środa, 2 kwietnia 2025

Utrzymujemy się we właściwych proporcjach, bo nakład naszej gazety systematycznie rośnie, chociaż liczba nabywców spada.

 Do gabinetu naczelnego redaktora, stanowiącego olbrzymi pokój zastawiony zielono-brązowymi meblami, skrzaty dostają się za sekretarką wnoszącą filiżanki z herbatą.

My, Zatraceński, nie mamy żadnego wyobrażenia o pracy w gazecie. On, Jakub, jest zdania, że dziennikarz jest szczególnym rodzajem człowieka, obdarzonym dużą inteligencją, zmysłem obserwacyjnym, precyzją w formułowaniu sądów, oczywiście wyłącznie racjonalnych, oraz mistrzem prostego, jasnego języka. Według niego, Andrzeja, specjalista prasowy tropi niesprawiedliwość i, mając na względzie interes pokrzywdzonych, skłania opinię publiczną do udziału w naprawie zła.

Myślimy o małej, prowincjonalnej gazecie, a nie o centralnych pismach, formułujących politykę rządzących. Pitigoras, słysząc nas, cynicznie pokłada się ze śmiechu.

– Zatraceński – mówi czkając wesołością – redakcja, którą prowadzi Kocie Oko, jest wyłącznie małą wytwórnią choinkowych ozdób. Co tydzień porcja szklanych bombek, łańcuchów z wiejskiej słomy i barwnej bibułki, kolorowych lampek i odrobiny paskudniejszych zabawek, które są bardziej wiarygodne. Jak w każdej fabryczce, załoga przede wszystkim myśli o zysku. Poza niską pensją za dyspozycyjność obowiązuje akord. Kto więcej napisze, więcej dostanie złotówek.

Ale nie w rzeczywistości, bo gryzmoły te podlegają powolnej wycenie. Byle co naczelnego, na przykład felieton o nie nieistniejących krasnoludkach, ma zawsze wartość najwyższą. Następnie większą gotówkę zgarniać powinien zastępca szefa i sekretarz redakcji, tak jak gdzie indziej. W „Wetknięciach” drugie miejsce pod względem dochodów zajmuje urocza dama, nie mająca z pisaniem nic wspólnego.

Naczelne Kocie Oko miłuje ją, powiedzmy od stóp do pępka. A reszta zasuwa tropiąc sukcesy i nieprawości. Sukcesy ludzi w województwie wielkich, nieprawości małych.

- I kto czyta ten tygodnik? – naiwnie pyta on, Andrzej.

– W piśmie są dwie atrakcje. Jedna coraz ważniejsza, czyli horoskop. Druga coraz mniej intrygująca: program telewizyjny. Poza tym „Wetknięcia” wyrażają myśli słuszne, więc mecenas utrzymuje je przy życiu, nie ze swojej płacąc kieszeni.

Redaktorzy tęsknią za sensacyjnym wydarzeniem, na którego opis żarłocznie rzuciliby się czytelnicy. Najlepiej gdyby to było morderstwo, takie bardziej bulwersujące. Niestety, zdarza się ono w województwie raz na dwa lata i wtedy miód zgarnia Kocie Oko, pisząc reportaż w siedmiu odcinkach. A potrzebnych jest w miarę ohydnych zabójstw przynajmniej pięć tygodniowo, dla każdego piszącego jedno.

– Może my byśmy… – proponuje Mechiavelli.

– Dałoby się zrobić – mówi pogodnie Pleton. – Ale zapominasz, jak nas Kocie Oko potraktował. Jeśli wyskoki krasnoludków w mieście nie są sensacją równą zabójstwu i zgwałceniu kominiarza przez uczennice szóstej klasy szkoły podstawowej, to co nią jest?

Krasnoludki, po wejściu za sekretarką po miękkiej zielonej wykładzinie, lokują się na jednym z czterech foteli przy małym stoliku. Zespół redakcyjny siedzi bowiem wokół dużego podłużnego stołu i wsłuchuje się w perorę przełożonego.

– Utrzymujemy się we właściwych proporcjach – mówi Kocie Oko – bo nakład naszej gazety systematycznie rośnie, chociaż liczba nabywców spada. Za mało dajemy materiałów ciekawych czytelniczo. Potrzeba reportaży mrożących krew w żyłach, ostrych felietonów, takich jak mój rozprawiający się z bzdurą o krasnoludkach.

Kocie Oko streszcza obecnym swe ostatnie dzieło, cytuje jego fragmenty, smakuje niektóre sformułowania, objaśnia pointę, wskazuje doskonałość konstrukcji i czeka na wyrazy uznania. Sekretarz redakcji, człowiek podobny z jakiegoś powodu do krowy holenderskiej, chociaż raczej mniej sympatyczny, przerywa zbyt długo trwającą ciszę i żąda od dziennikarzy propozycji do następnego numeru.

– Jak zwykle najpierw pan redaktor – zwraca się do najstarszego w gronie człowieka w brudnych butach, wyszmelcowanym ubraniu i z pomarszczoną jak zużyty kapeć twarzą. Ten chrząka, drapie się w głowę pod skudlonymi włosami nieokreślonego koloru i sepleni: – Zrobię kawałek o dzieciakach na obozach letnich. One zrą tam codziennie makaron z dusonymi truskawkami, uscuplając zapasy kitu potsebnego budownictwu do uscelniania okien.

– To niedobry temat – wtrąca Kocie Oko. – Są określone trudności z zaopatrzeniem. Może jakieś sensacje wychowawcze na koloniach, panie redaktorze.

– Dobze. Kierownik jednej kolonii nad mozem rznie jednocześnie dwie wychowawcynie, higienistkę oraz intendentkę. A dzieci są niewyspane, bo podglądają, włazą na dach budynku, skąd tę akcję letnią dobze widać. Napisały list, ale anonimowy, jak wsyscy teraz.

– Dzieci nie są wiarygodnymi świadkami, wydarzenie incydentalne i nie warto niepokoić rodziców – przerywa Kocie Oko. – I jak pan chce to sprawdzić? Włazić na dach?

– Nie stać mnie. Starse chłopaki z kolonii ustanowiły bilety po stówce. Dobra, napisę reportaz o pracach społecnych młodziezy. Jak grabią plazę, robią pogzeby zdechłym rybkom i wygładzają moze w casie stormu.

– Coś w tym sensie – cieszy się Kocie Oko. – No i horoskop.

Wezwana do sprecyzowania swych zamierzeń leciwa dziewczyna ze szczątkowymi piersiami i krągłym jak sportowa piłka brzuchem, mówi agresywnie: – Jestem wyczerpana, czuję się wyciśnięta. Całą noc pisałam. Dam wywiad z trenerem sekcji brydża.

– A jak oni trenują, ci brydżyści? Na bieżni, w hali czy na pływalni? – pyta Kocie Oko. – Niech się pani weźmie za tematy interesujące czytelnika. I więcej pisze.

Pani redaktor blednie, czerwienieje i wybucha płaczem rzęsistym niby jesienny deszcz.

– Są cztery moje materiały w zapasie – wrzeszczy. – Moje artykuły nie idą i są najniżej wyceniane.

– Nie jestem niańką – stwierdza zimno Kocie Oko. – Nauczy się pani pisać, to pójdą.

Proszę nie smarkać i podać temat!

– O ogródkach działkowych… Pomidory obrodziły… – połyka łzy i uciera nos.

– No – cieszy się Kocie Oko.

Młody dziennikarz chce zająć się sprawą ośmioosobowej rodziny mieszkającej w kompletnie zagrzybionym pokoju bez kanalizacji. Poinformowany przez szefa, że takich rodzin są w mieście setki, zmienia temat na rolny, gdyż region żyje z płodów wsi. Ma nawet tytuł: „Gwóźdź do trumny rolnika”, gdyż w sklepach gminnych spółdzielni brakuje tych precyzyjnych materiałów.

– I czego jeszcze brakuje? – pyta Kocie Oko.

– Wszystkiego.

– Bierzemy sprawę gwoździa.

Ostatni z niefunkcyjnych dziennikarzy proponuje problem z dziedziny kultury, bo w piśmie o niej za mało. Dlaczego tutejszy teatr zawiesza działalność w lipcu, kiedy turyści łakną duchowej strawy? Ma nawet anegdotę. Otóż w sztuce Szekspira ostatnio aktor grający rolę Romea, w scenie, gdy wyznaje miłość Julii i klęka u jej stóp, puścił potężnego bąka.

– I z tego mamy zrobić kolejny numer? Dwanaście ciekawych kolumn? – drwi Kocie Oko.

– Za wielu sefów, a za mało pisących – komentuje niechlujny redaktor. – Pismu tseba współpracowników. Podatnych, miękkich, dyspozycyjnych i psystępnych.

Krasnoludki uznają, że nadszedł właściwy moment dla ich spraw. Mechiavelli wdrapuje się na stolik po poręczy fotela, a za nim reszta. Są stąd doskonale widoczni, a pierwsze słowa skrzata powodują, iż zespół redakcyjny odwraca się ku gromadce gnomów.

– Proszę o głos! – woła Mechiavelli.

Kobiety martwieją, mężczyźni zatykają się własnymi oddechami. Tylko sepleniący redaktor pyta swobodnie szczupłego i niziutkiego zastępcę szefa: – Cy to pana rodzina, panie redaktoze? Licna.

– Z chęcią wypełnimy cały numer tygodnika atrakcyjną treścią – stwierdza Mechiavelli. – O przeżyciach erotycznych w wieku siedemnastym oraz współcześnie z tutejszym stolarzem napisze Madame Jeanne Antoinette de Pampadour. Sefona opublikuje nigdy nie odnalezione wiersze, powstałe na Lesbos. Ta oto Yoriko Hiroshi machnie artykuł do wyboru: o buddyzmie, zen albo o nieznanych początkach i tajnikach walki karate. Panna Kukurydza da fachowe uwagi o hodowli najbardziej obfitej w białko rośliny, od której bierze nazwisko.

Zhinga z Matumby serdeczną rzecz o więziach kulturalnych łączących odwieczne Murzynów z Polakami, a Hrabina Zofia Potocka oplotkuje dziewiętnastowieczną rodzimą arystokrację, która rozhulała i przehulała nasz kraj. Pleton zrobi przystępną krytykę idealistycznej filozofii, Pitigoras obliczy, za ile dziesiątków lat ukończona zostanie przebudowa wiaduktu na ulicy Tuwima. Didirot wskaże zalety racjonalnego podejścia do zjawisk życia. Natomiast Ainstein objaśni, dlaczego nie należy się lękać bomb atomowych oraz neuronowych po ich wybuchu.

Ja osobiście zdradzę najskuteczniejsze metody kierowania masami. Mamy także w zanadrzu szereg tutejszych ciekawostek i łatwo dokumentujemy nie istniejące sukcesy.

– Sef miał rację – wtrąca sepleniący dziennikarz. – To nie są wrony, tylko gadające spaki.

– Wszystko to wykonamy bezpłatnie – kończy Mechiavelli. – To znaczy, że cała forsa za wierszówkę dla ulubieńców naczelnego redaktora. Wszakże pod warunkiem:

odwołane zostaną, ze stosownymi przeprosinami, idiotyczne treści z felietonu o krasnoludkach podpisanego przez faceta o nazwisku Kocie Oko.

– Cholera – mówi sepleniący. – Tu, na tym zadupiu, pierwsa na świecie gazeta napisana psez krasnoludki. Wejdziemy do dziejów prasy, będą się o nas ucyć.

– Uczyć nie ucyć, ty matole – poprawia go Jeanne Antoinette de Pampadour. – Czy ty tak piszesz, jak mówisz?

– Nie – śmieje się sepleniący – oni za to pisą tak, jak ja mówię.

Dwie panie redaktorki leżą zemdlone, a trzecia, od sportu i ogródków działkowych, stoi na swoim krześle i tupie, pragnąc uchronić raz jedną, a zaraz potem drugą nogę od ugryzienia przez krasnoludki. Sekretarz redakcji wyznaje bez pytania, że ateistą został formalnie, zmuszony przez okoliczności życia, ale się naprawi i że błądzenie jest rzeczą ludzką, po łacinie errare humanum est. Potem do końca mamrocze wyłącznie prawdopodobnie po francusku.

– To nie są ptaki – stanowczo stwierdza młody specjalista od rolnictwa. – Ja znam ptaki. Kury, gęsi oraz inne. Wychowałem się na wsi. Widziałem też bociana.

Chyba nie czuje się specjalnie dobrze.

– Dość – warczy naczelny redaktor. – Kto to przyniósł?

Jest czerwony na twarzy jak sztucznie barwiona lemoniada. Jego tłusty palec, którym z obrzydzeniem wskazuje gnomy, też jest czerwony. Potem palec zaczyna krążyć jak jakiś detektor do wykrywania kłamstwa. Omija pogrążoną w nieświadomości redaktor techniczną, mówiącego bez sensu po francusku sekretarza, młodego znawcę wiejskich ptaków, tańczącą na krześle, drugą nieprzytomną redaktorkę i zatrzymuje się na sepleniącym specjaliście od młodzieży.

– Pan przyniósł to nakręcane świństwo!

– Ocywiście – cieszy się tamten. – Zawse nosę przy sobie porcję krasnoludków.

One wystawają mi wołowinę w kolejkach. I pisą wsystkie moje kawałki. A wam nie pisą?

Robi się małe zamieszanie, gdyż nimfy i krasnoludki chwytają się za rączki, robią koło na stoliku i zaczynają tańczyć, śpiewając zgodnie: – My jesteśmy krasnoludki, hopsasa, pod grzybkami pędzimy wódkę, hopsasa…

– Pan to natychmiast usunie – żąda Kocie Oko.

– Prosę mi wybacyć – uśmiecha się stary redaktor. – Ale wizyty nasych cytelników są w redakcji poządane, spiew nie został zabroniony, a zadne psepisy nie ogranicają wolności krasnoludków.

Tańczący zatrzymują się i Didirot pyta stanowczo: – Mam rozumieć, że ani współpracy, ani sprostowania nie będzie?

– Won! – krzyczy Kocie Oko. – Precz z tymi magnetofonikami!

– Nie jestem nakręconą maszynką – sprzeciwia się ostro Pitigoras. – Jestem krasnoludkiem i nic, co krasnoludkowe, nie jest mi obce.

Na dowód, iż jest istotą myślącą, cierpiącą i ludystyczną, w patetycznym geście rozdziera swoją zieloną koszulę, ukazując owłosione piersi, a na nich uczyniony mazakiem napis: „Czytaj »Wetknięcia«”. Natychmiast naśladuje go Jeanne Antoinette de Pampadour, która dodatkowo zrywa biustonosz. Posiadany przez nią napis jest podobny, tyle że zrobiony na bąblastych wypukłościach, a słowo

„czytaj” zastąpione jest czasownikiem „uprawiaj”.

– Prawie zawsze – opowiada jemu, Andrzejowi, Ainstein, kiedy skrzaty odtwarzają w naszym swoistym telewizorze zaszłe w redakcji wydarzenia – ludzie w końcu reagują agresja w stosunku do nas. Albo uważają skrzaty za cudeńka współczesnej elektroniki, albo za zwierzęta lub w ogóle nie dostrzegają, biorąc za omamy i halucynacje będące udziałem innych. W każdym z tych wypadków dominującym uczuciem jest wrogość. Kocie Oko już zaraz próbowałby nas wygnieść jak kurczęta, gdyż jest twardym racjonalistą, gdyby nie fakt, że niecodzienność przejściowo sparaliżowała mu nogi. Kiedy odzyskał tam czucie, szedł ku nam dosyć niepewnie.

Wszelki problem najlepiej jest zlikwidować niszcząc jego przyczyny. Wytępienie krasnoludków, ciche wyrzucenie ich szczątków oraz zobowiązanie zespołu redakcyjnego, by nie przyznawał się do pijackich postrzeżeń, załatwia sprawę z uwagi na brak faktów i świadków. Kocie Oko podchodzi powoli do stolika, na którym znajdują się wszystkie skrzaty, unosi go i szybko przykłada blatem do ściany. Krasnoludki powinny zostać spłaszczone i oddać zawarte w ich organizmach soki suchemu, wiekowemu tynkowi. Tyle że one spadają na cztery fotele podczas gwałtownego ruchu stolika. W czasie, gdy naczelny redaktor „Wetknięć” z mocą dociska stolik do ściany, gnomy uznają, iż najlepiej znaleźć się w cichym oku cyklonu. Dwójka ładuje się do szerokich nogawek spodni Kociego Oka, inne wdrapują się pod jego marynarkę, do jej kieszeni, na ramiona, a nawet wczepiają się w bujnie, dostojne włosy jego czupryny.

Z wierzchołka głowy naczelnego redaktora Mechiavelli powołuje się na międzynarodowe konwencje oraz wszelkie inne przepisy dotyczące praw krasnoludka i ochrony środowiska naturalnego. Jego wysoki głos nie dochodzi jednak do czynników kompetentnych, a Kocie Oko podryguje niby niedźwiedź na lekcjach tańca w smorgońskiej akademii. Naczelny redaktor na ślepo uderza dłońmi w rozmaite okolice swego pulchnego ciała, ale zawsze w puste miejsce po przebywającym tam przed chwilą krasnoludka. Sprawia wrażenie człowieka, którego oblazły znakomicie wytresowane, duże kleszcze, więc miota się po gabinecie, pokrzykując i tupiąc.

Żaden z dziennikarzy nie zrywa się, by mu pomóc.

– I to było najbardziej przykre – zauważa potem wrażliwa Yoriko Hiroshi. – Był samotny w najstraszliwszej chwili swego życia. Ani stosunek zwierzchnictwa, ani uczucia przyjaźni i miłości, myślę o jego oblubienicy, nie skłoniły chociażby jednego członka zespołu do działania. Kiedy znękany ponad siły zbliżał się do któregokolwiek z kolegów, ten uskakiwał, by nie zarazić się skrzatami.

Zasapany od wysiłku i oblany potem, gdyż nawet klimat nie ulitował się nad jego opresją.

Kocie Oko ciężko siada w najważniejszym fotelu za potężnym biurkiem i ryczy do obecnych: – Tchórze! Sami tchórze!

– Pan zdaje się używa tego określenia w sensie negatywnym?! – pyta go Pleton, który wyskakuje redaktorowi spod marynarki, ląduje na biurku i rozprostowuje ramiona wśród sterty papierów.

– I słusznie – stwierdza Didirot. Właśnie siedzi wygodnie na ramieniu Kociego Oka i mówi wprost do jego ucha, jakby szukał z nim przyjacielskiego zbliżenia.

– Ze wszystkich możliwych cech człowieka najwyżej należy kłaść odwagę. Nie chodzi o odwagę samą w sobie, gdyż taka nie istnieje. Ona pojawia się tam, gdzie jest do wykonania zadanie połączone z ryzykiem utraty czegokolwiek, co jest nam drogie lub po prostu potrzebne. Najcenniejsza bywa odwaga nieśmiałych i bojaźliwych, aby okazać odważnymi, przemóc muszą opory zakorzenione w nich samych.

W tym miejscu Didirot wylicza stu ludzi, którzy własnymi piersiami i nie tylko tym organem ciała ratowali, co było do uratowania w różnych okolicznościach.

Ponadto prosi, by się wyuczyć tych nazwisk, aby duchowa siła odważnych przeszła na słuchaczy, co wzbogaci liczbę odważnych i pchnie cywilizację.

My, Zatraceński, pomijamy tę listę, gdyż ludzie odważni są skromni i nie pragną sławy. Poza tym nam odwaga nie jest potrzebna. Nie możemy na przykład ocalić wciągniętych w zasadzkę żołnierzy ani okazać odwagi cywilnej i dać się powiesić ewentualnie spalić za prawdę. Następnie Didirot bezlitośnie drwi z tchórzostwa, szczególnie jako źródła zastoju cywilizacyjnego. Przy okazji podaje listę stu najwybitniejszych tchórzy w dziejach ludzkiego gatunku i proponuje, by zapomnieć tych ludzi, którzy są bolesnym wyrzutem w społecznej świadomości.

– Tchórzostwo zresztą – zakończy swą myśl Didirot – w ogóle w ogóle nie istnieje, podobnie jak krasnoludki. To znaczy, że każdy porządny człowiek jest odważny z natury, ale z różnych powodów, najczęściej z lenistwa i dla zachowania aktualnej posady, nie uruchamia w sobie tej właściwości.

– Niech mnie odważni pocałują w mój skrzaci tyłek – replikuje Pleton.

Bardzo nieprzyjemny i niestosowny zwrot w poważnej dyskusji, chociaż według niego, Andrzeja, w pewnym sensie rzeczowy, gdyż gnom opisuje przy okazji swój tyłek tak zniechęcająco, że żadna odwaga nie pozwoliłaby podjąć się proponowanej czynności. Dalsze jednak argumenty Pletona mają charakter poważny i operują dowodami trudnymi do obalenia: – Jeśli nawet przyjąć, że odwaga buduje świat, to wznosi go dla tchórzostwa. Odważni, jako pierwszy szereg dzielnych budowniczych nowego, zwykle giną, a zdobycz przechodzi w dłonie tchórzy. Życie jest najwyższą wartością, oto nasza popularna zasada, a kto boi się, żyje dłużej i zbiera plony zasiane przez odważnych. To tchórze zachowują gatunek dla wiecznego trwania, ponieważ dłużej żyją, więc i dłużej płodzą. Tchórze nie krytykują i nie żądają, nie powodują tedy konfliktów i nie łamią obowiązującego porządku. Tchórze nie biorą udziału w aktach agresji, szanują prawo i są zwolennikami panującego ładu.

Najłatwiej zorganizować społeczeństwo tchórzy, a społeczeństwo zorganizowane oraz uległe buduje wydajniej niż odważni, którzy z reguły są burzycielami.

Dzięki tchórzom wszyscy wiedzą wszystko i nie jest potrzebne stosowanie przemocy, aby się czegoś dowiedzieć. Tchórzostwo to rodzaj lojalności i matka życia w uregulowanym, pewnym nurcie. Tylko to uczucie powoduje, że nie czynimy rzeczy nie przemyślanych, że umiemy wyobrazić sobie konsekwencje naszych emocji.

Tchórzostwo oznacza bezpieczeństwo dla tchórza i dla innych. Ta cenna cecha normalnego człowieka i krasnoludka z reguły łączy się z podwyższoną wrażliwością.

Dlaczego tchórz nie zadaje cierpienia? Dlatego, że go się boi. Najczęściej tchórzliwe są kobiety oraz rusałki. Stąd żyją dłużej, czują głębiej, lepszą opieką otaczają najbliższych i nie zaznają wątpliwości umysłu. Z tchórzostwa spełniają najbardziej nużące i znienawidzone funkcje. Z tchórzostwa wybierają nieszczęśliwą pewność przy boku nijakiego mężczyzny, zamiast szczęśliwej niepewności obok ideału.

Konsekwenty i przekazywany stanowczym tonem wywód Pletona powoduje, iż specjalistka od sportu przestaje tańczyć na swoim krześle, a nawet na nim siada.

Przebudzone z omdlenia inne dziennikarki wsłuchują się bacznie, podobnie jak mężczyźni. Skrzat wydobywa z ucha złocistą kuleczkę, bada ją oczyma i kontynuuje: – Tchórze najbardziej boją się śmierci. I słusznie. Brak tej obawy zniweczyłaby ludzkość oraz krasnoludki natychmiast, bo jest równy pozbawieniu instynktu samozachowawczego.

Mówi się, że na tchórzy nie można liczyć. To prawda, oni unikają udziału we wszystkim, co wiąże się z niepotrzebnym ryzykiem. Zawsze natomiast są do dyspozycji, kiedy trzeba utrzymać istniejący stan rzeczy. Bez wahania popierają ład, porządek i własny spokój, więc spokój wszystkich. Można na nich liczyć w fundamentalnych sprawach bezpiecznej egzystencji.

Pleton nie żąda uznania publicznego dla swego stanowiska. Uważa raczej, iż nadanie tchórzostwu rangi szlachectwa lub stopni naukowych, zaprowadzenie go w instytucjach wychowawczych, przymus do niego i szeroka propaganda płynących z tchórzostwa korzyści, mogłyby ludzi oraz krasnoludki odwrócić od jego kultywowania. Tylko za dymną zasłoną powszechnego uznania dla odwagi tchórzostwo może się, także na mocy przekory, bezpiecznie rozwijać i pomagać ludziom czy skrzatom w przetrwaniu, a przede wszystkim w eliminacji jednostek, których odwaga stanowi przyczynę zagrożenia innych. Odważni sami się eliminują, cieszy się Pleton z tego prawa społecznego i jest bardzo dumny ze swych uczuć, naturalna konsekwencja wywodów.

Gnom sypie nazwiskami. Głośnymi, otoczonymi prawdziwym lub wymuszonym szacunkiem. Podaje przykłady tchórzostwa tych wielkich ludzi, którzy w istocie zbudowali to, co jest zbudowane. Przekonuje, że tchórze są wydajniejsi nawet na wojnach, gdyż skutecznie chroniąc własne życie, zabijają w efekcie więcej wrogów. Wśród wybitnych, w skali województwa, ludzi, u których rozsądek, najważniejsza cecha myślącego człowieka, wyraźnie przeważa nad brzydką odwagą.

Pleton elegancko umieszcza Morskie Oko. Stwierdzenie to, czyżby niebaczne, podrywa naczelnego redaktora do ponownego nerwowego działania.

– Nigdy nie byłem tchórzem! – ryczy. – Zawsze piszę tak, jak myślę.

– Właśnie – ciszy się Pleton.

Do lojalności względem szefa poczuwa się jego zastępca.

– Zadzwonię po straż pożarną – proponuje odważnie.

– Ja zrobię – mówi Ainstein. – Powiem pożarnikom, że właśnie krasnoludki, to jest terrorystyczna grupa kurdupelków, wzięła w niewolę zespół redakcyjny.

Uwolnienie zakładników nastąpi po dostarczeniu przez straż pożarną pół kilograma smażonej wołowiny bez kości.

– Oszalałeś! – drze się Kocie Oko na zastępcę. – Żadnych krasnoludków nie było i nie ma!

– Gdzie pani nabyła tę szałową bluzkę? – pyta Hrabina Zofia sympatię naczelnego.

Rusałka maszeruje właśnie po długim stole, przy którym odbywała się narada. Nie czeka na odpowiedź, której zresztą nie ma, i podchodzi do redaktora sepleniącego. – Podobasz mi się, staruszku – mówi do niego kręcąc bioderkami.

– Zawse podobałem się dziewcętom – odpowiada redaktor i całuje rusałkę w maleńką dłoń. – Cy pani ma wolny wiecór?

– Zboczeniec – komentuje sympatia naczelnego.

Otwierają się drzwi od sekretariatu, zagląda pracująca tam dziewczyna i pyta: – Czy podać już zakąski?

– Tak! – krzyczy stanowczo Kocie Oko. – I koniec przywidzeń!

Ciężkim, oprawnym w płótno rocznikiem „Wetknięć”, ujętym niesamowicie szybko, rzuca w miejsce na biurku, gdzie Pleton dłubie właśnie w drugim uchu. Skrzat wskakuje na rocznik i zjeżdża na nim na zielony dywan. Sympatia naczelnego uderza torbą w Hrabinę Zofię.

Zastępca szefa, uginając się pod ciężkim krzesłem, próbuje nim przygwoździć trzy rusałki spoczywające pod filodendronem.

– Najprzyzwoiciej zachował się sepleniący – opowiada Pitigoras. – Przygarnął Hrabinę Zofię oraz Zhingę i widząc, jak wskakujemy na parapet otwartego okna, sam je tam zaniósł.

– Nikogo nie złapali? – pyta on, Andrzej.

– Owszem. Rzucili się wszyscy i pod stołem oblepili zastępcę naczelnego.

– Odważni ludzie – stwierdza z uznaniem Mechiavelli. – I twardzi, bo sprostowania w naszej sprawie nie należy się spodziewać.

Krasnoludki lądują na pełnym śmieci podwórku za redakcją. Gubią się w stosach papierów i odpadków, potem wychodzą na uliczkę, gdzie jest przystanek taksówek.

Przyjeżdżają prawie pod nasz dom, gdyż ukradkiem zabierają się samochodem z jedną z naszych sąsiadek.

My, Zatraceński, przeżywamy mieszane uczucia, gdy zawiany zespół redakcyjny opuszcza lokal około godziny szesnastej. Dla niego, Jakuba, jest to dowód, iż skończyła się wreszcie jego, Andrzejowa, obsesja, kiedy sekretarka wyprasza nas z korytarza, gdyż zamyka drzwi wejściowe.

– Gdybym nie miała w czubie – mówi do koleżanki przechodząca obok nas dziennikarka – przysięgłabym, że szefa odwiedziły dziś krasnoludki. Zupełnie trzeźwe krasnoludki. I że wyfrunęły przez okno, co dowodzi, że były to raczej kolorowe papużki.

– Były – potwierdza koleżanka. – Ale już po wódce. Uchlały się i szef im dowiódł, że są tchórze i nie mają rozumu.

– Głupie wrony – odpowiada pierwsza. – W tym mieście tylko Kocie Oko ma rozum.

W lepkim smrodzie o właściwościach zepsutych jajek, który stoi nas miastem gorącym jak kipiący czajnik, my, Zatraceński, biegniemy szybko do naszego mieszkania. On, Jakub, naśmiewa się z niego, Andrzeja, kpi z jego fantazji i troski, czy skrzaty same potrafiły wrócić w domowe pielesze. Może nigdy się nie dowie, że żart albo poważny przypadek losu podarował nam przed rychłą śmiercią coś bogatszego niż bogaty świat rzeczy.

Na szczęście skrzaty są już w naszym mieszkaniu. Chodzą wśród pięciu tysięcy książek, wśród pachnących trocin i wiórów, pogryzając plasterki żółtego sera.

My, Zatraceński, bierzemy się za smażenie okonków, gdyż w rybach jest fosfor, a od fosforu przybywa rozumu.

– Przypuśćmy, że tak było – stwierdza on, Jakub, gdy znamy już zaszłe w redakcji wypadki, które uważa za wytwór zboczonej wyobraźni jego, Andrzeja. – Jakieś krasnoludki w redakcji. Prymitywne zachowanie. Wszystko po to, aby z dziennikarzy zadrwić, ośmieszyć ich. Niemoralne jest umieszczenie człowieka w sytuacjach satyrycznych tylko dlatego, że jakieś jego poglądy lub zachowania nie odpowiadają nam.

– Skrzaty – odpowiada on, Andrzej – tylko uczestniczą w tej grze pozorów, jaką jest cały świat.

– Wszystko jest grą pozorów – zgadza się Jakub. – Więc i one. Czyżbyś nie zauważył, że prowadzimy życie pozbawione sensownych motywów oraz celów? Biegamy gdzieś, widzimy coś, słyszymy o czymś, zamiast codziennie wytwarzać z drewna lampy i półki, sprzedawać je, nabywać żywność, odpoczywać i czekać na wyznaczony koniec oraz ewentualne odwiedziny panny Nu-Nu. Tak przecież istnieją wszyscy, czy chcesz być oryginalny?

Anatol Ulman 

Potworne poglądy cynicznych krasnoludków 

Wspomnienie o Buczkowskim

 Nie ma życiorysu bez plam i ja, oczywiście, też nie jestem ich pozbawiony. Do niektórych nigdy się nie przyznam. Ale o jednym świństwie opowiem. Zrobiłem je dziesięcioletniemu chłopcu. Poniekąd czuję się usprawiedliwiony: znajdowałem się w sytuacji moralnie skomplikowanej. No tak, może ktoś powiedzieć, jak się robi świństwo, to człowiek zawsze sobie wyszuka jakieś usprawiedliwienie. Znamy to!

Było tak. Kiedyś wracając do domu, zobaczyłem na klatce schodowej synka naszych sąsiadów, poszeptującego z dwoma kolegami. Wszyscy trzej mieli na plecach tornistry. Czyhali najwidoczniej na mnie, bo jeden z nich, pewnie specjalnie do tego oddelegowany, zagrodził mi drogę i spytał, zająkując się: „Czy to prawda, że pan jest Stanisław Lem?”.

Już miałem zaprzeczyć, kiedy nagle ogarnęły mnie wątpliwości, czy powinienem. Przecież to jasne, że mój mały sąsiad pochwalił się przed nimi, że tu obok, drzwi w drzwi z nim, a nie w jakimś strzeżonym przez elektroniczne stwory zamku, mieszka słynny pisarz, legendarny Stanisław Lem. Co, nie wierzycie? To możecie iść ze mną i sami go o to zapytać! Więc co miałem zrobić? Powiedzieć – „tak, to ja”, znaczyłoby żyć w aureoli cudzej sławy. I skłamać. Czy ja sam latami nie starałem się głównie o to, by przekonać moich czytelników, że kłamstwo to rzecz paskudna?

I że po kłamstwach ich poznacie je? A tu jeszcze idzie o młode duszyczki, tak zwane niewinne – niech to diabli! Ładny wzór im dam!

Ale powiedzieć prawdę, znaczyłoby rozwiać marzenia trzech chłopców o Lemie fizycznym, Lemie dotykalnym (którego, co za sukces, najwidoczniej w ich oczach wcielałem). Wybrałem po krótkim wahaniu pospolitość prawdy, świadom tego, że robię świństwo mojemu małemu sąsiadowi. Bo jak on im teraz spojrzy w oczy? I te ich kpiny: Lem – tutaj – na twojej klatce schodowej – skąd? jak? – Stuknij się w głowę!

Mógł mój mały sąsiad, co prawda, zaperzyć się i wykrzyczeć, że tak czy owak jakiś literat tu obok mieszka, coś tam skrobie po papierze, ale – bądźmy szczerzy – to nie to.

Nasuwa mi się jednak pewna refleksja: że wprawdzie zrobiłem świństwo chłopcu, ale nie zrobiłem – Lemowi. Uchroniłem jego legendę. Bo w chwilę po tym znów wyszedłem na klatkę schodową, tym razem z kubłem śmieci do zsypu. I oni, ci trzej chłopcy, wciąż jeszcze tam tkwili i sprzeczali się ze sobą. Na mój widok zamilkli. I pewnie pomyśleli sobie: no tak, to nie mógł być Lem, ten facet wynoszący śmieci. Ja zaś, przechodząc obok nich, pomyślałem, nie bez pewnej ulgi, że tyle mi wolno, i śmieci wynosić, i do autobusu się pchać, i mnóstwo-mnóstwo głupstw robić. Których nie wolno Lemowi.

Zaglądam do starych notatek – z końca lat siedemdziesiątych – i natykam się na coś, czym może warto się podzielić. Zapis wygląda z grubsza tak.

Telefon do Leopolda Buczkowskiego, do Konstancina: czy zgodzi się mieć wieczór autorski w sali naszego związku. Zgadza się, tylko chciałby to przedtem omówić. Może go odwiedzę?...

W sobotę wieczorem pojechałem do Konstancina. Mistrz kończył odśnieżanie ścieżki przed ogrodzeniem. Dom robi wrażenie: jest to może i waląca się rudera, ale nie zamieniłbym jej – takiej jaka jest – na pałacyk z kolumienkami. W ogrodzie pełno jego rzeźb w drzewie, oryginalnych i swoiście pięknych, w pokoju sporo obrazów. Niektóre, niezwykle subtelne w rysunku, trącące japońszczyzną – o tematyce żydowskiej: Mazełtow, Grajkowie i kilka innych. Zdaje się, że pan Leopold niechętnie ich się wyzbywa. Kupowano je w Londynie – mówi – ale udało mu się kilka uratować dla siebie. Gabinet przypomina trochę warsztat szewski. Na półkach książki ustawione byle jak, zakurzone, szarawe – i stosunkowo ich niewiele. Nie jest zbieraczem, ale skądinąd wiem, że jest zajadłym czytaczem – książek, gazet – stale coś wertuje, często odwiedza związkową bibliotekę. Na stoliku nowe, już szóste wydanie Czarnego potoku, jego arcydzieła, z odcinkiem przekazu pocztowego wewnątrz. Huczy piecyk. Włażą trzy psy, wszystkie łagodne, dwa duże ocierają się o mnie aprobująco, trzeci mały Czarny Piotruś merda z ożywieniem ogonem. Wszystko przytuleńcy: jeden został wyrzucony z samochodu przez właścicieli, którzy mieli go dość, drugi, bokser („strasznie dobra psina”), przybłąkał się z ulicy, a Czarny Piotruś był psem sąsiadów, głodzili go, „dałem mu kiedyś jeść i przystał do nas”.

Uprzedzam pana Leopolda, że podczas wieczoru mogę zadać pytanie na temat niekomunikatywności jego prozy. Zgoda. Odpowie, że chce uzyskać w prozie to, co Schönberg w muzyce. (Uprawia też muzykę, komponuje. Chciałby, żeby mu zorganizowano koncert w domu ZAiKS-u). To, co najbardziej jest interesujące w świecie, to nieoznaczoność. Nieoznaczoność nie w sensie materialnym, ale filozoficznym. Opowiada, że profesor Sierpiński, słynny matematyk, zaproponował jakiemuś artyście trzy liczby pierwsze do wyciągnięcia funkcji i tamten ze zdumieniem stwierdził, że wyszedł z tego piękny wzór plastyczny. „Tak, panie Leopoldzie – odważam się wtrącić – tylko że my operujemy nie tonami, nie liczbami, ale słowem. Pojęciami”. Opowiada mi raz jeszcze historię (którą opowiadał mi przed laty u Berentowicza – nie ma już dziś tej wspaniałej konstancińskiej knajpy), jaka wydarzyła się u nich na podwórzu na Podolu, podczas najazdu Niemców na Związek Radziecki. Na podwórze, nad którym z gwizdem przelatywały pociski, wbiegł oficer sowiecki w panice i błagał, żeby go ukryli. Cały czas powtarzał: Posłuszaj, ja leningradiec. Panimajesz: iz Leningrada. Ukryli go i zaraz wbiegło dwóch Niemców; jeden z nich, który naprowadzał ogień artylerii, leżąc na ziemi obok Leopolda, powtarzał: „Moja matka była Polka. Ja, ja, eine Pole...”. Dwie dumy. Tę historyjkę z podolskiego podwórza Mistrz lubi opowiadać (powtórzy ją i na swoim wieczorze). Każdy coś ma w sobie, co uważa za szczególne. Wyróżnik. Ja też to zauważyłem; zgadzamy się, że dla człowieka najważniejsze jest utwierdzenie się w swojej jedyności. Na każdym szczeblu kultury można to zaobserwować. Opowiadając, Buczkowski imituje sposób mówienia postaci, każdą w jej języku, ze znakomitym akcentem. Może uchodzić za dziwaka, ale przede wszystkim jest artystą, z nieodłączną dumą ze swojego powołania. (A więc z tego – idąc tropem jego opowieści – co go wyróżnia).

Wchodzi córka i podaje nam kawę. Rozmawiamy o wspólnym znajomym z Krakowa, prawie przyjacielu, Jurku Karolaku, utalentowanym grafiku, mistrzu plakatu i wystroju wnętrz, o tym, jaki z niego był elegant, jakie maniery, dowcip, i jak się opuścił, rozpił, spuchł – żebrak. (Powiedział mi kiedyś, jeszcze w Krakowie, że kiedy Niemcy wkroczyli do Warszawy, postanowił sobie, że nigdy się nie podda, że będzie trzymał fason, goląc się starannie, dbając o wygląd, zawsze w tweedowej marynarce, świeżej koszuli z krawatem. Po latach spotkałem go w Warszawie – zarośnięty, koszula wymięta, krawat przekrzywiony. Mówię, patrząc mu w oczy: „Widzę Jurku, że wojna się skończyła”. Jego oczy napełniły się łzami. Szepnął wzruszony: „Ty pamiętasz”). Zerkam na półki, straszną mam ochotę poprzestawiać te książki, uporządkować je. To już taka moja obsesja – wszędzie, gdzie przychodzę, mam ochotę porządkować książki według jakiejś logicznej koncepcji. Rozmowa przechodzi na mojego Montaigne’a, przytaczam mu zabawny komplement Ryśka R.: „Książka o filozofii, a czyta się jak o p...u!”. Buczkowski na to, że erotyzm to wielki temat i u nas wcale nieruszony. Więc może by się pan do tego zabrał? – podsuwam. Odpowiada zagadkowym uśmiechem.

Wieczór się udał: przyszli głównie literaci – to się rzadko zdarza. Zygmunt Trziszka w swoim słowie wstępnym porównał autora do Chrystusa, w którego trzeba wierzyć, nie analizować, nie dociekać. Hanna Kirchner ładnie i sensownie z nim polemizowała, Trziszka się zdenerwował (jak zwykle wierzący), przerywał jej dość ostro. Pani Kirchner wskazała, że Leopold Buczkowski bynajmniej nie jest w świecie zjawiskiem odosobnionym, że łączy się z nurtem nowoczesnej powieści europejskiej. Kolega Sobierajski żałował, że autor odszedł od zmysłowości Wertepów i Czarnego potoku w stronę dywagacyj (co kiedyś znaczyło: gadać od rzeczy – ale tego p. Sobierajski nie powiedział). Jako prowadzący spotkanie zapytałem Buczkowskiego (tak jak się z nim umówiłem), czy nie kusi go czasem, żeby trochę ułatwić czytelnikowi lekturę. Odpowiedział tak jak w domu: że Schönberg, że dwanaście tonów, że nieoznaczoność, tylko bardziej pokrętnie, jakby był trochę speszony. Podsumowałem: „Jak państwo widzicie, namawianie Leopolda Buczkowskiego, żeby pisał inaczej, niż to robi, jest bez sensu, ponieważ to, co pisze, jest w zgodzie z jego osobowością, z tym, co się w nim dzieje. Rzadko który pisarz tak bardzo wie, czego chce i dlaczego pisze tak, a nie inaczej”. Pozostała jeszcze „sprawa Trziszki”, jakoś to trzeba było załagodzić. Powiedziałem więc (co myślę), że Trziszka ma do Buczkowskiego stosunek uczuciowy i że, jak to na ogół bywa w miłości, nie toleruje niczyjego innego uczucia, chce go mieć wyłącznie dla siebie.

Wszyscy byli bardzo zadowoleni, również i sam Mistrz.

Józef Hen

Nie boję się bezsennych nocy

wtorek, 1 kwietnia 2025

Dojrzała do świńskiej śmierci

 Była to najmądrzejsza świnia w całym Generalnym Gubernatorstwie-prawdopodobnie powiedział tato i dlatego jej mózg usmażony przez mamę na patelni jedliśmy z nadzieją, przynajmniej ja, że coś się z tej mądrości udzieli.

Jasne i piękne ciało Chloe, wypłukane do czysta w ciepłej wodzie, różowiało w świetle powstającego dnia, więc spożywaliśmy posiłek uroczyście, w milczeniu. Być może tata nie wypowiedział tego zdania, chociaż nie jestem pewien ze względu na wieczny ruch będący atrybutem świata, skoro w ogóle mówimy, wśród milionów zdań zostało wypowiedziane i to, a z pewnością powinno.

Życie Chloe było nielegalne, bytowała, jak szereg jej poprzedniczek, w lochu pod podłogą, pozbawiona skromnej ozdoby nadawanej przez przez kanclerza każdej świni w naszym kraju, w jej ślicznym jak muszla uchu nie tkwił wojenny kolczyk. Wejście do samotni Chloe zasłaniała skrzynia ze starymi butami, może beczka z kiszoną kapustą, chociaż beczka nie stała w izbie, lecz w sieni, nad Chloe było więc drewniane pudło z kopytami do robienia butów albo coś innego, co zniknęło z pamięci.

Samotność oraz ciemność sprzyjają rozmyślaniom.

- Chloe jest mądra, gdyż słucha, co mówię- stwierdził tata.

Argument nie budził wątpliwości, gdyż Chloe pod podłogą chrząkała z uznaniem, kiedy tata wysupływał myśl szczególnie głęboką. Było to może przypadkowe, jest też możliwe, że nie chrząkała i że myślę o zupełnie innej świni zamiast o uroczej Chloe. Inteligencja wielu naszych wychowanek skupia się bowiem w przekonaniu o intelekcie jednej.

Co kilka dni, sądzę nawet, że codziennie, w ciche letnie wieczory wyprowadzałem Chloe na sznurku uwiązanym do jej nogi na podwórko, pod czarnobłękitne niebo, by mama i tata mogli wyczyścić jej loch, wymościć go liśćmi, trawą oraz kwiatami, których zapach łagodził ostry odór. Pewnego wieczoru Chloe zaprzestała nagle rycia ziemi na podwórku i z siłą niewiarygodną u tak młodego i wątłego dziewczęcia pociągnęła mnie, przyzwiązanego do sznura, w zarośla czarnego bzu za domem, jeśli nie rosła tam jeszcze leszczyna, a może jedno i drugie, właśnie tam stanęła nieruchomo i nie potrafiłem jej ruszyć, mocując się nadaramnie ze świńską nogą wrośniętą w ziemię. Niewątpliwie wołałem na tatę; a raczej zamierzałem krzyczeć z prośbą o pomoc, gdyż, w chwilę poźniej usłyszałem szczekliwe, żołnierskie głosy dobiegające z ulicy. Zamarłem, to oczywiste, świnia stała spokojnie jak marmurowy posąg, z głową wyciągniętą czujnie i nieruchomą w świetle gwiazd przesiewanych przez gałązki dzikiego bzu lub leszczyny.

Czułem obracanie się Ziemi albo obracałem się sam w milczeniu wokół środka świata, jakim stała się Chloe. Rzecz trwała kilka lat, gdyż urosłem o siedem centymetrów, co stwierdziła Cigi przy pomocy calówki, i wybladłem pieknie niby lilia.

Tata wreszcie zagwizdał, godząc mnie w samo serce, chociaż przestałem je mieć, pracowała jedynie pompka do krwi. Po gwiździe taty Chloe zaprowadziła mnie do domu, gdzie na środku izby mama stała jakby pobielona wapnem i była najładniejsza z całego życia, znajdowała się bowiem przed chwilą w niebie, dokąd wysłali ją żołnierze za brak kolczyka w uchu Chloe. Tego wieczoru ta świnia wypiła na kolację moje kozie mleko albo zjadła moją zupę na mleku lub kawał chleba z kozim serem, z czego obydwoje byliśmy zadowoleni przy pełnej aprobacie mamy, która przecież nie darowała mi żadnej nie zjedzonej kolacji.

Każda tajna świnia kończyła swe życie zasolana w beczce wkopanej w ziemię stajni albo ukrytej w zgliszczach spalonego dworku. Chloe przeżyła swe subtelne panieństwo otoczona czułością i troskliwą opieką, karmiona obficie i z wdzięcznościa przemieniła się wkrótce, jedynie zewnętrznie, jak się miało okazać, z kruchej piękności w ohydną świnię, tłustą i pozornie tępą, dojrzałą do swińskiej śmierci. Tata jednak odkładał kilkakrotnie jej zgon, mimo że z lochu dolatywał nas bezczelny chichot, a nie okraszane ziemniaki, podawane przez mamę na obiad, mdliły w żołądku. Mama kochająca nas, więc bezwzględna, zamieniła woreczek fasoli lub wełniany szal albo coś równie cennego na bańkę bimbru u ludzi z dzielnicy i tata pił ten bimber, który trawił mu sumienie oraz wypalał wątpliwości i rozpuszczał opór. Ptaki spadały martwe od wyziewów wydostających się z ust tat, opadły także przedwcześnie liście bzu pod oknem, kiedy tata wreszcie zdziczał i stał się gotów do zabicia naszej przyjaciółki, jesteśmy bowiem tylko ludźmi.

Ociężała Chloe, podobną do leżącego kiedyś na podwórku Thomasa, zniekształconą zwałami słoniny i śmierdzącą gównem, wydobyliśmy z wnętrza Ziemie, gdzie ukrywała się przed kanclerzem oraz jego dzielnymi żołnierzami. Aby zabić świnię, trzeba jej przyłożyć najpierw obuchem siekiery w czoło, traci wówczas zmysły i można jej wbić bagnet w serce, po uprzednim związaniu nóg. Krew odprowadza się do miski, by potem zrobić z niej kaszankę oraz żreć tę kaszankę odgrzaną w tłuszczu śliskim, podłym i smacznym.

Tata trzymał siekierę w powietrzu, lśniła w blasku karbidówki bezduszna i okropna. Myślałem, jeśli wtedy posiadałem tę właściwość, że kiedy tata opuści narzędzie mordu, zdruzgocze cały ogród ze wstydu i hańby. Palce taty zaciśnięte na trzonku, podobne do drapieżnych pazurów, wdrążały się w drewno trzonka w męce konieczności i nie byliśmy dumni z siebie, ale nikt nie odwołał spadania obucha, natomiast zaraz potem usiedliśmy na Chloe wszyscy, świnie bowiem przytomniały po wbiciu noża i pragnęły uciekać.

Mama płakała, gdyż ludzie są głupi, tata z wściekłością, tak rzadką w jego czynach, wbił żołnierski bagnet w pierś Chloe i wtedy opadł z niej tłuszcz, uniosła się niby prężna dziewczyna, więzy na jej nogach pękły, gdyż były zrobione zbyt gorączkowo. Świnia ruszyła, raczej runęła ku drzwiom inteligentna i bystra. Wypadliśmy za nią błyskawicznie, a może dopiero dziś wypadamy, gdyż była podwójną śmiercią, znaczącą drogę ucieczki pasemkiem krwi czarnej, więc błyszczącej w światłach nocy. Gibka Chloe opuściła ogród, przebiegła zgrabnie ulicę i zniknęła w zaroślach konopi, które wówczas rosły między ulicą i aleją. Sądziliśmy błędnie, że zamierza zagubić się w cieniach policyjnej nocy, aby rankiem, po krwawych śladach, sprowadzić żołnierzy w czołgach, samolotach, z ciężkimi działami i miotaczami płomieni, by wypalili ogród i zamienili nas w proch za zdradę oraz niewdzięczność, do jakiej zdolni są tylko ludzie.

I my runęliśmy w konopie, z martwego świata w martwą ciemność, chropowatą i szorstką, gdyż łodygi tej rośliny bronią się przed ingerencją i są bezlitosne dla skóry rąk oraz twarzy. Wiele nocy przedzieraliśmy się przez ten oschły las szeroki na pięćdziesiąt metrów. Tata prowadził nas nieomylnie albo przypadkowo, może był wówczas wilkiem i czuł krew Chloe, czego nie stwierdzam, gdyż trzymałem się sukni mamy, mama, wierna żona, umiała iść śladami męża.

Kiedy minęły te noce, wychynęliśmy z konopnej dżungli naprzeciw Chloe spoczywającej w rowie, zamarłej niby bieluchny kamień przed błyszczącą w blasku gwiazd nawierzchnią alei.

Zbliżaliśmy się ku niej ze czcią i szacunkiem, przekonani, że wybaczyła nam ludzką słabość, albo wściekli ze strachu, więc bezlitośni wobec zwierzęcia uczącego nas moralności, i wtedy Chloe ożyła, wspaniałym susem, pięknym jak lot oszczepu, wyskoczyła na autostradę. Potem pobiegła, podobna do ślicznego małego konika w kierunku przeciwnym niż miasto.

- Leci na lotnisko- rzekł zmęczony tata.

Nie jestem przeświadczony, że tata wypowiedział tę myśl. W każdym razie opanował nas wreszcie spokój niezrozumiały a chłodny, biegliśmy bez pośpiechu rowem, wzdłuż alei wymarłej i pustej, prowadzącej do nieskończoności, zdecydowani dumnie i bez strachu dobiec donikąd.

Mieliśmy szansę jak ta kobieta goniona przez Thomasa, bo był to chyba Thomas, powrócić do ogrodu z drugiej strony Ziemi, jeżeli Ziemia była wówczas okrągła. Powietrze nocy, rześkie, pachnące, dawało przyjemność, jakiej przedtem i potem…Chloe podobna do białej żaglówki pędziła bezgłośnie, nie zmieniając kursu wyznaczonego przez autostradę, czarną rwącą rzekę. Nie staraliśmy się wcale zmniejszyć dzielącej nad od Chloe odległości, bo był może właściwy czas na wyjście z domu i opuszczenie ogrodu.

Pomyślałem o Cigi śpiącej na strychu a cała przyjemność biegu błyskawicznie zmieniła się w gorycz albo przypisuję sobie uczucia, do których nie byłem i nie jestem zdolny. W delikatną ciszę nocy wdarło się nagle trzeszczenie motocykla, a na wiadukcie, nad nie istniejącym wówczas torem kolejowym, pojawiło się przyćmione światełko pojazdu. Chloe przystanęła na środku alei, wyciągnęła ryj, a rozumieliśmy, że podejmuje decyzję stanowiącą o nas, o życiu, śmierci, końcu biegu.

- Chloe- szepnął tata miękko i wbrew pozorom nie prosił jej o nic, chyba tylko o wybaczenie. Leżeliśmy bezbronni w płytkim rowie, przytuleni do trawy, ale widoczni, nadzy a umarli być może. Głos obudził Chloe z rozmyślań, lewą nogę oblewała jej ciecz wybiegająca spod rękojeści bagnetu. Nie spojrzała w naszym kierunku, chociaż tata właśnie wstał, by przyjąć z zarozumialstwem bliską przyszłość, lecz ostatnim wysiłkiem woli ruszyła do przodu, mimo że motocykl był już blisko.

Ten żołnierz zauważył Chloe, ostro oraz zręcznie skręcił w prawo, a my w trójkę staliśmy albo leżeliśmy dalej i tylko chcieliśmy wstać, bo tak byłoby ładniej, i nie czulibyśmy wstydu z powodu zabijanej świni. Chloe zrobiła to samo, co kierowca pojazdu i żołnierz przerzucił motocykl na drugą stronę, już miał ją minąć przy hamowanej prędkości, kiedy Chloe zdecydowanym ruchem rzuciła się pod przednie koło i zdążyła.

Motocykl, jak sądzę, wyjechał wtedy w niebo oderwany od jezdni niby startujący samolot, zawisł w powietrzu i trwał tam od początku do końca świata jak czatna giwazda. Patrzyliśmy długo w oblicze wszechświata oraz na szybującego żołnierza, który twardo dzierżył drążki sterowe pojazdu, w końcu jednak bezgłośnie wrócił na Ziemię, nadział się na granatowy słupek wymierzający odległości a ocucił nas trzaskiem krótkotrwałym jak mgnienie oka. Zakłócona nocna cisza dopadła go, otuliła milczeniem i jest niewątpliwe, że było inaczej, ale mogło być i tak, bo fałszywe wyobrażnie bywa jedyną prawdą do przyjęcia. Staliśmy nad rowem lub leżeliśmy w nim dość długo, a może w ogóle nas tam nie było, jednak Chloe zabiła lotnika przed wiaduktem i leżała rozłożona na środku alei. Pogruchotana kołem motocykla nie drgnęła już, wypełniwszy swój zamysł i nadawszy swej śmierci sens głębszy, niż my zamierzaliśmy przy świniobiciu. Pusta droga błyszczała martwo, we wraku pojazdu leżał, trzymając sie nadal pogiętej kierownicy, lotnik z głową zamienioną w ugnieciona truskawkę.

Chloe, owinięta w fartuch szewski, targaliśmy z powrotem idąc rowem, z męką doszlismy do konopi, tam odpoczęliśmy, wróciliśmy raz jeszcze przed wiadukt i myliśmy aleję szmatami zmoczonymi w kałuży pod wiaduktem.

Stała tam zawsze woda z zaległych opadów, chyba właśnie w tym celu.

Szorowaliśmy kilomter klinkierowej autostrady, wywabiając z niej czarną strużkę krwi Chloe, i była to praca nadaremna, ponieważ trzeba by wydłubywać krwinki z ziemi między poszczególnymi kamieniami, poza tym ślady mycia były wyraźniejsze niż krew.

Nie wiedzieliśmy wówczas, że nad ranem deszcz miał przemyć świat.

Tylko prawdopodobnie Chloe przewidziała ten fakt i dlatego z beztroską, a może zimnym namysłem, pozwoliła sobie naznaczyć alejkę krwawym śladem. Nie spaliśmy już tej nocy, która minęła niezmiernie szybko, aczkolwiek nie skończyła się do dziś. Mamie jednak nie przeszkodziło nic, by usmażyć świński mózg, spożywany przez nas z uszanowaniem jak serce wroga… - Nie znosiła ich- powiedział tata.

- Gdy wiedziała, że trzebna zginąć, nie chciała umrzeć głupio- mama podkreśliła, iż Chloe chciała się przydać.

- Tak- potwierdził tata.- Pojechała do piekła na żołnierzu.

- Ona poszła do nieba- rzekła mama i zdając sobie sprawę z grzechu, przeżegnała się oraz przeżegnała nas, a Bóg jej wybaczył, bo spadł deszcz z nieba pogodnego i suchego.

Anatol Ulman

Cigi de Montbazon