, które zadają metafizycy, jedno z tych pytań, które natychmiast (gdy tylko się pojawią) pogrążają nas w nieprzeniknionej ciemności – Netzschego metafizyczne pytania nie interesowały, chyba nawet nimi pogardzał.

JAROSŁAW ‌MAREK RYMKIEWICZ

SAMUEL ‌ZBOROWSKI

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.