Ksiądz Adam Trzaska: od 20 lat kapelan w Hospicjum św. Łazarza w Krakowie. Jako seminarzysta przeżył śmierć kliniczną.
**
To dlaczego boimy się śmierci?
Dlatego, że mało kto próbuje zajrzeć za próg śmierci. Zobaczyć, co jest po drugiej stronie.
Tam można zajrzeć?
Hospicjum to miejsce, w którym rzeczywistość doczesna bardzo mocno styka się ze światem duchowym. Pacjenci hospicjum zaglądają na drugą stronę. Dzięki nim zaglądamy i my – ludzie, którzy tu pracują. Rozpoznaję to nie tylko ja, jako osoba duchowna. Słyszałem to od lekarzy i pielęgniarek. Gdy zaczynałem pracę w hospicjum, jedna z lekarek powiedziała mi: „Proszę księdza, niech ksiądz patrzy umierającym w oczy. Tam widać kawałek nieba”. Człowiek umiera. Przed chwilą wołał pielęgniarkę, bo chciał środek przeciwbólowy. Następuje agonia. Nierówno i słabo oddycha, rzęzi, gaśnie. Nagle, gdy przychodzi sam moment końca życia, jego oczy się rozjaśniają. Widzi coś. To, na co patrzy, napełnia go spokojem i zadowoleniem. Przeżyłem sporo takich sytuacji. Nie tylko ja. To doświadczenie wielu osób w hospicjum, które wystarczająco często widziały moment śmierci, by nie bać się patrzeć w oczy umierającego (oczywiście jeżeli nie odchodzi we śnie). W ostatniej chwili, tuż przed śmiercią, widać w nich spokój. Czasem szczęście.
A przerażenie?
Zdarza się.
Dlaczego jedni są szczęśliwi w chwili śmierci, a inni przerażeni?
Nie wiem. Nie wiem, co widzą i czego się boją. Wiem, że niektórzy odchodzą z tego świata przerażeni. Kiedyś osoby na dyżurze usłyszały nagle krzyk: „Boże, ratuj!”. Poszły szybko do pacjenta i usłyszały: „Kacie, kończ, coś zaczął”. Chwilę po tych słowach mężczyzna zmarł.
Może miał halucynacje.
Może. Umierał też u nas człowiek, który w agonii majaczył, męczył się. Mówił, że widzi diabły. Krzyczał, że chcą go porwać. Czuwały przy nim jego żona i córki, dla nich to było straszne przeżycie. W pewnym momencie ten mężczyzna odzyskał przytomność i poprosił o sakrament chorych. Pomodliłem się nad nim, udzieliłem namaszczenia. Po skończonych modlitwach mężczyzna powiedział delikatnie do swojej żony i dwóch córek: „O, diabły już poszły”. I umarł. Spokojnie. To robi wrażenie. Miałem wtedy poczucie, że dotknąłem rzeczywistości, której nie widzimy naszymi oczami. Zapytałem lekarkę, czy to może leki spowodowały halucynacje. Odpowiedziała: „Wiem, co mu podałam, w tym wypadku na pewno nie był to skutek leków”.
Czasem niezwykłe zdarzenia opowiadają nam sąsiedzi osób, które właśnie umierają. Leżą w jednej sali, łóżka dzieli niewielka odległość. Oni także pozwalają nam zajrzeć na tamten świat. Dobrze pamiętam kobietę, która była u nas kilka lat temu. Cierpiała na zanik mięśni. W ostatnich dniach swojego życia była bardzo pobożna i radosna. Gdy umierała, jej sąsiadka wezwała pielęgniarki i zapytała: „Czy ta zakonnica, co przyszła po tę kobietę, jest jeszcze, czy już sobie poszła?”. Skonsternowane pielęgniarki popatrzyły po pokoju i powiedziały, że nikogo nie ma. A ona na to: „Nie szkodzi. Po mnie też przyjdzie i przeprowadzi mnie przez tę kamienistą drogę”. Kobieta, która widziała moment śmierci swojej sąsiadki, widziała też zakonnicę, która po nią przyszła. W tej historii dotknęło mnie również to, że chora użyła ciekawego sformułowania: „przeprowadzi mnie przez tę kamienistą drogę”. Zapadło mi ono w pamięć. Nadszedł okres wielkanocny, czytałem hymny brewiarzowe. Modliłem się i nagle przeczytałem o Jezusie, który ma nas przeprowadzić przez kamienistą drogę. Czy to możliwe, żeby chora, która odchodziła w naszym hospicjum, znała na pamięć słowa hymnu brewiarzowego?
Raczej nie. Choć niektóre osoby świeckie też czasem korzystają z brewiarza i odmawiają liturgię godzin.
W każdym razie ta pani nic mi o tym nie wspominała. Może zobaczyła coś, co potwierdza nasze modlitwy? Inna historia. Do hospicjum trafił niewierzący mężczyzna. Nie chciał żadnych sakramentów. Poprosił, żebym dał mu spokój i nie zbliżał się do niego. Tak zrobiłem. Gdy umierał, jego sąsiad z sali zadzwonił po pielęgniarki. Pamiętam, że był późny wieczór, w okolicach dwudziestej trzeciej. Gdy przyszły, dał pielęgniarkom swój telefon komórkowy i mówi: „Proszę porozmawiać”. Jedna z nich wzięła telefon do ucha i słyszy: „Tu dyspozytor numeru 112, czy to pacjent dał pani telefon?”. „Tak”. „Czy w takim razie rozmawiam z kimś z personelu hospicjum?” „Tak, jestem pielęgniarką”. „Mężczyzna, który do mnie zadzwonił, powiedział, że na sali, w której się znajduje, umiera człowiek”. „To prawda, umiera”. „I powiedział, że po tego umierającego przyszło trzech mężczyzn ubranych w czarne garnitury. Czy pani ich widzi?” „Nie, nikogo tu nie ma”. „A czy on faktycznie umiera?” W tym momencie pielęgniarka podeszła do sąsiedniego łóżka i mówi: „Właśnie umarł”. Dyspozytor na to: „Więc ja się rozłączę”. O tym, że jakaś postać przychodzi po umierającego sąsiada, osoby pracujące w hospicjum słyszały wiele razy. To motyw, który powtarza się w historiach bezpośrednio związanych z momentem umierania.
Wiele wierzeń i religii zna motyw przewodnika na drugą stronę. Aż tak boimy się samotności, że w chwili śmierci potrzebujemy towarzystwa?
Wasze pytanie ma dwie warstwy. Pierwsza dotyczy czysto fizycznej obecności bliskich lub kogokolwiek innego przy człowieku, który czeka na śmierć. Ona zawsze była dla pacjentów niezwykle ważna. W ostatnim okresie życia nikt nie powinien zostawać zupełnie sam. W ogóle trudno mi sobie wyobrazić gorszą perspektywę niż samotne wyczekiwanie na nieuchronne. Niestety, pandemia sprawiła, że pacjenci mają o wiele mniej kontaktu z ludźmi niż wcześniej. Zostali praktycznie sami. Towarzyszy im tylko personel. Nie ma wolontariuszy, a rodziny mogą przychodzić tylko w ostatnich chwilach życia, na kwadrans. Widzimy, że brak kontaktu z bliskimi jest dla pacjentów bardzo trudny.
Natomiast co do pytania o duchowego towarzysza przechodzenia na drugą stronę – modlitwy, które odmawia się przy umierającym człowieku, mówią, że ktoś po niego przychodzi. To było moje odkrycie tu, w hospicjum. Do dziś pamiętam, jak żona umierającego mężczyzny poprosiła mnie, żebym udzielił sakramentu chorych jej mężowi. Podszedłem do łóżka. Stoją żona, córka, stoję ja. Modlimy się, namaszczam umierającego. Widzę, że zaczyna się agonia i zdążyliśmy na sam koniec życia. Zmieniłem stronę w modlitewniku na tę, na której są modlitwy za konających. Zacząłem je odmawiać. Mówię: „Duszo chrześcijańska, zejdź z tego świata w imię Boga Ojca Wszechmogącego, który cię stworzył, w imię Chrystusa Zbawiciela, który cię zbawił, w imię Ducha Świętego. Niech na twoje spotkanie wyjdzie Najświętsza Maryja Panna, aniołowie i wszyscy święci”. I w tym momencie ten człowiek umiera. Jest cichy, nie oddycha. Ten moment mocno zapadł mi w pamięć. Mówiłem „duszo chrześcijańska, zejdź z tego świata” i ona w tym samym momencie odeszła. Miałem poczucie, że odprowadziliśmy tego człowieka, a z drugiej strony ktoś wyszedł mu na spotkanie. Przekazaliśmy go w drzwiach śmierci. Dla mnie było to niezwykle krzepiące doświadczenie bycia z człowiekiem do końca i przekazania go w dobre ręce. W żadnym momencie nie został sam.
Umierający chcą, by ich bliscy byli przy nich w momencie śmierci?
Różnie. Czasem potrafią na kogoś czekać. Z medycznego punktu widzenia śmierć powinna już nastąpić. Ale pacjent kurczowo trzyma się życia, bo chce jeszcze zobaczyć swoje dzieci, które mają dolecieć z zagranicy. Jedna kobieta nie chciała przyjąć sakramentów, dopóki córka nie przyjedzie. W końcu córka dotarła w piątek wieczorem. W sobotę kobieta poszła do spowiedzi, przyjęła komunię i sakrament chorych. W niedzielę była razem z córką na mszy. Poniedziałku już nie doczekała.
Po tylu latach w hospicjum mam wrażenie, że Bóg i w tym zakresie z nami współpracuje i pozwala umierającym odejść przy tych osobach, na których obecności najbardziej im zależy. Mężczyzna umiera, do hospicjum przychodzą żona, dzieci, wnuki, zięciowie, synowe. A on odchodzi, gdy wszyscy sobie poszli i do sali wpadła tylko na chwilę jedna wnuczka. Czasami też, czując zbliżającą się śmierć, pacjenci chcą chronić kogoś, kogo kochają. Nie chcą narażać najdroższej osoby na cierpienie spowodowane widokiem ostatniego momentu. Jedna pani spędziła przy mężu kilka tygodni. Przynosiła sobie koc, siedziała obok łóżka na szerokim parapecie lub fotelu. A on umarł, gdy wyszła na chwilę na korytarz, by odebrać telefon. Była zrozpaczona. Mówiła: „Przesiedziałam tu trzy tygodnie dzień i noc, by być przy jego śmierci, a nie byłam!”. Tłumaczyliśmy jej, że w ten sposób mąż wyraził swoją miłość do niej. Odszedł przy jednej z córek. Tak wybrał.
Pacjencizapraszają księdza na swoją śmierć?
Tak. Jeśli mnie polubią i zaufają mi, to czasem mówią: „Chciałbym, żeby ksiądz był przy mojej śmierci”.
Ile osób umarło przy księdzu?
Nie liczyłem. Dużo. Tu są 43 łóżka. Rocznie umiera u nas około 500 osób. Pacjenci trafiają tu statystycznie na ostatnie 10–12 dni swojego życia. Niekiedy są to godziny, czasem kilka miesięcy, ale na ogół – kilka, kilkanaście dni. Najczęściej odchodzą w nocy, podczas snu. Ale bywa, że umierają w dzień. Wtedy często czuwa przy nich personel. Jestem także ja. Zdarza się, że przychodzę do kogoś z komunią i widzę, że nie zdołam jej udzielić, bo człowiek jest w agonii. Z trudem łapie powietrze, ma sine palce u rąk. Robię nad nim znak krzyża Najświętszym Sakramentem i wtedy wydaje ostatnie tchnienie.
Jedna historia sprzed lat szczególnie zapisała się w moim sercu. To były początki mojej pracy w hospicjum. Pacjentka, pielęgniarka z wykształcenia – uczennica Hanny Chrzanowskiej, dziś błogosławionej, co z dumą podkreślała – już podczas naszego pierwszego spotkania poprosiła mnie, żebym był przy jej śmierci. Potem za każdym razem dopytywała: „Czy ksiądz na pewno będzie?”. Nie mogłem jej tego obiecać, bo pacjenci umierają o różnych porach, a ja spędzam w hospicjum tylko kilka godzin dziennie. Nalegała. Zapewniłem ją, że postaram się być. Umierała w Wielką Środę. Roznosiłem komunię. Wszedłem do niej. Widziałem, że jest w agonii. Wróciłem do ołtarza, skończyłem odprawiać mszę, poszedłem do jej pokoju. Czekała na mnie. Siadłem przy łóżku, odmówiłem część różańca, Koronkę do miłosierdzia Bożego, modlitwy przy konających. Popatrzyłem na nią. Byłem pewny, że nie żyje. Poderwałem się, żeby dać znać personelowi, że umarła. Wtedy otworzyła jeszcze na chwilę oczy, sprawdziła, czy jestem, i dopiero wtedy odeszła. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie.
Doskonale pamiętam też jej sąsiadkę, która przy tym była i bardzo to przeżywała. Zadzwoniła do kogoś i relacjonowała: „Tak, jeszcze oddycha, przyszedł ksiądz, teraz odmawia Ojcze nasz, a teraz Zdrowaś Maryjo, tak, jeszcze oddycha”. I tak do końca. To była transmisja umierania na żywo. Zobaczyłem, na czym polega strach przed śmiercią. Ta kobieta szukała kogoś, z kim mogłaby się podzielić swoim strachem.
Może to był jej sposób na oswojenie się z własnym umieraniem?
Tak. Sądzę, że to mogło być jej pierwsze spotkanie z umierającym człowiekiem. A śmiertelnie chorzy przecież wiedzą, że są na podobnej drodze. Że już niedługo będzie ich czas. Nawet jeśli o tym nie mówią, czują to.
Często nie mówią?
Wydaje mi się, że nie. Śmierć jest tak trudnym tematem, że niektórzy, trafiając do hospicjum, wciąż nie potrafią o niej rozmawiać. Wypierają świadomość zbliżania się do śmierci. Nie chcą o tym rozmawiać. Taka postawa jest powszechna. Chętniej opowiadają o tym, jak żyli. O wiele rzadziej zdarzają się osoby, które wprost mówią, że wybrały sobie to miejsce na śmierć. Są pogodzone i spokojne. Nie kryją, że wyczekują już tamtego świata. Mieliśmy tutaj dwie panie, które spędziły w hospicjum dwa lata. Nie powinny do nas trafić. Być może zostały źle rozpoznane albo po opanowaniu chorób należało wysłać je do domu. Przed Bożym Narodzeniem spowiadały się. W pewnym momencie jedna z nich oświadczyła: „Na koniec księdzu jeszcze powiem, że jest jeden problem. Mamy w tym pokoju takie pechowe łóżko. My się trzymamy, ale każdy, kto przyjdzie i się na nim położy, umiera”. Odpowiedziałem, że tamto łóżko jest normalne. „To wasze łóżka są felerne!” Zrobiła wielkie oczy. „Dlaczego?” „Bo panie u nas nie powinny być, to nie jest miejsce do oglądania śmierci. To jest miejsce do umierania”. Te kobiety nie powinny być narażone na to, co przeżywają, patrząc na to trzecie łóżko i na zmieniających się co chwilę jego użytkowników.
Kto kwalifikuje pacjentów do opieki hospicyjnej?
Lekarz prowadzący pacjenta w chorobie nowotworowej lub lekarz pierwszego kontaktu. Stwierdza, że choroba jest w stadium terminalnym, i wypisuje wniosek.
Czy rodziny mają wyrzuty sumienia, że oddają bliskich pod opiekę hospicjum?
Czasem tak. Zwłaszcza gdy uderzają w nich ludzie, którzy nie mają pojęcia, czym jest opieka hospicyjna. Nie jest miło usłyszeć od kogoś z rodziny: „Miałaś się matką czy ojcem opiekować, a oddałaś do hospicjum”. Dzieci pacjentów przychodzą do nas zasmucone. Radzę wtedy: „Zaproście do nas tych, którzy wam tak mówią”. Wiem, że hospicjum kojarzy się z umieralnią. Ale tylko tym, którzy nigdy tu nie byli. Powierzenie w opiekę hospicyjną bliskiej osoby nie jest wygodnictwem i zrzeczeniem się opieki nad nią. To wyraz troski i miłości wobec ciężko chorego człowieka. U nas ma najlepszą opiekę: lekarzy, pielęgniarki, rehabilitantów, psychologa. Zanim nadeszła pandemia, można było być przy chorym 24 godziny na dobę.
Czy ktoś wychodzi z hospicjum żywy?
Każdego roku jedna lub dwie osoby wychodzą stąd o własnych siłach. Choroba w pewnym momencie zatrzymuje się, przestaje zagrażać życiu. Lekarze mówią, że jest to możliwe, zwłaszcza u osób starszych. Ale nie ma się co oszukiwać: to są bardzo wyjątkowe sytuacje. W hospicjum się umiera.
Jak długo ksiądz tu jest?
W sierpniu 2021 roku minęło 20 lat.
Od 20 lat patrzy ksiądz, jak ludzie umierają. Można się przyzwyczaić do śmierci?
Nie można. Do śmierci nie da się przywyknąć. Zobojętnieć na nią. Codziennie widzę, jak niemal wszyscy bronią się przed śmiercią, nie chcą przyjąć jej do wiadomości. Kiedy pacjent trafia do hospicjum, jego rodzina na początku zamawia msze w intencji uzdrowienia. Dopiero po jakimś czasie, po rozmowach z personelem, ze mną, proszą o mszę w intencji dobrej śmierci. Właśnie po to jest hospicjum – by nieuchronna śmierć nie niosła niepotrzebnego cierpienia, strachu. Jesteśmy tu po to, by człowiek odchodzący nie był sam i by bliscy chorych nie czuli się pozostawieni sami w tych trudnych dla nich chwilach. Wierzcie mi, nie jest łatwo powiedzieć rodzinie chorego, że ich babcia, dziadek, matka, ojciec, córka lub syn umrą w ciągu kilku najbliższych godzin. I ostrzec, że w ostatnich minutach jego życia na przykład może wystąpić krwotok. Gdybym nie wierzył, że śmierć to tylko moment przejścia do innego świata, to pewnie tak długo bym tu nie wytrzymał. Mam też wrażenie, że Bóg raz dał mi cud. Właśnie po to, by pokazać, że to, co tutaj robię, ma sens.
Cud?
Wiele razy byłem tu świadkiem cudów pojednań i nawróceń, ale cudu uzdrowienia – tylko raz. To było na samym początku mojej pracy w hospicjum. Trafił do nas pacjent z zaawansowaną chorobą nowotworową. W rozmowie ze mną powiedział, że nie życzy sobie żadnych sakramentów. Kilka dni później stracił przytomność. Wtedy jego siostra i brat przyszli do mnie i poprosili, żebym udzielił mu sakramentu chorych. Odmówiłem, bo tym, co ogranicza nas w udzielaniu sakramentów, jest wolność drugiego człowieka. Powiedziałem, że ich brat sobie nie życzył, a ja muszę uszanować jego wolę. A oni na to: „Kiedy brat miał iść do pierwszej spowiedzi i komunii świętej, rodzice właśnie się rozwodzili i mieli inne sprawy na głowie. Nie dopilnowali tego, a potem tak już zostało. Brat nigdy nie był u spowiedzi ani u komunii. Ma 64 lata i wstydził się księdzu przyznać. Tylko dlatego nie chciał sakramentów”.
Uznałem to za rzeczowy i konkretny argument. Lekarz, który był wtedy na dyżurze, powiedział, że choremu zostały nie dni, ale godziny życia. Był w agonii. Nieprzytomny, pod tlenem. Co chwilę tracił oddech. Udzieliłem mu sakramentu i odszedłem. Następnego dnia przyszedłem do hospicjum. Byłem pewny, że on już nie żyje. Zajrzałem do pokoju. Spał. Oddychał spokojnie, równomiernie. Po kilku dniach można już było z nim porozmawiać. Powiedziałem, że udzieliłem mu sakramentu chorych, i zapytałem, czy chce przystąpić do spowiedzi. „Chciałbym, ale nie wiem, jak się to robi”. „Pomogę panu”. Odbył spowiedź, pierwszą w życiu. Potem przyjął pierwszą komunię. I przyszła kolej na bierzmowanie. Siostra wpięła mu kwiatuszki w klapę, pojechał na mszę. Jego stan zdrowia cały czas się poprawiał. Zaczęto go pionizować, potem uczyć chodzić. Gdy wstał z wózka inwalidzkiego i opanował sprawne poruszanie za pomocą kul, poprosił o wypisanie do domu. Potem przyszedł do hospicjum jeszcze raz, z życzeniami wielkanocnymi. Przed dyżurką pielęgniarek zrobił kilka przysiadów, żeby pokazać, że jest całkiem zdrowy.
Sam ksiądz mówił, że czasem chorzy wracają do zdrowia.
Mówiłem wam: mam tu około 500 pacjentów rocznie. Średnio 499 umiera. A ja udzielam im sakramentu chorych. On ma ich uzdrowić. Oczywiście przede wszystkim duszę. Ale uzdrowienie duszy może być wstępem do uzdrowienia ciała. Mam przeświadczenie, że w tym wypadku tak było. Myślę, że w ten sposób Bóg przypomniał mi, że ludzie potrzebują jego obecności w sakramentach, których im udzielam.
Statystycznie chorzy spędzają w hospicjum od 10 do 12 dni. Co się może wydarzyć w tym czasie?
Wszystko. Załatwianie ostatnich spraw na tym świecie. Nawrócenia. Pojednania. Spotkania z bliskimi, których nie widziało się od kilkudziesięciu lat. Ustalenia spadkowe. Wszystkie sakramenty chrześcijańskie – z wyjątkiem kapłaństwa.
Chrzty i śluby także? W hospicjum?
Oczywiście. Pierwszy chrzest mieliśmy w ubiegłym roku. Człowiek przygotowujący się do śmierci stwierdził, że chyba nie jest ochrzczony. Urodził się we Wrocławiu. Mówił, że po ojcu jest pochodzenia żydowskiego. Nie wiedział, czy rodzice go ochrzcili, bo gdy chciał wziąć ślub kościelny, nie mógł znaleźć metryki chrztu. Wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Gdy żona umarła, na kilka lat osiadł w Izraelu, a na stare lata wrócił do Polski. Mówił, że bardzo chciałby przyjąć chrzest, więc udzieliłem mu sakramentu. Ojcem chrzestnym został syn pacjenta, którego poznał w szpitalu, zanim do nas trafił. Matką chrzestną – sąsiadka z bloku, w którym mieszkał. W prezencie dostał Pismo Święte i Dzienniczek siostry Faustyny. To były ostatnie lektury, które czytał.
A co może motywować do zawarcia sakramentu ślubu przed śmiercią? Oprócz spraw spadkowych.
Formalna strona nie ma w tych przypadkach znaczenia. Czasem pary mają już śluby cywilne, a mimo to chcą ślubu przed Bogiem.
Jak ksiądz myśli, po co?
Chcą uporządkować swoje życie. Pamiętam parę, która miała postanowienie, że weźmie ślub dopiero w 25. rocznicę wspólnego życia. Żyli ze sobą już 18 lat, gdy kobieta śmiertelnie zachorowała. Nowotwór. Wzięli ślub u nas. Po uroczystości pan młody poszedł do domu, a kobieta rozpłakała się. Pytam: „Co się dzieje?”. A ona, cała we łzach: „Bo on już do mnie nie wróci. Dlatego nie mieliśmy ślubu, bo ja cały czas się bałam, że on do mnie nie wróci, jak dostanie to, czego chce”.
Proszę wybaczyć, ale to dziwne.
Dziwne? Ludzkie. Ludzie mają różne myśli, obawy, pragnienia. Gdy mąż na drugi dzień przyszedł do tej kobiety, była przeszczęśliwa. Umarła kilka tygodni później. Inna kobieta niosła ze sobą wspomnienie swojego pierwszego męża, który zmarł na nowotwór. Dlatego z drugim partnerem nie chciała brać ślubu. Bała się, że jak za niego wyjdzie, to on też umrze.
To jeszcze dziwniejsze. Myślenie magiczne w czystej postaci.
„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Widocznie śmierć pierwszego męża była dla tej kobiety traumą, której nie chciała przeżywać po raz kolejny. Wymyśliła sobie sposób, który – w jej mniemaniu – pozwoli jej uniknąć straty i cierpienia.
Nie uniknęła ich.
Mężczyzna, z którym żyła, zachorował na nowotwór i trafił do nas. Wtedy dotarło do niej, że on odejdzie z tego świata. Postanowiła, że wezmą ślub. Przyniosła kremowy garnitur, ona była w kanarkowej garsonce. Pan młody wyjechał z łóżkiem przed ołtarz. Łzy, szampan, tort weselny, autentyczne szczęście tych ludzi. Nie zdążyłem po tych uroczystościach dojść do plebanii, a przecież to zaledwie 200 metrów, gdy zadzwonił telefon komórkowy. Pan młody już nie żył. Byli małżeństwem może przez kilka minut.
Uważa ksiądz, że warto?
Podobne pytanie zadali mi ojcowie młodych ludzi, którym udzielałem kiedyś ślubu. To było w mieszkaniu na poddaszu kamienicy przy ulicy Grzegórzeckiej. Młody chłopak był w Krakowie na studiach muzycznych. Zachorował na nowotwór strun głosowych. Jego dziewczyna studiowała psychologię. Przyjechała z Warszawy, żeby się nim opiekować. Poproszono mnie, żebym udzielił im ślubu. Chłopak był w złym stanie, ale tego sakramentu bardzo chciał. Słowa przysięgi napisał na kartce, bo nie był w stanie już nic powiedzieć. Na ślub przyjechali rodzice i rodzeństwo młodej pary. Uroczystość była podniosła, a szczęście tych ludzi – niewątpliwe. Potem obaj ojcowie wyszli za mną na klatkę schodową i pytają: „Po co to, proszę księdza? Na ostatnie kilka dni?”.
I co ksiądz odpowiedział?
Po co? Bo oni tego pragnęli i mieli do tego prawo. Dojrzewali do wspólnej miłości w obliczu cierpienia. Ślub był w sobotę. Chłopak zmarł w środę.
Ludzie, którym ksiądz udziela ślubu, wiedzą, że sakrament małżeństwa – zgodnie z nauką katolicką – nie przekracza granic śmierci? Choć na przykład prawosławie uważa inaczej – małżonkowie pozostają nimi także w niebie.
Sądzę, że poprzez zawarcie małżeństwa ludzie chcą przede wszystkim zaakcentować swoją bliskość tu, na ziemi. Nie ma sensu wchodzić w dysputy na temat różnic doktrynalnych Kościołów chrześcijańskich. To nie jest tak, że miłość dwojga ludzi nie przekracza granic życia. Nie przekracza go sama moc sakramentu, bo w niebie wszyscy będziemy dla Boga, a nie dla drugiego człowieka. Po śmierci nasza miłość i oddanie będą miały inne proporcje. Ale to, co kochamy na ziemi, będziemy też kochać w niebie. Śmiertelna choroba – paradoksalnie – może sprawić, że miłość staje się jeszcze głębsza. Człowiek zawsze bardziej docenia wszystko, gdy wie, że już niedługo to utraci. Pary opowiadają czasem piękne historie, jak po diagnozie, po pierwszej chemii, ich życie się wzbogaciło. Mówią, ile jeszcze wspólnie zrobili, ile miejsc odwiedzili, jak w tych ostatnich miesiącach zbliżyli się do siebie. Wiedzieli, że choroba jest nieuleczalna, ale walczyli jeszcze o wspólne, dobre chwile. O piękną pamięć o miłości.
Zdarzają się w hospicjum ludzie, którzy kategorycznie nie życzą sobie obecności księdza? Nie chcą żadnych sakramentów?
Oczywiście. Jestem dla nich pełen szacunku, nigdy się nie narzucam. Jeśli ktoś nie chce ze mną rozmawiać, nie naciskam. Szanuję jego wolę. Czasami osoby niewierzące chcą przedstawić mi swój punkt widzenia i opowiedzieć o doświadczeniach życiowych, które spowodowały, że patrzą na świat w określony sposób. Słucham ich. Wiem, że Bóg i tak na nich czeka. A czasami zdarza się, że Bóg znajduje do nich drogę jeszcze przed śmiercią.
Był u nas mężczyzna, który przez całe tygodnie nie chciał sakramentów. Kategorycznie nie życzył sobie mojej obecności. Wobec reszty personelu też był na „nie”. Miał pretensje, bywał nieuprzejmy. Po pewnym czasie polubił jedną z opiekunek. Zaczął zwracać się do niej dwojgiem imion – jej i jakimś drugim. Zapytała go, dlaczego tak do niej mówi. Odpowiedział, że jest to imię jego zmarłej żony. „To jest mój wyraz szacunku dla pani za to, co pani dla mnie robi. Naprawdę jestem wdzięczny za opiekę nade mną” – wytłumaczył. Gdy opiekunka usłyszała, że jest jej wdzięczny, to zapytała, czy on może coś dla niej zrobić. „Chętnie” – odparł. „Chciałabym, żeby dał się pan zawieźć na mszę świętą”. Leżał na trzecim oddziale, na parterze hospicjum. Łóżko trzeba było wywieźć windą na piętro, gdzie jest kaplica. Pamiętam, że był lipiec. Czytałem fragment Ewangelii, w którym pada pytanie Jezusa do apostołów: „Za kogo ludzie mnie uważają?”. Ten mężczyzna leżał na łóżku przed ołtarzem, słuchał Ewangelii, moich komentarzy do niej. Po skończonej mszy opiekunka podeszła do niego z pytaniem, czy może już zawieźć go z powrotem. Powiedział, że czeka na księdza. Zawołano mnie. Wyszedłem z zakrystii, podszedłem. Oświadczył, że chciałby iść do spowiedzi. Tak się stało. Odbył spowiedź z całego życia. Przyjął namaszczenie chorych i umówiliśmy się, że gdy przyjdą jego bliscy, uroczyście udzielę mu komunii świętej jako wiatyku, czyli pokarmu na drodze do wieczności – wtedy, podczas przyjęcia komunii, następuje wyznanie wiary. Gdy przyszły jego wnuki i prawnuki, patrzyły z niedowierzaniem na dziadka, którego nigdy wcześniej nie widziały w sytuacji religijnej, jak przyjmuje komunię świętą i składa wyznanie wiary. Miałem w tej sytuacji poczucie, że jestem tylko narzędziem. Wszystko wydarzyło się poza mną. Nie byłem w stanie wejść w życie tego człowieka, czymkolwiek go zaciekawić, przyciągnąć. Odrzucał mnie. Pan Bóg znalazł drogę przez opiekunkę. Ten człowiek poczuł troskę i dobro. I to przemieniło jego świat. Stał się uśmiechnięty, spokojny.
Taka przemiana to wyjątek czy reguła?
Nie jestem w stanie ocenić. Być może dlatego, że wyraźniej pamiętam sytuacje wewnętrznej przemiany, która przynosi chorym ulgę. Najbardziej źli, rozżaleni i niepogodzeni ze swoją sytuacją są ludzie młodzi. Mieli plany i marzenia, a wylądowali w hospicjum. I jeszcze jakiś ksiądz czegoś od nich chce. Są rozczarowani i wkurzeni. Obrażeni na Pana Boga i na cały świat. Z nikim nie chcą rozmawiać. Ale ja najbardziej lubię młodych pacjentów. Są w swoim umieraniu najbardziej szczerzy. Zadają bardzo konkretne, radykalne pytania wobec swojej śmierci i cierpienia, chcą wykrzyczeć swój bunt i niezgodę. Chętniej otwierają się przede mną i wprowadzają w swoje życie. Starsi ludzie mają o wiele grubszy pancerz i trudniej do nich dotrzeć.
Młody człowiek krzyczy: dlaczego ja? A ksiądz co odpowiada?
Że też mnie to interesuje. Że też jestem ciekaw, dlaczego ty teraz umierasz. I pytam ich, czy na wszystkie pytania można znaleźć odpowiedzi.
(...)
I to ksiądz mówi umierającym lub ich bliskim? Pewnie nie widzą w swojej sytuacji działania Bożej miłości.
Byłem kiedyś w domu umierającego trzydziestolatka. Przy nim klęczała mama, trzymając go za rękę. Obok stała żona z ich pięciomiesięcznym dzieckiem. No i jak w takiej sytuacji po ludzku wytłumaczyć sobie, że Bóg, który jest miłością, zabiera tego człowieka w najlepszym momencie? Że zostaje maleńkie dziecko, które będzie wychowywać się bez ojca? Ale mimo to wierzę, że Bóg jest ponad tym i podejmuje właściwą decyzję. Nie powiedziałem tego żonie umierającego. Nie mogłem. Ale spytałem, czy dziś – wiedząc, że z tym człowiekiem przeżyje tylko trzy lata – cofnęłaby czas, nie związała się z nim. Odpowiedziała, że te trzy lata były dla niej darem. Pięknym czasem, za który jest wdzięczna. Zawsze w takich sytuacjach staram się pocieszyć cierpiących i uzmysłowić im, że Bóg nas nie zostawia. Nie jesteśmy mu obojętni. Nawet wtedy gdy jest najtrudniej, on cierpi razem z nami. Gdy widzę, jak ciężko jest młodemu człowiekowi, który trafił do hospicjum, próbuję po prostu rozmawiać. Z szacunkiem dla niego, z delikatnością. Czasami się udaje. Oczywiście zdarza się, że ktoś odrzuca mnie jako kapłana i człowieka. Niektórzy chorzy nie pozwalają sobie na ulgę. Radykalnie dają mi do zrozumienia, że nie życzą sobie rozmowy.
Czyli?
Padają grube słowa.
Jakie? Przepraszam za wyrażenie: wypierdalaj?
Pewnie. Albo i gorzej.
Gorzej?
Tak, ale ja tych ludzi rozumiem. Choroba odbiera im wolność, możliwość decydowania o sobie. Nie mogą się sami umyć, nie mogą zjeść samodzielnie, nie mogą wstać z łóżka. To chociaż mogą zdecydować, że nie chcą widzieć księdza. Wołają mnie, proszą żebym usiadł obok nich, a za chwilę mówią: wynocha! Była u nas dziewczyna, która zdobyła tytuł Miss Gracji w konkursie Miss Polonia. Miała 19 lat, gdy zachorowała na raka mózgu. Pokonała chorobę, ale na ostatnim roku studiów nowotwór ponownie zaatakował. Trafiła do nas. Przy łóżku trzymała zdjęcia z czasów, gdy brylowała wśród najpiękniejszych kobiet w Polsce. Sterydy i chemioterapia ją wyniszczyły. Zupełnie nie mogła sobie z tym poradzić. Nie akceptowała swojego wyglądu do tego stopnia, że nie mógł jej widzieć żaden mężczyzna. Nie wpuszczała do pokoju nawet taty, brata i narzeczonego! Dopuszczała do siebie tylko mamę. Całymi dniami jęczała i szlochała. Leki przeciwbólowe nie dawały ulgi, bo źródłem jej cierpień nie był fizyczny ból. Pamiętam, że kilka razy prosiła mnie, żebym do niej przyszedł, a potem wyganiała mnie z pokoju. Byłem jednak cierpliwy. Któregoś razu nie powiedziała „wynocha”, mogłem zostać. Rozmawialiśmy długo, w końcu przystąpiła do spowiedzi. Poczuła ulgę, zaakceptowała bliskich. Po sakramencie chorych poczuła się na tyle mocna, że wyszła do domu. Spędziła pół roku z rodziną, do nas wróciła na ostatni tydzień życia.
Pamiętam też dobrze człowieka, który był mordercą.
Mordercą?
Podczas libacji alkoholowej zamordował konkubinę. Miał majaki alkoholowe. Zobaczył, że konkubina jest potworem. Chciał się przed nim bronić i zadał jej ponad 40 ciosów nożem. Potem wyczerpany zasnął. Gdy się obudził, oddał się w ręce policji. W ramach przygotowania do procesu trafił na badania psychiatryczne do Szpitala im. Józefa Babińskiego. Tam okazało się, że ma guza mózgu. Zamiast do więzienia trafił do hospicjum. Poinformowano mnie, że jest niewierzący i nie życzy sobie kontaktu z księdzem. Zwykle idę do takich osób, przedstawiam się, mówię, że szanuję ich przekonania, ale żeby nie zdziwili się, gdy będę chodził z sakramentami do ich sąsiadów z pokoju. A gdyby chcieli porozmawiać, to jestem otwarty. Tego człowieka nie miałem nawet szansy zobaczyć, bo gdy widział, że idę do pokoju z komunią, wychodził do ubikacji. Mijały tygodnie, a ja nawet nie wiedziałem, jak on wygląda. Choroba postępowała i w pewnym momencie nie był już w stanie wstać z łóżka. Nie mógł dłużej ukrywać się przede mną. Gdy chodziłem z komunią do sąsiadów, obserwował mnie. Któregoś dnia zaczęła się agonia. Lekarka spytała go, czy na pewno nie chce spotkania z księdzem. Powiedział, że chce. Byłem wtedy na Podhalu, zadzwoniono do mnie. Przyjechałem na sygnale do hospicjum. Przyszedłem do niego wieczorem, było ciemno. Zaczął się spowiadać, pomagałem mu. Powiedziałem, że udzielam mu rozgrzeszenia, a on nagle: „Po co, przecież jaja sobie robię z księdza”… „No to jak pan sobie robi jaja, to nie mogę dać panu rozgrzeszenia”. Wyszedłem. Następnego dnia przyszedłem z komunią do jego pokoju. Nadal żył. Poprosił: „Niech ksiądz dzisiaj przyjdzie, wyspowiadam się”. „Nie będzie pan sobie robił jaj?” „Dzisiaj nie”. I dodał głośno: „Wszyscy wiecie, dlaczego tu trafiłem. Ale ja mam takie rzeczy na sumieniu, o których nie wiecie, a ja nigdy nie potrafiłem o nich nikomu powiedzieć”.
Powiedział o nich księdzu na spowiedzi?
Tak. To były sprawy, które obciążały go bardziej niż morderstwo. Przyjął rozgrzeszenie, komunię, ostatnie namaszczenie. Pielęgniarki, które były na dyżurze, mówiły, że całkiem się zmienił. Przestał kląć i złorzeczyć. Złe oczy rozpogodziły się. Zamilkł. Leżał spokojny. Umarł w Boże Narodzenie. To było dla mnie duże przeżycie. Widziałem proces, jaki Pan Bóg przeprowadził w tym człowieku.
Powiedział ktoś kiedyś księdzu przed śmiercią, że za mało nagrzeszył?
Za mało nagrzeszył?
Tak. Że powinien lepiej się bawić. Grać w ruletkę, częściej pić dobrą whisky, pieniądze chciwego szefa zdefraudować, sąsiadkę zaciągnąć do łóżka.
Nie. Nigdy. Takich ludzi tu nie spotkałem.
Pewnie przed księdzem i tak by się nie przyznali.
Być może. Owszem, są tacy, którzy nie chcą żadnego kontaktu z księdzem. Ale spośród tych, którzy ze mną rozmawiali, nikt nie żałował, że nie zrobił czegoś zakazanego, niemoralnego. Ludzie przed śmiercią nie myślą kategoriami: „Jaka szkoda, że czegoś nie doznałem, nie wyszarpałem więcej z tego świata”. Owszem, młodzi pacjenci żałują, że nie związali się z nikim, nie zdążyli się nacieszyć szczęściem rodzinnym. Generalnie – jeśli w obliczu odejścia z tego świata pojawia się żal, to dotyczy on przede wszystkim dwóch sfer: wartości i relacji.
Czyli?
Umierający żałują opowiedzenia się w życiu za innymi wartościami niż te, które teraz uważają za naprawdę istotne. Koniec życia zmienia ich patrzenie na świat, hierarchię wartości. Odchodząc, mówią wprost, że praca, której poświęcali czas, oraz pieniądze, o które zabiegali, nic nie są warte. Żałują czasu, którego nie spędzili z dziećmi, z małżonkami. Jest im źle, bo skupiali się na zapewnieniu dzieciom dobrobytu, a nie na ich wychowaniu. Bolą ich zaniedbane relacje. Wyrzucają sobie, że nie mieli dość siły i odwagi, by powiedzieć komuś: kocham i przepraszam.
Większość naszych rozmówców powtarza: umierający żałują, że tracili czas na pracę i zdobywanie pieniędzy, a za mało uwagi poświęcali swoim bliskim. Ale można na to spojrzeć inaczej. Na łożu śmierci z pieniędzy korzystać się nie da, prestiż też traci znaczenie – to oczywiste. Dlatego umierający relatywizują ich znaczenie, umniejszają je. Nie sądzi ksiądz, że gdyby jakimś cudem ci ludzie opuścili hospicjum i odzyskali siły, to z chęcią wydaliby jeszcze trochę pieniędzy na miłą konsumpcję? A może o jakieś ważne stanowisko jeszcze by zawalczyli?
Nie sądzę. Niektórzy z tych, którzy tutaj przyszli, naprawdę mieli duże pieniądze.
Oczywiście. I pewnie z nich korzystali, dopóki mogli. Kiedy ma się majątek, ale nie można już się z niego cieszyć, dużo łatwiej o takie słowa: „Proszę księdza, te pieniądze to marność, powinniśmy pielęgnować miłość i pomagać potrzebującym, a nie tyrać”… Oczywiście: przed śmiercią pieniądze nic nie są warte. Ale czy może z tego płynąć wniosek, że czas poświęcony na ich zdobywanie, gdy można ich było używać, był zmarnowany?
Ludzie przed śmiercią wiedzą, że pieniądze – nawet bardzo duże – nie pomogły w leczeniu, w ich powrocie do zdrowia. I że ich prawdziwa wartość jest ograniczona.
Ale jakie fajne życie dały.
Szczęścia nie przyniosły. Z perspektywy łóżka w hospicjum ludzie oceniają, że więcej szczęścia dałaby im zabawa z dziećmi, spotkania z przyjaciółmi, dobre stosunki w rodzinie.
A zdarzają się tacy chorzy, którzy mówią, że nie żałują niczego, bo mieli dobre życie?
Tak. Uważają, że to, co było dostępne w życiu, osiągnęli. Że życie było w miarę szczęśliwe. Że obok siebie mieli kochającego człowieka. Pamiętam kobietę, która nie miała dzieci, przeżyła razem z mężem 60 lat. Było widać ich ogromne przywiązanie do siebie i pełnię szczęścia. Odchodziła spokojna i zadowolona z tego, co dane jej było przeżyć na tym świecie.
W hospicjum jest jeszcze miejsce na marzenia?
Jak najbardziej. To są proste, małe sprawy. Chorzy chcieliby jeszcze spotkać się z dziećmi lub ze znajomymi, zobaczyć swoje rodzinne strony, pogłaskać swojego psa czy kota. Posłuchać ulubionej muzyki, odwiedzić jakieś miejsce. Jeden z księży chciał pojechać do siebie na plebanię. W czasie drogi poprosił, by zatrzymać się na jednej z polan w lesie, niedaleko kościoła, w którym pracował. Popatrzył, nacieszył się widokiem. Odwieziono go na plebanię i zmarł – jeszcze tego samego dnia. Był też u nas były żołnierz AK o pseudonimie „Bimber” – podobno jego ojciec był mistrzem w pędzeniu tego trunku. W pierwszy piątek miesiąca wziął udział w mszy świętej, przyjął komunię. Po nabożeństwie poprosił, żeby zabrać go na papierosa. Wrócił, położył się na łóżko i zmarł. Jego marzeniem był ostatni papieros. Czasem olbrzymią radość sprawia choremu zabranie go na pobliski plac Bieńczycki albo odwiedzenie galerii handlowej. Widzieć ludzi, normalne życie. To wystarczy.
Wspominał ksiądz, że chorzy przed śmiercią chcą zwykle uporządkować swoje sprawy. Wzywają notariusza, spisują testamenty?
Oczywiście. Rozmawiają z prawnikami, wydają konkretne dyspozycje spadkowe. Ale „porządkowanie” nie ogranicza się tylko do spraw materialnych. To może być na przykład telefon do byłej żony. W hospicyjnej opiece domowej mieliśmy kiedyś pacjenta, który w pewnym okresie swojego życia mocno nadużywał alkoholu. Zostawił wtedy żonę i dziecko, związał się z inną kobietą. Z drugą partnerką nie miał nawet formalnego związku cywilnego. Lekarz i pielęgniarki, widząc, że zbliża się koniec jego życia, zapytali go, czy nie chciałby spotkać się z księdzem. Wtedy ten człowiek powiedział, że owszem, przyjmie księdza, ale nie musi to być ksiądz z hospicjum, lecz z jego parafii. „Wcześniej jednak odszukajcie moją byłą żonę i syna” – poprosił ludzi z hospicjum.
Odszukali?
Tak. Była żona z synem zostali zaproszeni do domu i on publicznie – w obecności obecnej partnerki i swojego drugiego dziecka – ich przeprosił. Za całe zło, które im wyrządził. I wtedy poprosił o księdza z parafii. Wyspowiadał się, przyjął namaszczenie chorych i zaraz potem zmarł. Jego była żona i partnerka wspólnie organizowały jego pogrzeb. Dla mnie to piękny przykład, że przed śmiercią można przyznać się do błędów i próbować zadośćuczynić tym, którym uczyniło się zło.
Innym razem umierający mężczyzna (też był w opiece domowej) chciał, żebym odprawił mszę u niego w domu. Przyszedłem umówionego dnia. Zebrała się cała rodzina: wszystkie dzieci z małżonkami, wnuki. Odprawiam mszę, dochodzę do przekazania znaku pokoju. Chory daje mi znak, żebym się zatrzymał. Syn idzie do pokoju obok i przynosi duży bukiet róż. Mężczyzna w obliczu całej rodziny wręcza go swojej żonie i przeprasza ją za swoje błędy i przykrości, które jej sprawił. Płacz, wszyscy rozklejeni. To była podniosła chwila.
Często się takie zdarzają?
Przeprosiny i pojednania w domu, w obecności całej rodziny – raczej rzadko. Dlatego zapadły mi w pamięć. W hospicjum o odszukanie dawnej rodziny – żony i dzieci – proszą nas na ogół osoby bezdomne. Chcą ich zobaczyć przed śmiercią, czasem także przeprosić. Syn jednej z takich osób poprosił mnie, żebym pojechał z nim na pogrzeb taty. Miał kilka lat, gdy ojciec porzucił rodzinę. Później nie utrzymywał z nią żadnego kontaktu. Dopiero na łożu śmierci odszukał syna, spotkali się. Gdy jechaliśmy na pogrzeb, syn wyznał mi: „Odzyskałem tatę o rzut beretem od jego śmierci”. Opowiadał, o czym rozmawiali, co ojciec mu przekazał. Pogrzeb był radością z odzyskania taty. Mimo że go stracił.
Żałosne.
Co jest żałosne?
Człowiek porzuca dziecko i przez kilkadziesiąt lat nie interesuje się jego losem. Na tydzień przed śmiercią chce uspokoić sumienie, wzywa syna i prawi mu kazania. W kilka godzin próbuje naprawić błędy całego życia. Mógł choć raz na wywiadówkę iść. Lub alimenty płacić.
Pomyślcie, co czułby syn, gdyby przed śmiercią w ogóle nie zobaczył się z ojcem.
Nic by nie czuł. Przecież i tak nie miał ojca.
Wiedziałby tylko tyle, że ojciec kiedyś go porzucił. Do końca życia nosiłby tę ranę. Co innego czuje syn, którego ojciec odszukał i być może przeprosił za zło, które wyrządził. Wtedy rana może się zagoić. Choć trochę.
Faktycznie – świetny ojciec. Łaskawca.
Ironizujecie, bo nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo dzieci potrzebują rodziców. Widzimy to w hospicjum. Osoby, które były adoptowane, przed śmiercią chcą za wszelką cenę dowiedzieć się, kim byli ich biologiczni rodzice. Mają świadomość, że już się z nimi nie spotkają. Przynajmniej chcą wiedzieć.
A spotkał ksiądz ludzi, którzy nie życzą sobie kontaktu z rodziną? Dawną lub obecną.
To się zdarza. Bywa też tak, że kobiety przychodzą do mężów w hospicjum, a my widzimy, że absolutnie nie powinny tego robić. Boją się, wpadają w drgawki. Wtedy zaczynamy rozmawiać. I okazuje się, że mężczyzna, który umiera, był przemocowy, bił żonę. Dla niej moment, w którym trafił do hospicjum, jest ulgą, wybawieniem. Ale gdy mąż prosi, ona i tak przychodzi. Czasem nasz psycholog sugeruje takim kobietom, by jednak nie przychodziły, bo jest to dla nich zbyt dużym obciążeniem. Są ludzie, którzy byli powodem cierpień swoich bliskich. Zdają sobie z tego sprawę. Wiedzą, że u kresu życia nie mogą liczyć z ich strony na miłość, wsparcie i opiekę. Dlatego zależy im, by trafili do hospicjum. Zakładają taki scenariusz.
Poznałem ludzi, którzy kiedyś porzucili rodziny i przed śmiercią kategorycznie nie życzą sobie kontaktu z nimi. Mówią wprost, że nie chcą, by dawać znać byłej żonie lub dzieciom. To może wynikać z ogromnych zranień, które noszą w sobie i z którymi nie potrafili sobie poradzić przez całe życie. Czasem przełamują się, ale to nie zdarza się często. Jeden mężczyzna trafił do nas z zakładu karnego. Miał ponad 70 lat. Nie chciał iść do spowiedzi. Wyjaśnił mi, że nie z powodu jakichś wielkich grzechów. Po prostu nie chciał wybaczyć żonie.
Czego?
Opowiedział mi historię – zastrzegam, nie wiem, czy prawdziwą – jak żona założyła mu niebieską kartę. Przekonała policję, że on ją bije i awanturuje się. W końcu, po iluś interwencjach policji, wylądował w więzieniu. Uważał, że niesłusznie.
Oczywiście. Więzienia są pełne niewinnych.
Relacjonuję, co mi powiedział. Długo zmagał się ze sobą, zanim poszedł do spowiedzi. W Wielkim Tygodniu wyspowiadał się. Wtedy zapragnął odwiedzić dom, z którego został już wyeksmitowany. Zadzwonił do syna, pojechali do domu. Wrócił do nas w Wielkanoc. Szczęśliwy. Powiedział, że teraz może umierać. Odszedł kilka dni później.
Co nie pozwala ludziom spokojnie odejść z tego świata?
Zranienie. Ból. Nieuporządkowanie w relacjach. Grzech.
Grzech? Nie każdy operuje tym pojęciem. Na pewno nie wszyscy umierający są osobami wierzącymi.
Mam na myśli rany, które ludzie sami sobie zadali i szli z nimi przez całe życie. Kobiety często mówią o grzechu aborcji. Nigdy nie spotkałem tu kobiety, która powiedziałaby, że jest szczęśliwa po aborcji. Przed śmiercią odczuwają to jako tragedię. Pamiętajcie, że mówimy o ludziach, których młodość przypadła na lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte. Wtedy aborcja w Polsce była normą, traktowano ją niemalże jako środek antykoncepcyjny. Dziś przychodzi do mnie staruszka i mówi, że zabiła troje dzieci i nie może sobie z tym poradzić. Obwinia się i ma poczucie zła, którego dokonała. Usłyszałem kiedyś opowieść kobiety, która w wieku siedmiu lat straciła mamę. Ojciec związał się z inną kobietą. Pod jej wpływem wpadł w podejrzane towarzystwo, zaczął kraść, trafił do więzienia. Dwie dziewczynki zostały same z macochą, która zaczęła zmuszać je do prostytucji. Nie miały jeszcze 10 lat. Trwało to do momentu, gdy ojciec wyszedł z więzienia. Dziewczyny za wszelką cenę chciały wyrwać się z tego domu. Ratunkiem było małżeństwo z pierwszym możliwym kandydatem. Tak zrobiły. To nie były szczęśliwe małżeństwa. Kobieta, która mi to opowiadała, nosiła w sobie jedną myśl – moje dzieci nie mogą przejść takiego piekła jak ja. Dlatego usuwała kolejne ciąże. Miała tylko jednego syna. Po pewnym czasie mąż wyjechał do USA i wysyłał jej pieniądze zza oceanu. Żyła sama ze swoim ciężarem. Ona była jedną wielką raną. Aż do śmierci nie uporała się z koszmarem, który przeżyła jako dziecko. Takie rozmowy są przejmujące. Odbyłem ich wiele.
Ma ksiądz wrażenie, że widzi wtedy prawdziwą kondycję ludzi?
Przed śmiercią wszyscy są szczerzy. Mógłbym zwątpić w rodzaj ludzki. Nasłuchałem się o słabościach, nałogach, niegodziwościach. Ale we wszystkich ludziach jest dobro. Gdy ma się chęć i czas na rozmowę oraz nawiązanie relacji, to u każdego człowieka – nawet na pozór przegranego – można dostrzec piękne i dobre serce. Człowiek, który nie był w stanie uporać się z alkoholizmem, stał się bezdomny, nie szanował ludzi ani żadnych wartości, mówi do mnie z troską: „Powiem coś księdzu z doświadczenia – można spać na ziemi, ale trzeba sobie podłożyć deskę. Żeby ksiądz nie spał na gołej ziemi, jak temperatura spada poniżej zera. No, do minus pięciu stopni jeszcze jako tako, ale jak będzie zimniej i bez deski, to ksiądz się rozchoruje. Niech ksiądz o siebie dba”.
Miłe.
Miłość, dobro, troska o innego człowieka – każdy nosi to w sobie. Choć czasem głęboko ukryte. Wiosną 2019 roku umierał u nas młody człowiek. Był alkoholikiem. Leczył się, był na odwykach, próbował wyjść z nałogu. Podczas jednego z pobytów w ośrodku terapeutycznym poznał kobietę. Związał się z nią, urodziła się im córka, zamieszkali u jego rodziców. Raczej nie prowadzili przykładnego życia, bo rodzice wyrzucili ich z domu. Matka z dzieckiem trafiła do ośrodka prowadzonego przez siostry albertynki na ulicy Malborskiej w Krakowie. Chłopak gnieździł się w altance na ogródkach działkowych w Nowej Hucie. Kobieta odwiedzała go często, pomieszkiwała tam z nim. Umarła w tej altance. Któregoś dnia obudził się, a ona była martwa. Opowiadał, że to doświadczenie tak bolesne, że aż nie do wyobrażenia. Umarła kobieta, którą kochał. Wezwał policję, został aresztowany. Wypuszczono go, bo w żaden sposób nie przyczynił się do jej śmierci; powodem było nagłe zatrzymanie akcji serca. Przeżył traumę, chciał się zapić na śmierć. „Nie wiem gdzie, nie wiem z kim, nie wiem za co. Piłem, żeby umrzeć” – opowiadał. Odnalazł go brat, oddał na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Chłopak stanął na nogi. Znów spotkał kobietę, zakochał się. Mówił, że troszczył się o nią, jak mógł, byle tylko nie umarła. Wiecie, co się stało?
Umarła?
Gdy razem siedzieli pod sklepem Tesco i pili piwo. Miała dwadzieścia kilka lat. Zabił ją tętniak. Z tej traumy już się nie podźwignął. Poszedł w alkohol. Niedługo później okazało się, że ma raka, i trafił do nas. Nie przyjął sakramentów, ale była w nim olbrzymia potrzeba rozmowy. Miał dużego guza w okolicach szyi, mówił z trudem, musiałem się wsłuchiwać. Gdy się przekonał, że chcę go słuchać i jestem otwarty na jego historię, a przy tym nie osądzam, był szczęśliwy. Bardzo chciał komuś opowiedzieć swoje życie. Przed śmiercią pragnął tylko jednego – spotkać się z córką. Ostatni raz widział ją gdzieś z daleka, gdy przechodziła z mamą przez most na Wiśle. Miała wtedy trzy lata. Gdy umierał, miała lat 15. Przez 12 lat nie widział swojego dziecka.
Dlaczego? Nie mógł?
Córka trafiła do rodziny zastępczej. Gdy zmarła jej matka, zupełnie stracił kontakt z dzieckiem. Mówił, że wspomnienie tego ostatniego spotkania z córką, ta chwila na moście, to najpiękniejsze wspomnienie jego życia. Odszedł samotny. Nie odnaleźliśmy córki.
Hospicjum prowadzi takie poszukiwania?
Chcemy pomóc. Jeśli komuś zależy na odszukaniu jakiejś osoby, zgłaszamy to naszym pracownikom socjalnym, a oni informują Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Wiedzieliśmy, że jeżeli uda nam się odnaleźć biologiczną córkę tego mężczyzny, to będziemy kontaktować się z jej rodzicami zastępczymi i pytać ich o zdanie. Nie wchodzimy z butami w czyjeś życie. Wiadomo, że historia, którą usłyszałem, miała też drugą stronę. Dziecko nie trafia do rodziny zastępczej bez powodu. Nie wiadomo, czy kontakt z biologicznym ojcem byłby dla tej dziewczynki wskazany.
Zdarza się, że dzieci, które nie widziały rodziców przez kilkanaście lat, spotykają ich w hospicjum?
Tak, ale takie spotkania nie zdarzają się często. Nie każdy chce wracać do złych wspomnień i konfrontować się z trudną przeszłością. Nie każdy widzi w tym sens.
Pracuje ksiądz w hospicjum już blisko 20 lat. Umieranie, śmierć, trudne historie pacjentów, emocje rodzin… Nie ma czasem ksiądz dość tego wszystkiego?
Nigdy nie miałem chwil zwątpienia. Jestem wdzięczny Bogu za to, czego mogę tutaj doświadczyć. Za to, że widzę w ludziach jego działanie. Za wszystkie znaki, które nam daje.
Znaki?
Ksiądz Jan, michalita, był u nas trzy lata temu. W sylwestra o piętnastej odprawiał razem ze mną mszę. Po rozdaniu komunii w pokojach chorych wróciłem do ołtarza i mówię, że niektórzy już cieszą się z Nowego Roku, na przykład w Japonii. My będziemy przeżywać tę chwilę o północy. I spytałem księdza Jana, który był przez wiele lat misjonarzem na Dominikanie, kiedy będą przeżywać ci, wśród których on pracował. Powiedział, że o szóstej rano naszego czasu. On przez cały czas swej choroby marzył, żeby tam do nich wrócić i umrzeć. Zmarł o godzinie szóstej w Nowy Rok. Wtedy kiedy na Dominikanie wybiła północ.
Pani Ewa, która przez wiele lat była szefową naszych wolontariuszy, całe życie modliła się do świętego ojca Pio. Kiedy zachorowała na nowotwór, przy jej łóżku odprawiono mszę. Jeden z księży przywiózł relikwie świętego ojca Pio. Pani Ewa powiedziała mi, że wtedy Pan Bóg odjął jej cierpienie. Nie wyzdrowiała, ale przestało ją boleć. Ból wrócił po pół roku, w święto podwyższenia krzyża. A zmarła we wspomnienie ojca Pio. I jak mam nie widzieć w tym znaków? Niektórzy nazwą to przypadkiem, zbiegiem okoliczności. Ja uważam, że Bóg nam się w życiu objawia. Trzeba tylko patrzeć.
W jaki sposób ksiądz tutaj trafił?
Nie wymarzyłem sobie takiej pracy. Pewnego dnia zadzwonił do mnie biskup, wezwał mnie na rozmowę i powiedział, że wysyła mnie na studia doktoranckie. Oprócz tego chciał, żebym zajął się chorymi w hospicjum. Po latach dowiedziałem się od pani prezes Towarzystwa Przyjaciół Chorych, które prowadzi nasze hospicjum, że biskup odwiedził je podczas wizytacji parafii. Wtedy rozeznał się, jakie są potrzeby i oczekiwania wobec księdza, który miałby tam pracować. Wiedział, że w seminarium przeżyłem śmierć kliniczną. Wróciłem z tamtej strony, więc stwierdził, że będę się nadawał.
Przeżył ksiądz śmierć kliniczną? Jak to się stało?
Zatrułem się tlenkiem węgla. To był 1993 rok, sylwester. Przyszedłem z seminarium na ferie świąteczne do domu. Mieszkaliśmy w blokach w Krakowie. Podobnie jak we wszystkich mieszkaniach budowanych w czasach PRL wodę podgrzewały piecyki gazowe. Rano wstałem z łóżka, wziąłem prysznic. Zakręciłem wodę i zaczęło mi się robić słabo. Położyłem się na ziemi, głowę miałem tuż przy drzwiach, przy kratkach wentylacyjnych. Straciłem przytomność na godzinę.
Widział ksiądz tunel i światło na jego końcu?
Widziałem to wszystko, o czym opowiadają ludzie, którzy przeszli śmierć kliniczną. Miałem wizję tunelu z bardzo jasnym światłem na końcu. To światło nie raziło mnie. Przyciągało. Dawało poczucie szczęścia. Szedłem w jego kierunku z radością. Miałem poczucie, że jest to przekroczenie progu i moja droga do wieczności. Towarzyszyła mi też świadomość utraty dwóch wartości, które zostają za mną: rodziny i książek. Oraz wrażenie, że na końcu tunelu czeka mnie coś, co przewyższa wszystkie wartości. Byłem szczęśliwy, spokojny, zadowolony. I nagle się obudziłem. Sam, nikt mnie nie cucił. Pozbierałem się, dowlokłem do pokoju, obudziłem brata: „Rób coś, bo chyba umieram”. Wezwano karetkę. Zatrułem się o ósmej rano, odzyskałem przytomność o dziewiątej, na oddział toksykologii trafiłem około czternastej. Zmierzono mi ciśnienie. Miałem 280 na 210. Lekarka powiedziała: „To ciekawe, jakie było o ósmej rano”. Lekarka spytała jeszcze, czemu nie straciłem pamięci. Po kilku dniach doszedłem do siebie, nie miałem żadnych ubytków na zdrowiu. Dotarło do mnie, że Pan Bóg czegoś jednak ode mnie chce.
To doświadczenie pomaga księdzu w pracy?
Bardzo. W zeszłym roku była u nas kobieta. Umierała na raka trzustki. Kiedyś zadała mi trzy bardzo konkretne pytania: Co Kościół mówi na temat śmierci i tego, co dzieje się później? Czego dowiedziałem się o śmierci w hospicjum i czy mam jakieś osobiste doświadczenie, czy mogę coś powiedzieć na ten temat „od siebie”? Opowiedziałem jej wszystko, co wiedziałem i czego doświadczyłem. Wysłuchała z uwagą. Odparła: „Dziękuję. Na taką rozmowę liczyłam. To ja się tylko jeszcze muszę pożegnać”. Dwa dni później umarła. Wiedziałem, że tam, dokąd poszła, jest szczęście. Bo ja go dotknąłem. To pozwala mi nieść otuchę tym, którzy są przed przekroczeniem tego progu.
(...)
SPOWIEDŹ Z ŻYCIARozmowa z ojcem Markiem Donajem
Marek Donaj OSA: augustianin, katecheta, publicysta, proboszcz parafii Świętej Katarzyny w Krakowie. Od 25 lat kapelan szpitalny w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie.
Towarzyszył w odchodzeniu księdzu Józefowi Tischnerowi, Piotrowi Skrzyneckiemu, Czesławowi Miłoszowi. I setkom innych osób, których nie znamy z gazet, ale które tak samo odcisnęły na nim swoje piętno. Pomogły zrozumieć, jaką wartością jest obcowanie z umierającymi. Bo przecież ból i cierpienie – to także część człowieczeństwa.
Od jak dawna ksiądz jest kapelanem w szpitalu?
Już ponad 25 lat.
Da się oszacować, ilu chorych spotkał ksiądz w tym czasie?
Nie muszę szacować. Wiem dokładnie. To 2471 osób. Teraz może będzie już nieco więcej.
Skąd ksiądz to wie?
Gdy II Katedra Chorób Wewnętrznych Collegium Medicum UJ w 2019 roku przenosiła się z budynków przy ulicy Skawińskiej do nowej siedziby Szpitala Uniwersyteckiego, wziąłem z oddziału intensywnej terapii swój zeszyt. W zasadzie dwa zeszyty. Zapisałem w nich wszystkich, których spotkałem podczas pracy w szpitalu.
Wszystkich?
Wszystkich. Imię, nazwisko i datę naszego pierwszego spotkania. Wyszło 2471 nazwisk. Nie wszyscy zmarli w szpitalu, ale myślę, że 90 procent z nich nie ma już na tym świecie. Codziennie wieczorem czytam 30 nazwisk z listy. Tyle mieści się na jednej stronie.
Po co?
Bo mam wobec nich dług. Spłacam go.
Jaki dług?
Dali mi pojąć unikalność i wagę spotkania z drugim człowiekiem. Bycia przy nim i towarzyszenia mu. Spotykając chorych i cierpiących, przekonałem się, jak wiele może znaczyć wejście w relację z kimś, kto za chwilę może opuścić nasz świat. Czasem wystarczy otrzeć się o drugiego człowieka, porozmawiać chwilę, zatrzymać się. To już wystarczy, by umożliwić mu pozostawienie śladu w doczesności, odciśnięcie swojej energii życia tu, w naszym świecie. Każdy człowiek zostawia pamiątki swojej ziemskiej wędrówki: uczynki, dzieła większe i mniejsze, myśli. Zostawia swoją obecność w innych ludziach. Oni zostawili swój ślad we mnie. Dzięki nim wiem, jak mocna jest nasza obawa przed śmiercią i jak wielką rolę w uśmierzeniu tego lęku może mieć drugi człowiek. Jestem im za to wdzięczny. Ludzi, którym towarzyszyłem podczas ich pobytu w szpitalu, nazwałem utraconymi. Bo oni zwykle tam umierali. Dla tego świata zostali utraceni. Jest taki film – dramat wojenny w reżyserii Mela Gibsona – Przełęcz ocalonych. W jednej ze scen główny bohater szuka rannych żołnierzy i znosi ich z przełęczy w bezpieczne miejsce. Zakrwawiony, nieludzko zmęczony, prosi Pana Boga, żeby dał mu siłę i pozwolił ocalić jeszcze jednego żołnierza. I jeszcze jednego, i kolejnego, i kolejnego… Miałem i mam podobne odczucia podczas swojej posługi.
(...)
Czy ksiądz od samego początku chciał być kapelanem? Od razu czuł to powołanie?
A skądże znowu! W życiu bym o tym nie pomyślał. Na początku to była posługa jedna z wielu. Wysyłają cię do szpitala, to idziesz. Nie możesz powiedzieć: nie. Ostatnio w Szpitalu Uniwersyteckim leżał jezuita. Podszedłem do niego, zaproponowałem komunię świętą, a on pyta: „Czy ksiądz jest na emeryturze?”. Księża myślą w ten sposób, że funkcja kapelana szpitalnego jest dobra dla emerytów lub dla kapłanów z jakimś problemem, zesłanych do chorych za karę. Wśród duchowieństwa pokutuje pogląd, że to taka „ostatnia posługa księdza”, która w zasadzie nie wymaga niczego oprócz dyspozycyjności. Młodzi kapłani nie garną się do tej roli. W moim przypadku było tak, że dziewięć miesięcy po święceniach kapłańskich poszedłem po raz pierwszy do szpitala przy Skawińskiej. Chodziłem po salach i udzielałem komunii, nie patrząc na ludzi. Szybko, prawie w biegu. Unikałem kontaktu z pacjentami. Chciałem zrobić swoje i wyjść. Zostawić to miejsce, wyjść na świat, odetchnąć. Pewnego dnia na intensywnej terapii usłyszałem, jak ktoś mówi: „Niech się ksiądz zatrzyma”. To było rano, przed siódmą, sala tonęła w szpitalnym półmroku. Jeden z pacjentów poprosił: „Niech ksiądz coś powie”. Zatrzymałem się, nie bardzo wiedziałem, jak się zachować. „Co mam powiedzieć, gdy widzę wokół tyle cierpienia? A ja się boję cierpienia” – odpowiedziałem i uciekłem.
Bał się ksiądz cierpienia?
Oczywiście. Szpital to opuchlizna, siniaki na nogach, charczenie, ból, kapitulacja wobec własnej fizjologii, niemoc, bezbronność. Gdyby ktoś dziś kazał wam wejść do tego świata i codziennie przebywać w nim przez kilka godzin, też chcielibyście uciec. Nie byłem przygotowany do pracy w szpitalu. Wtedy, 25 lat temu, musiałem skonfrontować się ze swoim lękiem i ucieczką. Musiałem sam sobie powiedzieć, czego się boję i dlaczego uciekam od ludzi, którzy mnie potrzebują. Siedziałem w domu, nie mogłem się uspokoić. Wróciłem do szpitala wieczorem, około dwudziestej. Poszedłem do pacjentów i zacząłem z nimi rozmawiać. Uczyłem się, jak być z nimi. Otworzyłem się na kontakt z ludźmi, który w szpitalu jest do bólu prawdziwy, bo w obliczu śmierci nie zakładamy żadnych masek. I tak jest do dziś. Już nie potrafiłbym żyć bez tego świata. Gdy zlikwidowano szpital przy Skawińskiej, wygasła także moja umowa. Pogodziłem się z tym. Szpital Uniwersytecki przeniósł się do nowego budynku. Po trzech miesiącach zadzwoniono do mnie z kurii metropolitalnej z pytaniem, czy chcę być nadal na liście kapelanów szpitalnych, bo jeśli nie, to na moje miejsce znalazł się inny ksiądz. Powiedziałem: „Róbcie, jak uważacie”. No i na moje miejsce w Szpitalu Uniwersyteckim przyszedł inny kapłan. Znowu uciekłem.
Uciekł ksiądz?
No pewnie. Jestem proboszczem, uczę w szkole. To po co mi jeszcze ten całodobowy szpital? Odpadnie jedna funkcja, skończą się dyżury. Jest możliwość, to z niej skorzystam. Tak myślałem… Po tygodniu nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Brakowało mi pacjentów, kontaktu z nimi. Poczucia, że pomagam tym, którzy pomocy najbardziej potrzebują. Zgłosiłem się do Szpitala Uniwersyteckiego jako wolontariusz. Załatwiłem formalności, podpisałem wszystkie niezbędne dokumenty. Trzy dni później otrzymałem informację, że ksiądz, który mnie zastąpił, zmarł. Było dla mnie oczywiste, że wrócę do szpitala jako kapelan. Dwadzieścia pięć lat temu musiałem przyznać, że boję się cierpienia. Potrzebowałem prawdy o sobie i o pacjentach – bo oni też się go boją. Wtedy ten lęk przezwyciężyłem i mam poczucie, że dzięki temu jestem w stanie wspierać chorych. Z tej drogi już nie zejdę, dopóki będę miał siły.
Nie boi się już ksiądz cierpienia?
A co ja o nim wiem? Przecież nie wiem, co to jest cierpienie. Nie jestem chory, nie leżę na szpitalnym łóżku. Może kiedyś się dowiem. Na pewno do dziś, mimo upływu tylu lat, nie oswoiłem się z cierpieniem. Są oddziały, które z chęcią bym omijał. Ale nie mogę.
Jakie?
Nieważne. Są. Nie da się przyzwyczaić do cierpienia drugiego człowieka. Na pewno za chwilę zapytacie mnie o księdza Józefa Tischnera i jego notkę napisaną przed śmiercią – „cierpienie nie uszlachetnia”.
Teraz nie mieliśmy zamiaru. Ale skoro ksiądz poruszył ten temat…
Byłem przy księdzu Tischnerze w szpitalu przez blisko trzy lata. Dobrze nam się rozmawiało. Sporo wieczorów spędziliśmy razem, ale o cierpieniu nie mówiliśmy.
A o czym?
On mnie uczył kapłaństwa. Ale to nie był dialog równorzędnych partnerów. Ja nie byłem żadnym partnerem dla wybitnego filozofa. Nawet książek księdza Tischnera wówczas nie znałem. Próbowałem czytać, ale były dla mnie zbyt trudne. Przeczytałem je dopiero po jego śmierci. Podczas lektury przypominałem sobie, co do mnie mówił. Gdy odwiedzałem księdza Tischnera, miałem okres narzekania na moje kapłaństwo. Tu źle, tam niedobrze, tak byłoby lepiej… Marudziłem. On mnie prostował. W swój ciepły, niepowtarzalny, pełen humoru sposób. Nosiłem mu książki, a on na marginesach zapisywał mi różne wskazówki i maksymy. „Kto pije, ten żyje” – to był znak, że mnie akceptuje. „Nieważne, jak żyć, tylko z kim”, „Znak, nawet gdy upadnie, nadal wskazuje”, „Kto obłapuje, ten zdrów. Kto szperuje, temu pies nasika na grób”.
Szperuje?
Z niemieckiego – zbierać pieniądze, szacować coś wedle wartości. W ten sposób zwracał mi uwagę, żeby nie ulegać pokusie zbierania pieniędzy. Kapłanów też ona dotyczy. Ostatni wpis, już niewyraźny, skreślony drżącą ręką, brzmiał: „Abyś zawsze trafiał celu”. Czyli żebym unikał grzechu. Na pewno ksiądz Tischner bardziej pomagał mnie niż ja jemu. Ja się tylko modliłem.
Ksiądz Tischner cierpiał?
Fizycznie – na pewno. Stan, w którym był, na pewno człowieka nie uwzniośla. Jak karmią cię strzykawką przez nos, trudno wznosić się ponad swoją fizjologię. Takie cierpienie nie uszlachetnia.
A odczłowiecza?
Też nie. Ból i cierpienie to też część człowieczeństwa. Choroba, przykucie do szpitalnego łóżka, zdanie się na opiekę innych nie degraduje nas jako ludzi. Wiele osób tego nie rozumie, zamyka się, nie chce mieć kontaktu ze światem. Wstydzi się swojej słabości. Człowiek w łóżku jest bezbronny. Obojętne, stary czy młody, w szpitalu dostaje piżamkę, leży na obcej sali, musi iść spać o określonej porze, podporządkować się. Znowu staje się dzieckiem. Nie każdemu jest łatwo to zaakceptować. Są tacy, którzy widzą siebie jako zdegradowanych podwójnie: fizycznie i społecznie. W „normalnym” życiu tyle mogli. Byli silni, aktywni, sprawczy. Teraz nie mogą nic.
I jak reagują?
Sądzę, że to zależy od charakteru. W chorobie, przed śmiercią jesteśmy bardziej autentyczni. O nic nie musimy zabiegać, nie zależy nam na opinii innych. Ujawniamy swoje prawdziwe ja. Można być spokojnym, godnym, uprzejmym. Mimo dolegliwości akceptować swój stan. Można też rozpamiętywać przeszłość, obwiniać wszystko i wszystkich. Być rozgoryczonym, zgorzkniałym, złym. Gdy trafiam na osobę zbuntowaną i wkurzoną, to mówię: „Tyle dobra widzę w pani lub pana oczach”… Są zaskoczeni.
To sztuczka.
Może i sztuczka. Ale co mam zrobić, gdy ktoś na moją życzliwą próbę nawiązania dialogu reaguje litanią skarg na lekarzy, rodzinę i cały świat. Muszę go rozbroić, żeby próbować go ukoić. Ciężka choroba i perspektywa śmierci rodzi bunt. Zdarzają się pytania: Boże, dlaczego ja? Za co mnie tak pokarałeś?
(...)
Czuje czasem ksiądz ulgę, gdy ktoś umiera?
Tak. Bo wiem, że bardzo cierpiał, męczył się. Wiem, że jest tam, gdzie nie odczuwa tego wszystkiego, co było jego udziałem na tym świecie.
Zatem czy medycyna powinna wykorzystywać wszelkie dostępne, daremne terapie przedłużające życie, gdy nie ma szans na jego ocalenie?
Nie jestem lekarzem. To medycy mogą kompetentnie wypowiadać się o wszelkich terapiach. Ja mogę tylko kierować się sumieniem, a ono mówi mi, że należy podtrzymywać życie tak długo, jak to możliwe. Jeżeli zaczniemy mówić: „No żyje, ale co to za życie, lepiej żeby już nie żył, więc nie będziemy go ratować”, to otworzymy furtkę, która wprowadzi nas na niebezpieczną drogę. Gdy zaczniemy życie relatywizować, kategoryzować z lupą w dłoni „jakość życia”, to kiedyś możemy obudzić się w rzeczywistości, w której ktoś po dziewięćdziesiątce z określonymi dolegliwościami, ze względu na „pogorszenie się komfortu życia”, zostanie zakwalifikowany do osób, którym życie już się nie należy. W ogóle mam w sobie dużo pokory wobec zjawisk, które pojawiają się w sytuacjach granicznych, gdy człowiek jest rozpięty między życiem a śmiercią. Medycyna też przyznaje, że nie wie jeszcze wszystkiego, zwłaszcza na temat pracy mózgu. Pamiętam młodą dziewczynę w śpiączce, podtrzymywaną przy życiu przez maszyny. Lekarze mówili, że rokowania są złe. Modliłem się przy niej tak, jakby już umarła. Prosiłem Boga, by przyjął jej duszę. Wyszła jednak z kryzysu, odzyskała przytomność. Jakiś czas później przyszedłem do niej i zaproponowałem, że pomodlę się przy niej. A ona na to: „Ksiądz już to zrobił”. „Kiedy?” „Przecież ksiądz się modlił przy mnie”. „Przecież pani była nieprzytomna”. „No tak, ale ja pamiętam, że ksiądz się modlił. Słyszałam księdza”. Takie sytuacje zdarzały mi się niejednokrotnie. Nam się wydaje, że chorzy nie wiedzą, co się wokół nich dzieje. A oni później z zaskakującą trzeźwością umysłu mówią, że konkretne wydarzenia miały miejsce. Dlatego zawsze, niezależnie od stopnia utraty świadomości, mówię głośno do chorych i modlę się przy nich na głos. Gdy się budzą, często powtarzają, że słyszeli, jak ktoś mówił przy nich Ojcze nasz.
Czy rozmawiał ojciec z chorymi po śmierci klinicznej, którzy widzieli tunele, łąki, zmarłych bliskich?
Owszem, słyszałem o tunelach, błogości i ciepłym świetle. Ale jestem sceptyczny. Medycyna wyjaśniła już te mechanizmy. To jest tak jak z objawieniami – one są wartością dla tych, którzy ich doświadczyli, ale dla otoczenia nie muszą nią być. Chorym, którzy przeżyli śmierć kliniczną, mówię, że jeżeli uznają to za ważne doświadczenie, które umacnia ich wiarę, to niech się go trzymają. Niech pielęgnują pamięć o tym, co przeżyli.
Wszyscy chorzy, których ksiądz spotkał w szpitalu, bali się śmierci?
Nie wszyscy to okazywali, ale w szpitalu nie ma wielu bohaterów. Spotkałem ludzi, którzy czekali na śmierć, lecz oni widzieli w niej ulgę, kres choroby i cierpienia. Zdecydowana większość walczy, trzyma się życia, pielęgnuje w sobie choćby cień nadziei na wyzdrowienie. To naturalny odruch. Życie to największy dar od Boga. Dobrze, że kurczowo się go trzymamy. Jakiekolwiek ono jest – naznaczone trudnościami, znojem, rozczarowaniami, różnymi brakami – jest jedyną rzeczywistością, jaką znamy.
(...)
Kogo ma ksiądz na myśli?
Choćby niezapomnianego Piotra Skrzyneckiego z Piwnicy pod Baranami. Nasz szpital na ostatnie pięć lat życia stał się jego drugim domem. Skrzynecki – artysta, wolny duch, hulaka – wszystkim się chwalił, że ma różaniec od papieża. Trzymał go pod poduszką. Gdy zaczynałem mu opowiadać ploteczki z życia artystycznego Krakowa, przerywał mi i pytał, czy – skoro jestem tak dobrze zorientowany, co się dzieje w „wielkim świecie” – to w ogóle mam czas na modlitwę. Pamiętam, że odwiedziłem go przed mszą świętą, którą sprawowałem w kaplicy. Gdy wróciłem po tej mszy, już nie żył. Odczytałem to jako znak od niego. Wybrał najlepszy moment na odejście. Podobnie było z Czesławem Miłoszem. Jako człowiek i twórca spierał się z Bogiem i z Kościołem. Przed śmiercią wrócił do religii. Nie wiem, czy w odruchu, czy w duchowej potrzebie. Pewnego dnia przyniosłem mu książkę z prośbą o podpis. To była Metafizyczna pauza, książka o jego młodzieńczych relacjach z Kościołem. Podpisał, potem udzieliłem mu komunii świętej. Pamiętam, że upewniał się, czy inni też dostaną komunię. Myślał o tych, których kochał. Był niezwykle otwarty na eschatologię chrześcijańską. Rozmawiałem z człowiekiem, który w pełni rozumiał religijną perspektywę śmierci. Miał mocną wiarę.
Stanisław Lem i Wisława Szymborska przed śmiercią swoich przekonań nie zmienili. Nie chcieli z ojcem rozmawiać.
Może nie chcieli psuć sobie wizerunku ateistów? Z Szymborską nie miałem żadnej szansy porozmawiać, bo u niej zawsze było dużo gości. Nawet nie próbowałem. Natomiast codziennie wchodziłem do sali, w której leżał Lem. „Szczęść Boże, czy…” Nigdy nie miałem szansy dokończyć, bo Lem zdecydowanie przerywał: „Dziękuję, nie potrzebuję”. Trudno. Wystarczyło, że byłem obok, a nie byłem sam, bo miałem ze sobą Jezusa, idąc z komunią do chorych. Może pomachał mu ręką.
Kto komu?
Pan Jezus Lemowi. A może Lem Jezusowi także? Nie wiemy, co się działo w umyśle pisarza przed śmiercią. Modlę się za Szymborską i za Lema, bo ja nie znałem ich relacji z Bogiem.
Zdarzają się w szpitalu spektakularne nawrócenia?
Spektakularnych nawróceń nie ma. To raczej proces, osoba wierząca może się umocnić, odnaleźć w swoim cierpieniu sens. Wcześniej zdarzało mi się myśleć, że kogoś nawróciłem. To nieprawda. Jeżeli ktoś po wyjściu ze szpitala naprawdę zaczął żyć lepszym życiem, to proces przewartościowywania postaw i zachowań musiał rozpocząć się o wiele wcześniej. Nawrócenie nie rozpoczyna się w szpitalu, w chwili kryzysu. Szpital może być tylko etapem końcowym, zwieńczeniem.
Ludzie, którzy przeżyli ciężko chorobę, otarli się o śmierć, często zmieniają swoje życie?
Nie. To zdarza się bardzo rzadko. Chorzy mówią: „Jak ja teraz wszystko widzę inaczej”. Odpowiadam: „Przez szpitalne okno wszystko wygląda inaczej”. Bo to prawda. Szpital jest przystankiem, na którym człowiek się zatrzymuje. Został wytrącony z codziennej gonitwy, ma dużo czasu na przemyślenia. Znalazł się w zupełnie nowej sytuacji, w głowie rodzą się myśli: To już koniec? Jak ja przeżyłem życie? Co po sobie zostawiam? Jaki byłem? Jak zostanę zapamiętany? Słyszałem bardzo wiele deklaracji o mocnym postanowieniu zmiany. Chorzy opowiadają, że dostrzegli, co w życiu jest naprawdę istotne, na co warto poświęcać czas i uwagę. Obiecują sobie i bliskim różne rzeczy. Po kilku latach spotykam czasem te same osoby i pytam, czy udało im się coś zmienić, czy wdrożyli swoje postanowienia w życie. Zwykle słyszę: nie, znów jest tak samo…
Szpital to inna rzeczywistość. Chcemy się z niego wydostać, być zdrowi. Tworzymy w głowie konstrukty swojego „lepszego ja” w nadziei, że to „lepsze ja” będzie miało szansę w ogóle zaistnieć. A gdy mija zagrożenie i opuszczamy szpitalne mury, wracamy do tego, co znamy, co stworzyliśmy przez lata, z czym czujemy się bezpiecznie. I z wymyślonego na szpitalnym łóżku „lepszego ja” zostaje „ja”. Nie mówię, że gorsze. Najczęściej takie samo jak przed chorobą i szpitalem. Jak już mówiłem: człowiek kurczowo trzyma się życia takim, jakie ono jest. Boi się zmian. Aczkolwiek zdarzają się sytuacje, gdy ludzie w wyniku choroby odnajdują w sobie wielką dojrzałość i wiarę. Była taka Małgosia… Miała 17 lat, była u progu kariery sportowej. Była koszykarką, grała w Niemczech. Plany, perspektywy, nadzieje. Zachorowała. Rak pokonał ją w ciągu roku. Dla tak młodej osoby wiadomość o chorobie mogłaby być nokautującym ciosem, a rok życia – koszmarem. Nie był. Zaproponowałem Małgosi „zaprzyjaźnienie” się ze Świętą Ritą – pomyślałem, że kobieta kobietę zrozumie. Rzeczywiście. Małgosia dojrzewała do wiary, która przynosiła jej spokój i ukojenie. Ona miałaby pełne prawo złościć się i złorzeczyć, bo dopiero co wzlatywała ku życiu, a choroba brutalnie ten lot przerwała. Tak jednak się nie stało. Na koniec przyszedł znak. Małgosia odeszła w dzień Świętej Rity.
Wierzy ksiądz w takie znaki?
Jeśli chodzi o samą datę czy moment śmierci – przywiązuję do tego wagę, szukam analogii, znaczeń i sensów. Bóg mówi do nas na różne sposoby.
Zdarza się, że ktoś w szpitalu przystępuje do spowiedzi po kilkudziesięciu latach przerwy?
Oczywiście. To są niesamowite doświadczenia. Ludzie bilansują całe swoje życie. Nie chodzi o wyliczankę grzechów, ale o rozmowę. O próbę uchwycenia życia w perspektywie wyborów etycznych. To niezwykle trudne. Zawsze jestem pełen szacunku dla ludzi, którzy tego się podejmują.
Tak? Przecież robią to, bo się boją. Pewnie myślą: a może jednak jest ten Bóg, to może na wszelki wypadek się wyspowiadam.
Czy to źle? Każda motywacja jest dobra.
Jak długo trwa spowiedź z całego życia?
Może trwać trzy godziny i trzy minuty.
Trzy minuty?
Czemu nie? Człowiek ma wyznać swoją winę. Nie chodzi o wystrzelanie z karabinu swoich grzechów.
(...)
Czego najczęściej żałują ludzie przed śmiercią? Z czym źle się czują? Oczywiście z szacunkiem do tajemnicy spowiedzi.
Najbardziej żałują zaburzonych relacji, zwłaszcza z najbliższymi. To widać najmocniej. Tego, że w pewnym momencie życia nie okazali wystarczająco dużo życzliwości, dobra, ustępliwości i dobrej woli. Coś zrobili, coś powiedzieli i nie da się teraz tego odwrócić.
Nie da się?
Na pewno jest trudniej. Bo gdy ktoś w ciężkiej chorobie, w obliczu śmierci chce dokonać gestu pojednania, to może on zostać fałszywie odczytany lub przyjęty w sposób nieszczery.
„Aha, dopiero teraz sobie przypomniał, co mi zrobił”.
No właśnie. Ludzi gryzie to, że skłócili się z kimś, nie przeprosili się. Lub że zaprzepaścili szansę na wyjaśnienie sytuacji, zakopanie rowów, wypuszczenie gołąbka pokoju. Więc jeśli pytacie mnie, czego najczęściej żałują ludzie przed śmiercią, to bez wahania odpowiadam: że nie byli wystarczająco dobrzy dla innych ludzi.
A słyszy ksiądz o zaprzepaszczonych szansach niedotyczących relacji? Szkoda, że więcej nie doznałem. Szkoda, że czegoś więcej nie dokonałem.
Nigdy. W chorobie nikt nie żałuje tego, że nie pływał z rekinami, nie jadł homara, nie został prezesem lub dyrektorem. Gdy pojawia się perspektywa śmierci, nikt nie przywiązuje wagi do spraw, o które w ciągu życia wielu ludzi zabiega.
Nad życie. Czego uczą nas umierający.
Maria Mazurek Wojciech Harpula
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.