(...)
Uroki dworu
Flirt z nową władzą wywoływał jednak oburzenie nieprzejednanych. Anna Kowalska uznała, że „czołowa pisarka lewicowa” tak naprawdę jest „przede wszystkim starą kurwą”. Niewiele lepiej wypowiadała się Maria Dąbrowska:
„Nałkowska olśniewała – opisywała ze złością posiedzenie PEN Clubu w lutym 1947 roku. – Trzyma się coraz lepiej, musi mieć świetnych masażystów i kosmetykarzy, bo nawet gładka zrobiła się na gębie i na szyjsku. I co za ton, co za pewność siebie, już nie znakomitej pisarki, ale wielkiej figury politycznej! – Co za protekcjonalne kiwanie paluszkiem na mężczyzn, którzy w podrygach podbiegają, by jej podać papierosa lub przyjąć na ucho jakieś szeptane zlecenie królowej. Byłam zaskoczona, nigdy jej w życiu nie widziałam w tak triumfującej, apodyktycznej formie. Musi mieć jeszcze chyba kochanka, bo niepodobna, by same tylko sukcesy w karierze dały jej taki tupet!”.
Od 1945 roku Nałkowska działa w oddziale łódzkim Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Wizytowała miejsca masowej zagłady, co niebawem zaowocowało Medalionami – zbiorem opowiadań opisujących hitlerowskie porządki. To był jej wkład w nową rzeczywistość, tego oczekiwały od niej władze. A pani Zofia znów była wielką damą, tak jak przed wybuchem wojny.
Podczas pobytu w Moskwie na spotkanie w fabryce traktorów założyła „kapelusz z ogromnym piórem i suknię naszywaną dżetami”, co wywołało prawdziwą sensację. Nic dziwnego, że jeden z młodych rosyjskich pisarzy stwierdził, że „ona caryca, ona pierwsza wielka dama, jaką widział”.
W Łodzi pisarka zamieszkała w luksusowym trzypokojowym mieszkaniu „umeblowanym i urządzonym do drobiazgów nawet, jak firanki w oknach i lampy na stołach”. Jednak nie czuła się tam dobrze, mówiła, że wolała własne „wysłużone mahonie warszawskie od tych poniemieckich wspaniałości”. Ale Warszawa leżała w ruinach, zresztą w Łodzi trzymała ją współpraca z wydawanym tam tygodnikiem „Kuźnica”, brała też czynny udział w życiu miejscowej elity kulturalnej.
„Otoczona jak zwykle przyjaciółmi – opisywał spotkanie z pisarką Wacław Barcikowski – pełna dowcipu i godności, wypowiadająca się skrótami, jak gdyby oszołomiona doniosłością i znaczeniem przewrotu społecznego, chciała w nim brać udział”.
Nie potrafiła żyć bez spotkań towarzyskich, wzajemnej inspiracji i wymiany myśli. Chociaż zmienił się ustrój, uważała, że zasady salonu literackiego nadal obowiązują. Zdarzało się jednak, iż przyjeżdżając do Warszawy na posiedzenia Sejmu, czasami zapominała o swoich wymaganiach i „sypiała w Hotelu Sejmowym na poduszkach ze słomy”. Ale był to tylko wyjątek, w rzeczywistości powróciła do przedwojennych obyczajów.
„Nałkowska prowadziła tryb życia bardzo towarzyski, to prawda – pisał Wilhelm Mach. – Bywało u niej stale dużo ludzi. I chciała tego, i męczyła się nadmiarem własnej gościnności. […] Sama dopinała się o odwiedziny, występowała z inicjatywą spotkań. Lubiła obecność ludzi”.
W 1950 roku otrzymała mieszkanie w stolicy na Brackiej, niebawem jednak przeprowadziła się do trzypokojowego lokalu w Domu Literatów przy Krakowskim Przedmieściu. Znów otaczali ją ludzie sztuki, a sama pisarka błyszczała i jak przed wojną pomagała początkującym twórcom. Nigdy nie była zazdrosna o talent i ta cecha pozostała jej do końca życia.
„Zwłaszcza była ciekawa pisarzy – wspominał Zawieyski – młodych przede wszystkim, którzy wnosili coś nowego. […] Lubiła czytać cudze teksty, których znoszono jej pełno, do ostatnich dni życia. Czytała te teksty z ołówkiem, tropiąc w nich brzydotę stylistyczną, powtarzanie się słów w bliskich odstępach, ich złe brzmienie fonetyczne, nagłe rymowania. Nawet Iwaszkiewiczowi przy lekturze jego książki o Szopenie wytknęła kilkanaście błędów […]”.
Kobieta z przeszłością
W dwudziestoleciu międzywojennym autorkę Medalionów uważano za „Messalinę polskiej literatury”. Zarzucano jej niepohamowany apetyt seksualny i piętnowano związki ze znacznie młodszymi partnerami. Panie, zazdroszcząc jej dobrej prezencji, mawiały z przekąsem, że „literatura konserwuje”, a złośliwi twierdzili, iż młodzi mężczyźni w Warszawie mają dwie drogi zrobienia kariery. Pierwsza wiodła przez łóżko Nałkowskiej, a druga przez łóżko Iwaszkiewicza…
Było w tym nieco prawdy, Marian Kister z wydawnictwa Rój wspominał, że pewnego dnia zjawił się u niego mocno zaniedbany (ale bardzo przystojny) młody człowiek z rękopisem. Wydawca był zajęty, ale wysłał go do słynnej pisarki…
„W tydzień czy dwa później chłopak zjawia się u mnie wystrojony, w nowym garniturze, ostrzyżony, ogolony, z pochlebnym listem od Nałkowskiej. Co mam robić, drukuję, zresztą to podobno niezłe. Ale chłopaczyna się urządził. Sam nie wiedziałem, że przyczynię się do tego”.
Był to Bogusław Kuczyński, różnica wieku wynosiła dwadzieścia dwa lata, co stało się przyczyną licznych komentarzy.
„Patrzyłam na tę niemłodą – wspominała Krzywicka – tęgą, nieforemną kobietę, o pięknej twarzy (w ówczesnej konwencji), ale która według mnie, nie mogła pociągać już żadnego mężczyzny, ze swoim wielkim biustem i ciężką figurą. Patrzyłam z pewnym przestrachem i zdumieniem, bo obok niej znajdował się nieodstępnie młody, przystojny chłopak, który mógłby być jej synem”.
Kuczyński wprowadził się do pisarki, przejmując obowiązki agenta literackiego. Sprawnie negocjował nowe umowy, dbał o wznowienia dawnych tytułów i honoraria za przekłady, zapewnił jej finansową stabilizację. Prozaiczka mogła poświęcić się wyłącznie pisaniu. Związek ten przetrwał aż do wybuchu wojny, oboje w pierwszych dniach września opuścili Warszawę. Kuczyński wybrał jednak emigrację, natomiast Zofia nie chciała porzucać chorej matki i powróciła do stolicy.
Był on ostatnim mężczyzną z którym pisarka związała się na dłużej. Wbrew bowiem krążącym plotkom, pani Zofia nie miała aż tak wielkiego temperamentu seksualnego. Dwa razy wychodziła za mąż, a czterech innych partnerów zagościło w jej życiu na dłużej. Z kilkoma innymi mężczyznami do pełnego zbliżenia nigdy nie doszło, nieodwzajemniona pozostała również jej wielka miłość do Karola Szymanowskiego. Kompozytor pozostał zwolennikiem miłości greckiej i pomimo całej sympatii do autorki nigdy nie pokonał granicy własnej seksualności. Natomiast prawdą jest, że Nałkowska promowała swoich partnerów erotycznych. Dzięki niej zadebiutował Bruno Schulz i można podejrzewać, że gdyby nie Zofia, świat nigdy by nie poznał twórczości skromnego nauczyciela z Drohobycza. Wiele zawdzięczał jej również Michał Choromański, chociaż romans z nim nigdy nie został do końca skonsumowany.
Pisarka zawsze ceniła męską urodę, co pozostało jej do końca życia. Czasami nosiło to charakter wręcz mistycznego przeżycia.
„Na ławie naprzeciwko – notowała wrażenia z podróży pociągiem do Belgradu w 1946 roku – ujrzałam pogrążonego we śnie młodzieńca. Spał siedząc wyprostowany, obciśnięty jakimś wojskowym mundurem, z łokciem pod skronią, z opuszczoną małą głową, z domkniętymi ciasno powiekami. Tę cudną młodą postać o piersi szerokiej, najszczuplejszych biodrach i długich nogach nazwałam sobie w pierwszym olśnieniu Endymionem. Był niewiarygodny. Był zbyt piękny. Ale ta przesada nie trwała długo na szczęście. Poruszył głową, inaczej ją umieścił wobec mego wzroku – i jego piękność stała się do zniesienia”.
Podobnych dygresji na kartkach Dzienników można znaleźć wiele; pani Zofia, poznając młodego mężczyznę, nigdy nie zapominała dodać, że był przystojny, czarujący lub chociażby uprzejmy. Na kobiety nie zwracała aż tak wielkiej uwagi.
Podczas pobytu w Jugosławii spotkała jedną z największych miłości swojego życia, Miroslava Krležę. Od ich paryskiego romansu minęło czternaście lat i teraz ze zgrozą obserwowała zmiany w aparycji dawnego ukochanego. Chociaż Chorwat był od niej młodszy o dziewięć lat, zauważyła, że jest „stary, z pulchnymi policzkami i wpadłymi ustami”, zmieniony „nie do poznania”.
Osobiście zawsze dbała o wygląd i do pasji doprowadzały ją koleżanki nieukrywające upływu lat.
„– Cóż to za siwiznę sobie pani zapuściła? – pytała zgorszona Hannę Mortkowicz-Olczakową. – Jak to tak można? Kompromituje pani osoby o tyle starsze. Proszę spojrzeć na mnie. Tylko parę siwych włosów. Tyle, ile na srebrnym lisie. Żeby było widać, że nie farbowane”.
Po zakończeniu wojny w Warszawie pojawił się Bogusław Kuczyński. Za granicą pozostawił włoską żonę (znaną projektantkę kostiumów filmowych) i próbował odnowić związek z pisarką.
„[…] po wojenno-emigracyjnej tułaczce – wspominał Wilhelm Mach – znalazł się znowu blisko Nałkowskiej – tak mi się wydawało – prawem swoistej inercji, przyjętej do wiadomości przez obojga, poświadczonej koleżeńską, solidną rzeczową ugodą. Po prostu wrócił, był znowu, przychodził – dość w sobie zamknięty, trochę sarkastyczny, odrobinę zdziwaczały, pedantycznie schludny, młodo się jeszcze prezentujący starszy pan […]”.
Zofia nie dopuściła już jednak do wspólnego zamieszkania i Bogusław osiadł w Skolimowie pod Warszawą. Upływ lat nie osłabił jego „niemal maniackiej pasji dla jej prac, jej papieru”. Ale nie przeszkadzało mu to w dostrzeganiu innych kobiet, a szczególnie młodych. W 1948 roku poznał maturzystkę Mirosławę Okolską, którą cztery lata później poślubił. Miał z nią syna, małżeństwo jednak rozpadło się już po śmierci Nałkowskiej. Inna sprawa, że poślubiając Okolską, nie miał rozwodu z pierwszą żoną.
Zofia nie byłaby jednak sobą, gdyby w jej życiu zabrakło flirtów. Coś łączyło ją z młodszym o prawie dwadzieścia lat Jerzym Zawieyskim. Literat i katolicki działacz polityczny zrobił na niej duże wrażenie, korespondowali ze sobą, a Nałkowska „postanowiła sobie przystać” na pocałunki. Przyznawała przed sobą, że decyzję o zakończeniu życia seksualnego „utrudniał jej erotyzm we wszystkich epokach jej biografii”. Wiedziała jednak, że ma już swoje lata i powinna postępować zgodnie z przyjętymi normami.
„Pamiętam – wspominał Jan Kott u schyłku lat 40. – jak jeszcze w Łodzi wróciła Nałkowska z parotygodniowego pobytu w Krakowie. […] Piliśmy herbatę do późna, Nałkowska była bardziej niż zwykle uróżowiona, wyglądała na odmłodzoną, oczy miała zawsze wspaniałe, ciemnoniebieskie i bardzo głębokie. O pierwszej w nocy powiedziała: »Poznałam w Krakowie młodego człowieka. Był bardzo ładny. Chciałam go zabrać ze sobą do Łodzi. Ale zrezygnowałam«. Chwilę milczała i dopiła herbatę. »Wie pan, panie Janie, nie mogłam; takie się ma obowiązki względem własnej biografii«”.
Pani Genowefa
W intymnym życiorysie prozaiczki można zauważyć pewną prawidłowość. Przez całe życie poddawała się męskiej dominacji, można wręcz odnieść wrażenie, że szukała możliwości podporządkowania się partnerowi. I chociaż to ona była z reguły stroną zrywającą, to agonia związków trwała długo, a czasami potrzebna była interwencja osób trzecich.
W latach okupacji w jej życiu pojawiła się Genowefa Goryszewska, trzydziestoletnia córka robotnika folwarcznego. Miała ukończone cztery klasy szkoły podstawowej i dotychczas pracowała jako służąca przy rodzinach inteligenckich. W domu Nałkowskiej przeszła zadziwiającą metamorfozę, stając się powierniczką i asystentką pisarki. Po wojnie uzupełniła wykształcenie tylko o jedną klasę, co nie przeszkodziło jej w zajęciu miejsca, które dotychczas w życiu Zofii zajmowali mężczyźni. Obie panie połączyła dziwna przyjaźń (bez podtekstów seksualnych), podobnie toksyczna jak związki Zofii z partnerami przeciwnej płci.
Genowefa była osobą „despotyczną, uwielbiającą, zajadłą, złą jak diabeł i zarazem zdolną do wszelkich poświęceń, zuchwałą i oddaną”. Powstanie warszawskie przeżyła w stolicy i ocaliła z mieszkania Nałkowskiej, co tylko się dało. Odtąd towarzyszyła pisarce na dobre i złe, wraz z nią przeniosła się do Łodzi, a następnie powróciła do Warszawy.
Złośliwi opowiadali, że „pani Zofia panuje, ale Genia rządzi”, i mieli całkowitą rację. Nałkowska była jedynym celem w jej życiu, a jej lojalność pozostawała poza wszelkimi podejrzeniami. W zachowanych listach do niej tytułuje ją „najdroższym, jedynym słoneczkiem”. A silnej ręki obok siebie pisarka zawsze potrzebowała.
„Poznałem ekscentryczną – opisywał wizytę na Brackiej Wilhelm Mach – rubaszną, wojowniczo-serdeczną pannę Genowefę, osobę godną powieści, piastującą co się widziało zaraz – szerokie pełnomocnictwa domowe, trochę się wystraszyłem jej żołnierskimi manierami”.
Faktycznie, mógł się wystraszyć, albowiem panna Goryszewska ewoluowała w zadziwiającym tempie. Podporządkowała sobie Zofię, zajęła miejsce Kuczyńskiego i zazdrośnie strzegła swojej pozycji. Pisarka umawiała się z przyjaciółkami za plecami groźnej asystentki, a panna Genowefa zawsze miała wytłumaczenie – nie pozwalała męczyć chlebodawczyni.
„Teraz często – wspominała Wanda Melcer – przychodząc do pani Zofii zastawałam u jej nóg Genowefę. Zofia przywiązała się bardzo do tej egzaltowanej dziewczyny, obdarzała ja kosztownymi podarunkami i całkowitym zaufaniem, podając się ze zwykłą biernością tyranii tego uczucia. Kontynuowała też misję uszczęśliwiania: znalazła Genowefie męża – choć pożycie trwało podobno zaledwie parę tygodni – a potem kupiła jej motocykl. Ale gdy czasami zdawało mi się spotkać ją samą na ulicy: »Umówmy się – prosiła – w jakiej kawiarni, tak, żebym mogła uciec Gieni«”.
Hanna Mortkowicz-Olczakowa spotkała kiedyś Nałkowską na odbudowanej warszawskiej Starówce. Pisarka była dumna, że wymknęła się spod nadzoru Goryszewskiej, i zaproponowała ciastka w kawiarni Pod Krokodylem. Niebawem jednak pojawiła się Genowefa, kategorycznie żądając, aby Zofia za godzinę stawiła się w domu. A ona potulnie zastosowała się do rozkazu.
Wobec osób nieprzestrzegających ustalonych zasad pomocniczka nie miała skrupułów. Gdy uznała, że odwiedziny trwają zbyt długo, bezceremonialnie wkraczała do akcji. Jan Kott wspominał, że „stukała i wyrzucała go za drzwi”, a Zofia to tolerowała…
Asystentka pisarki zmieniała się również fizycznie. Jadwiga Żylińska po przypadkowym spotkaniu na warszawskiej ulicy nie ukrywała zaskoczenia:
„Pewnego dnia zobaczyłam, jak przed Dom Literatów zajeżdża motocykl, z którego zsiadała Genowefa, ale jakże odmieniona. W owym czasie […] zaczęła prowadzić motocykl, nosiła spodnie i pulower, włosy obcięła po męsku, a witając się składała wojskowy ukłon, stukając przy tym obcasami. Mówiła (przedtem wcale nie mówiła) głosem szorstkim, krótko i stanowczo”.
Najwyraźniej w domu Nałkowskiej potrzebny był substytut męskiej obecności. Czy to przypadek, że jej wszystkie dojrzałe związki wyglądały podobnie? I że gdy mieszkała razem z partnerem, zgadzała się na jego hegemonię?
„Nie wiem – pisała Żylińska – jaki geniusz pchnął tę wątłą, astmatyczną, wiejską dziewczynę, z pewnym defektem wzroku, na tę karkołomną, w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu, drogę, jaką nieomylnie obrała. To, że jej aparycja od początku była aseksualna, umożliwiło teraz ową hermafrodyzyjską metamorfozę, w której była trudna do rozpoznania. W tej nowej wersji była zatrważająca jedynie przez to, że wymykała się łatwej klasyfikacji. Przewaga Genowefy nad panią Zofią była widoczna, a polegała jak myślę, na sile instynktu tej pierwszej”.
Goryszewska potrafiła rozdzielić pisarkę nawet z jej rodzoną siostrą. Przed wybuchem wojny Kuczyński zmusił matkę autorki do wyprowadzenia się ze wspólnego mieszkania, a teraz Gienia uznała, że jej pozycji zagraża Hanna Nałkowska.
„[…] w jej mieszkaniu – opowiadała Wanda Melcer – rej wodziła młoda kobieta, nie zawsze taktownie sprawując rządy, zabierając głos we wszystkich kwestiach, w każdej dyskusji narzucając własne zdanie, ba, drąc nawet umowy z wydawnictwami, które jej się nie podobały. Hania mieszkała początkowo razem z siostrą, ponieważ jednak Genowefa nie znosiła rywali, a wszelka kontrola wydawała jej się zbędna, Zofia pod jej wpływem poróżniła się z siostrą, która zresztą wyszła po raz drugi za mąż, tak, że nawet, kiedy pani Hania owdowiała, mieszkały już oddzielnie”.
Goryszewska nie przekraczała jednak pewnych granic i zdając sobie sprawę z przywiązania do siebie sióstr, traktowała Hannę na odmiennych zasadach. Wyraziła nawet zgodę na jej dłuższą wizytę – artystka modelowała w mieszkaniu popiersie Zofii. Pracowała w kuchni, a Genowefa, wiedząc, że to „podnosi rangę artystyczną domu o nowy stopień”, zrezygnowała ze zwyczajowych pretensji. I nie oponowała, gdy zwierzęta domowe (pies i koty) „roznosiły na łapach glinę po całym mieszkaniu”. A rzeźba Hanny miała w niedalekiej przyszłości posłużyć za model podobizny pisarki na jej grobie w Alei Zasłużonych na Powązkach Wojskowych.
„Nałkowska przyjeżdżała do gmachu radia – pisał Mieczysław Bibrowski – zawsze w towarzystwie tej osoby, która pomagała jej wysiadać z samochodu, prowadziła ją pewnie do celu, przytomnie telefonowała gdzie należy, jeśli trzeba było, pokrzykiwała na woźnych, była sprawna i efektywna, surowa nawet dla pani Zofii”.
Pisarka starzała się coraz bardziej, nigdy zresztą nie była wzorem porządku i samodyscypliny. Asystentka była jej potrzebna, albowiem często „zapominała o jakimś terminie spotkania, o miejscu, gdzie odłożyła rękopis, o zażyciu lekarstwa. Pani Genowefa korygowała niezwłocznie każdy błąd i wszystko płynęło dalej gładko”.
Właściwie tylko dawni znajomi prozaiczki mieli do Goryszewskiej pretensje, i to głównie o ograniczenie jej kontaktów z przyjaciółmi. Osoby obserwujące sytuację z dystansu dostrzegały zalety Gieni, uważając, że bez niej Zofia nie dałaby sobie rady. Nikt nie kwestionował jej oddania; pod płaszczykiem opryskliwości ukrywała swoje uczucia do artystki.
„Ale były to tylko pozory – dodawał Bibrowski – bo szorstka maniera, dryl prawie wojskowy, kryły człowieka całkowicie oddanego pani Zofii, kobietę, która uwalniała ją od powszednich trosk i kłopotów, wprowadzała do jej samotnego teraz życia element żelaznego ładu, dbała o sprzątanie, o dietę, terminy, porządek w papierach, była jej sekretarką, pomocą, damą do towarzystwa, opiekunką, przy tym niekiedy nieco despotyczną”.
Chyba najlepiej podsumowała sytuację Żylińska, pisząc, że nie wie, „czy pani Zofia była w tym układzie szczęśliwa. Ale nie była samotna.” A to miało dla niej ogromne znaczenie.
Ostatnie lata
Zdrowie Nałkowskiej coraz bardziej szwankowało, chociaż „mimo upadku sił fizycznych rozporządzała w dalszym ciągu świetnym umysłem gotowym na poczekaniu do trafnych i ciętych uwag na tematy literackie”. Poważnym problemem stał się natomiast słuch, Nałkowska ukrywała defekt, co „bardzo utrudniało konwersację”. Narzekała również na problemy z koncentracją, przeżywała to boleśnie, mawiała, że „wszystkiego byłaby się spodziewała, ale tego, że będzie stara, to nigdy”. Kilkanaście dni przed śmiercią przewodniczyła zebraniu Związku Literatów i „przez godzinę trzymała się dobrze, a potem zaczęła wyglądać jak upiór”. Wydawało się, że na pewien czas straciła kontakt z otoczeniem. Ale do końca pozostawała sobą.
„Po raz ostatni spotkałam panią Zofię – wspominała Stefania Podhorska-Okołów – w holu Domu Literatów. Było to na parę dni przed atakiem gwałtownej choroby, która położyła kres jej istnieniu. W towarzystwie nieodstępnej pani Geni wybierała się naprzód do lekarza, później do teatru. W nikłym różowym oświetleniu przedsionka, odziana w efektowne jasne futro wyglądała nieprawdopodobnie świeżo i młodo. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyrazić jej mojego uznania i podziwu z tego powodu. Przyjęła je z łaskawym uśmiechem”.
Ostatni zapis w Dzienniku pochodzi z 8 grudnia, nazajutrz znaleziono pisarkę nieprzytomną. W szpitalu przeżyła jeszcze osiem dni, aż wreszcie nastąpił zgon. „Słowo Powszechne” i „prowincjonalne mutacje »Expressu«” zamieściły nekrologi, zanim jeszcze zmarła. Pod tym względem najwyraźniej nic nie zmieniło się do dzisiaj: dla dziennikarzy zawsze najważniejsza pozostaje informacja, a nie człowiek.
Pogrzeb na Powązkach Wojskowych odbył się ze wszystkimi splendorami, autorka spoczęła w Alei Zasłużonych, niedaleko zmarłego rok wcześniej Juliana Tuwima.
Genowefa Goryszewska po śmierci chlebodawczyni znalazła zatrudnienie jako kierowniczka kancelarii Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich. To chyba najlepiej świadczy o jej przemianie w trakcie lat spędzonych z Nałkowską. Ukończyła zaledwie pięć klas szkoły podstawowej, a pracowała na nowym stanowisku aż do śmierci w 1970 roku.
Tragicznie potoczyły się losy Bogusława Kuczyńskiego. Był w szpitalu w czasie ostatniej choroby Zofii, pełnił wartę przy jej zwłokach w Pałacu Prymasowskim. Dwa lata później wszedł w skład komitetu redakcyjnego jej Pism wybranych. Jego wkład w twórczość pisarki został doceniony, nie miał podobnych problemów, co Irena Krzywicka, pominięta w zespole przygotowującym pośmiertną edycję dzieł Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Wydawcy odrzucali jednak jego powieści (a tłumaczenia ukazywały się podczas wojny w Rumunii i Włoszech), w czasopismach publikował jedynie opowiadania i fragmenty. W 1960 roku wyjechał z kraju do Włoch, a następnie przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Żył w skrajnej nędzy, coraz bardziej podupadał na zdrowiu, chorował na nowotwór płuc. W lipcu 1974 roku strzelił sobie w usta, dwadzieścia lat po śmierci kobiety, której poświęcił życie.
PRL Żony i kochanki władzy
Sławomir Koper
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.