wtorek, 31 marca 2026

Świat Tacyta

 (...)

Taki był świat, kiedy żył, myślał i pisał — bo zdaje się, niewiele działał — Korneliusz Tacyt. Żywot jego upłynął między dwiema datami znanymi w przybliże­ niu: 55/56 i ok. 120. Ujrzał świat za Nerona, zmarł za Hadriana. Oglądał więc jako dziecko ostatnie lata dy­ nastii julijsko-klaudyjskiej. Wchodząc we wczesne młodzieńcze lata przeżył dwuletni mniej więcej okres wojny domowej, kiedy wojska pograniczne "odsło­niły wielką tajemnicę imperium". Najlepsze, ale nie wolne od niebezpieczeństw i grozy lata jego młodości i wieku męskiego przypadły na panowanie dynastii Wespazjana, którą zwiemy flawijską, wiek dojrzały i pogodna starość — na epokę przyjaznej współpracy senatu z cesarzem, „kiedy można było swobodnie my­śleć i myślom swym dawać głośny wyraz". Współ­cześni mu to wśród pisarzy Pliniusz Młodszy, wśród biografów Swetoniusz i Plutarch. Z Pliniuszem się przyjaźnił, Swetoniusza trochę protegował; nie wiado­ mo, czy spotkał się osobiście z Plutarchem, uroczym i łagodnym piewcą starej cnoty obywatelskiej czło­wiieka śródziemnomorskiego.

Dzieje Tacyta i Żywoty Plutarcha łączą się częścio­wo tematami, choć oglądanymi z różnych punktów. Tacyt mówi o krótkich, tragicznie zakończonych rzą­dach cesarzy Galby i Othona, Plutarch podaje ich ży­ciorysy i charakterystykę sprzęgając obu, nie wiado­mo dlaczego, z perskim królem Artakserksesem.

Oba pomnikowe dzieła Tacyta, tj. Dzieje i Roczniki, poświęcone są dziejom pierwszego stulecia cesarstwa (zaczyna je od ostatnich chwil Augusta), które Tacyt słusznie dzieli na dwa okresy przedzielone zamętem wybuchłym po śmierci Nerona. W okresie pierwszym istniał jeszcze senat w takim składzie, w jakim go chciał widzieć August; w okresie drugim senat, w któ­rego gronie znalazł się młodociany Tacyt, był już se­natem cesarzy flawijskich. Ostatni dwaj cesarze, któ­rych oglądał (Trajan i Hadrian), nie byli z pochodze­ nia Italikami. Tacyt dożył być może czasów, kiedy Ha­drian odebrał kierownictwo centralnych biur cesar­skich wyzwoleńcom, by powierzyć je ekwitom — ry­cerzom. Nie pałał i do nich Tacyt szczególną miłością, ale z pewnością wołał ekwitów od wyzwoleńców, tak niedawno jeszcze ku jego oburzeniu wyróżnianych ozdobami mężów konsularnych (ornamenla consularia — bo wyzwoleniec nie mógł być senatorem, a tym bardziej konsulem).

Tacyt patrzy na świat okiem Rzymianina z Rzymu, na Rzym i dzieje rozgrywające się w murach stolicy patrzy okiem senatora. Maluje obraz rzeczywistości taki, jakim go widzi. W niejednym obraz ten będzie jednak od wzoru odbiegać. Przez usta Tacyta przemawia kompleks posągowego starorepublikańskiego senatora, jakiego wyidealizo­waną postać w złotym wieku sobie wyobrażano. Tacyt jest tym kompleksem przejęty tak na wskros, że nie można uniknąć pytania, czy to jest przysłowiowy kompleks neofity, czy też odziedziczony po długim łań­cuchu pokoleń. Republikanizm dziejopisarza jest szczególniejszej natury. Odebranie ludowi prawa wyboru magistratów nie wywołało u Tacyta niezadolenia; zwalniało to bowiem senatorów od pieniężnych wydatków i poniżających próśb o głosy. Zwiększało ich zależność od pryncepsa, ale w okresach kiedy między Pryncepsem a senatem panowała zgoda, kandydaci cesarza byli także kandydatami senatu. W każdym razie za najgorszych czasów republiki nikt by się świętokradczo nie porwał na odbieranie ludo­wi prawa obsadzania magistratur.

O osobie Tacyta posiadamy tylko niepełną garstkę luźnych wiadomości, przeważnie mimochodem poroz­rzucanych po jego pismach. Dzieło jego przypomina dzisiaj majestatyczny stary dąb stojący samotnie na pustej polanie. Nie było tak zawsze: dąb rósł długie lata w gąszczu — może w cieniu — drzew sobie rówieśnych. Tacytowi nie brakło poprzedników i współ­czesnych, którym sam wystawił świadectwo, że byli clara ingenia, choć niejednokrotnie pisywali w innym niż on duchu. Wpływała na nich ira lub studium. Po­zostawali w czyjejś służbie, podczas gdy on nikomu innemu służyć nie chciał, jak tylko własnemu zdaniu i własnej namiętności. Kimże był zatem ów Korneliusz Tacyt, największy i ostatni z wielkich historyków piszących po łacinie?

Zacznijmy od tego, że nie znamy jego imienia (Publiusz? — prawdopodobnie Gajusz). Jego gentilicium: Korneliusz nie wyjaśnia nam wszystkiego. Kusi, by widzieć w nim potomka bocznej gałęzi patrycjuszowskiego rodu Korneliuszy, który wydał Scypionów, Sullę i może (co mniej pewne) Cynnę. W tej bocznej, mniej świetnej gałęzi spotyka się cognomen Tacitus (=milczek). Ale samo cognomen nie jest miarodajnym świadectwem przynależności do gens Cornelia. Pojawia się przy nazwiskach ludzi nie należących do tego rodu. Nie dosyć na tym. Przed stu pięćdziesięciu laty dyktator Sulla wyzwolił był dziesięć, czy nawet pięt­naście tysięcy niewolników, którzy przez to samo stali się Korneliuszami i mieli pięć pokoleń czasu, by się rozmnożyć. Odtąd gentilicium Korneliusz stało się czymś w rodzaju określenia gatunku. Przysługiwało nieprzeliczonym zastępom centurionów. Korneliuszem był np. ów setnik, który aresztował młodego Cezara ukrywającego się przed gniewem Sulli, lecz ułagodzo­ny datkiem dwu talentów, pchnął dzieje świata na inne tory. Dzieje Apostolskie znają też setników tego imie­nia.

Nie ustalono też bezsprzecznie, kto był ojcem dzie­jopisarza. Przypuszcza się, że był nim niejaki Cornelius Tacitus, prokurator cesarski w prowincji Galii, dziś belgijskiej. Jeżeliby tak było w istocie, dziejopi­sarz byłby się urodził w stanie rycerskim, podobnie jak wielki mówca Cyceron. Ale gdy Cyceron mówi o sta­nie rycerskim z dumą i miłością i arcyczęsto o nim jako o swojej macierzy wspomina, to nie odnosi się wraże­nia, by Tacyt miał ten stan szczególnie czcić i miłować.

O ludziach, którzy byli „tylko rycerzami”, wyraża się zwykle dość lekko. Honores mutant mores. W każdym razie stan, z którym Tacyt czuje więź serdeczną, któ­rego samopoczucie i pychę podziela, to wyłącznie stan senatorski, z zespołem mężów konsularnych na czele. (Prawda, że i Cycero dostawszy się na szczyty czuł się swojo tylko wśród konsularów.)

Ojciec Tacyta, choć „tylko” rycerskiego stanu, mógł, ale nie musiał być patrycjuszem, za jakiego pragnęliby go uważać niektórzy historycy. Takim Korneliuszem-ekwitą był przecie prefekt Egiptu za czasów Augusta, Korneliusz Gallus, może rzeczywiście z galijskiej ro­dziny pochodzący, a może po prostu „kogut”.

Teściem Tacyta, zawdzięczającym mu swój życio­rys, był znakomity wódz, zdobywca Brytanii, Juliusz Agrykola. Matka jego też się z jakichś Juliuszów wy­wodziła. Znaczyło to tylko, że Cezar lub jego adopto­wany syn August, albo również adoptowany wnuk Tyberiusz nadali jednej lub drugiej galijskiej rodzinie rzymskie obywatelstwo. Potomkowie tak nadanych wspinali się nieraz wysoko po szczeblach dostojeństw. Tacyt nie bez goryczy wspomina, że wśród kolegów widzi większość (tu zapewne przesadza), którzy się od niezbyt dawnych wyzwoleńców wywodzą.

Miał ponoć Tacyt — ale nie jest pewne nad wszelką wątpliwość — sprawować w ciągu swej kariery, długiej i świetnej, m. in. urząd trybuna plebsu. Dostojny ten urząd, przysypany pyłem wieków, lecz za pryncypatu pozbawiony politycznego znaczenia, bo to skupił w swym ręku cesarz — był dla patrycjuszy niedostępny. Ponieważ młodzi ludzie senatorskiego stanu niechętnie się o ten urząd ubiegali, cesarz Au­gust udostępnił go rycerzom-ekwitom, pozostawiając im do wyboru, czy po jego sprawowaniu zechcą po­ zostać w senacie, czy też powrócić do stanu rycer­ skiego.

Nie wiadomo, czy Tacyt rzeczywiście służył woj­skowo. Militia obowiązywała młodzieńców stanu se­natorskiego i rycerskiego. Ale cesarz był wszechmoc­ny; mógł dziewicy-westalce przyznać przywileje przy­ sługujące matce trojga dzieci. Łaska cesarska pozwa­ lała nieraz odsłużyć „milicję” w jakimś biurze.

Z pism Tacyta można łatwo poznać, że bogowie nie wyposażyli go w talenty strategiczne. Nie wydaje się też, by kiedykolwiek prowadził choćby szczupły za­stęp do walki. Jego opisy bitew są przeważnie mdłe, nawet tych, o których przebiegu mógł się był dokład­nie od Agrykoli dowiedzieć. Obejść się bez nich nie mógł, bo nie ośmieliłby się nie opisywać bitew żaden historyk antyczny. Opisy Tacyta przypominają wy­pracowania przodujących uczniów szkoły średniej — są banalne. Zupełnie inne struny drgają w jego głosie, gdy mówi o posiedzeniach senatu lub o przebiegu procesów politycznych.

Mimo to można przypuszczać, że Tacyt rzeczywiście bodaj przez jakiś czas zetknął się z życiem wojsko­wym. Tchnie bowiem przeżyciem własnym i szczero­ścią abominacja, z jaką się wyraża o wojsku rzym­skim swoich czasów. Nazywa je zlewiskiem ścieków z czterech stron świata. Sądu takiego nie wyda nikt piszący sine ira. Nie wyda go dzisiejsza historiogra­fia. Żołnierz rzymski I i II wieku dokonał wielu pamięci godnych dzieł bojowych, poniósł orły swoje aż do granic Szkocji, przekroczył Dunaj i dotarł do Ty­grysu; nie ujarzmił Germanii, ale odpowiedzialność za to obarcza zalecenie Augusta, by zadowolić się gra­nicą Renu. Żołnierz tej epoki wykonał własnymi rę­ kami wiele prac użyteczności publicznej, jak osusza­nie bagien, uspławnianie rzek, budowa dróg, osadni­ ctwo itd.

O współczesnej sobie armii pisze Tacyt z wyniosłą nienawiścią. Inna zupełnie jest jego postawa, gdy ma na myśli armię sprzed pół wieku, której osobiście znać nie mógł, ale o której wiele czytał i słyszał. W chwili, gdy po śmierci Augusta opanował rządy Tyberiusz, zbuntowały się dwie najważniejsze armie cesarstwa — legiony naddunajskie i nadreńskie. Ta­cyt nie pochwala buntu jako takiego, wykazuje jed­nak zrozumienie i współczucie dla ciężkiej doli żoł­nierskiej, nie usiłuje zataić krzywd, jakie spotykały tych weteranów nieraz bezzębnych, służących po dzie­sięć i dwadzieścia lat dłużej, niż byli obowiązani, któ­rym państwo nie dotrzymywało przyrzeczeń, dla od­prawy których — przez zapomnienie czy niedbal­stwo — skarb nigdy nie miał pieniędzy.

Żołnierz tej epoki, tak jak go rysuje Tacyt, był prostaczy i przesądny, nerwowy i gwałtowny, nie pozba­wiony jednak stron szlachetnych i wzruszających. Gdy w czasie buntu Agrypina, małżonka naczelnego wodza, opuszcza obóz, bo nie czuje się w nim bez­pieczna, żołnierze popadają w rozpacz, boli ich posą­dzenie, że mogliby wyrządzić krzywdę kobiecie; ma­ łym dzieciom. Po kilkunastu dniach wzburzenia powracają do służby i błagają, by ich poprowadzić na wroga, bo chcą własną krwią zmyć hańbę rokoszu.

Duszę żołnierza tej epoki łączą z Rzymem, tj. Z civitas Romana, więzy nierozerwalne; nie kocha on wprawdzie senatu bo to w jego pojęciu jakaś anonimowa cywilna władza mało przychylna żołnierzowi, oburza się jednak na myśl, że mogą mu przysłać do­wódców nie wywodzących się z grona wielkich nobilów. Legiony tej epoki złożone są z Italików — oby­wateli niewątpliwych; żołnierze są dziećmi rzeczypospolitej.

W swej opowieści o buncie Tacyt pozostawił po­tomności podobiznę podoficera wszystkich czasów trwalszą od spiżu, jak twardszą od spiżu jest psychika sierżanta, niezmienna w doskonałości godnej platoń­skiej idei. Zgoła odmienny jest skład legionów w dwa pokolenia później.

August rozstawił wojska obręczą wzdłuż linii gra­nicznej, czyli jak tylko mógł najdalej od Rzymu. Uzu­pełnianie szeregów drogą poboru spośród ludności Ita­lii napotykało na coraz większe przeszkody. Pax Ro­mana sprawiła, że ludność Italii zatracała ducha wo­jennego. Jedynie dwa najwyższe stany pełniły służbę wojskową. Prawo zabraniało legionistom pojmowania żon w iuslum matrimoniuni, masowe przesiedlanie ko­biet z Italii na kresy nie było do pomyślenia. Żołnie­rze z konieczności brali kobiety miejscowe nie za żony, ale za towarzyszki życia. Tak exlra nuplias zro­dziło się mnóstwo dzieci nie mających żadnego oby­watelstwa, bo nie należały do żadnego z narodów i plemion prowincji. Powstał odrębny „gatunek" ex caslris — dzieci obozu. Młodzieńcy należący do tej warstwy wstępowali tłumnie do legionów, zajmowali miejsce swych ojców, chcąc korzystać z przywilejów związanych ze stanem żołnierskim. Przyjęło się do­mniemanie prawne, że każdy legionista jest obywa­telem rzymskim. W chwili, gdy kończył służbę, nale­żała mu się missio honesta oraz nienagannie wysta­wiony i opieczętowany dyplom obywatelstwa. Miał też prawo — jeżeli chciał — poślubić wierną towa­rzyszkę życia i trudów. Otrzymywała tytuł uxor i sta­wała się Rzymianką.

W miarę jak upływały lata i dziesięciolecia, odsetek urodzonych urodzonych w Italii zmniejszał się stale: zmieniał się też etnograficzny skład wojska. Matki i babki były to Galijki, Ilirki, Berberki i Syryjki za­leżnie od prowincji, w których poszczególne legiony zapuściły korzenie. Koszarowa łacina, jaką się w woj­sku posługiwano, poczęła podlegać różnym przemia­nom na miejscu postoju. Poszczególne armie stawały się sobie coraz bardziej obce. Obcymi też stawała się legionom Italia i Rzym, od dwu lub trzech pokoleń nie oglądany. Leżał on w nieokreślonej sinej dali, aż przy­ chodził dzień, w którym zbuntowany dowódca naka­zał pochód na zdobycie Rzymu. Żołnierze szli ochot­nie; obiecywano im, że dojdą do ziemi, gdzie rodzi się pszenica, oliwa i wino, że zdobędą miasto pełne niesłychanych bogactw zwiezionych z najdalszych krańców świata. Germańskie legiony Witeliusza nagrabiły się w Rzymie do syta i do znużenia. Jedynym łącznikiem tych żołnierskich organizmów z państwem pozostawali dowódcy, mianowani i przysyłani z cen­trali. Za złotego wieku cesarstwa, póki cesarzem był słynny wódz Trajan, albo wybraniec senatu otoczony taką powagą jak Antoninowie, legaci — wchodzący sami w skład senatu i powracający następnie do Rzy­mu — nie myśleli o buncie. Wstrzymywała ich od ta­kiej myśli jej niewykonalność, ale więcej jeszcze pew­ne poczucie stanowe i patriotyzm zapatrzony w dawny Rzym. Gdy dowództwa dostaną się w ręce np. Afrykańczyków pochodzenia kartagińskiego, którzy nie mieli powodów do kochania dawnego Rzymu, a upra­wiali kult Hannibala, względy na Urbs i senat prze­staną krępować dzierżycieli miecza.

Nie wiemy, gdzie Tacyt ujrzał światło dzienne, byc może, że na północ od Alp. Pewne jest natomiast, że niemal całe swoje długie życie spędził w stolicy, opuszczając ją tylko z konieczności, o ile tego wymagała jego na wskroś cywilna kariera (był przez pe­wien czas namiestnikiem Azji Mniejszej). Nieobecności jego nie przekraczają łącznie 5—6 lat. Germanii, której opisu dokonał z takim mistrzostwem i autoryte­tem — w ogóle nie oglądał. Dlatego, być może, tyle dobrego o niej napisał. Zgoła inny obraz i kraju, i lu­dów pozostawił Wellejusz Paterkulus, który się w Germanii sporo nawojował i poznał ją od Renu do Łaby. Jego zdaniem, Germanie są to istoty dwunogie, mające tylko zewnętrzną powłokę człowieka, a z in­nych znamion ludzkich jedynie rozwiniętą do szczy­tów kłamliwość.

I wedle Tacyta Germania jako kraj nie jest ponętna. Nie może jej bagien i borów miłować nikt, kto się gdzie indziej urodził, trudno przywyknąć do owsia­nego „wina". Kochać tę ziemię może chyba tylko ten, komu jest ona ojczyzną (...nisi pallia sil). Tacyt — mo­ralista bolejący nad nadmiernym zurbanizowaniem kwirytów, tak niepodobnych do pokoleń, które zdep­tały Hannibala — przeciwstawia zdrową, choć nieda­leką od zwierzęcej naturę barbarzyńców żyjących wśród pól zwyrodniałej i niedołężnej naturze człowie­ka cywilizowanego; nie pozostanie w tym samotny i jak miał niejednego poprzednika, tak znajdzie wielu naśladowców aż po wiek XVIII. Germanii jednak nie pisał jedynie Tacyt-kaznodzieja liczący na zbudowa­ nie czytelnika, nie cofający się przed powtarzaniem powszechnie znanych komunałów. Pisał ją Tacyt-mąż stanu, którego zaniepokoiło groźne zjawisko — bez­płodność dotychczasowych walk z Germanami. W Ger­manii zginęły legiony Warusa i Rzym po raz pierw­szy w swych dziejach wbrew wiekowej tradycji narodu pogodził się ze stanem rzeczy stworzonym przez klęskę, przez wroga, i to jakiego wroga! Przez spo­łeczności ludzkie, które nie wyrosły jeszcze poza sta­dium plemienne. Zwycięża się wprawdzie Germanów, powtarzają się niepokojąco tryumfy (...diu Germania vincilur), ale nic się nie zmienia. Polityka wiecznie obronna nie doprowadzi do zwycięstwa. W stosunku do Germanów Rzym nie stoi własną siłą, chroni go wewnętrzna waśń wrogów. Co będzie, jeżeli się kiedyś Germanie zjednoczą? Trudno osądzić, czy te obawy Tacyta zrodziły się z jasnowidztwa poety czv z beznamiętnej rachuby męża stanu. Germanie nigdy się wprawdzie nie zjednoczyli, ale z Germanii przyszły jedne po drugich najazdy, którym Rzym w końcu nie mógł sprostać. Nie mógł dlatego, że ugiął się pod wra­żeniem klęski, że zabrakło mu energii, która by umożlwiła odzyskanie granicy na Łabie.

Wykształcenie otrzymał Tacyt cywilne; uczęszczał za młodu na naukę do najsłynniejszych i najsowiciej opłacanych mistrzów wymowy. Uprawiał później jako adwokat tę sztukę, w jego czasach zarówno niezbędną, jak i nieprzydatną. Niezbędną, bo przed sądem trzeba się było popisywać nie tyle znajomością prawa, ile gładko utoczonymi periodami, które by dzisiejszych sędziów wyprowadziły z równowagi. Nieprzydatną, bo polityczną wymowę „spacyfikował" był cesarz August, a wyniki rozpraw w senacie wiadome były już z góry, chyba że chodziło o rzecz bez znacze­nia.

Dzięki swym mistrzom wiedział Tacyt, jak należy mówić, a także, jak mówić nie należy; bolał, że elo­kwencja, która tyle chwały przysporzyła dawnym Rzymianom, przerodziła się w akrobatyczną sztukę przelewania z pustego w próżne, że stała się niby „miedź brząkająca i cymbał brzmiący. Na szczęście nie zatracił siły swego stylu. Język jego góruje nad Salustiuszowym, na którym się Tacyt w swoich po­czątkach wzorował. Przemawia on zdaniami krótkimi, nie słowami, lecz myślą, plastyczną jak samo widzenie. Wypowiedzi jego przypominają rzeźbę wybitą w brązie krótkim uderzeniem młota. Bywa, że wypo­wiedź Tacyta to piętno wypalone rozżarzonym żelazem, nie dające się zetrzeć. Wiele z nich należy uznać za sprawiedliwe. W zabójczych swych osądach nie zniża się Tacyt nigdy do poziomu ulicznego bruku, czego Cycero w polemice nie unikał. Nie poniża się do wyzwisk i wrzasków.

Po ojcu odziedziczył zapewne Tacyt spory majątek; cesarskim prokuratorom nietrudno było gromadzić oszczędności. „Kancelaria adwokacka", jaką prowa­dził, musiała mu też zapewniać spore dochody. Konsul Agrykola wiedział, że może spokojnie oddać córkę młodzieńcowi liczącemu sobie zaledwie 22 lata.

Niebawem cesarz Wespazjan zaliczył go w poczet senatorów. Taka godność była zaszczytna, ale bardzo kosztowna. Na ręce senatora patrzyły setki chciwych oczu. Ustawowe minimum majątku nie mogło podołać wymaganiom, tym bardziej, że część senatorskiego majątku musiała być umieszczona w ziemiach położo­nych w Italii, a te przynosiły niewiele. Wiedział coś o tym przyjaciel Tacyta, Pliniusz. Jak wiemy, Tacyt ochoczo wziął na swe barki ciężary związane z krze­słem. Unosił go zapał i nadzieja, że radą swą i wy­mową stanie się rychło podporą rzeczypospolitej. Cze­kał go niejeden dotkliwy zawód. Po ojcowskich rzą­dach roztropnego Wespazjana, po trzyletnich zale­dwie rządach Tytusa, zwanego „miłością i rozkoszą ludzkości", nastały długie tyrańskie czasy Domicjana (81—96), który wznowił walkę cesarza z senatem, po­szukując spiskowców nawet wśród najbliższych krew­nych. W miarę jak posuwało się panowanie, wzrastał terror. Domicjan nie pozbawił senatu jego uprawnień sądowych, udowodnił jednak, że prawo jest wobec siły bezbronne.

Wróciły czasy Tyberiusza i Nerona. Senatorowie żyli w nieustannej trwodze i milczeniu, pamiętając, że ściany mają uszy. Nastroje panujące w ostatnich latach Domicjana odzwierciedlają ostatnie rozdziały życiorysu, jaki Tacyt poświęcił swemu teściowi Agrykoli. Wspomnienia o drogich zmarłych służą zawsze ku ich pochwale. W tej poszedł Tacyt zbyt daleko, totez życiorys Agrykoli jest może najsłabszym z jego dzieł. Z zasłużonego wodza i zdaje się zacnego człowieka uczynił cos w rodzaju blaszanego bohatera i równie blaszany wzór starorzymskiej cnoty. Lecz w końcowych rozdziałach przemawia z głębi serca przepełnionego boleścią i buntem.

Zgon Agrykoli, który odsunięty przez cesarza zmarł w sile wieku, uważa Tacyt za łaskę zesłaną mu przez bogów: "Przedwczesny zgon przyniósł mu tę wielką pocie­chę, że uniknął owej schyłkowej epoki, w której Domi­cjan już nie w przerwach i odstępach czasu, lecz bez ustanku i jakby od jednego zamachu rzeczpospolitą wytrzebił. Nie widział Agrykola oblężonej kurii, obsta­wionego zbrojnymi ludźmi senatu, w jednej i tej samej rzezi pomordowanych tylu mężów konsularnych, tyle najdostojniejszych niewiast wygnanych na ponie­wierkę... Lecz potem nasze własne ręce zawlokły Helwidiusza do więzienia, nas to widok Mauryskusa i Rustykusa zhańbił rumieńcem wstydu, nas to krwią swoją niewinną obryzgał Senecjon. Nawet Neron od­wracał od zbrodni oczy; nakazywał je, lecz na nie nie patrzał. Tymczasem pod Domicjanem największą niedolą było nań patrzeć i być od niego widzianym w chwilach, gdy spisywano nasze westchnienia, kiedy do zapamiętania tylu pobladłych lic wystarczały te oczy o okrutnym wyrazie i ów bezwzględny rumie­niec, którym się (tyran) uzbrajał..."

Domicjan padł ofiarą zamachu. Szał radości, jaki ogarnął senatorów, znalazł wymowny wyraz w kore­spondencji Pliniusza. Możemy jednak zrozumieć uraz, jaki te czasy upodlenia i uczestnictwa w przelewie krwi niewinnej pozostawić musialy w duszy człowie­ka, który uważał się za następcę tych senatorów, ktorzy nieruchomi jak posągi siedzieli w bramach swych domów na krzesłach kurulnych, gdy Galowie zajmo­wali Rzym.

Uraz ten sprawił, że niejednokrotnie nie oddał Ta­cyt w swych osądach sprawiedliwości cesarzom, któ­rzy jako jednostki bywali okrutni, nikczemni lub błazeńscy, lecz jako władcy i rządcy oddali cesarstwu nieśmiertelne usługi. Do nich zaliczali się Tyberiusz, Klaudiusz, nawet Neron, nawet sam Domicjan. Praw­da, że dobrodziejstwa ich rządów odczuły przeważnie prowincje, o których Tacyt, jako „Rzymianin z Rzymu", nie zawsze pamiętał. Nie był bezstronny, ale i nie był nigdy świadomie niesprawiedliwy — jedno­ stronność jego sądów wypływała z wrodzonej pra­wości.

Długie stulecia uważały Tacyta za nieprzejednanego wroga ustroju monarchicznego i zakamieniałego wiel­biciela niemożliwej w jego czasach republiki. Uważ­ne czytanie jego pism doprowadza do innego wniosku. Wielki historyk nie zamykał oczu na wady, obłędy i zbrodnie republiki. Jako młody chłopiec oglądał prze­rażonymi oczyma wojnę domową po śmierci Nerona. Jako historyk i prawnik potępił ucisk i wyzysk pro­wincji. Jako arystokrata z instynktów nienawidził roz­krzyczanego ludowładztwa. Zdawał sobie sprawę z tego, że mieszkańcy Rzymu nie wychylając się poza jego ulice nie mogą rządzić rozumnie kilkunastu mi­lionami kilometrów kwadratowych. Mąż stanu nie goni cieniów, ani nie tworzy utopii; nie poszukuje ustrojów doskonałych i zadowala się najmniej złym, przynoszącym w danej epoce możliwie najlepsze wy­niki.

Za czasów Tacyta i w jego mniemaniu była nim jedynowładcza monarchia oparta o stojącą na wyso­kości swych obowiązków wielką radę, tj. senat, prze­siąknięty tradycją narodu. Nienawidzi większości ce­zarów, piętnuje ich obłędy i zbrodnie — ale czyż trzeba być fanatykiem lub tępym chwalcą minionego czasu, by potępiać matkobójstwo, by sądzić że wszystko da się usprawiedliwić nakazem racji stanu lub osobistym interesem panującego? Wybaczamy mu więc, że nienawidził szpiegów i donosicieli, że czuł obrzydzenie do tych współsenatorów, którzy oskarżali kolegow o nie dość gorące przywiązanie do cesarza, a potem prosili o obiecaną czwartą część majątku skazanego.

Pod koniec swego długiego żywota oglądał Tacyt taką właśnie przesiąkniętą duchem obywatelskim mo­narchię, jakiej pragnął. Dowiodła, że nie jest próż­nym marzeniem, że może spełnić pokładane w niej nadzieje. Spośród pięciu cesarzy dynastii julijsko-klaudyjskiej śmiercią bezspornie naturalną zmarł tyl­ko August; w wypadku Tyberiusza jest to wątpliwe, trzech pozostałych zabiła zbrodnia lub słuszna kara. Zginęło też trzech cesarzy wyniesionych przez wojsko po śmierci Nerona.

Zamordowany skończył i Domicjan. Natomiast w okresie tzw. złotego wieku cesarstwa wszyscy pa­nujący zmarli śmiercią naturalną, a panowanie ich objęło okres sześciu pokoleń. Cesarze złotego wieku nie mieli władzy większej niż ich poprzednicy, czynili z niej jednak inny niż oni użytek. To wystarczyło, by zmienić charakter rządów. Nie sama fatalność i działanie sił mechanicznych rzą­dzi światem — rozum ludzki, wola człowieka i jego charakter są też współczynnikiem dziejów. Od senatu Tacyt wymagał, by czuł się kontynuatorem wielowie­kowej tradycji narodu. Świadomy był, że współcześni mu nobilowie nie są cielesnymi potomkami nobilow z czasów drugiej wojny punickiej. Ale dziedziczy się nie tylko krew i galerie portretów; można dziedziczyć ducha wielkich epok dziejowych i duszę przewodnich w dziejach narodu postaci, można się z nimi zespolić duchowo. Takiego dziedzictwa pożądał Tacyt dla siebie i dla warstwy, która go wchłonęła. Los mu po­szczęścił: na stare lata oglądał Tacyt rządy Trajana, najlepszego z rzymskich cesarzy, który zdobywszy pryncypat zasługą, zapragnął zerwać ze skazaną na ostateczną klęskę polityką biernej defensywy. Mogło się przez chwilę wydawać, że w starzejący się Rzym wstąpił jakiś duch odmładzający. Dożył Tacyt „owej nieczęstej w dziejach ludzkich szczęśliwości", za któ­rą przez całe życie tęsknił, którą pracą kilkudziesięciu lat przyzywał. Umierał jako vir consularis. Mało komu bywa dane doczekać jesieni tak promiennej.

Słońce Rzymu zatrzymało się u szczytu; skłon ku za­ chodowi był tak nieznaczny, że oko ludzkie nie mogło go dostrzegać. Poeci mówili o wieczności Rzymu, o nie­ zmierzonym majestacie pokoju okrywającego skrzyd­łami cały rodzaj ludzki. Jednolita duchowo dwujęzycz­na cywilizacja nie napotykała w swym powol­nym, wszechogarniającym pochodzie na poważniej­sze opory. Coraz głębiej wrastała w dusze owa romanizacja Sródziemnomorza, patriotyzm bierny, ale szczery.

Jak brąz powstaje z miedzi i cyny, tak powstał on ze składu i stopu lojalizmu i wygodnictwa. Ce­sarstwo niczego więcej nie wymagało; wydawać się mogło, że takie spoidło po wiek wieków wystarczy. O resztę troszczył się cesarz i żołnierze ex castris.

Cesarstwu nie groziły żadne siły, które by mogły niepokoić kierownicze koła. Granice jeżyły się od za­meczków i częstokołów; ani od Partów, ani od Daków nie groziło niebezpieczeństwo. Pozostawała Germania, na razie mgławicowe kłębowisko. Tylko prorocy-czarnowidze przeczuwali, że może kiedyś przyjść zguba zza Renu. Z prawego brzegu przychodzili barbarzyń­cy, zgłodniali i pokorni, prosząc o kawałek roli i pa­stwiska. Osadzano tych „litów" z obowiązkiem do­starczania szeregowych do „posiłków" dowodzonych przez rzymskich centurionów. Walczyli, z kim im ka­zano, chętnie i wiernie, byli zaprzysiężonymi wojow­nikami cesarza, nie wahali się przelewać krwi Germa­nów, których wcale za pokrewnych sobie nie uważali.

Pojawiła się i rosła od niedawna — nie za granicą już ,,lecz wewnątrz imperium, nawet w murach „Miasta — siła do wczoraj jeszcze nie zauważona, a i te­raz nie znana, siła niezrozumiała i nieuchwytna. Wy­czuwano jej obcość, budziła odrazę; chciano ją obez­władnić, zasypać jej źródła. Istoty jej poznać nie zdo­łano, ale poczęto doświadczać, że siły tej nie da się zabić mieczem, ani zadusić administracyjnym zarzą­dzeniem.

Siłą tą było chrześcijaństwo; zasiano je za panowa­nia Tyberiusza cezara niby drobne ziarno w Palesty­nie i rozkrzewiło się zdumiewająco szybko we wszyst­kich większych skupiskach ludności. W samym Rzy­mie odkrył je w porę Neron, w chwili, kiedy głos po­wszechny począł w nim upatrywać podpalacza. Tacyt nie jest pewny, czy można Nerona i o tę szaleń­czą zbrodnię pomówić. Swetoniusz nie ma wątpli­wości.

W każdym razie powitano chętnie nadarzającą się sposobność wskazania na tę społeczność Azjatów wyodrębniających się zwyczajami i kultem spośród lud­ności stolicy. Zasłynęło z okrucieństwa pierwsze prze­śladowanie chrześcijan, ograniczone o ile wiadomo do samego Rzymu. Tacyt nie jest też pewny, czy za­rzut podpalenia Rzymu opiera się na jakimś dowo­dzie. Posuwa się do twierdzenia, że Neron „podstawił chrześcijan" jako winowajców, by ujść podejrzenia, że sam jest podpalaczem. W każdym razie upatruje w wyznawcach Chrystusa żywioł obcy i wrogi, „nieprzyjaciół rodzaju ludzkiego”, tj. tej cywilizacji, któ­rą uważał za jedyną. Chrześcijanie przejmują go wstrętem, ale dla ich okrutnego losu odczuwa litość zaprawioną wyniosłą pogardą. Ma się przecie do czy­nienia z jakimś „gorszym rodzajem Żydów.

Zdaje się — nie ma na to niezbitego dowodu — że w związku z pierwszym prześladowaniem senat po­wziął uchwałę uznającą chrześcijaństwo za religię za­kazaną, ściślej mówiąc nie za religię, lecz za szkodli­wy zabobon (superstilio), bo gdy w jedno pokolenie później przyjaciel Tacyta Pliniusz będąc namiestnikiem Bitynii zetknął się tam z rozmnożonymi w międzycza­sie chrześcijanami, nie miał wątpliwości (nie miał ich i cesarz Trajan), że ma do czynienia ze zjawiskiem przestępczym o charakterze nagminnym, którego nie powinien tolerować. Chrześcijan było tylu, że upra­wiany przez nich bojkot świątyń i nabożeństw zaszko­dził poważnie interesom hodowców zwierząt ofiar­nych. (Mamy tu do czynienia z krzykliwą orientalną przesadą, bo chrześcijanie nie składali wprawdzie zwierząt jako żertwy dla bogów, nie spożywali też mięsa takich zwierząt, ale nie mieli zastrzeżeń prze­ciw spożywaniu mięsa w dni bezpostne.) Wymierzone przeciw chrześcijaństwu akty praw­ne — jeżeli takie były — musiały razić swoją nieja­snością. Pliniusz nie wie, czy przestępstwem jest samo wyznawanie religii chrześcijańskiej, czy też wyzna­wanie jej należy uważać za okoliczność obciążającą, jeżeli chrześcijanin popełni jakiś czyn przestępczy w oczach prawa pospolitego, nie wie, czy należy chrze­ścijan ścigać z urzędu, czy też dopiero wówczas, gdy zostaną przez kogoś o wyznawanie chrześcijaństwa oskarżeni, nie wie też, jak należy się odnosić do skarg anonimowych. Prosi więc cesarza Trajana o wska­zówki.

Trajan odpowiedział, że chrześcijaństwo jest prze­stępstwem jako takie, ale nie należy ścigać go z urzę­du, lecz tylko na zasadzie jawnego oskarżenia. Ano­nimów nie należy brać w ogóle pod uwagę — „byłoby to bowiem niezgodne z duchem naszych czasów". Żadnej osobistej czy urzędowej niechęci ku chrzęścijanstwu w odpowiedzi cesarza doczytać się nie można. Trajan nie zmienił istniejącego prawa, polecił tylko stosować je jak najwyrozumialej.

Dziwić natomiast może pewna niezaradność Pliniu­sza, który był przecie prawoznawcą, uczestniczył w posiedzeniach senatu i zanim został namiestnikiem, przeszedł przez szczeble hierarchii administracyjnej. W prowincji swojej spotkał się ze zjawiskiem nagmin­nym; chrześcijan było mnóstwo, donosów bez liku. A mimo to Pliniusz nie zdołał zapoznać się z organi­zacją chrześcijan, jak i z treścią wyznawanej przez nich religii. Informacje swe, z których niczego się nie dowiedział, pozbierał z zeznań oskarżonych prostacz­ków nie obeznanych bliżej z nauką chrześcijaństwa oraz z wiadomości, jakich mu na mękach udzieliły jakieś dwie nieszczęsne niewolnice. Nie dotarł do żad­nego biskupa ani prezbitra, którzy zapewne nie odmó­wiliby dobrotliwemu namiestnikowi pouczeń. Dowie­dział się tylko, że chrześcijanie czczą Chrystusa jako Boga, a wyznawane przez nich zasady moralne wydały mu się sympatyczne. Jako dobry urzędnik, owinął swe sympatie w wyrazy należycie dyskretne i nie omiesz­kał się pochwalić, że dzięki jego przemyślanym za­ rządzeniom liczba chrześcijan szybko zmalała, a han­del ofiarnymi zwierzętami znowu rozkwita.

Chrześcijaństwo pozostało pod ziemią, liczba wyznawców na przemian rosła lub kurczyła się. Nie wszy­scy pałali żądzą męczeństwa, apostazji było bez liku. Ale chrześcijaństwo wykorzystało ten swój okres pod­ ziemnego bytowania, by rozwinąć się w doskonałą organizację oplatającą całe imperium. Przyjdą czasy, że zdobędzie sobie równorzędne z innymi wyznaniami w impermiejsce. Do tego było jeszcze daleko.

Stanislaw Łoś
Świat historyków starożytnych
Fragment rozdziału
Świat Tacyta

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.