środa, 24 czerwca 2026

Seks sześcionogów

 

Dlaczego owady osiągnęły tak olbrzymi sukces jako grupa zwierząt – dlaczego są tak różnorodne i niewiarygodnie liczne? Mówiąc wprost: bo są małe, sprytne i sexy.

Życie na Ziemi rozciąga się na dziesięć klas wielkości – od bakterii Mycoplasma (miliardowe części metra) po gigantyczne kalifornijskie sekwoje, które potrafią wystrzelić w górę na ponad sto metrów. Owady obejmują sześć tych klas z dolnej części skali – od samców bezskrzydłych rzęsikowatych, które są mniejsze od przekroju ludzkiego włosa, po straszyki o długości ludzkiego przedramienia (patrz podr. „Wygryźć gryzonie?”). Oznacza to, że absolutna większość owadów to organizmy niewielkie, wymagające jedynie malutkiej kryjówki, by schować się przed wrogami; mogą przy tym wykorzystywać zasoby, które nie interesują większych zwierząt.

Owady są do tego niezwykle sprytne – wykazują się elastycznością i zdolnościami adaptacyjnymi. Dzięki skrzydłom potrafią pokonywać duże odległości jak na swoje skromne rozmiary, a dzięki opanowaniu trzech wymiarów przestrzeni powietrznej mają dostęp do znacznie większej liczby źródeł pożywienia. To, że większość owadów spędza dzieciństwo w zupełnie innej formie cielesnej niż dorosłe osobniki (patrz podr. „Godzina przemiany”), sprawia, że na różnych etapach życia mogą wykorzystywać zupełnie inne miejsca do mieszkania i źródła jedzenia, a młodzież nie musi konkurować z dorosłymi o żywność.

I na koniec – owady posiadają zdolność do niezwykle szybkiego rozmnażania się. Nie ma wątpliwości, że to właśnie łażąca po ścianie mucha uznała, że to do niej Bóg zwraca się, mówiąc: „Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną”* (1 Moj 1, 28). Wyobraź sobie tylko: zacznijmy od dwóch muszek owocowych i zapewnijmy im idealne warunki przez cały rok. Oznacza to 25 pokoleń muszek. Każda mamusia składa sto jajek. Załóżmy, że wszystkie dorastają, połowa to panie; parzą się one i składają kolejną setkę jaj. Gdy minie rok, żyć będzie właśnie dwudzieste piąte pokolenie – samo ono liczyć będzie niemal septylion słodkich, czerwonookich muszątek. Septylion to jedynka z czterdziestoma dwoma zerami. Aby uzmysłowić sobie taką liczbę, można sobie wyobrazić, że ściskamy te wszystkie muchy w ogromną muszą kulę. Jej średnica będzie wtedy większa niż odległość od Ziemi do Słońca! Jak dobrze, że owady mają wielu wrogów, bo bez tego na naszym globie nie byłoby dla nas miejsca.

Na szczęście większość owadzich jaj nigdy nie dotrwa do dorosłości. Większość insektów zdycha z głodu, zostaje pożartych lub ginie w inny sposób na długo przed założeniem rodziny. To ostra walka. Z czasem owady wykształciły w sobie nieprawdopodobną liczbę przystosowań, związanych między innymi z wyborem partnerów i rozmnażaniem. Niektórym z nich przyjrzymy się w tym rozdziale.

50 shades of strange

Zmysły owadów odgrywają ogromną rolę w poszukiwaniu partnerów, a konkurencja jest tu mordercza. Ale gdy on spotka ją, to wcale nie oznacza końca walki. Wprost przeciwnie – wszystko dopiero się rozkręca. Bo wiele jest odpowiedzi na pytanie, co obu płciom opłaca się najbardziej, gdy chodzi o przekazanie jak największej ilości materiału genetycznego.

Nie jest na przykład niczym niezwykłym, gdy samica parzy się w krótkim czasie z wieloma samcami. Z punktu widzenia samca jest to niekorzystne – oznacza, że jego plemniki będą musiały walczyć z konkurencją. Wiele owadów wyposażonych jest więc w męski organ, który może przypominać mały szwajcarski scyzoryk, albo i lepiej: znajdziemy tu skrobaki, chochle i łyżki o fantazyjnych kształtach. Jakie jest ich przeznaczenie? Usuwanie plemników, które dotarły na miejsce wcześniej.

Taka składana skrzynka z narzędziami przydaje się również wtedy, gdy poprzedni samiec zastosował inną sztuczkę, a mianowicie zakorkował otwór płciowy samicy. Ma to pełnić funkcję swego rodzaju pasa cnoty – uniemożliwiać parzenie się z kolejnymi panami. Nie zawsze się jednak spisuje. Kolejny samiec chwyta swoje skrobaki, kilofy i haki, by usunąć korek i zrobić swoje. Nie ma tu więc za dużo miejsca na przygaszone światło, delikatny dotyk i wyszukane komplementy.

Inną sztuczką wykorzystywaną przez samca jest zadbanie o to, by samica otrzymała jak najwięcej jego plemników i miała jak najmniej czasu dla innych. Samiec próbuje zatem jak najbardziej wydłużyć czas parzenia. U niektórych gatunków wyczyny są naprawdę wyjątkowe: intensywnie zielony pluskwiak Nezara viridula potrafi działać przez całe dziesięć dni. Nie ma jednak porównania z indyjskim straszykiem, który demonstrując ekstremalny wariant tantrycznego seksu, był połączony z samicą przez siedemdziesiąt dziewięć dni!

Nie tylko parzenie może trwać długo; często samiec po wszystkim również opiekuje się samicą. Być może widziałeś kiedyś szczupłe, niebieskie ważki równoskrzydłe złączone w parę – siedzące lub latające. Czasami połączone ważki mogą przypominać kształtem serce, wątpliwe jednak, byśmy mogli powiązać to z ludzkim romantyzmem. Te ćwiczenia w parach oznaczają bowiem, że samiec pilnuje, by samica nie parzyła się z innymi aż do chwili, kiedy złoży (najprawdopodobniej) wspólne zapłodnione jaja na odpowiedniej wodnej roślinie.

Przy takiej morderczej konkurencji warto zadbać o sprzęt. Niczego nie można w tym względzie zarzucić muszce owocowej Drosophila bifurca. Owa malutka mucha, blisko spokrewniona z tą irytującą cię w kuchni, jest dumną rekordzistką świata w dziedzinie długości plemnika – ma on niemal sześć centymetrów. Oznacza to, że jest dwadzieścia razy dłuższy od samego zwierzęcia – aby osiągnąć ten sam wynik, ludzki plemnik musiałby mieć długość boiska do piłki ręcznej. Jak to możliwe?

Całe ustrojstwo składa się przede wszystkim z cieniutkiego ogona, zwiniętego w kłębek. Plemnik na powiększonym zdjęciu przypomina mi spaghetti ugotowane w zbyt małej ilości wody. A po co to wszystko? Długie plemniki to odpowiedź muszki owocowej na Usaina Bolta: mają większe szanse na wygranie sprintu do jajeczka.

A skoro już przyglądamy się najbardziej dziwacznym zwyczajom, nie możemy pominąć pluskiew. Tych pijących krew kolesi, którzy kryją się w szczelinach w ścianach i łóżkach hosteli i hoteli na całym świecie. Gdy zapada zmrok, wypełzają stadami i wbijają w ciebie ssawki, podczas kiedy ty śpisz. Zdecydowanie nie jest to pamiątka, jaką chcesz przywieźć do domu z wakacji, faktem jest jednak, że pluskwy to narastający problem również w Norwegii. Częściowo stąd, że dużo podróżujemy, ale przede wszystkim dlatego, że pluskwy nie giną już od środków owadobójczych, których wcześniej używaliśmy.

Tak czy inaczej, u niektórych gatunków pluskwiaków, w tym pluskiew domowych, samiec całkowicie pomija cokolwiek, co przypominać może grę wstępną. Nie chce mu się nawet szukać otworu płciowego samicy; po prostu wbija swój organ przez jej brzuch i pozwala plemnikom samodzielnie znajdować drogę do komórek jajowych. Często w ten sposób wyrządza samicy krzywdę i sprawia, że nie może ona parzyć się z innymi samcami. W ten sposób samiec próbuje zagwarantować sobie, że będzie ojcem wszystkich jej dzieci. Aby zrekompensować te niedogodności, samica wykształciła wzmocniony obszar na brzuchu, gdzie samiec najczęściej uderza. Ogranicza to obrażenia.

Przykład ten ilustruje ważną sprawę: w walce płci każda ze stron walczy o to, co jest dla niej korzystne w świetle ewolucji.

Taniec pań

Być może niegdyś badacze owadów, niemal wyłącznie mężczyźni, mieli tendencję do patrzenia na całą sprawę z punktu widzenia samca. Tak czy inaczej faktem jest, że dzisiejsze badania wskazują nam coraz więcej przykładów tego, że samica również pracuje nad tym, by zabezpieczyć własne interesy.

Po pierwsze, niektóre samice po prostu konsumują samca po zakończeniu aktu płciowego. Najczęściej dzieje się tak w przypadku pająków, odległych krewniaków owadów. Samce amerykańskich pająków polujących na ryby giną z przyczyn „naturalnych” podczas kopulacji. Dzieje się tak dlatego, że ich organ płciowy pęka, gdy przenosi plemniki (lub mówiąc suchym językiem naukowym: „zaobserwowaliśmy, że parzenie prowadzi do obowiązkowej śmierci samca i sparaliżowania organu płciowego”). Następnie samiec zostaje zjedzony – dla dobra potomstwa. Bo chociaż jego wybranka to gigant ważący czternaście razy więcej niż on, to jego niewielkie ciało przyda się jako proteinowy suplement. Dodatkowa przekąska na pewno dobrze zrobi samicy, która musi złożyć setki pajęczych jaj.

Również modliszki znane są z kanibalizmu seksualnego, jak nazywa się to zjawisko. Badania terenowe wykazały jednak, że samiec rzadziej staje się podczas kopulacji obiadem w naturze niż w sztucznych warunkach w laboratorium.

Owadzia mama ma jednak w zanadrzu jeszcze coś. Okazuje się bowiem, że potrafi skrycie sterować tym, które samce mogą zostać ojcami jej dzieci. Działa tu wiele mechanizmów – droga do jaja nie jest spokojnym pływaniem w letniej wodzie; przypomina bardziej bieg z przeszkodami. Jako że plemniki zazwyczaj magazynowane są w osobnym „banku spermy”, a samo zapłodnienie komórek jajowych odbywa się dopiero później, samica może na różne sposoby wpływać na to, które plemniki zachowa i wykorzysta.

Pewien badacz przeprowadził sprytny, choć brutalny eksperyment, który to udowadnia. Podzielił badane mączniki na dwie grupy. Połowę samców głodzono, aby sprawiały wrażenie słabych osobników o niskiej jakości genetycznej. Połowę samic badacz po prostu uśmiercił, tak aby nie były w stanie wpływać na efekt eksperymentu. Gdy umieścił wszystkie te chrząszcze razem, zarówno wygłodzone, jak i solidnie nakarmione samce tak samo chętnie parzyły się z żywymi, jak i niedawno zabitymi samicami. Teraz następuje coś naprawdę dziwacznego: w wewnętrznym banku spermy martwych samic badacz znalazł równie wiele plemników pochodzących od wygłodzonych, rachitycznych samców, co od tych, które porządnie jadły. U żywych samic plemników od wysokiej jakości samców było natomiast znacznie więcej. Wskazuje to, że samica aktywnie sterowała całym procesem, aby „mieć pewność”, że ojcami jej dzieci zostały silne osobniki.

Życie bez mężczyzn?

Istnieje wiele sposobów na znalezienie dobrego materiału genetycznego, a wśród insektów występuje większość z nich. Rozmnażanie płciowe, a więc takie, w którym potrzeba zarówno samca, jak i samicy, występuje najczęściej – również wśród insektów. Wiele owadów może jednak wybrać wesoły tryb życia singielki, a mimo to rozmnażać się.

Spora część okresowo praktykuje bowiem dzieworództwo. Na przykład u samic mszyc dochodzi wiosną do szybkiej i efektywnej eksplozji rozrodu na twoim krzewie róży. Mszyce nie mają czasu na składanie jajek i czekanie; po prostu rodzą żywe mszycątka, rozwijające się bez zapłodnienia z komórek jajowych w nowego osobnika. A to jeszcze nie koniec: samice niektórych mszyc mogą konkurować z rosyjską matrioszką – owady potrafią rodzić młode samice, które już noszą w sobie kolejne pokolenie.

Nic dziwnego, że różany krzew tętni życiem! Można mieć wątpliwości, czy mimo nieobecności mężczyzn da się to nazwać życiem singielki. Wkrótce na krzaku robi się dla samic za ciasno. Jak dotąd wszystkie były bezskrzydłe, ale teraz pora wycisnąć z siebie kilka uskrzydlonych dam, które będą w stanie przelecieć na sąsiedni krzew i tam kontynuować masową produkcję.

Gdy dni stają się krótsze, temperatura spada i zbliża się jesień, pojawia się kolejna zmiana: mszyce przełączają się na produkcję zarówno samic, jak i samców. Parzą się one ze sobą i tym razem samica składa jaja – tylko w ten sposób mszyce mogą przetrwać zimę. Jaja składane są na odpowiedniej wieloletniej roślinie. Gdy przyjdzie wiosna, wyklują się z nich nowe dzieworódcze samice. I cały cykl rozpoczyna się od nowa…

Po co więc potrzebni są mężczyźni, skoro samice mszyc potrafią w czasie zaledwie jednego sezonu samodzielnie zostać matkami większej liczby dzieci, wnuków, prawnuków i tak dalej, niż żyje ludzi na całym globie? Jest chyba znacznie bardziej opłacalne, gdy wszystkie osobniki mogą produkować potomstwo, a nie tylko połowa? (Nie mówiąc już o czasie, który można zaoszczędzić, darowując sobie podryw…)

Kwestia tego, dlaczego większość zwierząt i roślin występuje w formie dwóch płci, od dawna zajmuje biologów, a dyskusja na ten temat wciąż trwa. Wadą dzieworództwa jest to, że wszystkie osobniki mają dokładnie ten sam materiał genetyczny. Jeśli zmienią się warunki środowiskowe, nie będą miały wielkiego pola manewru. A więc rozmnażanie przez seks, w którym materiał genetyczny dwóch osobników miesza się, jest dobre i niezbędne, by zapewnić zróżnicowanie genetyczne i wykluczyć szkodliwe mutacje. Zaletą istnienia dwóch płci jest również to, że mogą one stawiać na różne strategie: jedna płeć może mieć nieliczne, ale duże, zaopatrzone w substancje odżywcze komórki płciowe, a więc komórki jajowe, podczas gdy druga komórki drobne, liczne i ruchliwe, czyli plemniki.

Niech żyje królowa!

Nie tylko mszyce żyją w społeczności całkowicie zdominowanej przez kobiety. Jest duże prawdopodobieństwo, że każda mrówka, osa i pszczoła miodna, jaką zobaczyłeś w całym życiu, była kobietą. A w każdym razie z niewielkimi wyjątkami.

Pamiętasz Film o pszczołach o trutniu Barrym, któremu znudziło się życie robotnika w ulu? Z biologicznego punktu widzenia jest to kompletna bzdura. Podobnie jak w przypadku dramatu Henryk V, w którym Szekspir opisuje, jak liczni mieszkańcy ula nadzorowani są przez pszczelego króla. To też nieprawda. Bo to wcale nie samce są robotnikami w ulach. I nie król nimi rządzi.

To panie podejmują decyzje i wykonują prace w świecie pszczół miodnych. W ulu nie ma pszczół robotników; są tylko robotnice, którymi włada również samica, królowa. Samce, trutnie, żyją krótko, jesienią, i spełniają tylko jedną funkcję: parzą się z nową królową. Trutnie nie zbierają nawet własnego pożywienia, tylko są karmione przez samice.

Możemy chyba usprawiedliwić Szekspira, firmę DreamWorks i innych, którzy popełnili tu spory błąd, bo to nieporozumienie jest stare i mocno zakorzenione. Starożytni Grecy próbowali dowiedzieć się czegoś o życiu pszczół, ale nie bardzo im się to udało. Wiedzieli, że zwykłe pszczoły miodne mają żądło, a czyż kobiety mogą być wyposażone w tak przerażającą broń? A jeśli wściekłe, żądlące owady to samice, to musi to chyba oznaczać, że leniwe, duże osobniki, którym nie chce się nawet ruszyć po nektar, to samce… A tak chyba być nie może?

Dopiero pod koniec XVII wieku, gdy wynaleziony został mikroskop, można było ustalić, że jak najbardziej – pracowite i przerażające robotnice i ich naczelniczka to kobiety, a obibokami są samce.

Musiało jednak minąć kolejnych 200 lat, zanim człowiek naprawdę zrozumiał, skąd biorą się pszczoły, bo nikt nigdy nie widział pszczoły miodnej uprawiającej seks. Obowiązująca dotychczas teoria mówiła, że samce, a więc leniwe trutnie, załatwiają tę sprawę, zachowując pełen szacunku dystans, i zapładniają królową zdalnie przy użyciu czegoś, co nazywano „zapładniającym zapachem”.

Dopiero pod koniec XVIII wieku zauważono, że królowa pszczół, która odbyła lot godowy, wraca do ula z organem płciowym samca przymocowanym do własnego otworu płciowego. Są to pozostałości ostatniego szczęśliwego zwycięzcy wybranego z roju trutni, które ją ścigały. Królowa często parzy się z kilkoma osobnikami. Zachowuje wszystkie plemniki (do 100 milionów) we własnym, wewnętrznym banku spermy, a następnie wydziela je przez resztę życia w miarę potrzeb.

Dla trutnia parzenie to natomiast ostatnia czynność w życiu. Samo przeniesienie plemników jest po prostu wybuchowe – tak potężne, że organ rozrywa się i odrywa od odwłoka samca, który wkrótce potem ginie. Innymi słowy, jest to miniaturowa wersja przysłowia „miłe złego początki, lecz koniec żałosny”.

Akt ten jest tak spektakularny, że nawet plotkarskie gazety wpuszczają pszczoły na swoje łamy – pod takimi nagłówkami jak na przykład w „The Sun”: Male bees’ testicles EXPLODE when they reach orgasm.

Beyoncé miała rację

I tak przeszliśmy od królowej pszczół do tej, którą dziś nastolatkowie nazywają Queen B – amerykańskiej artystki pop Beyoncé Knowles. Tak się złożyło, że kilka lat temu owady otrzymały niespodziewaną PR-ową pomoc. Media na całym świecie zamieściły wiadomość o nowym gatunku bąka nazwanego na cześć Beyoncé: Scaptia beyonceae.

Bąk Beyoncé otrzymał taką nazwę z dwóch powodów. Pierwszy raz został znaleziony w roku urodzenia gwiazdy popu, chociaż oznaczono go i nazwano znacznie później. Ale przede chodziło o to, że ma tak piękną pupę. Pokryty złotymi włoskami odwłok sprawił, że badacz, który miał nadać temu gatunkowi nazwę, pomyślał o równoważnej tylnej części ciała artystki w obcisłej, połyskującej sukni. Czekam w napięciu, aż pojawi się więcej entomolożek i będziemy mogły nazywać owady, inspirując się ich szerokimi, męskimi, uskrzydlonymi ramionami lub dobrze wyćwiczonymi sześciopakami…

Nie wiem, na ile zaszczycona poczuła się artystka, jeśli w ogóle się o tym dowiedziała, bo mowa jest o bąku pochodzącym z australijskiego interioru. Mimo że bąki odwiedzają kwiaty i przyczyniają się do ich zapylania, kojarzą się przede wszystkim z utrapieniem zarówno ludzi, jak i zwierząt domowych – boleśnie gryzą, stresują zwierzęta i mogą roznosić choroby.

Tak czy inaczej, Beyoncé mniej więcej w tym samym czasie lansowała wielki hit, w którym pyta: Who run the world? Może pamiętasz odpowiedź: Girls!

Nie przypuszczam, by śpiewając ten tekst, miała na myśli owady. Ale zdecydowanie mogłaby mieć. Bo jeśli obliczymy, ile samic i samców żyje na całej Ziemi, możemy pomyśleć, że owady rzeczywiście dbają o to, by na świecie było więcej dziewcząt. Pomińmy bakterie, hermafrodyty i inne organizmy pozbawione wyraźnej płci. Jeżeli przyjrzymy się liczbie samic wśród pozostałych zwierząt, to zauważymy, że u niektórych bardzo licznych grup, takich jak owady, występuje wyraźna przewaga kobiet. Wszystkie pszczele robotnice to samice – mamy więc 83 miliardy pań. Wszystkie robotnice mrówek też są samicami – a mrówek jest ogromnie dużo, chociaż nikt dokładnie nie wie ile. Według BBC można jednak spokojnie przyjąć, że mrówki to najliczniejsza rodzina owadów na świecie. Również wśród innych licznie występujących owadów, takich jak mszyce, okresowo występuje dominacja samic (patrz podr. „Życie bez mężczyzn?”).

Czy taka dominacja, jaka występuje na lądzie, rozciąga się też na zwierzęta wodne? W morzu, jeśli chodzi o liczebność, dominują drobne skorupiaki, morskie odpowiedniki owadów – zwierzęta takie jak kalanus i inne widłonogi. Podział płci jest wśród nich bardziej wyrównany, ale także w tej grupie obserwuje się czasami przewagę samic. Nawet u hodowanego przez ludzi bydła i ptactwa, które występują w wielkiej liczbie, zazwyczaj mniej jest byków i kogutów niż ich partnerek. To prawda, istnieją przykłady organizmów, wśród których dominują samce, jak w przypadku płazińców i żółwi, lecz to raczej nie wystarczy.

Wygląda więc na to, że Queen B miała w pewnym sensie rację. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę osobników, to rzeczywiście panie pchają świat do przodu. A to właśnie dzięki owadom i ekstremalnej dominacji samic u tych gatunków, którym najlepiej się powodzi.

Nie mam ojca, mam dziadka

Jak to się dzieje, że owady społeczne, takie jak pszczoły miodne, mrówki i wiele gatunków os, żyją w grupach o tak nierównym udziale płci? Część rozwiązania tej zagadki kryje się w tym, co decyduje o płci potomstwa. U ludzi i wielu owadów są to chromosomy płci; owady społeczne ich jednak nie mają.

O płci u owadów decyduje to, czy jajo jest zapłodnione, czy nie – a to zależy od królowej. Tylko ona może je składać. Jeśli zapłodni jajo plemnikiem z magazynu napełnionego podczas kopulacji, wykluje się z niego samica – robotnica lub królowa, zależnie od tego, jak będzie karmiona w okresie larwalnym. Jeśli królowa złoży niezapłodnione jajo, będzie samiec.

Taki system powoduje pewne komplikacje w dziedziczeniu, zwłaszcza jeśli królowa parzyła się tylko z jednym samcem. Wtedy córki królowej będą bliżej spokrewnione ze swoimi siostrami niż z ewentualnym własnym potomstwem! Upraszczając, jest tak dlatego, że plemniki pszczelego tatusia zawierają dokładnie ten sam materiał genetyczny, przez co wszystkie jego córki (nie może mieć synów – pamiętajmy, że rozwijają się oni tylko z niezapłodnionych jaj) otrzymują od niego identyczne geny.

Oznacza to, że dla córek korzystniejsze jest zaniechanie rozmnażania i pomaganie w karmieniu kolejnych sióstr, w tym królowych. W ten sposób przekażą dalej większą część swojego materiału genetycznego. Przez długi czas uważano, że jest to dobre objaśnienie funkcjonowania tej szczególnej społeczności. Dziś wiemy jednak, że królowa pszczół miodnych zazwyczaj parzy się z kilkoma samcami. A u termitów, które też tworzą społeczności, o płci nie decyduje to, czy jajo zostanie zapłodnione, czy nie – powyższe wyjaśnienie nie jest więc całkiem przekonujące. Wciąż zajadle dyskutuje się o tym, jakie inne mechanizmy mogą wyjaśnić to zjawisko.

Tak czy inaczej, ten dziwaczny system powoduje, że gdy truteń chce narysować swoje drzewo genealogiczne, napotyka niespotykane wyzwania. Nie ma przecież ojca, bo urodził się z niezapłodnionego jaja. Ma jednak dziadka, a konkretnie dziadka ze strony matki.

Budowanie drzewa genealogicznego u ludzi, gdzie mamy do czynienia z moimi dziećmi, twoimi dziećmi i naszymi dziećmi, to przy tym pestka!

Owadzi żłobek

Owadzia mama zazwyczaj uważa, że kiedy złoży jaja, ma już całą robotę za sobą. Istnieją jednak wyjątki. Niektóre insekty są bardzo opiekuńcze i praktykują różne odmiany zarówno karmienia butelką, jak i zmiany pieluch. Przykłady opiekowania się potomstwem przez owady to nie tylko ciekawostki, którymi można okraszać rozmowę na przyjęciu. Studiując strategie spokrewnionych ze sobą gatunków, z których jedne opiekują się dziećmi, a inne nie, albo też manipulując gatunkami i obserwując wpływ tych działań na przeżywalność potomstwa, biologowie dużo się uczą o ekologii i ewolucji.

Istnieje na przykład karaluch (Diploptera punctate), który rodzi żywe młode. Oznacza to, że wykluwają się one z jaja w ciele samicy; wtedy nimfy potrzebują jedzenia, by mogły rosnąć duże i silne. Karaluchy nie mają ciepłego, przyjemnego łożyska, w którym młode mogłyby otrzymywać pokarm przez pępowinę. Zamiast tego matka ma w odwłoku specjalne gruczoły, które wydzielają płynne mleczne proteiny. Wartość odżywcza tego „mleka” ma być taka jak w wojskowych racjach – to idealna mikstura z białek, węglowodanów i tłuszczów. Niektórzy uważają, że może stać się nowym superpokarmem również dla ludzi. Jednak jako że dojenie karaluchów byłoby niesłychanie czasochłonne, musimy niewątpliwe postawić na syntetyczną produkcję takiego mleka.

Inny, niezbyt popularny owad, strzyżak sarni, ma podobny do karalucha cykl życiowy. Strzyżak to pasożytnicza mucha żywiąca się krwią wysysaną ze zwierzyny płowej. Owady te roją się w środku sezonu grzybowego i chociaż rzadko gryzą ludzi, to bardzo irytują, gdy lądują całymi stadami, zrzucają skrzydełka i wpełzają we włosy. Dla zwierząt może być to niezwykle uciążliwe. Jeden z łosi zbadanych w 2007 roku w instytucie weterynarii miał na sobie aż 10 tysięcy strzyżaków.

Również i u tego gatunku młode wykluwa się z jaja wewnątrz matki, a larwy są „karmione piersią” ze specjalnych gruczołów, podczas gdy matka spokojnie siedzi w łosiej sierści. Potomstwo „rodzi się” w formie pewnego rodzaju poczwarki, twardnieje i staje się ciemne jak hebanowa perła, po czym spada z łosia na ziemię. Tam leży aż do następnej jesieni, kiedy to się wykluwa.

Również wiele innych owadów czule opiekuje się swoimi pociechami. Mówiliśmy już o owadach społecznych, u których całe stado rodzeństwa jest zaangażowane jako opiekunki dla maluchów. A i matka się nie obija. Królowa termitów przez całe życie co trzy sekundy wyrzuca z siebie nowe jajo. Dla niej zastanawianie się nad tym, co będzie robić, „kiedy dzieci dorosną”, nie ma większego sensu, bo ta chwila nigdy nie nastąpi.

Skorki, te podłużne, brunatne insekty z cęgami z tyłu, również są szczególnie opiekuńczymi matkami. Jeśli akurat nie zmieniają pieluch, to pilnują jaj i myją je substancją, która prawdopodobnie hamuje rozrost pleśni i grzybów, a także usuwają zarodniki grzybów. Po wykluciu się młodych zdobywają pożywienie i na początku karmią małe nimfy. Pewien eksperyment wykazał, że dzięki czułej opiece pani skorkowej zwiększa się odsetek wyklutych jaj z 4 do 77 procent. Również chrząszcze grabarze to bardzo opiekuńczy rodzice (patrz podr. „Mucha z odsieczą”).

Tu, w Skandynawii, jesteśmy dumni z naszych osiągnięć na polu równouprawnienia. Jednak jeśli chodzi o równouprawnienie wśród najmniejszych istot, prześcigają nas inne kraje – być może dlatego, że nie występuje u nas ani jeden przedstawiciel Belostomatinae. W tej podrodzinie znajdujemy bowiem jeden z bardzo nielicznych przykładów na to, że to ojciec wykorzystuje cały urlop rodzicielski. Opiekuje się przy tym gromadą dzieci pochodzących od kilku różnych matek. Po parzeniu samica składa swoje jaja w równych rządkach na grzbiecie ojca. Jego zadaniem jest pływanie po powierzchni wody, opieka nad nimi i dbanie o to, by ani nie wyschły, ani nie utonęły. A matka? Robi to, co Nora w dramacie Ibsena – odchodzi swoją drogą.

Terra insecta. Planeta owadów 

Anne Sverdrup-Thygeson

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.