poniedziałek, 23 marca 2026

Frakcja bystrych czyli o roli IQ w tworzeniu zdrowo funkcjonującego społeczeństwa

 


Nigeryjscy naukowcy potwierdzają problem niskiego IQ w Afryce


Niedawne randomizowane badanie przeprowadzone przez badaczy z Nigerii wykazało, że tylko 3% uczestników uzyskało wyniki powyżej zachodniej średniej 100. Mediana IQ wszystkich uczestników wynosiła 69. Ponad 50% osób testowanych uzyskało wynik poniżej 70 punktów.

Na drugim końcu spektrum “uzdolnione” IQ wynosi 130 lub więcej; Tylko 2% całej populacji ludzkiej należy do tej kategorii. To prawie 30 punktów procentowych powyżej najwyższych wyników w nigeryjskim badaniu.

IQ mierzy zdolności poznawcze, a niekoniecznie wszystkie formy inteligencji. Mimo to jest to być może najlepszy sposób, jaki mamy, by dokładnie przewidzieć szybkość myślenia, rozpoznawanie wzorców i ogólny sukces w szkolnictwie wyższym (przede wszystkim w dziedzinach STEM). IQ zmienia się bardzo niewiele z czasem i wiekiem, a postęp w nauce rzadko prowadzi do wzrostu (w najlepszym przypadku może 5-10 punktów).

Jak wspomniano, niższe IQ zwykle wiąże się z wyższym ryzykiem przestępczości i impulsywnej przemocy. To nie jest czynnik, który można po prostu zignorować dla liberalnej cnoty. Zbyt niebezpieczne, by z tego szydzić.

To nie znaczy, że wszyscy ludzie o niskim IQ są niebezpiecznymi przestępcami lub że nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie. Wielu z pewnością potrafi. Problemem są średnie wartości i ryzyko. Czy warto ryzykować masową imigrację ze znanych krajów o niskim IQ w krajach trzeciego świata, biorąc pod uwagę rosnące ryzyko przestępczości?

Logiczna odpowiedź brzmi: nie, oczywiście, że nie. Nie ma absolutnie nic do zyskania.

Idealnie byłoby, gdyby kraje zachodnie szukały najlepszych z każdego potencjalnego źródła imigracji. Można to mierzyć na wiele sposobów, a lojalność i chęć integracji są na szczycie listy. Mimo to warto też brać pod uwagę IQ. Nie ma praktycznego usprawiedliwienia, by to odrzucić, są tylko ideologiczne wymówki.

ŹRÓDŁO: NIGERIAN-RESEARCHERS-ACCIDENTALLY-CONFIRM-AFRICAS-LOW-IQ-PROBLEM
https://substack.com/@drignacynowopolski

***

Frakcja bystrych

Porównajmy z sobą trzy kraje: państwo o 40-milionowej liczbie mieszkańców i przeciętnym IQ 100; państwo liczące 200 milionów ludzi o przeciętnym IQ 85 i trzeci kraj – z IQ 70 i też liczący 200 milionów mieszkańców. W pierwszym z nich osób ponadprzeciętnie utalentowanych, o IQ powyżej 130, będzie 900 tysięcy, w pięć razy ludniejszym drugim kraju będzie ich 270 tysięcy, a w tym trzecim będzie już tylko 6 tysięcy osób o IQ powyżej 130. A teraz odpowiedzmy sobie na pytanie: który z tych trzech krajów osiągnie najwyższy poziom rozwoju, stworzy najwięcej wynalazków, osiągnie najwyższy poziom technologiczny? I pytanie drugie: w którym z nich istnieje większe ryzyko, że pogrąży się w biedzie i chaosie? Te trzy kraje mogłyby być reprezentowane kolejno przez Polskę, Pakistan i Nigerię.

Od razu uściślijmy, że choć przytoczone wielkości są przybliżone, ich dokładność jest wystarczająca dla celów wywodu, oddając skalę różnic. Jeżeli już, to przytoczone obliczenia różnice raczej zaniżają na niekorzyść Polski. Gdyby wyrysować mapę ludności świata, uwzględniając tylko osoby o najwyższych poziomach zdolności, czyli potencjalnych kreatorów i wynalazców, to świat wyglądałby nagle zupełnie inaczej. Nasz kraj miałby na takiej mapie poczesne miejsce, tak jak większość krajów Europy czy Stany Zjednoczone, ale dominowałyby jednak Chiny, Japonia, Korea. Kraje pasa Azji Południowo-Wschodniej, kraje arabskie i państwa Ameryki Łacińskiej jawiłyby się o wiele mniejsze, niż ze względu na wielkość populacji wydają się dziś. Czarna Afryka praktycznie by zniknęła. Tak jak od czasów dekolonizacji znika pod względem gospodarczym.

Teoria frakcji bystrych (smart fraction theory) została zaproponowana anonimowo przez naukowca ukrywającego się pod pseudonimem La Griffe du Lion. Mówi ona, że to zasoby intelektualne, czyli grupa ludzi na wysokim poziomie zdolności do przyjmowania i przetwarzania wiedzy, stanowią prawdziwą bazę i zaplecze dla powodzenia kraju. Owa wąska grupa posiada zdolności do dobrego zarządzania, innowacyjności, możności opanowania wysokich technologii, ich obsługi i dalszego rozwoju. Pozornie nieduże różnice w średnim IQ narodów czy ras są w odniesieniu do ludzi wybitnie uzdolnionych bardzo istotne. Frakcja bystrych, w zależności od wybranego do jej zdefiniowania poziomu inteligencji, przy kilkunastu punktach różnicy w przeciętnej inteligencji między populacjami, może być proporcjonalnie kilkukrotnie lub nawet kilkunastokrotnie mniej lub bardziej liczna.

Inteligentni ludzie to cenny zasób, który można zmarnować lub źle wykorzystać, jeżeli kraj ma wadliwy system społeczny czy gospodarczy. Tyle że system zawsze można jeszcze zmienić, a manipulować przy ludzkiej inteligencji jest znacznie trudniej. Jeśli zabraknie rezerwuaru ludzi wybitnych, to nawet najlepszy system nie pomoże. Najlepsze schematy organizacyjne w firmie, najmądrzejsze rozwiązania ustrojowe w państwie, to przecież tylko szkielet, to forma, którą trzeba wypełnić treścią. Jaki schemat organizacyjny, jaki ustrój będzie poprawnie działać, gdy wypełnimy go idiotami lub choćby tylko ludźmi niezbyt lotnymi? Zbudujmy uniwersytet, kupmy najlepszy sprzęt laboratoryjny, nowoczesne wyposażenie audio-video i sprzęt komputerowy i zatrudnijmy wykładowców o przeciętnym poziomie inteligencji, a gmachy napełnijmy studentami o inteligencji i zdolnościach mającego trudności ucznia szkoły średniej. Sam sprzęt na Nagrodę Nobla nie zapracuje, a tak to właśnie może wyglądać obecnie w wielu krajach.

Zawodu i pozycji nie dostaje się jedynie za wynik testu na inteligencję, ale istnieje szereg badań, dzięki którym dla krajów takich jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania zebrano dane o przeciętnym IQ w zawodach, grupach profesji, według osiągniętego wykształcenia. Prace najbardziej twórcze wykonują – oraz przełomu w technologii i nauce dokonują z zasady ludzie obdarzeni wybitnym intelektem. Również zarządzanie wielkimi organizacjami czy strukturami technicznymi, biurokratycznymi, finansowymi opiera się na ludziach o odpowiednich zdolnościach intelektualnych. Nawet praca inżyniera, nauczyciela czy menadżera średniego szczebla zajmujących stanowiska zawodowe, których w nowoczesnym społeczeństwie są miliony, wymaga z reguły ponadprzeciętnej inteligencji w odniesieniu do naszej, europejskiej średniej.

Ilu ludzi zdolnych do podjęcia tego typu pracy znajdziemy w populacjach o średniej inteligencji 70? A tak się ona kształtuje w wielu krajach Czarnej Afryki. Jak kraje te miałyby zbudować nowoczesne społeczeństwo i gospodarkę bez ludzi o takim potencjale? Czy mogą to osiągnąć, obsadzając stanowiska profesorskie i menadżerskie swoją intelektualną elitą, której iloraz inteligencji nie przekracza 100 punktów? Czy wyniknie z takich decyzji personalnych coś innego niż katastrofa? Czy możemy się dziwić, że w krajach afrykańskich katastrofa jest stanem permanentnym?

I jeszcze jedna dygresja, tym razem optymistyczna. Polska właśnie przez zasób ludzi inteligentnych, czyli przez posiadanie licznej frakcji bystrych, ma wszelkie predyspozycje, aby z czasem zająć ważne i eksponowane miejsce w cywilizacyjnym porządku świata. Potrzeba do tego z jednej strony dobrego „software’u”, czyli utrzymania naszej kulturowej tożsamości poprzez zatrzymanie kolejnej fali marksistowskiej ideologii, która tym razem zalewa nas dla odmiany z Zachodu.

A z drugiej strony należy chronić nasz genetyczny „hardware”, czyli nasz potencjał do generowania nieprzeciętnie utalentowanych jednostek. Można to uczynić przez ochronę naszej genetycznej tożsamości. Nasi przodkowie zostawili nam skarb. Nosimy go w sobie, w naszym kulturowo-genetycznym kodzie.

21 milionów. Dwie drogi dla Polski www.21milionow.pl
Z rozdziału: Inteligencja, frakcja bystrych a integracja
Za https://dakowski.pl/

Ideologia równościowa jako system celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci

 


Wybraliście temat ideologii równościowej jako systemu celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej.

1. Twardy fakt: masowy spadek kompetencji poznawczych

Wyniki PISA, TIMSS i PIRLS są jednoznaczne: Od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego. Najsilniej w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii. To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców.

Spadki nie dotyczą Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur), czyli nie jest to zjawisko biologiczne ani technologiczne. To jest efekt zmian systemowych w edukacji.

2. Mechanizm – jak realnie obniża się poziom – Likwidacja selekcji: znoszenie progów, znoszenie egzaminów selekcyjnych, znoszenie szkół elitarnych, integracja klas bez względu na poziom

Efekt: tempo nauczania dostosowuje się do najsłabszych, nawet nie tyle przez ideologię, co z konieczności… – Degradacja programów nauczania

W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…

W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” Efekt: rozwój narracyjno-emocjonalny zamiast poznawczego.

– Zastąpienie wiedzy „kompetencjami miękkimi”

W dokumentach programowych dominują: empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, samoocena

Kosztem: logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego Efekt: szkoła tresuje emocje, nie rozwija umysłu.

– Zakaz frustracji poznawczej: „nie wolno stresować dzieci” nie wolno stawiać wysokich wymagań nie wolno porównywać nie wolno oceniać ostro

Tylko że bez frustracji poznawczej trudno o rozwój poznawczy. Mózg rozwija się w wysiłku, nie w komforcie.

3. Inflacja ocen = realny spadek poziomu

W USA, UK, Francji, Polsce, od lat 90-ych średnie oceny systematycznie rosną, realne kompetencje systematycznie spadają. To znaczy że system statystycznie kłamie, żeby maskować degenerację.

4. Efekt: produkcja półanalfabetów funkcjonalnych

Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna.

5. Dlaczego ideologia równościowa MUSI niszczyć elity

Bo: elity ujawniają nierówności biologiczne. nierówności biologiczne obalają dogmat równości a dogmat równości jest fundamentem tej ideologii

Więc system musi zlikwidować elity, żeby zachować spójność narracyjną. Czyli: niszczenie elitarnych liceów zwijanie klas matematycznych walka z „przeładowanymi programami” demonizowanie ambicji

6. Przykłady systemowe Finlandia – Ikona „równościowej edukacji”

Efekt po 20 latach: jeden z największych spadków PISA w Europie, regres matematyczny regres czytelniczy, paniczne reformy cofające wcześniejsze zmiany .

USA – No Child Left Behind → Every Student Succeeds Act

Hasło: nikt nie może zostać z tyłu Efekt: cały system został cofnięty do poziomu najsłabszych. Rezultat: załamanie matematyki katastrofa czytania eksplozja ADHD, leków, terapii

UK – likwidacja grammar schools

7. Dlaczego to nie jest błąd, tylko logika systemu

Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej.

8. Likwidacja elity to konieczność cywilizacyjna nowego systemu

Elity widzą dalej, rozumieją procesy, wykrywają manipulację i burzą narracje Dlatego muszą zostać rozmyte, zdegradowane, lub wchłonięte i rozproszone. Efekt: cywilizacja bez mózgu strategicznego.

Krzysztof Szczawinski @Kristof_Poland Kristof_Poland/
https://dakowski.pl/


Planowa produkcja analfabetów? Szokujące teorie.

[Szokujące – chyba dla totalnie odklejonych od rzeczywistości indywiduów… – G.M]

Czy na świecie mamy do czynienia z systemem „celowego obniżania poziomu poznawczego dzieci, planowej produkcji półanalfabetów sterowalnych emocjonalnie i likwidacji elity intelektualnej”? Taka teza pojawia się w popularnym wpisie opublikowanym w serwisie społecznościowym X.

Jak zwraca uwagę jego autor, Krzysztof Szczawiński, „od ok. 2012–2015 we wszystkich krajach Zachodu obserwujemy spadek umiejętności matematycznych, spadek rozumienia tekstu, spadek myślenia logicznego”.

To pierwsza generacja, która będzie mniej lotna od swoich rodziców – zwraca uwagę.

Zjawisko to najmocniej uwidoczniło się w USA, Kanadzie, UK, Francji, Niemczech, Skandynawii, z kolei nie obejmuje państw Azji Wschodniej (Chiny, Korea, Japonia, Singapur).

To jest efekt zmian systemowych w edukacji – uważa Szczawiński.

Zmiany te mają obejmować m.in. dostosowywanie poziomu edukacji do najsłabszych uczniów, a nie najsilniejszych, degradację programów nauczania.

W matematyce: mniej dowodów, algebry, geometrii, mniej logiki formalnej, a więcej „kontekstów życiowych”…W językach: mniej analizy tekstu, gramatyki, składni, a więcej „interpretacji emocjonalnej” – wylicza Szczawiński.

Zauważa, że kosztem logiki, precyzji, dyscypliny i rygoru intelektualnego dominuje w edukacji empatia, wrażliwość, komunikacja, współpraca, inkluzywność, czy samoocena.
Coraz większy odsetek absolwentów nie rozumie dłuższych tekstów, nie potrafi logicznie argumentować, nie potrafi rozwiązywać problemów, myśli narracyjnie, nie analitycznie. W UE 30–45% młodych dorosłych to funkcjonalny analfabetyzm… To nie „wyzwanie edukacyjne”, tylko katastrofa cywilizacyjna – stwierdza.

Zdaniem Szczawińskiego takie działania mają być podejmowane nieprzypadkowo.

Społeczeństwo inteligentne, logiczne, zdolne do abstrakcji, jest trudne do kontroli narracyjnej. Społeczeństwo poznawczo słabe, emocjonalne, reaktywne, jest idealne do zarządzania strachem, winą i moralnym szantażem. Dlatego produkcja głupoty jest racjonalną strategią władzy miękkiej – podkreśla.

Informacje o spadku wyników, na które powołuje się Szczawiński, można było rzeczywiście w ostatnich latach odnaleźć w fachowych raportach. Choćby w ramach programu międzynarodowej oceny uczniów (lepiej znanego jako PISA) w 2022 r. odnotowano „bezprecedensowy spadek wyników” we wszystkich regionach OECD. W porównaniu z wcześniejszą edycją z 2018 r. średni wynik w czytaniu spadł o 10 punktów, a w matematyce o prawie 15 punktów. Spadek wyników z matematyki był szczególnie widoczny w krajach takich jak Niemcy, Islandia, Holandia, Norwegia i Polska, które odnotowały spadek o 25 punktów lub więcej, jak podało OECD.

Jako jeden z istotnych czynników podawano wówczas pandemię COVID-19 i jej wpływ na naukę, ale już wówczas wskazywano, że to tylko część przyczyny, ponieważ spadki wyników z matematyki i nauk ścisłych były widoczne już przed 2018 r.

„COVID prawdopodobnie odegrał pewną rolę, ale nie przeceniłbym jej” – powiedział w 2022 roku dyrektor ds. edukacji OECD Andreas Schleicher. „Istnieją podstawowe czynniki strukturalne, które są znacznie bardziej prawdopodobne jako trwałe cechy naszych systemów edukacyjnych, które decydenci powinni naprawdę potraktować poważnie”. [Grypy się nie leczy lockdownami, zatem nie COVID, ale sposób jego „zwalczania”!!! – G.M]

Na te problemy zwracał uwagę też w swoim artykule z 2024 roku prof. Enrico Colombatto z Uniwersytetu w Turynie.

Główne pytanie wynikające z wyników badania PISA dotyczy jakości i charakterystyki dzisiejszych systemów edukacyjnych, zwłaszcza w świecie zachodnim. Do końca lat 60. XX wieku powszechnie uważano, że edukacja powinna wyposażać młodych ludzi w odpowiednią wiedzę z zakresu języka i literatury, historii, geografii, matematyki i nauk ścisłych. (…) Nacisk kładziono na umiejętności poznawcze (czyli przyswajanie systematycznej wiedzy), umiejętności ilościowe, zdolność rozwiązywania problemów oraz abstrakcyjne i logiczne rozumowanie. Obecnie takie systemy oceniania są uważane za dyskryminujące, upokarzające i wywołujące stres – zauważył.

Włoski naukowiec ocenił, że zmiany, jakie dokonano we współczesnej edukacji, doprowadziły do pogorszenia jej jakości.

Pewną rolę odegrał również szybki postęp technologiczny. Z jednej strony technologia zwiększa wydajność pracy, a rozszerzone możliwości kształcenia rekompensowały braki w umiejętnościach. Z drugiej jednak strony uczniowie używają smartfonów i laptopów do celów niezwiązanych z nauką podczas zajęć i łatwo się rozpraszają, wykonując zadania szkolne. Wciągający świat zaawansowanych technologicznie gadżetów wydaje się utrudniać młodemu pokoleniu koncentrację, zapamiętywanie, robienie notatek, opracowywanie fragmentarycznej wiedzy oraz samodzielne rozwijanie krytycznego myślenia i umiejętności językowych – dodał.

Źródło: x.com, weforum.org, gisreportsonline.co
https://prawy.pl/

niedziela, 22 marca 2026

Od sodomii do genderyzmu – historia ideologizacji zaburzeń płciowych


W ostatnich dekadach tzw. „ruch LGBT” stał się jednym z najbardziej wpływowych nurtów kulturowych i politycznych Zachodu. Jednak – jak wskazują niektórzy analitycy – jego rozwój coraz częściej wykracza poza pierwotne postulaty dotyczące ochrony przed dyskryminacją i przyjmuje formę szerokiego projektu ideologicznego, do którego akceptacji, społeczeństwa nie są już zachęcane, ale zmuszane. Analiza opublikowana przez Instytut Ordo Iuris wskazuje, że współczesny aktywizm dewiacyjny jest elementem głębszej transformacji kulturowej, której celem jest zmiana rozumienia rodziny, płci i ludzkiej seksualności.

Od sodomii do genderyzmu – historia ideologizacji zaburzeń płciowych. Według autorów opracowania ruch dewiacyjny początkowo odwoływał się do retoryki praw obywatelskich. Aktywiści przedstawiali swoje postulaty jako walkę o równość wobec prawa i ochronę przed dyskryminacją. Z czasem jednak agenda zaczęła się rozszerzać.

Jak zauważają autorzy analizy, hasła emancypacyjne przekształciły się w szeroki projekt zmiany norm społecznych – od redefinicji małżeństwa po promowanie nowych koncepcji płci i seksualności. W tym ujęciu nie chodzi już wyłącznie o prawa jednostek, lecz o przebudowę całego porządku kulturowego. Proces ten można obserwować w wielu krajach zachodnich, gdzie w ciągu ostatnich lat rozszerzano zakres przywilejów dla związków jednopłciowych oraz wprowadzano nowe regulacje dotyczące tożsamości płciowej.

Krytycy współczesnego aktywizmu LGBT zwracają uwagę, że jego rozwój łączy się z rozpowszechnieniem ideologii określanej jako „gender”. W jej ramach płeć nie jest już traktowana jako biologiczna cecha człowieka, lecz jako konstrukt społeczny, który można dowolnie definiować.

Tego typu koncepcje – zdaniem ich przeciwników – prowadzą do podważenia podstawowych kategorii antropologicznych i kulturowych. Tradycyjne rozumienie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, ukierunkowanego na rodzinę i wychowanie dzieci, zostaje zastąpione wizją relacji opartych wyłącznie na indywidualnym wyborze. Według analizy takie zmiany mogą prowadzić do osłabienia instytucji rodziny i zatarcia różnic między różnymi formami relacji społecznych.

Autorzy opracowania wskazują, że współczesny aktywizm sodomicko-genderowy działa często poprzez stopniowe przesuwanie granic akceptacji społecznej. Najpierw pojawia się postulat tolerancji i ochrony przed przemocą, następnie żądanie pełnej równości prawnej, a w kolejnym etapie – zmiana definicji instytucji takich jak małżeństwo czy rodzina. W efekcie dochodzi do sytuacji, w której – jak twierdzą krytycy – tradycyjne normy społeczne zaczynają być przedstawiane jako przejaw dyskryminacji, a sprzeciw wobec nowych idei bywa marginalizowany lub stygmatyzowany.

Debata o ruchu dewiacyjnym stała się dziś jednym z najważniejszych sporów kulturowych w świecie zachodnim. Z jednej strony zwolennicy podkreślają potrzebę ochrony praw mniejszości seksualnych. Z drugiej – krytycy wskazują na konsekwencje cywilizacyjne i kulturowe związane z redefinicją podstawowych pojęć dotyczących człowieka i rodziny.

Według autorów analiz publikowanych przez Ordo Iuris współczesna promocja homoseksualizmu i tzw. „płynnej płci” w ramach ideologii genderyzmu/neołysenkizmu nie jest wyłącznie spontanicznym ruchem społecznym. W ich ocenie ma ona charakter ideologiczny i stanowi element szerszej strategii zmiany norm społecznych.

Z tej perspektywy współczesna promocja dewiacji nie jest jedynie kwestią indywidualnych wyborów czy praw mniejszości. Krytycy tego nurtu postrzegają ją jako projekt kulturowy, który zmierza do osłabienia tradycyjnej rodziny oraz zakwestionowania biologicznego i społecznego rozumienia płci i seksualności człowieka, tak by przekształcić społeczeństwo w plastyczną masę, którą można potem urobić w dowolnym kierunku.

Dlatego spór o aktywizm dewiacyjny nie dotyczy wyłącznie polityki czy prawa. W rzeczywistości jest to debata o fundamentach cywilizacji. O tym, czym jest rodzina, kim jest człowiek i jakie wartości mają stanowić podstawę ładu społecznego w przyszłości. Biorąc pod uwagę, że sporowi towarzyszą też starcia związane z aborcją i eutanazją, jest to bój cywilizacji z antycywilizacją. Bój w którym każdy z nas musi opowiedzieć się po jednej ze stron.

https://www.magnapolonia.org/

„Nie chodzi o wolność, ale o syjonizm”. Katoliczka z Komisji Wolności Religijnej ujawnia, kto trzęsie Białym Domem


Przez 2 000 lat Kościół naucza, że jesteśmy nowym Izraelem. Ojcowie Kościoła dosłownie przewracaliby się w grobach, gdyby ktoś im powiedział, że powstałe w 1948 roku państwo Izrael jest spełnieniem jakiegoś biblijnego proroctwa – powiedziała w popularnym programie Tuckera Carlsona na platformie You Tube była Miss Kalifornii (2009) Carrie Prejean Boller.

Niespełna dwugodzinny wywiad w ciągu tygodnia od premiery zdążyły obejrzeć już ponad 3 miliony użytkowników platformy X oraz 1,3 miliona widzów You Tube. Eks-modelka opowiadała historię swojej znajomości z Donaldem Trumpem. Znajomości, która doprowadziła ją do udziału w prezydenckiej Komisji Wolności Religijnej. Teraz z tego grona chce usunąć ją syjonistyczne lobby – za internetowe „niepoprawne” komentarze na temat ludobójstwa w strefie Gazy.

Obecny przywódca Stanów Zjednoczonych zarządzał przed 15 laty organizacją konkursów Miss USA. Wzięła w nich udział Carrie Prejean, obecnie Boller. – Odważyłam się powiedzieć na scenie, że uważam, iż małżeństwo to związek jednego mężczyzny i jednej kobiety. Powiedziałam, że wolę być poprawną biblijnie niż politycznie – wspominała w audycji Carlsona.

Opinia na temat instytucji i natury małżeństwa kosztowała wtedy młodą kobietę koronę najpiękniejszej Amerykanki. Została też pozbawiona zdobytego wcześniej stanowego tytułu Miss. Cała aferę sprowokował członek jury, zadeklarowany homoseksualista Perez Hilton. Spytał bowiem kandydatkę, czy jej zdaniem amerykańskie stany powinny zalegalizować związki jednopłciowe. Zdecydowana odpowiedź, a następnie konsekwencja pomimo nacisków sprawiły, że sprawa była przemielana przez największe media nieustannie przez 4 miesiące. Nie trzeba dodawać, w jakim świetle ukazywano w tych publikacjach jej główną bohaterkę.

W audycji Carlsona 38-latka przyznała, że od tamtych czasów utrzymywała znajomość z Trumpem,  który okazywał jej wsparcie. Zwracał uwagę, że w trakcie konkursu nie powiedziała nic złego, a jedynie zachowała wierność swoim zasadom. Boller rewanżowała się później, broniąc milionera przed oskarżeniami o mizoginię, rasizm, wykorzystywanie kobiet…

Wreszcie, niedługo po ponownym wyborze jej przyjaciela – sama określiła go w ten sposób – na fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych, otrzymała z Białego Domu telefon z zaproszeniem do udziału w prezydenckiej Komisji Wolności Religijnej. Było to w kwietniu 2025 roku, krótko po tym, jak nawróciła się na katolicyzm.

Wolność, ale tylko dla „swoich”

Zadaniem 12-osobowego gremium jest – przynajmniej oficjalnie – podejmowanie interwencji na rzecz Amerykanów, którzy doświadczają prześladowań religijnych. Raz w miesiącu są oni wysłuchiwani w Waszyngtonie przez komisję z udziałem Dana Patricka, zastępcy gubernatora Teksasu. Cały organ podlega zaś Departamentowi Sprawiedliwości, kierowanemu obecnie przez prokurator generalną Pam Bondi. 

Przed komisją stanął na przykład chłopiec zmuszany w swej szkole do czytania książki promującej transseksualizm. Innym razem – weteran słynnej formacji wojskowej NAVY Seals, pozbawiony emerytury za odmowę przyjmowania zastrzyków mRNA przeciwko Covid-19.

Boller osobiście stawała po stronie matek, które napotkały problemy w szkołach swoich dzieci, gdyż nie chciały zgodzić się na podawanie im preparatów medycznych o wątpliwym działaniu.

Ex-miss czuła się zaszczycona faktem udziału w tym przedsięwzięciu, tym bardziej, że – jak podkreślała – znalazła się tam pośród cenionych przez siebie osób, takich jak kardynał Timothy Dolan, biskup Robert Barron czy znany w USA prawnik, obrońca chrześcijan Kelly Shackelford.

Na zakończenie swojej rocznej kadencji komisja ma przedstawić prezydentowi raport i własne  rekomendacje dotyczące zmian w prawie na rzecz wolności wyznaniowej.

Gdy zbliżało się powakacyjne posiedzenie komisji, Boller otrzymała telefon z Białego Domu od Mary Margaret Bush, dyrektor Komisji Wolności Religijnej w ramach administracji Trumpa.

 – Hej, Carrie, zauważyłam, że publikujesz coś w internecie. W Białym Domu pojawiły się pogłoski, że jesteś antysemitką – usłyszała w słuchawce. – Nie wiem, kto to jest, ale pewnie jakaś podła osoba, która tylko próbuje stwarzać problemy. Zignorowałabym to, ale chciałam się upewnić, że jesteś świadoma tego, co publikujesz – dodała Bush.

Odpowiedź była bardzo konkretna, choć padła w formie pytań: – Mówisz mi, że jako członek komisji do spraw wolności religijnej, mający chronić wolność religijną, nie mam wolności religijnej, by publikować o tym, co ma wpływ na moją religię i moje przekonania religijne? – ripostowała była miss.

Okazało się, że zarzuty dotyczyły propagowania w mediach społecznościowych wywiadów Tuckera Carlsona z Anthonym Aguilarem, emerytowanym żołnierzem, który opowiadał o zbrodniach Izraela na ludności cywilnej w strefie Gazy.

– Tak – powiedziałam – jestem chrześcijanką pro-life. Mam obowiązek zabrać głos. I byłoby zdradą sumienia, gdybym tego nie zrobiła – relacjonowała dalej Boller.

Urzędniczka z Białego Domu wyraziła też pretensje za opublikowanie zdań papieża Leona na temat sytuacji w Palestynie, z dopiskiem, że panuje tam cierpienie i dochodzi do ludobójstwa.

– Wiesz, po prostu nie powinnaś używać takiego języka – stwierdziła Bush. – I nie możesz też mówić o syjonizmie. Syjonizm to ich prawo do istnienia. Kiedy postujesz o syjonizmie, Carrie, mówisz tym samym, że oni nie mają prawa istnieć – przekonywała.

Na wyrażoną wątpliwość, czy ta sprawa nie zagrozi jej wymarzonej (chociaż bezpłatnej) pracy w komisji, Boller usłyszała zapewnienie, że nie ma takich obaw.

Publikowała więc nadal swoje opinie w mediach społecznościowych, aż w sierpniu zadzwonił telefon z Biura Personelu Prezydenckiego (PPO). Urzędniczka, która przedstawiła się jako Mary Sprowls, poprosiła Boller o rezygnację, i to jeszcze tego samego dnia. Nie chciała podać konkretnych powodów ani przyznać, kto polecił jej tę misję. Spotkała się z odmową, gdyż to jedynie prezydent, który powoływał skład komisji, może dymisjonować jej członków.

Ex-modelka nie dała za wygraną. Niedługo potem to ona zadzwoniła do Sprowls i wydusiła z niej, że próba nakłonienia Boller do odejścia z komisji była efektem rozmów z „Paulą White, Danem Patrickiem i Brittany Baldwin, która kiedyś pracowała dla Teda Cruza”. Próbowała się więc skontaktować z całą trójką, ale bezskutecznie.

W tym okresie zwracała się do niemal wszystkich członków komisji, włącznie z katolickimi hierarchami, i z każdej strony otrzymywała – w rozmowach prywatnych – aprobatę i wsparcie.

Dopiero po dłuższym czasie Patrick i White odezwali się. – Zadzwonili do mnie i powiedzieli: „Cześć, Carrie. Wiem, że martwiłaś się przez ostatnie kilka tygodni, ale Dan zaczął i powiedział: „Chciałbym tylko dać ci znać, że rozmawialiśmy o twojej sytuacji. Wiesz, chcę ci tylko powiedzieć, żebyś kontynuowała swoją pracę w tej komisji. Twoim zadaniem tam jest ochrona prezydenta i jego reputacji”. Powiedział mi to jako pierwsze – relacjonowała Boller.

– Nie mogłam w to uwierzyć. Zastanawiałam się, co mam zrobić. Myślałam, że moim zadaniem jest ochrona wolności religijnej. Sądziłam, że właśnie do tego mnie powołano. A on na to: „wiesz, Carrie, gadałaś w internecie różne rzeczy i naprawdę powinnaś trzymać się z dala od mediów społecznościowych. Nie korzystaj z mediów społecznościowych do końca kadencji” – usłyszała od Patricka.

Wtedy – według relacji Boller – wtrąciła się Paula White. – Carrie, wiesz co? Naprawdę nie powinnaś pisać o teologii zastąpienia [żydów jako narodu wybranego, przez Kościół – PCh24.pl]. Nie powinnaś pisać o tym. I wielu ludzi mówi, że jesteś antysemitką, Carrie, po twoich postach. Krytykujesz syjonizm. Krytykujesz Izrael. I mamy z tym problem – miała mówić protestancka liderka.

Rozmówczyni Carlsona zwróciła wtedy uwagę, że takie oczekiwania są sprzeczne z zasadami komisji, ponieważ te nie wymagają powstrzymywania się od publikacji w mediach społecznościowych. Wskazała, że mówi otwarcie o sprawach, którymi się interesuje, jest osobą religijną, chrześcijanką.

Patrick miał wtedy twierdzić, że Boller wygłasza opinie „niezgodne z poglądami prezydenta, Paulą White i niektórymi innymi członkami tej komisji”. – I wtedy zrozumiałam, że ta komisja to oszustwo. To była fikcja – wspominała gość Carlsona. – Nie chodziło o wolność religijną. Chodziło o to, żebyś był syjonistą – „lepiej forsuj nasz program, bo inaczej znikniesz” – dodała.

Na odpowiedź, że Boller nie zamierza rezygnować z social mediów, Patrick popadł w irytację. Z kolei White określiła się jako „ekspert od Gazy”, do której należy się zwracać przed publikowaniem wpisów dotyczących konfliktu na Bliskim Wschodzie.

– Wiesz, właśnie stamtąd wróciłam i nie ma tam głodujących dzieci. To wszystko jest na niby, Carrie. To wszystko jest udawane – przekonywała pastor.

– Chcę, żebyś powiedziała, jeśli masz jakieś pytania. Jeśli chcesz coś opublikować, najpierw skonsultuj to ze mną – dodała.

Gospodarz programu, były prezenter telewizji Fox News nie ukrywał swojego poruszenia tą relacją.

– Cóż, to jest kompletnie złe. Powiem tylko, że znam Paulę White, trochę. Znam Dana Patricka bardzo dobrze. On jest o wiele bardziej liberalny niż ja. Jest dość liberalny, ale zawsze go lubiłem. Wiesz, on nie jest głupi. I jestem tym zszokowany. Byłem tym zszokowany. To haniebne – skomentował Carlson.

– Dan określa siebie jako chrześcijanina. Paula White jest chyba jakimś chrześcijańskim duchownym. Chcę jasno powiedzieć, że nie wygląda mi to na chrześcijaństwo, ale staram się nie osądzać. Ale czy któreś z nich wyjaśniło, dlaczego wymogiem wiary chrześcijańskiej jest wspieranie rządu Netanjahu? Czy wyjaśnili tamtą teologię? Nie rozumiem jej – dopytywał dziennikarz.

– Nigdy tego nie wyjaśnili. Powiedzieli tylko: nie możesz mieć swojej teologii. Nie możesz wierzyć w to, w co chcesz. Musisz się podporządkować ich [teologii] – odpowiedziała Boller.

Czy zatem chrześcijanie mają – według rządzących dzisiaj Stanami Zjednoczonymi – wynikający z wiary obowiązek popierania rządu Izraela?

– „Ci, którzy błogosławią Izraelowi, będą błogosławieni” – dokładnie tak powiedział Ted [Cruz] – odparła katolicka konwertytka. Jak wskazała, według syjonistów to przez nich – a nie przez Kościół, który przyjął Chrystusa – wypełniają się Boże zapowiedzi dotyczące narodu wybranego – biblijnego Izraela.   

„Wojna, która resetuje świat”

– (…) przez 2 000 lat Kościół, a już wszyscy wcześni Ojcowie Kościoła nauczali, że jesteśmy nowym Izraelem, duchowymi Semitami. Dosłownie przewracaliby się w grobach, gdyby ktoś im powiedział, że Izrael powstały w 1948 roku jest spełnieniem jakiegoś biblijnego proroctwa. Już samo to jest szaleństwem – że uważają, iż polityczne państwo Izrael, stworzone w 1948 roku, głównie przez ateistów, to spełnienie jakiegoś biblijnego proroctwa – podkreślała Boller. Opowiedziała, że gdy pytała o to jednego ze znajomych księży, „spojrzał na nią jak na wariatkę”, gdyż nigdy Kościół nie nauczał czegoś podobnego.

Carlson uznał takie przekonania za przerażające. Zwłaszcza – zaznaczył – że doprowadziły one Amerykę do zaangażowania w obecną wojnę na Bliskim Wschodzie. Jak to określił – „wojny, która resetuje świat”.

Po opisywanej rozmowie ex-miss postanowiła powiedzieć: „sprawdzam” i rzeczywiście próbowała „konsultować” swoje publikacje z Paulą White. Napisała do niej na przykład: „Hej, Paula, w Izraelu jest zatrzymany dzieciak. Obywatel USA. Musimy coś z tym zrobić. Wiem, że masz powiązania z Bibim. Może zadzwoń do Bibiego i zapytaj, czy uda się go uwolnić”.

Drugi mail do pastorki-syjonistki brzmiał: „Hej, Paula, jest tu sporo nauczycieli. Chrześcijańskie szkoły w Izraelu są zamykane, ponieważ palestyńskim nauczycielom mówi się, że nie mogą przyjechać i uczyć. Więc te chrześcijańskie szkoły zostaną zamknięte. Czy możesz pomóc? Czy możesz coś z tym zrobić?”.

Wiadomości nie doczekały się odpowiedzi, więc Boller publikowała swoje społecznościowe opinie dalej. – Wrzucałam coraz więcej postów każdego dnia. Nie mogłam pozwolić żeby tak ze mną postąpili. Nie, zadarli z niewłaściwą osobą – skomentowała w rozmowie z Carlsonem.

Na uwagę dziennikarza, że chciałby widzieć podobną postawę u dzisiejszych mężczyzn, zauważyła: –  Boją się. To… Cóż, nikt nie chce być nazywany antysemitą. Nikt nie chce być nazwany rasistą. Nikt nie chce przechodzić przez to, przez co ty przechodzisz, przez to, co ja przechodzę. Wiesz, wsadzają cię do tego pudełka, zamykają drzwi i mówią: „Zamknij się, antysemito. Nie masz wstępu do społeczeństwa. Zawstydzimy cię. Zlikwidujemy cię. Zniszczymy cię”. Tak właśnie robią.

Carlson nawiązał w tym miejscu do niedawnego zamordowania bardzo popularnego w Stanach konserwatywnego działacza. – Tak, i oczywiście ogromnie zwiększa to prawdopodobieństwo, że zostaniesz postrzelony na śmierć, co jest jednym z powodów, dla których to robią, prawda? Więc mieliśmy taki moment porozumienia po śmierci Charliego Kirka, że – wiesz – nazywanie ludzi nazistami może ich zabić. Więc natychmiast zadzwoniłem do Marka Levina i Bena Shapiro [czołowych syjonistów amerykańskich – PCh24.pl] i pomyślałem: „wow, wiecie, nie powinniśmy walczyć”. Obydwaj się zgodzili. I zanim się obejrzysz – bo oni to rozumieją – wzrasta prawdopodobieństwo, że zginiesz – powiedział dziennikarz.

– Oczywiście, że są całkowicie za przemocą. Tak, stawka jest bardzo wysoka – ocenił.

– Bardzo wysoka. Mam małe dzieci – zgodziła się Boller.

Antysyjonizm = antysemityzm?

Wysłane do Pauli White interwencyjne wiadomości e-mail nie doczekały się reakcji. Ich adresatka została więc spytana, czy inni członkowie również otrzymali tego rodzaju wytyczne dotyczące swoich publikacji w mediach społecznościowych. „„No cóż, trzeba zachować ostrożność, publikując” – odpowiedziała. Jednak żaden z pozostałych uczestników prezydenckiego gremium dedykowanego wolności religijnej, nie jest w żaden sposób ograniczany.

W lutym obecnego roku doszło na posiedzeniu komisji do przesłuchania w sprawie „antysemityzmu”. Wbrew zwyczajowi, Boller nie otrzymała tym razem zestawu informacji na temat wezwanych świadków. Z kolei czterej amerykańscy Żydzi, których sama chciała zaprosić, nie zostali zaakceptowani przez szefostwo komisji. Jak uważa rozmówczyni Carlsona – stało się tak, ponieważ nie są oni syjonistami.

Jedną z tych odrzuconych osób był Norman Finkelstein, syn ocalałych z wojennej zagłady Żydów, autor słynnej książki „Przedsiębiorstwo Holokaust”. Drugim świadkiem – nowojorski rabin, wyznawca judaizmu opartego na Torze.

Tuż przed posiedzeniem Boller otrzymała od Dana Patricka wiadomość z propozycją dyskretnego spotkania w towarzystwie Pauli White. Nie odpowiedziała. W Muzeum Biblii, gdzie miała obradować komisja, podeszła do niej Brittany Baldwin (przypomnijmy: dawna pracownica Teda Cruza, wymieniona przez Mary Sprowls z PPO pośród osób, które miały domagać się ustąpienia Carrie Boller z komisji). Ponowiła zaproszenie na spotkanie. Boller poszła tam z dwojgiem świadków, których poprosiła o towarzyszenie.

Ben Carson, Patrick, White i Baldwin próbowali dowiedzieć się, co „politycznie niepoprawna” katoliczka zamierza powiedzieć na otwartym spotkaniu. Przywołali – z wyraźnym wyrzutem – jej świeży wpis z mediów społecznościowych o tym, że jest dumna z przynależności do komisji i nie da się zastraszyć „syjonistycznym suprematystom”. W odpowiedzi Boller spytała, dlaczego nie zaakceptowali jej świadków, którzy doświadczają antysemityzmu. Zapowiedziała upublicznienie restrykcji, jakie próbowali nałożyć na nią liderzy komisji. W zamian usłyszała, że nadużywa przywileju zasiadania w tym gremium i głosi opinie sprzeczne z postawą prezydenta.

Na posiedzeniu spytała świadka, który na swojej uczelni spotkał się z przejawami wrogości, czy można równocześnie potępić i to, co go spotkało, i zabicie 70 tysięcy cywilów w Gazie? Młody Żyd zaprzeczył odpowiadając, że ludobójstwo miało miejsce 7 października (czyli podczas ataku Hamasu, będącego pretekstem do czystki etnicznej na terenie Strefy Gazy).

Boller wykazywała, że sprzeciw wobec syjonizmu nie oznacza równocześnie antysemityzmu. W przeciwnym razie wszyscy chrześcijanie byliby automatycznie zakwalifikowani jako wrogowie Żydów.

Jednak nikt spośród członków komisji nie poparł tej konkluzji (biskup Barron i kardynał Dolan nie byli obecni). Część widowni, na której siedziało wielu rabinów, na każde wspomnienie Boller, że jest katoliczką, reagowała buczeniem. Nie brakowało docinków i krzyków pod jej adresem.

Następnego dnia po posiedzeniu jedyna otwarta „antysyjonistka” w tym gremium dostała wiadomość SMS od Dana Patricka, że została usunięta z Komisji Wolności Religijnej. Tyle, że Patrick w hierarchii uczestników tego gremium nie znajdował się wyżej od niej. Przeczytał więc w odpowiedzi, że nie ma prawa jej usunąć.

Po posiedzeniu kilku członków komisji zaczęło otwarcie atakować w mediach Carrie Boller. Wśród nich był Eric Metaxas, „konserwatywny” pisarz i prezenter, poproszony wcześniej przez nią o obecność podczas zakulisowego spotkania z czołowymi syjonistami. Teraz nazywał katoliczkę bigotką i antysemitką.

Gość Tuckera Carlsona przyznała, że nie poparł jej otwarcie nikt z członków komisji. – Skontaktowałam się z Kellym Shackelfordem, kardynałem Dolanem, biskupem Barronem. Skontaktowałam się z biskupem [Salvatore] Cordileonem z San Francisco, który zasiada w radzie doradczej. I powiedziałam: „Hej, czuję się jak owca otoczona wilkami i potrzebuję pasterza. Możesz mi pomóc?”. I wielu z nich – myślę, Tucker – szczerze mówiąc, jest zbyt przestraszonych – powiedziała.

 – Po co więc to przesłuchanie? Właściwie liczyłam, ile razy mówili tam o Izraelu 7 października. Musiałam przestać liczyć. A mówiliśmy o obcym kraju. Spojrzałem na Dana i pomyślałam: „Mówimy o obcym kraju. O co więc chodzi w tym przesłuchaniu? Jaki jest cel tego przesłuchania?”. Myślałam, że chodzi o przesłuchanie w sprawie prawdziwego antysemityzmu w Ameryce. Ale zostało ono przejęte przez Dana Patricka, Paulę White i kogoś, kto odmówił [moim świadkom] prawa głosu, bo nie byli syjonistami. Przesłuchanie zostało przejęte przez tych ludzi. Chodzi więc o to, że jeśli krytykujesz Izrael, to jesteś zgubiony. Chcą cię zniszczyć. A jeśli odważysz się mówić o Gazie… – mówiła.

Około tygodnia przed rozmową z Carlsonem Boller natknęła się w swojej poczcie internetowej na przeoczony wcześniej e-mail od wspomnianej tu wcześniej „kadrowej” Białego Domu, Mary Sprowls.

„W imieniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych, wysyłam Pani e-mail z informacją, że została usunięta z Komisji Wolności Religijnej ze skutkiem natychmiastowym. Dziękuję za Pani służbę” – napisała urzędniczka.

Droga do Kościoła

Pod koniec rozmowy Carrie Boller opowiedziała historię swojego nawrócenia. Przez całe dotychczasowe życie należała do protestanckich wspólnot ewangelikalnych. Z czasem zaczęła nabierać coraz większych wątpliwości, właśnie ze względu na rażące nadinterpretacje dotyczące Pisma Świętego.

– Zaczęłam zgłębiać dyspensacjonalizm [teologia protestancka dosłownie interpretująca Stary Testament, przypisując np. politycznemu Izraelowi prawo do zajęcia Ziemi Świętej – PCh24.pl]. To nawet nie podlega dyskusji. Nie wiem nawet, po co w ogóle toczymy tę debatę, dlatego biskup Barron i kardynał Dolan powinni powiedzieć: „Tak, w to wierzymy. Jesteśmy [Kościół] nowym Izraelem”. (…) – zauważyła.

– Pomyślałam: „Chwileczkę. Jak oni [tak zwani syjoniści chrześcijańscy] mogą interpretować Pismo Święte według własnej woli? Przekręcać je, manipulować nim i mówić, że ci, którzy błogosławią Izraelowi, będą błogosławieni?”; Ci, którzy błogosławią Bibiego, będą błogosławieni. A jeśli nie błogosławisz Bibiemu, zostaniesz przeklęty, według Lindseya Grahama – opowiadała Boller.

– Pomyślałam: to szaleństwo. Zaczęłam więc studiować pisma wczesnych Ojców Kościoła i to, czego nauczali, doprowadziło mnie do Kościoła katolickiego. Dosłownie, nauka o dyspensacjonalizmie doprowadziła mnie do pism wczesnych Ojców Kościoła, a potem zostałam katoliczką. A zatem wiem, czego naucza Kościół katolicki. Jesteśmy nowym Izraelem. Tego naucza Kościół. Jesteśmy dopełnieniem starego Izraela. Spójrz – Pan Jezus wypełnił to wszystko na krzyżu. On tego dokonał. Gdy powiedział „wykonało się”, Stary Testament został całkowicie dopełniony. Teraz jest Nowe Przymierze. Ci, którzy trwają w Chrystusie, to nowy lud Boży. To jest bardzo jasne – wskazała.

===============================

[Według dyspensacjonalizmu należy ciągle dosłownie interpretować Pismo Święte (w szczególności proroctwa) oraz odróżniać Izrael (w rozumieniu ludu Bożego) od Kościoła, który nie ma udziału w Bożym przymierzu z Abrahamem, Dawidem i Izraelem. to z internetu. md]

============================================

Kolejny fragment rozmowy dotyczył cierpienia i męczeństwa, a nawet śmierci, jako zapowiedzianego przez Chrystusa udziału ludzi, którzy w Niego uwierzyli.

– I tak oto mamy teraz liderów, którzy nie chcą znosić żadnego dyskomfortu, Tucker. Nie chcą być wyzywani, bo to by ich za bardzo zraniło. Zraniłoby ich uczucia. Więc schowają się za 38-letnią mamą i będą szeptać: „Dalej! Modlę się za ciebie” – mówiła ironicznie Boller o postawie wielu czołowych katolików.

– Rozmawiałam z kilkoma księżmi. Pytałam: wiesz, czy możesz złożyć publiczne oświadczenie [w mojej sprawie]? „Och, ja nie składam publicznych oświadczeń. Ja prowadzę ludzi do nieba”. Rozmawiałam z kilkoma księżmi. „Dobra, OK. Więc schowaj się za mamą, a ja przyjmę kule, kiedy pasterze będą uciekać na bok” – dodała.

Źródło: You Tube / Tucker Carlson

Not. RoM

pch24.pl/maszeruj-z-syjonistami-albo-gin-katoliczka-z-komisji-wolnosci-religijnej-ujawnia-kto-trzesie-bialym-domem

Wydał 100–letnią książkę, został oskarżony o nazizm. [W Polsce!!]

 


Skala cenzury w naszym państwie zatacza coraz szersze kręgi. Kontroli systemowej podlegają już nie tylko autorskie publikacje czy niezależna działalność naukowa. Przeciwko Prezesowi Wydawnictwa Magna Polonia Przemysławowi Holocherowi wpłynął akt oskarżenia za wydanie XX-wiecznego dzieła. Publikacja książki napisanej w 1918 r. spotkała się z zarzutami o szerzenie nazizmu.

Chce go system, chcą go… Niemcy

Prezes Magna Polonia otrzymał oprócz aktu oskarżenia również wiadomość z Niemiec. Deutsche National Bibliothek wysłała pismo o treści:

„Szanowny Panie Przemysławie Holocher, Niemiecka Biblioteka Narodowa ze swoimi siedzibami w Lipsku i Frankfurcie nad Menem ma ustawowy obowiązek gromadzenia (oprócz dzieł wydawanych w Niemczech w formie drukowanej, wizualnej, dźwiękowej) publikacji ukazujących się za granicą. A mianowicie publikacji w języku niemieckim, tłumaczeń dzieł niemieckojęzycznych na inne języki, publikacji obcojęzycznych dotyczących Niemiec itd., a następnie ich trwałego archiwizowania, rejestrowania bibliograficznego oraz udostępniania społeczeństwu. Zauważyliśmy, że wydał Pan następujące dzieło, którego niestety nie posiadamy jeszcze w naszych zbiorach. Brakuje nam następujących publikacji: Paul Bang, „Księga Win Judy” (…). Prosimy o przesłanie nam jednego bezpłatnego egzemplarza – tej, oraz wszystkich przyszłych publikacji do naszych zbiorów. W ten sposób wspierają Państwo Niemiecką Bibliotekę Narodową w realizacji jej zadania polegającego na kompletowaniu niemieckich i niemieckojęzycznych publikacji i tłumaczeń wydawanych za granicą (…). Państwo niemieckie dba o swoje zbiory i elementy kultury”.

Jak słusznie zauważył gość „Najwyższego Czasu!”, wiadomo, że w Niemczech ze względów historycznych propagowanie nazizmu jest surowo zabronione. Niemiecka instytucja państwowa realistycznie postrzega wydanie wspomnianego dzieła wyłącznie w kategorii publikacji kulturowych i domaga się go w swoich zbiorach historycznych.

A w Polsce? „Pod pretekstem rzekomej promocji nazizmu pani prokurator Ewa Halińska ma ochotę palić książki na stosach. To jest coś niesłychanego. Pani prokurator zabrakło umiejętności czytania albo umiejętności czytania ze zrozumieniem” – tłumaczy Holocher.

„Biegły, pan Paweł Nowak jest powoływany do analogicznych spraw w całej Polsce. To jest zawodowy, poszalały z jakichś uprzedzeń lewicowy wariat. I mówię to z pełną odpowiedzialnością za słowa, bo już pomijając to, że zainkasował za te brednie 45 tysięcy złotych; pomijając to, że znaczna część jego opinii, to są po prostu treści skopiowane z Wikipedii. Hasło »Czołem Wielkiej Polsce« jest według wspomnianego biegłego hasłem nazistowskim.

Jednym z patronów części książek, które zostały zarekwirowane, był portal średniowieczny.pl. Logo tego portalu było pisane czcionką gotycką. Pan biegły posługuje się metodologią, według której skądś wie, że dla większości ludzi, z pewnością to będzie czcionka faszystowsko-nazistowska. Ja bym chciał pokazać komuś napis średniowieczny czy inny i znaleźć chociaż jedną osobę, która powie, że mu się to kojarzy z hitlerowcami. Stare księgi są pisane gotykiem. Biblia Gutenberga była wydana tym pismem. Proszę Państwa, to się dzieje. Ten człowiek naprawdę to napisał” – punktuje absurdy sformułowane w akcie oskarżenia.

Książka starsza od III Rzeszy

Ideologia nazistowska powstała w XX w., jednak już po pierwszym wydaniu „Księgi Win Judy”. Ponadto prezes wydawnictwa podkreśla w rozmowie dla „Najwyższego Czasu!”, że wydając książkę, nie trzeba się w 100 procentach zgadzać z jej autorem.

Przytacza też postać samego autora i szkicuje ciąg przyczynowo-skutkowy opisany w książce, w której jednak nie znajdujemy żadnych konkretnych propozycji zmian ustrojowych: „Autor oczywiście żył w czasach III Rzeszy, natomiast bardzo szybko wycofał się z życia politycznego. Jeździł za granicę, próbował zapobiec wojnie, za co był oskarżony w III Rzeszy. Tę książkę napisał dużo wcześniej. Trudno jest mówić o propagowaniu nazizmu w książce, która została napisana dużo wcześniej, niż się ukuła ideologia nazistowska. Ponadto nie jest to książka ideologiczna, lecz książka faktograficzna, która jest istotnym elementem układanki historycznej dotyczącej także tego, co wyprawiali górale ze Wzgórz Golan, Eskimosi i cała reszta ferajny w państwie pruskim.

Autor książki daje na to odpowiedź, dlaczego społeczeństwo niemieckie było do nich uprzedzone. Pozwolę przeczytać sobie fragment książki: »Zepsucie smaku u Niemców i ich otępienia (…) ma swój powód w ogarnięciu dziedziny wychowania artystycznego przez Judę, który nas wychował w muzyce kawiarnianej, w tańcach murzyńskich, w chińskich operetkach, w farsach burdelowych i innych deprawacjach. Najokropniejszym rozdziałem jest (…) zaraza filmowa, wypędzająca filmami uświadamiającymi resztę wstydliwości niemieckiej, za pomocą której narodowi niemieckiemu umacnia się zboczenia seksualne. Lekarz Żyd, doktor Hirschfeld wraz z Komitetem Naukowym (…) podaje młodzieży niemieckiej występki przeciwko naturze. Już zagranica nazywa rozpustę przeciwko naturze niemieckiej The German Evil«.

Doktor Hirschfeld, którego autor tu przytacza, był protoplastą genderyzmu. On jako pierwszy chyba stworzył ideę lotności, płynności płci, zresztą zajmował się transami i całą resztą. Generalnie był to deprawator i grasował w Berlinie. Czy autorowi książki mogło się to nie podobać? Mogło się to nie podobać” – komentuje Przemysław Holocher.

„Słowa na temat deprawacji społeczeństwa, które Pan przytoczył to niemalże kopia tego, co w przestrzeni publicznej widzimy obecnie” – zauważyłam w naszej rozmowie.

„Dokładnie, takich fragmentów w książce jest bardzo wiele” – stwierdza Holocher. „Oczywiście według biegłych, według prokurator, autorowi nie miało prawa się to nie podobać. Ale co jest ciekawsze, w Polsce jestem ścigany za to, że wydałem książkę rzekomo propagującą nazistowski ustrój państwa, choć próżno szukać tam jakichś rozwiązań ustrojowych, bo nawet ludobójczych nie znajdziemy” – tłumaczy „Najwyższemu Czasowi!”.

Akt oskarżenia przeciwko Przemysławowi Holocherowi, który wpłynął do Sądu to początek prześladowań niezależnych wydawnictw i publikacji. Jak twierdzi sam oskarżony, może to generować problemy nawet dla całego środowiska, które wydają książki bez cenzury. Jest to akt przeciwko świadomości historycznej, wymierzony w prawdę historyczną.

To samo widzimy zresztą również po procesie pana Brauna, który nie jest zwykłym procesem karnym. Wnikliwie ukazuje nam patologię działania systemu i instytucji prowadzących działania wymierzone w polskich obywateli.

Julia Gubalska nczas/wydal-100-letnia-ksiazke-zostal-oskarzony-o-nazizm

środa, 18 marca 2026

Eliminacja najsłabszych, czyli kanadyjski pomysł na dobrobyt



Jeśli budżet państwa nie spina się, gdzie szukać oszczędności? Niektórzy już nie ograniczają się do cięć administracyjnych czy redukcji programów społecznych. W grę wchodzi finansowana przez państwo egzekucja własnych obywateli – eliminowanie tych, którzy stanowią obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej. Brzmi jak ponury żart? Niestety, dla niektórych nie jest to już tylko retoryczna figura.

Rząd Kanady od prawie dekady realizuje program MAID (Medical Assistance in Dying) – czyli medyczną pomoc w umieraniu. To procedura, w której lekarz lub pielęgniarka pomagają pacjentowi zakończyć życie na jego własną prośbę, pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów. Oficjalnie decyzja jest dobrowolna, jednak w praktyce często pacjenci są nakłaniani do podjęcia takiego wyboru. Odejście z tego świata najczęściej następuje poprzez podanie śmiercionośnego zastrzyku.

Program, który w założeniu miał obejmować wyłącznie osoby ciężko i nieuleczalnie chore, często znajdujące się w stanie terminalnym, z czasem zaczął obejmować znacznie szerszą grupę. Dziś w praktyce dotyczy także ludzi cierpiących nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

Procedura eutanazji, uruchomiona w 2016 roku, przestała być marginalnym rozwiązaniem stosowanym w wyjątkowych przypadkach. Stała się zjawiskiem powszechnym. Liczba osób, którym udzielono „pomocy w odejściu”, zbliża się do 100 tysięcy.

Oficjalna narracja dotycząca eutanazji odnosiła się początkowo do osób dotkniętych cierpieniem, znajdujących się u kresu życia. Ta „pozytywna” wizja wsparcia osób w kryzysie miała ułatwić wprowadzenie procedury do systemu prawnego.

Z biegiem lat zakres osób objętych programem MAID znacząco się poszerzył. W Kanadzie medyczna pomoc w odejściu nie dotyczy już wyłącznie osób z chorobami terminalnymi, lecz również osób z niepełnosprawnościami.

Na tym jednak nie kończą się dyskusje o dalszym rozszerzaniu programu. W debacie publicznej pojawiają się propozycje obejmujące kolejne grupy – m.in. osoby znajdujące się w trudnej sytuacji ekonomicznej, niemowlęta oraz osoby zmagające się z problemami psychicznymi, w tym z sezonowym obniżeniem nastroju.

Niedawno pojawiła się informacja o 26-letnim Kanadyjczyku, który został poddany eutanazji. Mężczyzna zmagał się z problemami zdrowotnymi po wypadku samochodowym, którego doznał w wieku nastoletnim. Dodatkowo borykał się z problemami psychicznymi oraz sezonową depresją.

Przypadek tego młodego człowieka rodzi pytania, czy w takich sytuacjach w ogóle brane jest pod uwagę realne wsparcie pacjenta w kryzysie. Czy preferowana jest prostsza droga wyjścia z trudnej sytuacji? Prostsza – ale dla kogo?

Rodzice mężczyzny twierdzą wręcz, że syn był zachęcany do skorzystania z programu MAID. Cały proceder nazwali „kolejką do finansowanej przez rząd egzekucji”. Z ich relacji wynika, że syn od dłuższego czasu interesował się programem i widział w nim jedyne rozwiązanie swoich problemów psychicznych wynikających z doznanego wypadku. Rodzina podała również, że Kanadyjczyk miał być instruowany przez lekarza, jak uzyskać kwalifikację „Track 2” w programie.

To ścieżka, która pozwala na dostęp do eutanazji z innych nadzwyczajnych powodów, nawet wtedy, gdy pacjent nie znajduje się w stanie zbliżającym się do naturalnej śmierci.

Umrzeć tego samego dnia? Tak, to możliwe. Według danych federalnych w Ontario w 2023 roku aż 65 osób zakończyło życie w tym samym dniu, w którym zgłosiły się po medyczną pomoc w umieraniu. Już następnego dnia po zgłoszeniu kwalifikację otrzymały kolejne 154 osoby, co pokazuje skalę i tempo procedury.

Jak wspomniałam, trwa dyskusja nad rozszerzeniem grupy osób mogących kwalifikować się do procedury eutanazji. Na celowniku pojawiają się noworodki, które przyjdą na świat z niepełnosprawnością lub poważną chorobą. Również w tym kontekście poruszane są kwestie finansowe – znacznie prościej odebrać życie dziecku niż finansować jego pobyt na oddziale intensywnej terapii i poddawać kosztownym procedurom ratującym życie i zdrowie.

Ten brak empatii wobec najsłabszych nie może dziwić, skoro środowiska lewicowe traktują dziecko w ostatnich dniach przed rozwiązaniem w łonie matki jako „zlepek komórek pozbawiony duszy ludzkiej”, redukując życie do biologicznej formy i pozbawiając je fundamentalnej wartości.

Biorąc pod uwagę wzrost liczby przesłanek, za sprawą których istota ludzka może zostać poddana egzekucji, nietrudno wysnuć wniosek, że w niedalekiej przyszłości taki los może spotkać także osoby o odmiennych poglądach religijnych lub politycznych, a także np. tych, którzy sprzeciwiają się programom dotyczącym tranzycji dzieci.

Nie można nie wspomnieć o ważnym fakcie: 96% osób, które otrzymały MAID, identyfikowało się jako białe.

Dziś warto zadać pytanie: co oznacza godność człowieka? Co się dzieje z ochroną najsłabszych grup w społeczeństwie – tych, którzy sami nie są w stanie bronić swojego życia i zdrowia? Czy wciąż istnieje współczucie i życzliwość wobec drugiego człowieka, czy też coraz częściej są one podporządkowane kalkulacjom ekonomicznym i proceduralnym?

Idąc tą drogą, ryzykujemy coś więcej niż tylko moralny upadek – ryzykujemy utratę samej istoty człowieczeństwa. Gdy decyzja o życiu i śmierci staje się kwestią rachunku ekonomicznego czy administracyjnej procedury, stajemy w obliczu pytania, czy nie unicestwiamy samych siebie jako społeczności?


Justyna Bazylak

salon24.pl/u/justynabazylak/niesienie-ulgi-w-cierpieniu-czy-kalkulacja-ekonomiczna-kontrowersje-wokol-kanadyjskiego-maid

wtorek, 17 marca 2026

Ze wspomnień niebieskiego mundurka

 


Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.

Ech, młodzi… Wy to czytacie te swoje podręczniki do historii, oglądacie rocznicowe akademie i naprawdę wierzycie, że w osiemdziesiątym dziewiątym to jakiś system „upadł”. Jaki upadek, ja się pytam? Toż to była najlepsza restrukturyzacja korporacyjna w dziejach! Siadajcie, posłuchajcie starego psa. Zaczynałem niewinnie, z czerwoną opaską ORMO na ramieniu. Potem w ZOMO trochę się człowiek namachał pałą w imię ludowej sprawiedliwości, aż w końcu docenili zaangażowanie i przenieśli do ciepełka – do Służby Bezpieczeństwa. Znam ten aparat od podszewki. I powiem wam jedno: ten cały wasz „koniec komuny” to był dopiero początek naszych prawdziwych karier.

Wy myślicie, że partyjna nomenklatura w PRL-u to miała raj na ziemi? Śmiać mi się chce z tej legendy! Co myśmy mieli za te straszne „przywileje”? Talon na Malucha bez dziesięcioletniej kolejki, trochę szynki Krakusa ze sklepu „za żółtymi firankami”, darmowe wczasy w Bułgarii i daczę nad Śniardwami zrobioną z płyt wiórowych. To było to legendarne uprzywilejowanie? Przecież to była bieda z nędzą, tylko odrobinę lepiej przypudrowana niż to, co miał robotnik w Ursusie! Prawdziwy oddech złapaliśmy dopiero, jak system „upadł”. Uwłaszczenie nomenklatury – to dopiero brzmi dumnie. Wczoraj dyrektor państwowego zjednoczenia, jutro prezes i główny udziałowiec prywatnego holdingu. Fortuny, panie dziejku, rodziły się w cieniu okrągłego stołu.

Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.

A to całe dzisiejsze kumoterstwo? Nepotyzm? Gdzie nam z naszymi PRL-owskimi standardami do dzisiejszej władzy! Wtedy, jak bratanek pierwszego sekretarza partii dostawał po znajomości posadę kierownika Gminnej Spółdzielni w Pcimiu, to był szczyt układów. A dzisiaj? Dzisiaj to jest dopiero rozmach! Odprawy w spółkach skarbu państwa liczone w milionach za dwa miesiące „pracy”, krewni i znajomi królika poupychani w radach nadzorczych fundacji, agencji i instytutów. Kiedyś załatwiało się synowi etat referenta w urzędzie, dziś synalek bez matury dostaje pensję, jakiej ja w resorcie przez dwadzieścia lat nie naoglądałem.

I co najważniejsze – wtedy mieliśmy luksus, o którym dzisiejsi aparatczycy mogą tylko pomarzyć: absolutną ciszę! Nie było tych waszych internetów, smartfonów ani lokalnych portali śledczych. Była „Trybuna Ludu” i telewizyjny Dziennik. Cenzura z ulicy Mysiej dbała o higienę umysłową narodu. Jak towarzysz dyrektor po pijaku wjechał służbową Wołgą w przystanek, to następnego dnia rano przystanku nie było, a Wołga lśniła nowym lakierem z zaprzyjaźnionego warsztatu milicyjnego. Nikt o tym nie pisał.

A dziś? Każdy wójt, każdy radny ma na karku jakiegoś redaktorka z dyktafonem, który zaraz wrzuci do sieci, że szwagier burmistrza wygrał przetarg na wywóz śmieci. Myśmy się dziennikarzami nie przejmowali – myśmy ich po prostu mieli w teczkach, jako Tajnych Współpracowników.

Dlatego, jak tak patrzę na to wszystko z perspektywy mojego bujanego fotela, to uśmiecham się pod wąsem. Zmiany wyszły nam wszystkim na dobre. Wam, bo możecie sobie narzekać w internecie na kogo chcecie, i nam, bo wreszcie mamy pieniądze, żeby żyć jak biali ludzie. A zwłaszcza cieszy mnie to dzisiaj, kiedy poczta przyniosła pismo z ZUS-u. Przywrócili mi tę moją wypracowaną w pocie czoła (i na plecach opozycji) esbecką emeryturkę. Z wyrównaniem! Sprawiedliwości dziejowej po latach tak zwanej „dezubekizacji” w końcu stało się zadość. Wy macie swoją demokrację, a my mamy swoje wille i pełne konta. I kto tu, panie dziejku, wygrał ten cały kapitalizm?

No, to po maluchu. Za wolną Polskę!

ElMalchico
salon24.pl/wolnyseba/ze-wspomnien-niebieskiego-mundurka

Szokujące dane Straży Granicznej: Setki tysięcy „uchodźców” wracają na urlop na Ukrainę

 


Szokujące dane Straży Granicznej: pół miliona Ukraińców wraca do strefy wojny, a Polska otwiera drzwi na oścież? 

Gdzie jest kontrola rządu? 

Pełna analiza w filmie! Czy widzieliście te liczby? Od 1 grudnia 2025 r. do 7 stycznia 2026 r. aż 887 346 obywateli Ukrainy wyjechało z Polski z powrotem na Ukrainę – kraj wciąż trawiony wojną, ostrzałami i niepewnością.

A potem? Tylko w styczniu ponad 606 tysięcy z nich wróciło do Polski, wlewając się przez granice jak fala bez końca. To nie przypadek. To system pełen luk, a polskie władze udają, że wszystko gra. Film ujawnia prawdę, której rząd Tuska nie chce widzieć:

Wyobraźcie sobie: ludzie uciekający przed „rakietami Putina” masowo wracają do strefy konfliktu… Po co? Na wakacje? Do rodziny?

A może to karuzela, w której Ukraińcy testują granice polskiej gościnności, wielokrotnie wjeżdżając i wyjeżdżając, by przedłużyć status uchodźcy? Dane Straży Granicznej nie kłamią – to oficjalne statystyki, które władze próbują zamieść pod dywan. Gdzie są weryfikacje? Dlaczego nie ma rygorystycznych kontroli: kto naprawdę ucieka przed wojną, a kto nadużywa systemu?

Ta graniczna karuzela to nie tylko marnotrawstwo miliardów złotych z naszych podatków na pomoc „uchodźcom” – to luka bezpieczeństwa wielkości szopy. Ilu z nich naprawdę potrzebuje ochrony? A ilu wykorzystuje Polskę jako bazę wypadową, krążąc między wojną a socjalem? Rząd PiS obiecywał szczelną granicę, Tusk obiecywał „humanitaryzm z głową” – a co mamy? Chaos, brak kontroli i pytania, czy system w ogóle istnieje.
Dodatkowo: przekroczenia granicy na kierunkach związanych z Rosją i Białorusią – „państwem agresorem” i jego sojusznikiem!

Ukraińcy wyjeżdżający z Polski nie tylko wracają na Ukrainę – wielu przekracza granice w stronę Rosji i Białorusi! Czy polskie służby mają pełną kontrolę nad tymi ruchami? Ilu „uchodźców” kontaktuje się z wrogiem, testując słabości naszej granicy? Władze milczą o tych alarmujących danych, ignorując ryzyko szpiegostwa i infiltracji. Gdzie są inwestycje w monitoring? Państwo jest dziurawe jak sito – a my płacimy cenę w postaci zagrożeń bezpieczeństwa narodowego.

Rozbijamy mit „solidarności z Ukrainą” na kawałki.

Pokazujemy, jak brak kontroli nad uchodźcami zagraża bezpieczeństwu narodowemu, polityce migracyjnej i naszym portfelom. Rząd ignoruje alarmy Straży Granicznej, bo polityka jest ważniejsza niż prawda. Czas na dyskusję – zanim będzie za późno! Obejrzyj teraz, skomentuj, udostępnij i zasubskrybuj kanał! Twoja reakcja to głos przeciwko niekompetencji władz.

Jan Cichocki gloria/Szokujące dane

sobota, 14 marca 2026

Jak podwyższyć swój wynik w teście Mensy?

 CZEGO MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ OD ŚLUSARZY?

Nie tak dawno pewien student o imieniu Peter opowiedział mi historię, która dobrze ilustruje nasze nieudolne próby przeciwdziałania nieuczciwości.

Pewnego dnia Peterowi zatrzasnęły się drzwi wejściowe do domu, więc zaczął szukać ślusarza. Znalezienie fachowca mającego stosowny certyfikat zajęło mu sporo czasu. Wreszcie ślusarz podjechał pod dom Petera swoją furgonetką i za pomocą wytrycha otworzył zamek w niespełna minutę.

„Byłem zdumiony tym, jak szybko i z jaką łatwością ten facet otworzył drzwi” – powiedział mi Peter. Następnie powtórzył mi krótką lekcję na temat moralności, jakiej udzielił mu ów zręczny ślusarz.

W reakcji na zdumienie Petera ślusarz wyjaśnił mu, że zamki w drzwiach są tylko po to, by ludzie uczciwi pozostali uczciwi. „Jeden procent ludzi zawsze będzie uczciwy i nigdy nie dopuści się kradzieży – powiedział ślusarz – jeden procent zawsze będzie nieuczciwy i będzie próbował sforsować twój zamek i ukraść ci telewizor. Pozostali będą uczciwi w odpowiednich warunkach, jeśli jednak pojawi się wystarczająco silna pokusa, to i oni wejdą na drogę przestępstwa. Zamki nie obronią cię przed złodziejami, którzy mogą się dostać do twojego domu, jeśli naprawdę tego chcą. Stanowią jedynie ochronę przed ludźmi, którzy – choć na ogół są uczciwi – mogliby ulec pokusie i próbować sforsować twoje drzwi, gdyby nie było w nich zamka”.

Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że ślusarz prawdopodobnie miał rację. Nie jest tak, że 98% ludzi jest niemoralnych albo gotowych oszukiwać przy każdej okazji; wydaje się bardziej prawdopodobne, że większość nas potrzebuje niewielkich przypomnień, żeby pozostać na dobrej drodze.

Jak sprawić, by ludzie oszukiwali mniej?

Teraz, kiedy już zrozumieliśmy, jak działa współczynnik elastyczności i jak można go zwiększyć, chcieliśmy się dowiedzieć, czy można obniżyć wartość tego współczynnika i sprawić, by ludzie oszukiwali mniej niż do tej pory. I tym razem zainspirował nas pewien dowcip.

Pewnego dnia wyraźnie wzburzony mężczyzna przychodzi do rabina i mówi: „Rabbi, nie uwierzysz, co mnie spotkało! W zeszłym tygodniu ktoś ukradł mój rower spod synagogi!”

Rabin jest bardzo zmartwiony, ale po chwili namysłu proponuje rozwiązanie: „W przyszłym tygodniu przyjdź na nabożeństwo i usiądź w pierwszym rzędzie, a kiedy będziemy recytować Dziesięć Przykazań, odwróć się i popatrz na siedzących za tobą ludzi. Kiedy dojdziemy do «Nie kradnij», sprawdź, kto nie potrafi spojrzeć ci w oczy – to będzie człowiek, którego szukasz”. Rabin jest bardzo zadowolony ze swojego pomysłu, podobnie jak mężczyzna, który poprosił go o radę.

Podczas następnego nabożeństwa rabin jest bardzo ciekawy, czy jego rada przyniosła oczekiwane skutki. Czeka na mężczyznę przy bramie synagogi i pyta go: „I co, poskutkowało?”

„Jak magiczne zaklęcie – odpowiada zapytany – gdy tylko doszliśmy do «Nie cudzołóż», przypomniałem sobie, gdzie zostawiłem swój rower”.

Ten żart sugeruje, że świadomość i pamiętanie o zasadach moralnych (takich jak Dekalog) mogą wpływać na to, jak spostrzegamy własne zachowanie.


Zainspirowani nauką płynącą z tego dowcipu, Nina, On i ja przeprowadziliśmy pewien eksperyment na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Podzieliliśmy grupę 450 badanych na dwie podgrupy. Połowę badanych poprosiliśmy, żeby spróbowała sobie przypomnieć Dziesięć Przykazań, a następnie wystawiliśmy ich na pokusę oszukiwania w naszym zadaniu z macierzami. Pozostałych badanych poprosiliśmy, aby przypomnieli sobie dziesięć książek przeczytanych w liceum, po czym rozdaliśmy im arkusze z macierzami, dając im okazję do oszustwa. W grupie, która miała sobie przypomnieć dziesięć książek, zaobserwowaliśmy typowe oszustwo na niewielką skalę. Natomiast w grupie, którą poproszono o przypomnienie sobie Dekalogu, badani w ogóle nie oszukiwali – pomimo faktu, że żaden z nich nie zdołał sobie przypomnieć wszystkich dziesięciu przykazań.

Ten wynik był bardzo intrygujący. Wydawało się, że sama próba przypomnienia sobie standardów etycznych wystarcza, by poprawić zachowanie moralne. W kolejnej próbie zweryfikowania tego efektu poprosiliśmy grupę zdeklarowanych ateistów, aby przysięgli na Biblię, a następnie stworzyliśmy im okazję do nieuczciwego zarobku w zadaniu z macierzami. Co zrobili ateiści? Nie zboczyli z wąskiej ścieżki cnoty. 

KRADZIEŻ PAPIERU

Kilka lat temu dostałem list od młodej kobiety o imieniu Rhonda, która studiowała na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Opowiedziała mi o problemie, który miała w swoim domu, i o tym, jak drobne przypomnienie etyczne pomogło jej go rozwiązać.

Rhonda mieszkała w pobliżu kampusu z kilkoma nieznającymi się wcześniej współlokatorami. Co weekend sprzątaczka zostawiała w każdej z dwóch łazienek kilka rolek papieru toaletowego. Już w poniedziałek nie było ani jednej rolki. Był to klasyczny przykład tragedii wspólnego pastwiska – ponieważ lokatorzy robili prywatne zapasy papieru toaletowego i zabierali go więcej, niż im się należało, ów publiczny zasób był stracony dla wszystkich.


Pewnego dnia Rhonda przeczytała o eksperymencie z Dziesięcioma Przykazaniami na moim blogu i zostawiła w jednej z łazienek kartkę z prośbą, by mieszkańcy nie wynosili z niej papieru toaletowego, ponieważ stanowi on dobro wspólne. Ku jej wielkiemu zadowoleniu po kilku godzinach do łazienki wróciła jedna zaginiona rolka, a następnego dnia – kolejna. Tymczasem w drugiej łazience – tej, w której nie było żadnej kartki – papieru toaletowego brakowało aż do następnego weekendu, do czasu, gdy pojawiła się ekipa sprzątająca.

Ten mały eksperyment pokazuje, że drobne przypomnienia mogą nam skutecznie pomagać w utrzymaniu standardów etycznych i – w tym wypadku – dobrego zaopatrzenia łazienki.

Opisane eksperymenty sugerują, że nasza gotowość i skłonność do oszukiwania mogą słabnąć, jeśli ktoś nam przypomni o naszych zasadach etycznych. Chociaż jednak wykorzystanie Biblii i Dekalogu jako mechanizmów zwiększania uczciwości mogłoby być pomocne, wprowadzenie w społeczeństwie zasad religijnych jako środka przeciwdziałania oszustwu nie wydaje się zbyt praktyczne (nie wspominając o fakcie, że byłoby to naruszenie zasady rozdzielności kościoła od państwa). Zaczęliśmy się więc zastanawiać nad bardziej ogólnymi, praktycznymi i świeckimi sposobami obniżania współczynnika elastyczności, co skłoniło nas do przetestowania kodeksów honorowych obowiązujących na wielu uniwersytetach.

Żeby się przekonać, czy kodeksy honorowe są skuteczne, poprosiliśmy grupę studentów MIT i Yale o podpisanie takiego kodeksu tuż przed tym, jak stworzyliśmy połowie badanych okazję do oszukiwania w zadaniu z macierzami. Oświadczenie, pod którym studenci mieli się podpisać, brzmiało: „Rozumiem, że ten eksperyment podlega zasadom kodeksu honorowego MIT/Yale”. Badani, których nie poproszono o jego podpisanie, oszukiwali w niewielkim stopniu, podczas gdy studenci MIT i Yale, którzy podpisali się pod tym zdaniem, nie oszukiwali ani odrobinę – pomimo faktu, że żadna z tych uczelni nie ma kodeksu honorowego (przypominało to efekt złożenia przysięgi na Biblię u zdeklarowanych ateistów).

Odkryliśmy, że kodeks honorowy sprawdza się na uniwersytetach, które w rzeczywistości nie mają takiego kodeksu, ale co z tymi, na których obowiązuje rygorystyczny zbiór zasad honorowych? Czy ich studenci oszukiwaliby w mniejszym stopniu w każdych okolicznościach? A może byliby mniej nieuczciwi tylko po podpisaniu kodeksu honorowego? Spędzałem wtedy trochę czasu w Instytucie Badań Zaawansowanych na Uniwersytecie Princeton, który był jedną wielką szalką Petriego, umożliwiającą zweryfikowanie tych przypuszczeń.

Na Uniwersytecie Princeton obowiązuje rygorystyczny kodeks honorowy, który wprowadzono w 1893 roku. Nowi studenci otrzymują egzemplarz kodeksu oraz list Komitetu Honorowego, opisujący tamtejszy system zasad honorowych. Dopiero po jego podpisaniu zostają formalnie przyjęci na studia. Ponadto w pierwszym tygodniu roku akademickiego nowi studenci chodzą na obowiązkowe wykłady dotyczące wagi kodeksu honorowego, a po każdej prelekcji rozmawiają o uniwersyteckim systemie honorowym z zespołem doradczym w swoim akademiku. Jakby tego było mało, jeden ze studenckich zespołów muzycznych, Triangle Club, wykonuje utwór Honor Code Song (Pieśń o kodeksie honorowym) dla wszystkich pierwszoroczniaków.

Do końca ich pobytu w Princeton studentom wielokrotnie przypomina się o kodeksie honorowym. Podpisują oświadczenie o jego przestrzeganiu pod każdą pracą pisemną, którą oddają („Pracę tę napisałem samodzielnie, zgodnie z regulaminem Uniwersytetu”). Podobne oświadczenie podpisują przy okazji każdego egzaminu, testu czy kwizu („Daję słowo honoru, że w trakcie tego egzaminu nie złamałem zasad kodeksu honorowego”), a dwa razy w roku otrzymują przypominające e-maile od Komitetu Honorowego.

Żeby się przekonać, czy przyśpieszony kurs moralności, jaki przechodzą nowo przyjęci studenci Princeton, przynosi trwałe efekty, odczekałem dwa tygodnie od zakończenia szkolenia etycznego dla pierwszoroczniaków, a potem wystawiłem ich na pokusę oszustwa – stwarzając im takie same okazje do nieuczciwości, jak studentom MIT i Yale (uczelni, które nie mają własnego kodeksu honorowego ani nie organizują tygodniowego kursu uczciwości studenckiej). Czy studenci Princeton niedługo po tygodniowym zanurzeniu w uniwersyteckim kodeksie honorowym byli bardziej uczciwi podczas wykonywania zadania z macierzami?

Niestety nie. Kiedy poproszono ich o podpisanie oświadczenia o przestrzeganiu kodeksu, wcale nie oszukiwali (ale podobnie zachowywali się studenci MIT i Yale). Kiedy jednak nie poproszono ich o podpisanie takiego oświadczenia, oszukiwali w takim samym stopniu, jak ich koledzy z MIT i Yale. Wydaje się, że intensywny kurs moralności, propaganda etyczna oraz istnienie kodeksu honorowego nie wywarły trwałego wpływu na kręgosłup moralny studentów Princeton.

Wyniki te są zarazem przygnębiające i obiecujące. Przygnębiający jest fakt, że – jak się wydaje – bardzo trudno jest zmienić nasze zachowanie, tak byśmy stali się bardziej etyczni, i że przyśpieszony kurs moralności okazuje się niewystarczający (podejrzewam, że podobny brak skuteczności charakteryzuje wiele innych szkoleń odbywających się w firmach, na uniwersytetach i w szkołach biznesu). Ogólnie rzecz biorąc, otrzymane wyniki wskazują, że bardzo trudno jest spowodować trwałą zmianę kulturową w sferze moralności.

Obiecujący natomiast wydaje się fakt, że kiedy 

przypomina się nam o standardach etycznych, zachowujemy się bardziej honorowo. Co więcej, odkryliśmy, że metoda „podpisz tutaj” sprawdza się zarówno w sytuacji, gdy nieuczciwość pociąga za sobą jasno określone i dotkliwe koszty (w Princeton może to być nawet wydalenie z uniwersytetu), jak i wtedy, gdy jej koszty nie są sprecyzowane (jak w MIT i na Uniwersytecie Yale). Dobra wiadomość jest taka, że – jak się wydaje – ludzie chcą być uczciwi, co sugeruje, iż warto stosować przypomnienia moralne w sytuacjach, które wystawiają nas na pokusę nieuczciwości[2].

*

Jak podwyższyć swój wynik w teście Mensy?

Projektując ten eksperyment, zainspirowałem się jednym z bezpłatnych magazynów, jakie można znaleźć w kieszeni fotela w samolocie. Podczas jednego z lotów przeglądałem takie czasopismo i znalazłem w nim test Mensy (pytania, które mają mierzyć inteligencję). Ponieważ jestem dość ambitny, musiałem się z nim zmierzyć. W instrukcji napisano, że odpowiedzi na pytania znajdują się na ostatniej stronie czasopisma. Po udzieleniu odpowiedzi na pierwsze pytanie zajrzałem na ostatnią stronę, żeby sprawdzić, czy odpowiedziałem poprawnie. Okazało się, że tak. Przy kolejnych pytaniach zauważyłem jednak, że kiedy sprawdzam poprawność rozwiązania, które właśnie zaznaczyłem, kątem oka zerkam na następną odpowiedź. Po tym, jak rzuciłem okiem na rozwiązanie następnego problemu, wydał mi się on dużo łatwiejszy. Pod koniec kwizu okazało się, że rozwiązałem poprawnie większość zadań, co sprawiło, że łatwiej mi było uwierzyć we własny geniusz. Wtedy jednak zacząłem się zastanawiać, czy uzyskałem tak wysoki wynik, ponieważ jestem superinteligentny, czy raczej dlatego, że kątem oka widziałem odpowiedzi na kolejne pytania (oczywiście byłem skłonny przypisać swój sukces własnej inteligencji).

Coś podobnego może się zdarzyć w każdym teście, w którym rozwiązania są dostępne na innej stronie albo podane do góry nogami, jak to często bywa w czasopismach i w próbnych testach SAT. Kiedy ćwiczymy rozwiązywanie testów, często wykorzystujemy odpowiedzi, aby przekonać samych siebie, że jesteśmy niezwykle inteligentni, albo też – jeśli nasza odpowiedź jest błędna – że popełniliśmy głupi błąd, który na pewno nie przydarzyłby nam się podczas prawdziwego egzaminu. Tak czy owak, nabieramy wygórowanego mniemania o własnej inteligencji, co na ogół chętnie akceptujemy.

Wyniki pierwszej fazy naszego eksperymentu pokazały, że badani na ogół zaglądali do odpowiedzi, żeby uzyskać wyższy wynik w teście. Nie wiedzieliśmy jednak, czy było to zwyczajne, staromodne ściąganie, czy raczej oszukiwanie samych siebie. Innymi słowy, nie wiedzieliśmy, czy badani wiedzieli, że oszukują, czy może przekonali samych siebie, że naprawdę znali poprawne odpowiedzi na wszystkie pytania. Żeby to sprawdzić, dodaliśmy do naszego eksperymentu jeszcze jeden element. 

Wyobraź sobie, że bierzesz udział w eksperymencie podobnym do poprzedniego. Rozwiązałeś kwiz złożony z ośmiu pytań. Odpowiedziałeś poprawnie na cztery pytania (50%), ale dzięki odpowiedziom podanym na dole strony przypisałeś sobie sześć poprawnych odpowiedzi (75%). Jak sądzisz, który wynik odzwierciedla Twoją ogólną umiejętność rozwiązywania takich testów: 50% czy 75%? Z jednej strony możesz być świadomy, że posłużyłeś się kluczem z odpowiedziami, aby podwyższyć swój wynik, a co za tym idzie – zdajesz sobie sprawę, że Twoje rzeczywiste zdolności są bliższe wynikowi 50%. Z drugiej strony, wiedząc, że zapłacono Ci tak, jakbyś naprawdę rozwiązał sześć zadań, możesz przekonać samego siebie, że Twoja umiejętność rozwiązywania takich testów tak naprawdę jest bliższa poziomowi 75%.

W tym momencie rozpoczyna się druga faza eksperymentu. Po rozwiązaniu kwizu matematycznego eksperymentator prosi Cię, żebyś spróbował przewidzieć, jak wypadniesz w następnym teście, w którym będziesz musiał odpowiedzieć na sto podobnych pytań. Tym razem jest jasne, że na dole strony nie będzie żadnych odpowiedzi (a co za tym idzie – nie będzie można zajrzeć do klucza). Jak sądzisz, jaki wynik uzyskasz w następnym teście? Czy Twoje przewidywania będą się opierać na Twoich rzeczywistych możliwościach z pierwszej fazy (50%), czy też na możliwościach zawyżonych (75%)? Oto logika naszego rozumowania: jeżeli jesteś świadomy, że w poprzednim teście wykorzystałeś klucz z odpowiedziami, żeby sztucznie zawyżyć swój wynik, to będziesz przewidywać, że rozwiążesz poprawnie taką samą część zadań, jaką rozwiązałeś samodzielnie w poprzednim teście (cztery z ośmiu, czyli 50%). Przyjmijmy jednak, że uwierzyłeś, iż naprawdę odpowiedziałeś poprawnie – bez żadnej pomocy – na sześć pytań. W tej sytuacji możesz przewidywać, że w następnym teście rozwiążesz poprawnie dużo większy odsetek zadań (75%). Tak naprawdę potrafisz odpowiedzieć tylko na około 50% pytań, ale za sprawą samooszukiwania możesz nadąć się jak paw i stać się nazbyt pewny swoich możliwości. 

Nasze badanie wykazało, że badani doświadczali tego rodzaju nadęcia i nadmiernej wiary we własne siły. Ich przewidywania dotyczące tego, jak dobrze wypadną w drugiej fazie testu, świadczyły o tym, że badani nie tylko wykorzystali klucz z odpowiedziami, aby podwyższyć swój wynik w pierwszej fazie, ale także bardzo szybko przekonali samych siebie, że naprawdę poszło im tak dobrze. Ci, którzy mieli możliwość sprawdzić swoje odpowiedzi w pierwszej fazie eksperymentu (i którzy oszukiwali), nabrali przekonania, że ich zawyżony wynik odzwierciedla ich rzeczywiste umiejętności.

Co by się jednak stało, gdybyśmy płacili osobom badanym za trafne przewidywanie ich wyników w drugiej fazie badania? Gdyby stawką były pieniądze, może nasi badani nie lekceważyliby tak łatwo faktu, że w pierwszej fazie wykorzystali klucz z odpowiedziami, aby podwyższyć swoje wyniki? Żeby się tego dowiedzieć, powtórzyliśmy ten eksperyment z udziałem nowej grupy badanych, tym razem oferując im do dwudziestu dolarów, jeśli trafnie przewidzą swój wynik w drugim teście. Pomimo finansowej zachęty do formułowania trafnych przewidywań, badani nadal przypisywali sobie całą zasługę za dobre wyniki w pierwszej fazie i przeceniali swoje możliwości. Mimo silnej motywacji do dbałości o trafność, skłonność do samooszukiwania zwyciężyła.

Dan Ariely 

Szczera prawda o nieuczciwości 

piątek, 13 marca 2026

Śmierć i izolacja egzystencjalna


To wiedza o „mojej śmierci” sprawia, że człowiek sobie w pełni uświadamia, iż nikt nie może umrzeć z kimś ani dla kogoś. Heidegger powiada: „Nikt nie może odebrać innemu jego umierania. Oczywiście ktoś może »iść na śmierć za innego«. To jednakże zawsze oznacza: oddać się w ofierze za innego »w imię określonej sprawy«. Takie umieranie za […] nie może zaś nigdy oznaczać, że w ten sposób choćby w najmniejszym stopniu odjęto innemu jego śmierć”8. Choć mogą nas otaczać przyjaciele, choć inni mogą umierać z tej samej przyczyny, a nawet w tym samym czasie (jak w starożytnym Egipcie, gdzie służących zabijano i grzebano razem z faraonem, albo jak w przypadku paktów samobójczych), nadal na najbardziej podstawowym poziomie umieranie jest najbardziej samotnym doświadczeniem człowieka.

Każdy (Everyman), najlepiej znany moralitet średniowieczny, dobitnie i prosto przedstawia samotność spotkania człowieka ze śmiercią9. Każdego odwiedza Śmierć, by go powiadomić, że musi odbyć swoją ostatnią „daleką podróż” do Boga. Każdy daremnie błaga o zlitowanie. Śmierć mówi mu, że musi się przygotować na dzień, przed którym „nikt z żywych nie umknie”. Zrozpaczony Każdy w pośpiechu szuka pomocy. Przerażony, a nade wszystko samotny, błaga innych, by mu towarzyszyli w podróży. Krewniacy odmawiają:

[…] śmieszny z ciebie człowiek.

Opamiętaj się i łzy osusz z powiek.

Na Świętą Annę cię ostrzegam:

W drogę się z tobą nie wybieram.

Brat, podobnie, wymawia się niedyspozycją:

Na Pannę świętą: kurcz mam w nodze,

Nie licz więc na mnie, bo jak mi Bóg miły,

W stanowczej chwili zawiedziesz się srodze.

W ten sam sposób opuszczają go wszystkie inne alegoryczne postacie dramatu: Przyjaźń, Bogactwo i Wiedza. Porzucają go nawet jego atrybuty:

Wszystko zawodzi – okrom Boga…

Piękność, Świadomość, nawet Siła –

Tak mnie zdradziecko opuściła,

Gdy wraz ze Śmiercią przyszła trwoga.

Każdy zostaje ostatecznie uratowany przed całą okropnością izolacji egzystencjalnej, jedna bowiem postać, Dobre Uczynki, jest gotowa pójść z nim nawet do samej śmierci. I istotnie, taki właśnie jest chrześcijański morał sztuki: dobre uczynki w kontekście religijnym chronią przed ostateczną izolacją. Dzisiejszy świecki Każdy, który nie może przyjąć wiary albo po prostu jej nie przyjmuje, rzeczywiście musi w tę drogę ruszyć całkiem sam.

Wolność i izolacja egzystencjalna

Samotność bycia swoim własnym rodzicem. W tej mierze, w jakiej jest odpowiedzialny za własne życie, człowiek jest samotny. Odpowiedzialność oznacza autorstwo; świadomość własnego autorstwa oznacza porzucenie wiary w to, że istnieje ktoś inny, kto człowieka tworzy i strzeże. Dogłębna samotność jest immanentna aktowi autokreacji. Człowiek uświadamia sobie kosmiczną obojętność wszechświata. Być może zwierzęta mają jakieś poczucie pasterza i schronienia, rodzaj ludzki wszakże, obciążony przekleństwem samoświadomości, musi się mierzyć z istnieniem.

Erich Fromm uważał, że izolacja jest pierwotnym źródłem lęku. Podkreślał zwłaszcza poczucie bezradności immanentne podstawowej odrębności człowieka:

Poczucie osamotnienia wywołuje niepokój; stanowi ono w istocie źródło wszelkiego niepokoju. Jestem osamotniony znaczy, że jestem odcięty, że nie mogę wykorzystać moich ludzkich możliwości. Być samotnym to znaczy być bezradnym, nie móc czynnie zmierzyć się ze światem – rzeczami, ludźmi; to znaczy, że świat może mnie zaatakować, podczas gdy ja nie mogę się bronić10.

Ta mieszanina poczucia samotności i bezradności jest zrozumiałą reakcją emocjonalną na stwierdzenie, że zostaliśmy, bez naszej zgody, wrzuceni w istnienie, którego sobie nie wybieraliśmy. Heidegger do określenia tego stanu używa słowa „rzucenie”. Choć człowiek tworzy siebie, jego plan – to, co ostatecznie dla siebie wymodeluje – jest ograniczony przez fakt, że został samotnie rzucony na sztalugi istnienia.

Odkrywanie obcości. Konstytuujemy nie tylko siebie, lecz także świat, tak by ukryć, że go konstytuujemy. „Materię rzeczy”, podstawę świata przepaja izolacja egzystencjalna ukryta wszakże pod tyloma warstwami doczesnych artefaktów, tak przepojona znaczeniami indywidualnymi i kolektywnymi, że doświadczamy jedynie świata codzienności, rutynowych działań, „ich”. Otacza nas „domowość”, stabilny świat znanych przedmiotów i instytucji, świat, w którym wszystkie przedmioty i istoty są na mnóstwo sposobów wzajem ze sobą powiązane. Usypia nas poczucie wygodnej, znajomej przynależności; pierwotny świat olbrzymiej pustki i izolacji zostaje pogrzebany i uciszony, by odzywać się w krótkich wybuchach w koszmarach sennych i mistycznych wizjach.

Zdarzają się wszakże chwile, gdy kurtyna na moment się unosi i dostrzegamy zarys maszynerii za kulisami. To chwile – a wierzę, że doświadcza ich każdy, kto ma zdolność do autorefleksji – błyskawicznego odkrycia obcości, gdy rzeczy zostają odarte ze znaczeń, symbole się rozpadają, a człowiek zostaje wyrwany ze swojej „domowej” przystani. Albert Camus w jednej ze swoich wczesnych prac opisuje tego rodzaju przeżycie; doświadczył go, siedząc w pokoju hotelowym w obcym kraju:

Oto jestem tu, bezbronny w mieście, w którym nie potrafię odczytać znaków […] bez przyjaciół, z którymi mógłbym porozmawiać – krótko mówiąc, bez rozrywek. W tym pokoju przenikniętym dźwiękami obcego miasta wiem, że nic mnie nie pociągnie ku delikatniejszemu światłu domu czy innego ulubionego miejsca. Czy będę krzyczeć? Płakać? Pojawią się obce twarze […] I teraz kurtyna przyzwyczajenia, wygodna tkanina gestów i słów, za którą serce staje się ospałe, powoli się podnosi i w końcu odsłania blade oblicze lęku. Człowiek staje twarzą w twarz z samym sobą: niech spróbuje teraz być szczęśliwy […]11.

W tych chwilach głębokiego egzystencjalnego bólu relacja człowieka ze światem doznaje gwałtownego wstrząsu. Jeden z moich pacjentów, odnoszący sukcesy i ciężko pracujący dyrektor, opisał tego rodzaju sytuację: trwała tylko kilka minut, a przecież miała taką siłę, że jeszcze czterdzieści lat później żywo ją pamiętał. Miał dwanaście lat. Spał na dworze, patrzył w gwiazdy i nagle poczuł, że się oddziela od matki ziemi i dryfuje w przestworzach. Gdzie jest? Skąd się wziął? Skąd się wziął Bóg? Skąd się wzięło cokolwiek i dlaczego w ogóle jest? Przytłoczyła go samotność, bezradność i brak oparcia. Choć trudno mi uwierzyć, że człowiek w jednej chwili podejmuje decyzję na całe życie, ten mężczyzna twierdził stanowczo, że to wtedy właśnie postanowił, iż osiągnie taką sławę i potęgę, by już nigdy nie doznać podobnego uczucia.

Oczywiście to doświadczenie pustki, zagubienia, pozbawienia praw nie znajduje się „tam”: jest w nas i nie potrzeba żadnego zewnętrznego bodźca, żeby je odnaleźć. Wystarczy szczere zbadanie swojego wnętrza. Pięknie ujmuje to Robert Frost:

Nie straszcie mnie kosmosem, gdzie próżnia jałowa

Międzygwiezdnych przestrzeni – bez życia, bez słowa.

O wiele bliżej – w sobie – mam tego dość wiele,

By mnie straszyły własne, prywatne pustkowia12.

Gdy człowiek trafia do swoich „pustkowi”, świat nagle staje się nieznajomy. Kurt Reinhardt pisze o tym tak:

Coś całkowicie tajemniczego staje między nim a znajomymi przedmiotami jego świata, między nim a jego bliźnimi, między nim a wszystkimi jego „wartościami”. Wszystko, co nazywał własnym, blednie i się roztapia i nie pozostaje nic, czego mógłby się trzymać. Grozi mu „nicość” (nic-coś) i znajduje się sam, zagubiony w pustce. Gdy jednak ta czarna i straszna noc bólu mija, człowiek wzdycha z ulgą i mówi sobie: to przecież „nicość”. Doświadczył „nicości”13.

Heidegger na określenie stanu, w którym człowiek traci poczucie, że świat jest mu znajomy, używa określenia „nieswojość” (bycie-nie-w-swoim-domu). Gdy człowiek (Dasein) całkowicie się angażuje w znajomy świat pozorów i traci kontakt z własną sytuacją egzystencjalną, popada – wedle Heideggera – w modus „codzienny”, „niski”. Lęk sprowadza go z powrotem, drogą nieswojości, ku świadomości izolacji i nicości:

Trwoga rzuca [upadające jestestwo] z powrotem w to, o co się ono trwoży, w jego właściwą możność-bycia-w-świecie. […] Bycie-w przybiera egzystencjalny modus „nie-w-swoim-domu”. Nic innego nie mam na myśli, mówiąc o „nieswojości”14.

W innym fragmencie Heidegger stwierdza, że gdy człowiek zostaje sprowadzony z powrotem z „zaabsorbowania światem” i przedmioty są pozbawione swoich znaczeń, doświadcza lęku w konfrontacji z samotnością, bezlitosnością i nicością świata40. Używamy więc świata, by uniknąć nieswojości, i zanurzamy się w rozrywki, jakich nam dostarcza Maya – świat pozorów. Ostateczny lęk pojawia się w konfrontacji z nicością. W obliczu nicości nic i nikt nie może nam pomóc; to właśnie w tym momencie w pełni doświadczamy izolacji egzystencjalnej. Kierkegaard i Heidegger uwielbiali grę słów związaną ze słowem „nic”. „Czego się boi człowiek?” „Niczego!”

Włoski reżyser Antonioni był mistrzem w przedstawianiu odkrywania obcości. W wielu jego filmach (np. w Zaćmieniu) przedmioty widać z niezwykłą jasnością, w aurze zimnej tajemniczości. Są oderwane od swoich znaczeń, a główna bohaterka po prostu przepływa obok nich niezdolna do działania, podczas gdy wszyscy wokół pracowicie się nimi posługują16.

Odkrywanie obcości dotyczy nie tylko przedmiotów; inne byty, wymyślone, by dostarczały struktury i zapewniały stabilność – takie jak role, wartości, wskazówki, zasady, etyka – podobnie mogą zostać odarte ze znaczeń. W rozdziale 5 opisałem proste ćwiczenie z „dezidentyfikacji”, podczas którego uczestnicy wypisują na kartkach odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”, a potem zastanawiają się nad doświadczeniem rezygnowania z kolejnych ról (np. mężczyzny, ojca, syna, dentysty, piechura, czytelnika książek, męża, katolika lub Boba). Na koniec, wyzbywszy się wszystkich ról, człowiek uświadamia sobie, że bycie jest niezależne od takich atrybutów i że będzie trwało – jak powiedział Nietzsche – nawet gdy wyparuje już „ostatni obłok ulatniającej się rzeczywistości”17. Niektóre związane z tym ćwiczeniem fantazje uczestników (takie jak „bezcielesny duch płynący przez pustkę”) świadczą o tym, że najwyraźniej pozbawienie ról popycha człowieka ku doświadczeniu egzystencjalnej izolacji.

Przeżycia, podczas których człowiek jest sam, nagle pozbawiony wszelkich codziennych drogowskazów, mają moc wywoływania poczucia nieswojości – bycia na świecie nie u siebie. Turysta, który gubi drogę; narciarz, który nagle stwierdza, że zjechał z trasy; kierowca, który w gęstej mgle nie widzi już drogi – człowiek w tego rodzaju sytuacjach przeżywa napad lęku zupełnie niezależnego od fizycznego zagrożenia związanego z daną sytuacją, samotnego lęku, który wieje z własnego, wewnętrznego pustego miejsca, z nicości, która jest rdzeniem bytu.

Niesamowite są wstrząsy społeczne, które nagle wywracają wartości, etykę i zasady moralne, istniejące – jak zawsze wierzyliśmy – niezależnie od nas. Holokaust, przemoc tłumu, zbiorowe samobójstwo w Jonestown, chaos wojny – wszystko to wywołuje w nas przerażenie, bo jest złem, ale również nas oszołamia, bo oto się dowiadujemy, że nic nie jest takie, jak myśleliśmy, że panuje przypadkowość, że wszystko mogłoby być inaczej; że wszystko, co uważamy za ustalone, cenne i dobre, może nagle zniknąć; że nie istnieje solidna podstawa; że nie jesteśmy „u siebie” ani tutaj, ani tam, ani nigdzie w świecie.

40. Przedmioty w świecie Heidegger nazywa „poręcznymi” lub „przedstawionymi”, w zależności od tego, czy dany przedmiot jest rozważany jako „wyposażenie”, czy ujmowany w jego czystej istocie: „Zagrożenie nie ma charakteru konkretnej szkodliwości, która godziłaby w to, co zagrożone, pod określonym względem godząc w jakąś faktyczną możność bycia. »Przed czym« trwogi jest zupełnie nieokreślone. Ta nieokreśloność nie tylko pozostawia faktycznie bez rozstrzygnięcia, który wewnątrzświatowy byt zagraża, ale i oznacza, że byt wewnątrzświatowy w ogóle nie jest tu ważny (relevant). Nic spośród tego, co w świecie poręczne i obecne, nie funkcjonuje jako coś, czego trwoga by się trwożyła. Odkryty wewnątrz świata całokształt powiązania tego, co poręczne i co obecne, jest jako taki w ogóle bez znaczenia. Zapada się on w siebie. Świat ma charakter czegoś zupełnie nieoznaczonego. W trwodze nie jest napotykane to czy owo, z czym jako zagrażającym mogłoby zachodzić jakieś powiązanie. […] Gdy zatem owym »przed czym« trwogi okazuje się »nic«, tzn. świat jako taki, to oznacza to, że tym, przed czym trwoga się trwoży, jest samo bycie-w-świecie”15.

8. M. Heidegger, Bycie i czas, s. 303.

9. M. Abrams i inni (red.), Everyman w The Norton Anthology of English Literature, vol. I (New York: W.W. Norton, 1962), s. 281–303.

10. E. Fromm, O sztuce miłości, tłum. Aleksander Bogdański (Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2006), s. 22.

11. A. Camus, La Mort dans l’âme, w „L’Envers et l’endroit” (Paris: Librairie Gallimard, 1937), s. 87–88.

12. R. Frost, Pustkowia w Robert Frost, „55 wierszy”, tłum. Stanisław Barańczak (Kraków: Wydawnictwo Arka, 1992), s. 163.

13. K. Reinhardt, The Existential Revolt (New York: Frederick Ungar, 1952), s. 235.

14. M. Heidegger, Bycie i czas, s. 240–241.

15. Ibidem, s. 238–239.

16. H. Drefuss, Commentary on Being and Time, rękopis niepublikowany, 1977.

17. F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem, tłum. Paweł Pieniążek (Kraków: Zielona Sowa, 2004), s. 20.

Irvin Yalom

Psychoterapia egzystencjalna