(...)
Taki był świat, kiedy żył, myślał i pisał — bo zdaje się, niewiele działał — Korneliusz Tacyt. Żywot jego upłynął między dwiema datami znanymi w przybliże niu: 55/56 i ok. 120. Ujrzał świat za Nerona, zmarł za Hadriana. Oglądał więc jako dziecko ostatnie lata dy nastii julijsko-klaudyjskiej. Wchodząc we wczesne młodzieńcze lata przeżył dwuletni mniej więcej okres wojny domowej, kiedy wojska pograniczne "odsłoniły wielką tajemnicę imperium". Najlepsze, ale nie wolne od niebezpieczeństw i grozy lata jego młodości i wieku męskiego przypadły na panowanie dynastii Wespazjana, którą zwiemy flawijską, wiek dojrzały i pogodna starość — na epokę przyjaznej współpracy senatu z cesarzem, „kiedy można było swobodnie myśleć i myślom swym dawać głośny wyraz". Współcześni mu to wśród pisarzy Pliniusz Młodszy, wśród biografów Swetoniusz i Plutarch. Z Pliniuszem się przyjaźnił, Swetoniusza trochę protegował; nie wiado mo, czy spotkał się osobiście z Plutarchem, uroczym i łagodnym piewcą starej cnoty obywatelskiej człowiieka śródziemnomorskiego.
Dzieje Tacyta i Żywoty Plutarcha łączą się częściowo tematami, choć oglądanymi z różnych punktów. Tacyt mówi o krótkich, tragicznie zakończonych rządach cesarzy Galby i Othona, Plutarch podaje ich życiorysy i charakterystykę sprzęgając obu, nie wiadomo dlaczego, z perskim królem Artakserksesem.Oba pomnikowe dzieła Tacyta, tj. Dzieje i Roczniki, poświęcone są dziejom pierwszego stulecia cesarstwa (zaczyna je od ostatnich chwil Augusta), które Tacyt słusznie dzieli na dwa okresy przedzielone zamętem wybuchłym po śmierci Nerona. W okresie pierwszym istniał jeszcze senat w takim składzie, w jakim go chciał widzieć August; w okresie drugim senat, w którego gronie znalazł się młodociany Tacyt, był już senatem cesarzy flawijskich. Ostatni dwaj cesarze, których oglądał (Trajan i Hadrian), nie byli z pochodze nia Italikami. Tacyt dożył być może czasów, kiedy Hadrian odebrał kierownictwo centralnych biur cesarskich wyzwoleńcom, by powierzyć je ekwitom — rycerzom. Nie pałał i do nich Tacyt szczególną miłością, ale z pewnością wołał ekwitów od wyzwoleńców, tak niedawno jeszcze ku jego oburzeniu wyróżnianych ozdobami mężów konsularnych (ornamenla consularia — bo wyzwoleniec nie mógł być senatorem, a tym bardziej konsulem).
Tacyt patrzy na świat okiem Rzymianina z Rzymu, na Rzym i dzieje rozgrywające się w murach stolicy patrzy okiem senatora. Maluje obraz rzeczywistości taki, jakim go widzi. W niejednym obraz ten będzie jednak od wzoru odbiegać. Przez usta Tacyta przemawia kompleks posągowego starorepublikańskiego senatora, jakiego wyidealizowaną postać w złotym wieku sobie wyobrażano. Tacyt jest tym kompleksem przejęty tak na wskros, że nie można uniknąć pytania, czy to jest przysłowiowy kompleks neofity, czy też odziedziczony po długim łańcuchu pokoleń. Republikanizm dziejopisarza jest szczególniejszej natury. Odebranie ludowi prawa wyboru magistratów nie wywołało u Tacyta niezadolenia; zwalniało to bowiem senatorów od pieniężnych wydatków i poniżających próśb o głosy. Zwiększało ich zależność od pryncepsa, ale w okresach kiedy między Pryncepsem a senatem panowała zgoda, kandydaci cesarza byli także kandydatami senatu. W każdym razie za najgorszych czasów republiki nikt by się świętokradczo nie porwał na odbieranie ludowi prawa obsadzania magistratur.
O osobie Tacyta posiadamy tylko niepełną garstkę luźnych wiadomości, przeważnie mimochodem porozrzucanych po jego pismach. Dzieło jego przypomina dzisiaj majestatyczny stary dąb stojący samotnie na pustej polanie. Nie było tak zawsze: dąb rósł długie lata w gąszczu — może w cieniu — drzew sobie rówieśnych. Tacytowi nie brakło poprzedników i współczesnych, którym sam wystawił świadectwo, że byli clara ingenia, choć niejednokrotnie pisywali w innym niż on duchu. Wpływała na nich ira lub studium. Pozostawali w czyjejś służbie, podczas gdy on nikomu innemu służyć nie chciał, jak tylko własnemu zdaniu i własnej namiętności. Kimże był zatem ów Korneliusz Tacyt, największy i ostatni z wielkich historyków piszących po łacinie?
Zacznijmy od tego, że nie znamy jego imienia (Publiusz? — prawdopodobnie Gajusz). Jego gentilicium: Korneliusz nie wyjaśnia nam wszystkiego. Kusi, by widzieć w nim potomka bocznej gałęzi patrycjuszowskiego rodu Korneliuszy, który wydał Scypionów, Sullę i może (co mniej pewne) Cynnę. W tej bocznej, mniej świetnej gałęzi spotyka się cognomen Tacitus (=milczek). Ale samo cognomen nie jest miarodajnym świadectwem przynależności do gens Cornelia. Pojawia się przy nazwiskach ludzi nie należących do tego rodu. Nie dosyć na tym. Przed stu pięćdziesięciu laty dyktator Sulla wyzwolił był dziesięć, czy nawet piętnaście tysięcy niewolników, którzy przez to samo stali się Korneliuszami i mieli pięć pokoleń czasu, by się rozmnożyć. Odtąd gentilicium Korneliusz stało się czymś w rodzaju określenia gatunku. Przysługiwało nieprzeliczonym zastępom centurionów. Korneliuszem był np. ów setnik, który aresztował młodego Cezara ukrywającego się przed gniewem Sulli, lecz ułagodzony datkiem dwu talentów, pchnął dzieje świata na inne tory. Dzieje Apostolskie znają też setników tego imienia.
Nie ustalono też bezsprzecznie, kto był ojcem dziejopisarza. Przypuszcza się, że był nim niejaki Cornelius Tacitus, prokurator cesarski w prowincji Galii, dziś belgijskiej. Jeżeliby tak było w istocie, dziejopisarz byłby się urodził w stanie rycerskim, podobnie jak wielki mówca Cyceron. Ale gdy Cyceron mówi o stanie rycerskim z dumą i miłością i arcyczęsto o nim jako o swojej macierzy wspomina, to nie odnosi się wrażenia, by Tacyt miał ten stan szczególnie czcić i miłować.
O ludziach, którzy byli „tylko rycerzami”, wyraża się zwykle dość lekko. Honores mutant mores. W każdym razie stan, z którym Tacyt czuje więź serdeczną, którego samopoczucie i pychę podziela, to wyłącznie stan senatorski, z zespołem mężów konsularnych na czele. (Prawda, że i Cycero dostawszy się na szczyty czuł się swojo tylko wśród konsularów.)
Ojciec Tacyta, choć „tylko” rycerskiego stanu, mógł, ale nie musiał być patrycjuszem, za jakiego pragnęliby go uważać niektórzy historycy. Takim Korneliuszem-ekwitą był przecie prefekt Egiptu za czasów Augusta, Korneliusz Gallus, może rzeczywiście z galijskiej rodziny pochodzący, a może po prostu „kogut”.
Teściem Tacyta, zawdzięczającym mu swój życiorys, był znakomity wódz, zdobywca Brytanii, Juliusz Agrykola. Matka jego też się z jakichś Juliuszów wywodziła. Znaczyło to tylko, że Cezar lub jego adoptowany syn August, albo również adoptowany wnuk Tyberiusz nadali jednej lub drugiej galijskiej rodzinie rzymskie obywatelstwo. Potomkowie tak nadanych wspinali się nieraz wysoko po szczeblach dostojeństw. Tacyt nie bez goryczy wspomina, że wśród kolegów widzi większość (tu zapewne przesadza), którzy się od niezbyt dawnych wyzwoleńców wywodzą.
Miał ponoć Tacyt — ale nie jest pewne nad wszelką wątpliwość — sprawować w ciągu swej kariery, długiej i świetnej, m. in. urząd trybuna plebsu. Dostojny ten urząd, przysypany pyłem wieków, lecz za pryncypatu pozbawiony politycznego znaczenia, bo to skupił w swym ręku cesarz — był dla patrycjuszy niedostępny. Ponieważ młodzi ludzie senatorskiego stanu niechętnie się o ten urząd ubiegali, cesarz August udostępnił go rycerzom-ekwitom, pozostawiając im do wyboru, czy po jego sprawowaniu zechcą po zostać w senacie, czy też powrócić do stanu rycer skiego.
Nie wiadomo, czy Tacyt rzeczywiście służył wojskowo. Militia obowiązywała młodzieńców stanu senatorskiego i rycerskiego. Ale cesarz był wszechmocny; mógł dziewicy-westalce przyznać przywileje przy sługujące matce trojga dzieci. Łaska cesarska pozwa lała nieraz odsłużyć „milicję” w jakimś biurze.
Z pism Tacyta można łatwo poznać, że bogowie nie wyposażyli go w talenty strategiczne. Nie wydaje się też, by kiedykolwiek prowadził choćby szczupły zastęp do walki. Jego opisy bitew są przeważnie mdłe, nawet tych, o których przebiegu mógł się był dokładnie od Agrykoli dowiedzieć. Obejść się bez nich nie mógł, bo nie ośmieliłby się nie opisywać bitew żaden historyk antyczny. Opisy Tacyta przypominają wypracowania przodujących uczniów szkoły średniej — są banalne. Zupełnie inne struny drgają w jego głosie, gdy mówi o posiedzeniach senatu lub o przebiegu procesów politycznych.
Mimo to można przypuszczać, że Tacyt rzeczywiście bodaj przez jakiś czas zetknął się z życiem wojskowym. Tchnie bowiem przeżyciem własnym i szczerością abominacja, z jaką się wyraża o wojsku rzymskim swoich czasów. Nazywa je zlewiskiem ścieków z czterech stron świata. Sądu takiego nie wyda nikt piszący sine ira. Nie wyda go dzisiejsza historiografia. Żołnierz rzymski I i II wieku dokonał wielu pamięci godnych dzieł bojowych, poniósł orły swoje aż do granic Szkocji, przekroczył Dunaj i dotarł do Tygrysu; nie ujarzmił Germanii, ale odpowiedzialność za to obarcza zalecenie Augusta, by zadowolić się granicą Renu. Żołnierz tej epoki wykonał własnymi rę kami wiele prac użyteczności publicznej, jak osuszanie bagien, uspławnianie rzek, budowa dróg, osadni ctwo itd.
O współczesnej sobie armii pisze Tacyt z wyniosłą nienawiścią. Inna zupełnie jest jego postawa, gdy ma na myśli armię sprzed pół wieku, której osobiście znać nie mógł, ale o której wiele czytał i słyszał. W chwili, gdy po śmierci Augusta opanował rządy Tyberiusz, zbuntowały się dwie najważniejsze armie cesarstwa — legiony naddunajskie i nadreńskie. Tacyt nie pochwala buntu jako takiego, wykazuje jednak zrozumienie i współczucie dla ciężkiej doli żołnierskiej, nie usiłuje zataić krzywd, jakie spotykały tych weteranów nieraz bezzębnych, służących po dziesięć i dwadzieścia lat dłużej, niż byli obowiązani, którym państwo nie dotrzymywało przyrzeczeń, dla odprawy których — przez zapomnienie czy niedbalstwo — skarb nigdy nie miał pieniędzy.
Żołnierz tej epoki, tak jak go rysuje Tacyt, był prostaczy i przesądny, nerwowy i gwałtowny, nie pozbawiony jednak stron szlachetnych i wzruszających. Gdy w czasie buntu Agrypina, małżonka naczelnego wodza, opuszcza obóz, bo nie czuje się w nim bezpieczna, żołnierze popadają w rozpacz, boli ich posądzenie, że mogliby wyrządzić krzywdę kobiecie; ma łym dzieciom. Po kilkunastu dniach wzburzenia powracają do służby i błagają, by ich poprowadzić na wroga, bo chcą własną krwią zmyć hańbę rokoszu.
Duszę żołnierza tej epoki łączą z Rzymem, tj. Z civitas Romana, więzy nierozerwalne; nie kocha on wprawdzie senatu bo to w jego pojęciu jakaś anonimowa cywilna władza mało przychylna żołnierzowi, oburza się jednak na myśl, że mogą mu przysłać dowódców nie wywodzących się z grona wielkich nobilów. Legiony tej epoki złożone są z Italików — obywateli niewątpliwych; żołnierze są dziećmi rzeczypospolitej.
W swej opowieści o buncie Tacyt pozostawił potomności podobiznę podoficera wszystkich czasów trwalszą od spiżu, jak twardszą od spiżu jest psychika sierżanta, niezmienna w doskonałości godnej platońskiej idei. Zgoła odmienny jest skład legionów w dwa pokolenia później.
August rozstawił wojska obręczą wzdłuż linii granicznej, czyli jak tylko mógł najdalej od Rzymu. Uzupełnianie szeregów drogą poboru spośród ludności Italii napotykało na coraz większe przeszkody. Pax Romana sprawiła, że ludność Italii zatracała ducha wojennego. Jedynie dwa najwyższe stany pełniły służbę wojskową. Prawo zabraniało legionistom pojmowania żon w iuslum matrimoniuni, masowe przesiedlanie kobiet z Italii na kresy nie było do pomyślenia. Żołnierze z konieczności brali kobiety miejscowe nie za żony, ale za towarzyszki życia. Tak exlra nuplias zrodziło się mnóstwo dzieci nie mających żadnego obywatelstwa, bo nie należały do żadnego z narodów i plemion prowincji. Powstał odrębny „gatunek" ex caslris — dzieci obozu. Młodzieńcy należący do tej warstwy wstępowali tłumnie do legionów, zajmowali miejsce swych ojców, chcąc korzystać z przywilejów związanych ze stanem żołnierskim. Przyjęło się domniemanie prawne, że każdy legionista jest obywatelem rzymskim. W chwili, gdy kończył służbę, należała mu się missio honesta oraz nienagannie wystawiony i opieczętowany dyplom obywatelstwa. Miał też prawo — jeżeli chciał — poślubić wierną towarzyszkę życia i trudów. Otrzymywała tytuł uxor i stawała się Rzymianką.
W miarę jak upływały lata i dziesięciolecia, odsetek urodzonych urodzonych w Italii zmniejszał się stale: zmieniał się też etnograficzny skład wojska. Matki i babki były to Galijki, Ilirki, Berberki i Syryjki zależnie od prowincji, w których poszczególne legiony zapuściły korzenie. Koszarowa łacina, jaką się w wojsku posługiwano, poczęła podlegać różnym przemianom na miejscu postoju. Poszczególne armie stawały się sobie coraz bardziej obce. Obcymi też stawała się legionom Italia i Rzym, od dwu lub trzech pokoleń nie oglądany. Leżał on w nieokreślonej sinej dali, aż przy chodził dzień, w którym zbuntowany dowódca nakazał pochód na zdobycie Rzymu. Żołnierze szli ochotnie; obiecywano im, że dojdą do ziemi, gdzie rodzi się pszenica, oliwa i wino, że zdobędą miasto pełne niesłychanych bogactw zwiezionych z najdalszych krańców świata. Germańskie legiony Witeliusza nagrabiły się w Rzymie do syta i do znużenia. Jedynym łącznikiem tych żołnierskich organizmów z państwem pozostawali dowódcy, mianowani i przysyłani z centrali. Za złotego wieku cesarstwa, póki cesarzem był słynny wódz Trajan, albo wybraniec senatu otoczony taką powagą jak Antoninowie, legaci — wchodzący sami w skład senatu i powracający następnie do Rzymu — nie myśleli o buncie. Wstrzymywała ich od takiej myśli jej niewykonalność, ale więcej jeszcze pewne poczucie stanowe i patriotyzm zapatrzony w dawny Rzym. Gdy dowództwa dostaną się w ręce np. Afrykańczyków pochodzenia kartagińskiego, którzy nie mieli powodów do kochania dawnego Rzymu, a uprawiali kult Hannibala, względy na Urbs i senat przestaną krępować dzierżycieli miecza.
Nie wiemy, gdzie Tacyt ujrzał światło dzienne, byc może, że na północ od Alp. Pewne jest natomiast, że niemal całe swoje długie życie spędził w stolicy, opuszczając ją tylko z konieczności, o ile tego wymagała jego na wskroś cywilna kariera (był przez pewien czas namiestnikiem Azji Mniejszej). Nieobecności jego nie przekraczają łącznie 5—6 lat. Germanii, której opisu dokonał z takim mistrzostwem i autorytetem — w ogóle nie oglądał. Dlatego, być może, tyle dobrego o niej napisał. Zgoła inny obraz i kraju, i ludów pozostawił Wellejusz Paterkulus, który się w Germanii sporo nawojował i poznał ją od Renu do Łaby. Jego zdaniem, Germanie są to istoty dwunogie, mające tylko zewnętrzną powłokę człowieka, a z innych znamion ludzkich jedynie rozwiniętą do szczytów kłamliwość.
I wedle Tacyta Germania jako kraj nie jest ponętna. Nie może jej bagien i borów miłować nikt, kto się gdzie indziej urodził, trudno przywyknąć do owsianego „wina". Kochać tę ziemię może chyba tylko ten, komu jest ona ojczyzną (...nisi pallia sil). Tacyt — moralista bolejący nad nadmiernym zurbanizowaniem kwirytów, tak niepodobnych do pokoleń, które zdeptały Hannibala — przeciwstawia zdrową, choć niedaleką od zwierzęcej naturę barbarzyńców żyjących wśród pól zwyrodniałej i niedołężnej naturze człowieka cywilizowanego; nie pozostanie w tym samotny i jak miał niejednego poprzednika, tak znajdzie wielu naśladowców aż po wiek XVIII. Germanii jednak nie pisał jedynie Tacyt-kaznodzieja liczący na zbudowa nie czytelnika, nie cofający się przed powtarzaniem powszechnie znanych komunałów. Pisał ją Tacyt-mąż stanu, którego zaniepokoiło groźne zjawisko — bezpłodność dotychczasowych walk z Germanami. W Germanii zginęły legiony Warusa i Rzym po raz pierwszy w swych dziejach wbrew wiekowej tradycji narodu pogodził się ze stanem rzeczy stworzonym przez klęskę, przez wroga, i to jakiego wroga! Przez społeczności ludzkie, które nie wyrosły jeszcze poza stadium plemienne. Zwycięża się wprawdzie Germanów, powtarzają się niepokojąco tryumfy (...diu Germania vincilur), ale nic się nie zmienia. Polityka wiecznie obronna nie doprowadzi do zwycięstwa. W stosunku do Germanów Rzym nie stoi własną siłą, chroni go wewnętrzna waśń wrogów. Co będzie, jeżeli się kiedyś Germanie zjednoczą? Trudno osądzić, czy te obawy Tacyta zrodziły się z jasnowidztwa poety czv z beznamiętnej rachuby męża stanu. Germanie nigdy się wprawdzie nie zjednoczyli, ale z Germanii przyszły jedne po drugich najazdy, którym Rzym w końcu nie mógł sprostać. Nie mógł dlatego, że ugiął się pod wrażeniem klęski, że zabrakło mu energii, która by umożlwiła odzyskanie granicy na Łabie.
Wykształcenie otrzymał Tacyt cywilne; uczęszczał za młodu na naukę do najsłynniejszych i najsowiciej opłacanych mistrzów wymowy. Uprawiał później jako adwokat tę sztukę, w jego czasach zarówno niezbędną, jak i nieprzydatną. Niezbędną, bo przed sądem trzeba się było popisywać nie tyle znajomością prawa, ile gładko utoczonymi periodami, które by dzisiejszych sędziów wyprowadziły z równowagi. Nieprzydatną, bo polityczną wymowę „spacyfikował" był cesarz August, a wyniki rozpraw w senacie wiadome były już z góry, chyba że chodziło o rzecz bez znaczenia.
Dzięki swym mistrzom wiedział Tacyt, jak należy mówić, a także, jak mówić nie należy; bolał, że elokwencja, która tyle chwały przysporzyła dawnym Rzymianom, przerodziła się w akrobatyczną sztukę przelewania z pustego w próżne, że stała się niby „miedź brząkająca i cymbał brzmiący. Na szczęście nie zatracił siły swego stylu. Język jego góruje nad Salustiuszowym, na którym się Tacyt w swoich początkach wzorował. Przemawia on zdaniami krótkimi, nie słowami, lecz myślą, plastyczną jak samo widzenie. Wypowiedzi jego przypominają rzeźbę wybitą w brązie krótkim uderzeniem młota. Bywa, że wypowiedź Tacyta to piętno wypalone rozżarzonym żelazem, nie dające się zetrzeć. Wiele z nich należy uznać za sprawiedliwe. W zabójczych swych osądach nie zniża się Tacyt nigdy do poziomu ulicznego bruku, czego Cycero w polemice nie unikał. Nie poniża się do wyzwisk i wrzasków.
Po ojcu odziedziczył zapewne Tacyt spory majątek; cesarskim prokuratorom nietrudno było gromadzić oszczędności. „Kancelaria adwokacka", jaką prowadził, musiała mu też zapewniać spore dochody. Konsul Agrykola wiedział, że może spokojnie oddać córkę młodzieńcowi liczącemu sobie zaledwie 22 lata.
Niebawem cesarz Wespazjan zaliczył go w poczet senatorów. Taka godność była zaszczytna, ale bardzo kosztowna. Na ręce senatora patrzyły setki chciwych oczu. Ustawowe minimum majątku nie mogło podołać wymaganiom, tym bardziej, że część senatorskiego majątku musiała być umieszczona w ziemiach położonych w Italii, a te przynosiły niewiele. Wiedział coś o tym przyjaciel Tacyta, Pliniusz. Jak wiemy, Tacyt ochoczo wziął na swe barki ciężary związane z krzesłem. Unosił go zapał i nadzieja, że radą swą i wymową stanie się rychło podporą rzeczypospolitej. Czekał go niejeden dotkliwy zawód. Po ojcowskich rządach roztropnego Wespazjana, po trzyletnich zaledwie rządach Tytusa, zwanego „miłością i rozkoszą ludzkości", nastały długie tyrańskie czasy Domicjana (81—96), który wznowił walkę cesarza z senatem, poszukując spiskowców nawet wśród najbliższych krewnych. W miarę jak posuwało się panowanie, wzrastał terror. Domicjan nie pozbawił senatu jego uprawnień sądowych, udowodnił jednak, że prawo jest wobec siły bezbronne.
Wróciły czasy Tyberiusza i Nerona. Senatorowie żyli w nieustannej trwodze i milczeniu, pamiętając, że ściany mają uszy. Nastroje panujące w ostatnich latach Domicjana odzwierciedlają ostatnie rozdziały życiorysu, jaki Tacyt poświęcił swemu teściowi Agrykoli. Wspomnienia o drogich zmarłych służą zawsze ku ich pochwale. W tej poszedł Tacyt zbyt daleko, totez życiorys Agrykoli jest może najsłabszym z jego dzieł. Z zasłużonego wodza i zdaje się zacnego człowieka uczynił cos w rodzaju blaszanego bohatera i równie blaszany wzór starorzymskiej cnoty. Lecz w końcowych rozdziałach przemawia z głębi serca przepełnionego boleścią i buntem.
Zgon Agrykoli, który odsunięty przez cesarza zmarł w sile wieku, uważa Tacyt za łaskę zesłaną mu przez bogów: "Przedwczesny zgon przyniósł mu tę wielką pociechę, że uniknął owej schyłkowej epoki, w której Domicjan już nie w przerwach i odstępach czasu, lecz bez ustanku i jakby od jednego zamachu rzeczpospolitą wytrzebił. Nie widział Agrykola oblężonej kurii, obstawionego zbrojnymi ludźmi senatu, w jednej i tej samej rzezi pomordowanych tylu mężów konsularnych, tyle najdostojniejszych niewiast wygnanych na poniewierkę... Lecz potem nasze własne ręce zawlokły Helwidiusza do więzienia, nas to widok Mauryskusa i Rustykusa zhańbił rumieńcem wstydu, nas to krwią swoją niewinną obryzgał Senecjon. Nawet Neron odwracał od zbrodni oczy; nakazywał je, lecz na nie nie patrzał. Tymczasem pod Domicjanem największą niedolą było nań patrzeć i być od niego widzianym w chwilach, gdy spisywano nasze westchnienia, kiedy do zapamiętania tylu pobladłych lic wystarczały te oczy o okrutnym wyrazie i ów bezwzględny rumieniec, którym się (tyran) uzbrajał..."
Domicjan padł ofiarą zamachu. Szał radości, jaki ogarnął senatorów, znalazł wymowny wyraz w korespondencji Pliniusza. Możemy jednak zrozumieć uraz, jaki te czasy upodlenia i uczestnictwa w przelewie krwi niewinnej pozostawić musialy w duszy człowieka, który uważał się za następcę tych senatorów, ktorzy nieruchomi jak posągi siedzieli w bramach swych domów na krzesłach kurulnych, gdy Galowie zajmowali Rzym.
Uraz ten sprawił, że niejednokrotnie nie oddał Tacyt w swych osądach sprawiedliwości cesarzom, którzy jako jednostki bywali okrutni, nikczemni lub błazeńscy, lecz jako władcy i rządcy oddali cesarstwu nieśmiertelne usługi. Do nich zaliczali się Tyberiusz, Klaudiusz, nawet Neron, nawet sam Domicjan. Prawda, że dobrodziejstwa ich rządów odczuły przeważnie prowincje, o których Tacyt, jako „Rzymianin z Rzymu", nie zawsze pamiętał. Nie był bezstronny, ale i nie był nigdy świadomie niesprawiedliwy — jedno stronność jego sądów wypływała z wrodzonej prawości.
Długie stulecia uważały Tacyta za nieprzejednanego wroga ustroju monarchicznego i zakamieniałego wielbiciela niemożliwej w jego czasach republiki. Uważne czytanie jego pism doprowadza do innego wniosku. Wielki historyk nie zamykał oczu na wady, obłędy i zbrodnie republiki. Jako młody chłopiec oglądał przerażonymi oczyma wojnę domową po śmierci Nerona. Jako historyk i prawnik potępił ucisk i wyzysk prowincji. Jako arystokrata z instynktów nienawidził rozkrzyczanego ludowładztwa. Zdawał sobie sprawę z tego, że mieszkańcy Rzymu nie wychylając się poza jego ulice nie mogą rządzić rozumnie kilkunastu milionami kilometrów kwadratowych. Mąż stanu nie goni cieniów, ani nie tworzy utopii; nie poszukuje ustrojów doskonałych i zadowala się najmniej złym, przynoszącym w danej epoce możliwie najlepsze wyniki.
Za czasów Tacyta i w jego mniemaniu była nim jedynowładcza monarchia oparta o stojącą na wysokości swych obowiązków wielką radę, tj. senat, przesiąknięty tradycją narodu. Nienawidzi większości cezarów, piętnuje ich obłędy i zbrodnie — ale czyż trzeba być fanatykiem lub tępym chwalcą minionego czasu, by potępiać matkobójstwo, by sądzić że wszystko da się usprawiedliwić nakazem racji stanu lub osobistym interesem panującego? Wybaczamy mu więc, że nienawidził szpiegów i donosicieli, że czuł obrzydzenie do tych współsenatorów, którzy oskarżali kolegow o nie dość gorące przywiązanie do cesarza, a potem prosili o obiecaną czwartą część majątku skazanego.
Pod koniec swego długiego żywota oglądał Tacyt taką właśnie przesiąkniętą duchem obywatelskim monarchię, jakiej pragnął. Dowiodła, że nie jest próżnym marzeniem, że może spełnić pokładane w niej nadzieje. Spośród pięciu cesarzy dynastii julijsko-klaudyjskiej śmiercią bezspornie naturalną zmarł tylko August; w wypadku Tyberiusza jest to wątpliwe, trzech pozostałych zabiła zbrodnia lub słuszna kara. Zginęło też trzech cesarzy wyniesionych przez wojsko po śmierci Nerona.
Zamordowany skończył i Domicjan. Natomiast w okresie tzw. złotego wieku cesarstwa wszyscy panujący zmarli śmiercią naturalną, a panowanie ich objęło okres sześciu pokoleń. Cesarze złotego wieku nie mieli władzy większej niż ich poprzednicy, czynili z niej jednak inny niż oni użytek. To wystarczyło, by zmienić charakter rządów. Nie sama fatalność i działanie sił mechanicznych rządzi światem — rozum ludzki, wola człowieka i jego charakter są też współczynnikiem dziejów. Od senatu Tacyt wymagał, by czuł się kontynuatorem wielowiekowej tradycji narodu. Świadomy był, że współcześni mu nobilowie nie są cielesnymi potomkami nobilow z czasów drugiej wojny punickiej. Ale dziedziczy się nie tylko krew i galerie portretów; można dziedziczyć ducha wielkich epok dziejowych i duszę przewodnich w dziejach narodu postaci, można się z nimi zespolić duchowo. Takiego dziedzictwa pożądał Tacyt dla siebie i dla warstwy, która go wchłonęła. Los mu poszczęścił: na stare lata oglądał Tacyt rządy Trajana, najlepszego z rzymskich cesarzy, który zdobywszy pryncypat zasługą, zapragnął zerwać ze skazaną na ostateczną klęskę polityką biernej defensywy. Mogło się przez chwilę wydawać, że w starzejący się Rzym wstąpił jakiś duch odmładzający. Dożył Tacyt „owej nieczęstej w dziejach ludzkich szczęśliwości", za którą przez całe życie tęsknił, którą pracą kilkudziesięciu lat przyzywał. Umierał jako vir consularis. Mało komu bywa dane doczekać jesieni tak promiennej.
Słońce Rzymu zatrzymało się u szczytu; skłon ku za chodowi był tak nieznaczny, że oko ludzkie nie mogło go dostrzegać. Poeci mówili o wieczności Rzymu, o nie zmierzonym majestacie pokoju okrywającego skrzydłami cały rodzaj ludzki. Jednolita duchowo dwujęzyczna cywilizacja nie napotykała w swym powolnym, wszechogarniającym pochodzie na poważniejsze opory. Coraz głębiej wrastała w dusze owa romanizacja Sródziemnomorza, patriotyzm bierny, ale szczery.
Jak brąz powstaje z miedzi i cyny, tak powstał on ze składu i stopu lojalizmu i wygodnictwa. Cesarstwo niczego więcej nie wymagało; wydawać się mogło, że takie spoidło po wiek wieków wystarczy. O resztę troszczył się cesarz i żołnierze ex castris.
Cesarstwu nie groziły żadne siły, które by mogły niepokoić kierownicze koła. Granice jeżyły się od zameczków i częstokołów; ani od Partów, ani od Daków nie groziło niebezpieczeństwo. Pozostawała Germania, na razie mgławicowe kłębowisko. Tylko prorocy-czarnowidze przeczuwali, że może kiedyś przyjść zguba zza Renu. Z prawego brzegu przychodzili barbarzyńcy, zgłodniali i pokorni, prosząc o kawałek roli i pastwiska. Osadzano tych „litów" z obowiązkiem dostarczania szeregowych do „posiłków" dowodzonych przez rzymskich centurionów. Walczyli, z kim im kazano, chętnie i wiernie, byli zaprzysiężonymi wojownikami cesarza, nie wahali się przelewać krwi Germanów, których wcale za pokrewnych sobie nie uważali.
Pojawiła się i rosła od niedawna — nie za granicą już ,,lecz wewnątrz imperium, nawet w murach „Miasta — siła do wczoraj jeszcze nie zauważona, a i teraz nie znana, siła niezrozumiała i nieuchwytna. Wyczuwano jej obcość, budziła odrazę; chciano ją obezwładnić, zasypać jej źródła. Istoty jej poznać nie zdołano, ale poczęto doświadczać, że siły tej nie da się zabić mieczem, ani zadusić administracyjnym zarządzeniem.
Siłą tą było chrześcijaństwo; zasiano je za panowania Tyberiusza cezara niby drobne ziarno w Palestynie i rozkrzewiło się zdumiewająco szybko we wszystkich większych skupiskach ludności. W samym Rzymie odkrył je w porę Neron, w chwili, kiedy głos powszechny począł w nim upatrywać podpalacza. Tacyt nie jest pewny, czy można Nerona i o tę szaleńczą zbrodnię pomówić. Swetoniusz nie ma wątpliwości.
W każdym razie powitano chętnie nadarzającą się sposobność wskazania na tę społeczność Azjatów wyodrębniających się zwyczajami i kultem spośród ludności stolicy. Zasłynęło z okrucieństwa pierwsze prześladowanie chrześcijan, ograniczone o ile wiadomo do samego Rzymu. Tacyt nie jest też pewny, czy zarzut podpalenia Rzymu opiera się na jakimś dowodzie. Posuwa się do twierdzenia, że Neron „podstawił chrześcijan" jako winowajców, by ujść podejrzenia, że sam jest podpalaczem. W każdym razie upatruje w wyznawcach Chrystusa żywioł obcy i wrogi, „nieprzyjaciół rodzaju ludzkiego”, tj. tej cywilizacji, którą uważał za jedyną. Chrześcijanie przejmują go wstrętem, ale dla ich okrutnego losu odczuwa litość zaprawioną wyniosłą pogardą. Ma się przecie do czynienia z jakimś „gorszym rodzajem Żydów.
Zdaje się — nie ma na to niezbitego dowodu — że w związku z pierwszym prześladowaniem senat powziął uchwałę uznającą chrześcijaństwo za religię zakazaną, ściślej mówiąc nie za religię, lecz za szkodliwy zabobon (superstilio), bo gdy w jedno pokolenie później przyjaciel Tacyta Pliniusz będąc namiestnikiem Bitynii zetknął się tam z rozmnożonymi w międzyczasie chrześcijanami, nie miał wątpliwości (nie miał ich i cesarz Trajan), że ma do czynienia ze zjawiskiem przestępczym o charakterze nagminnym, którego nie powinien tolerować. Chrześcijan było tylu, że uprawiany przez nich bojkot świątyń i nabożeństw zaszkodził poważnie interesom hodowców zwierząt ofiarnych. (Mamy tu do czynienia z krzykliwą orientalną przesadą, bo chrześcijanie nie składali wprawdzie zwierząt jako żertwy dla bogów, nie spożywali też mięsa takich zwierząt, ale nie mieli zastrzeżeń przeciw spożywaniu mięsa w dni bezpostne.) Wymierzone przeciw chrześcijaństwu akty prawne — jeżeli takie były — musiały razić swoją niejasnością. Pliniusz nie wie, czy przestępstwem jest samo wyznawanie religii chrześcijańskiej, czy też wyznawanie jej należy uważać za okoliczność obciążającą, jeżeli chrześcijanin popełni jakiś czyn przestępczy w oczach prawa pospolitego, nie wie, czy należy chrześcijan ścigać z urzędu, czy też dopiero wówczas, gdy zostaną przez kogoś o wyznawanie chrześcijaństwa oskarżeni, nie wie też, jak należy się odnosić do skarg anonimowych. Prosi więc cesarza Trajana o wskazówki.
Trajan odpowiedział, że chrześcijaństwo jest przestępstwem jako takie, ale nie należy ścigać go z urzędu, lecz tylko na zasadzie jawnego oskarżenia. Anonimów nie należy brać w ogóle pod uwagę — „byłoby to bowiem niezgodne z duchem naszych czasów". Żadnej osobistej czy urzędowej niechęci ku chrzęścijanstwu w odpowiedzi cesarza doczytać się nie można. Trajan nie zmienił istniejącego prawa, polecił tylko stosować je jak najwyrozumialej.
Dziwić natomiast może pewna niezaradność Pliniusza, który był przecie prawoznawcą, uczestniczył w posiedzeniach senatu i zanim został namiestnikiem, przeszedł przez szczeble hierarchii administracyjnej. W prowincji swojej spotkał się ze zjawiskiem nagminnym; chrześcijan było mnóstwo, donosów bez liku. A mimo to Pliniusz nie zdołał zapoznać się z organizacją chrześcijan, jak i z treścią wyznawanej przez nich religii. Informacje swe, z których niczego się nie dowiedział, pozbierał z zeznań oskarżonych prostaczków nie obeznanych bliżej z nauką chrześcijaństwa oraz z wiadomości, jakich mu na mękach udzieliły jakieś dwie nieszczęsne niewolnice. Nie dotarł do żadnego biskupa ani prezbitra, którzy zapewne nie odmówiliby dobrotliwemu namiestnikowi pouczeń. Dowiedział się tylko, że chrześcijanie czczą Chrystusa jako Boga, a wyznawane przez nich zasady moralne wydały mu się sympatyczne. Jako dobry urzędnik, owinął swe sympatie w wyrazy należycie dyskretne i nie omieszkał się pochwalić, że dzięki jego przemyślanym za rządzeniom liczba chrześcijan szybko zmalała, a handel ofiarnymi zwierzętami znowu rozkwita.
Chrześcijaństwo pozostało pod ziemią, liczba wyznawców na przemian rosła lub kurczyła się. Nie wszyscy pałali żądzą męczeństwa, apostazji było bez liku. Ale chrześcijaństwo wykorzystało ten swój okres pod ziemnego bytowania, by rozwinąć się w doskonałą organizację oplatającą całe imperium. Przyjdą czasy, że zdobędzie sobie równorzędne z innymi wyznaniami w impermiejsce. Do tego było jeszcze daleko.
Stanislaw Łoś
Świat historyków starożytnych
Fragment rozdziału
Świat Tacyta
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.