poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kult okrucieństwa


Jan Winczakiewicz zwrócił uwagę Silvy na następujący ustęp z paryskiego wykładu Adama Mickiewicza wygłoszonego 15 czerwca 1841:

„Niechajże kto teraz wytłumaczy sobie popularność Iwana [Groźnego]. Płakał po nim cały naród. Skoro rozeszła się wieść o jego śmierci, lud biegał po ulicach, zalewając się łzami i wyjąc z rozpaczy; rodziny nawet pomordowanych przez niego ofiar były nieutulone w żalu, przywdziewały ciężką żałobę. Historiograf rosyjski zatrzymuje się tutaj osłupiały ze zdziwienia, nie wie sam, jak to wyłożyć. Postrzegano jednak nieraz, że gmin znikczemniony zawsze ma skłonność do okrucieństwa, lubi widowisko krwawe, ciśnie się tłumami na publiczny plac kary, niezdolny jest pojmować innej siły, prócz niszczącej, i sile tej oddaje cześć odpowiednią stopniowi własnego spodlenia, własnej niskości. Przykłady podobne dają się widzieć równie w narodach cywilizowanych, jak barbarzyńskich. To uwielbianie pierwiastku zagłady, mocy niszczącej zdaje się zależeć nie od ciemnoty umysłowej, ale raczej od barbarzyństwa moralnego”.

Ustęp ten staje się przedziwnie aktualny w związku z wiadomościami, że w czasie choroby i po śmierci Stalina widziano na ulicach Moskwy setki płaczących mężczyzn i kobiet.


„Crime passionnel”

W nr. 340 „Wiadomości” ogłosiły artykuł Stanisława Mackiewicza, poświęcony, w związku z głośnym zabójstwem, zagadnieniu crime passionnel. Na osiem lat przed wojną Boy wydrukował felieton pt. Tygrysy czy matołka?; napiętnował w nim m.in. skazanie na powieszenie „jakiegoś chłopaka, który zastrzelił dziewczynę, bo nie chciała wyjść za niego”.

„Zapewne – pisze Boy – zabijać dziewczynę to nie jest sposób regulowania pretensji miłosnych, ale z drugiej strony zbrodnia ta w niczym nie usprawiedliwia takiego wyroku… nie można tak niwelować, nie można traktować na równi z bandytą, z mordercą recydywistą człowieka działającego pod wpływem chwilowego szału, człowieka, który po ekspiacji mógłby spokojnie wrócić na łono społeczeństwa. Cóż w takim razie, aby zaspokoić poczucie sprawiedliwości i stopniowania kary, będą czynić sądy z najgorszymi zbrodniarzami? Chyba wrócimy do rozrywania ich końmi lub, aby iść z duchem nowoczesnej techniki, rozrywania motocyklami?”.

Wyrok ten – oraz kilka innych – posłużył Boyowi za okazję do gwałtownego ataku na instytucję sędziów przysięgłych, która, mimo że jej „pierwszym zadaniem jest sądzić po ludzku”, coraz częściej mija się ze swoim celem. Dalecy dziś jesteśmy – ciągnie Boy – „od zabobonów «ludowładczych», które niegdyś kazały widzieć w sądach przysięgłych idealne narzędzie sprawiedliwości”. Boy nie posądza „dwunastu tępych ćwoków”, którzy mają reprezentować wolę ludu, o „szczególną krwiożerczość”, widzi tu raczej „ciuciubabkę biurokratyczną wynikłą z niedostatecznego orientowania się panów przysięgłych w technice sądowej, z tego, że kto inny pytania stawia, kto inny na nie odpowiada, a kto inny wydaje werdykt, przy czym odpowiedzialność rozkłada się tak misternie, że nie wiadomo w końcu, kto ją ponosi. Trzeba by to jakoś zunifikować, bodaj w ten sposób, aby ten, kto skazuje, wykonywał wyrok. Prawo żąda, aby prokurator był obecny przy egzekucji; posuńmy się jeszcze o krok: może by panowie przysięgli sami wieszali? Hulać, to hulać!”.

**

„Modli się, a przeklina”

Znakomity historyk Józef Szujski był równie znakomitym publicystą. Jego Portrety (Lwów 1861), napisane pod pseudonimem Nie-Van-Dyke’a, zasługują na pamięć. Wśród tych ostrych, bezwzględnych, zjadliwych studiów charakterologicznych wyróżnia się sylwetka świętoszka.

Szujski zaczyna od przypomnienia:

„W dawnej naszej Polsce nie było Tartuffe’ów. Żadna historyczna osobistość nie miała tej obrzydliwej cechy na sobie. Nasi praojcowie osiadali na starość na dewocji w klasztorach, dnie i noce przepędzali na modlitwie, ale świętoszka u nas nie znalazł. Ojcowie nasi byli złymi jak czarci albo dobrymi jak anieli, ale nie znali tej sinawej cery obłudnika, co wzdycha, a oszukuje, co się modli, a przeklina. A jeśli się może kiedy taki nawinął, to go gromili tym malowniczym, pięknym przysłowiem: „Modli się pod figurą, a ma diabła za skórą”.

„Z królów jeden Jan Kazimierz, wyuczony za granicą, zmiennik całe życie, miał rys hipokryzji i dla tego rysu był nienawidzony. Hipokryci zaczęli się u nas dopiero wtenczas, kiedy krew nasza zwodniała, potęga ducha osłabła, kiedy charakter narodowy zatrząsł się w swoich świętych tradycyjnych zasadach”.

Wtedy dopiero pojawili się „ludzie mający na ustach najświętsze imiona, walczący pod najchwalebniejszymi sztandary, którzy pomimo tego, jako nieprzynoszący dobrej woli i czystej duszy, oszukiwali drugich”.

„Oto pan możny, znakomitego pochodzenia – ciągnie Szujski – który zaciągnąwszy się pod sztandar jakiegoś wymarzonego legitymizmu, uczepiwszy się jakichś ultramontańskich opinii, pozuje na świętego, przewraca oczami i klęczy cały dzień w kościele: fanatyzuje otaczających i sztucznym zapałem chce innych pociągnąć ku sobie – a w duszy jego pali się myśl dumna, fantastyczna, pozowania się na Hrabiego z Nie-Boskiej, w jego duszy święci się ambicja odróżnienia się od tłumu i pogarda tym tłumem, goreje nieubłagana, feudalna nienawiść. On, święty, katolicki pan, przeklina w każdej chwili i nie szczędzi słów obelgi dla niepoświęconych. Czyż to nie Tartuffe przed Bogiem i przed ludźmi?”.

„Jakże rachować na tego – pisze Szujski – któremu zasady są encyklopedią otwartą, gdzie alfabetycznie ułożone leży złe i dobre, któremu patriotyzm, religia i inne święte słowa są tylko klawiszami fortepianu, gotowymi do posłuszeństwa na uderzenie mistrza? Jakże użyć takiego człowieka, jak mu zaufać, kiedy w głębi jego myśli jest zawsze brud i błoto?”

„Tartuffe jest atoli łatwym do odgadnięcia i poznania człowiekiem. Czy on ultramontan, czy panslawista, czy demagog, zawsze on jednaki, bo zawsze komediant. Pan Bóg odebrał mu cechę człowieczeństwa: bo mu odebrał prostotę, odebrał tę jasność czoła, patrzącego w niebo, tę potęgę prostoty, która nie potrzebuje sztuki, aby przekonać, bo chce przekonać, a nie omamić. U Tartuffe’ów wyrobiona jest nieskończenie zewnętrzność człowieka, wszystko tam wylazło na wierzch, aby zakryć wewnętrzne ubóstwo, wszystko przybrało postać sceniczną, świetlaną, urzędową. Fałszywy zapał pobożny ewaporuje się w tysiącznych oznakach powierzchownych, zapał patriotyczny grzmi i huczy, pryska potokami słów bez celu i związku, o których powiedzieć można: z wielkiej chmury mały deszcz! Drugą cechą jest brak namaszczenia, objawiający się w używaniu wszelkich środków podług szkaradnej zasady: cel uświęca środek. Tartuffe’owie pobożni mają gotowe baterie przekleństw, ironii, fałszów i naciągań historycznych, cynicznych wyrażeń; niepobożni ubierają w szaty demagogiczne religię i najświętsze tradycje narodu. Jak pierwsi gotowi z kościoła zrobić kordegardę, tak drudzy z kordegardy zrobić kościół. W braku miłości, wielkim, srogim braku, jedni i drudzy tchną nienawiścią bez granic i na rozkazy swych mniemanych zasad mają wszystkie sposoby, jakie się w czarnej czeluści piekielnej wyrodziły. Pierwsi z dogmatu robią miecz katowski, drudzy – z zasady; jedni i drudzy zarówno są terrorystami, jak terrorystą jest tak dobrze książę Alba jak Saint-Just i Robespierre. De Maistre’owskie dictum acerbum: że kat jest wykonawcą sprawiedliwości Bożej na ziemi, podaje delikatną, arystokratyczną rękę do grubej dłoni kordeliera śpiewającego: Ça ira…Wobec sądu boskiego – kończy Szujski – łatwiej będzie najprzewrotniejszych zasad wyznawcom niż wyznawcom tej najgorszej bezzasadności”.


Silva rerum

Mieczysław Grydzewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.