Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2016

W każdym razie jednak żyje już dość długo, żeby nie traktować zbyt poważnie czyichś programowych i rzekomo obowiązujących opinii


Do Jamesa Sandoe
10 sierpnia 1947 r.

Dostałem „Partisan Review”. Jest to pismo w swoim rodzaju wcale dobre. Brak co prawda kogoś takiego, jak Cyril Connolly czy Orwell i z pewnością jest na dużo niższym poziomie od starego „Dial”, którego na początku lat dwudziestych byłem nieco zbyt oddanym wielbicielem. Czystej wody intelektualiści są znakomitym katharsis dla pisarza myślącego kategoriami bardziej praktycznymi, który czy pisze tylko dla pieniędzy, czy nie tylko dla pieniędzy, w każdym razie jednak żyje już dość długo, żeby nie traktować zbyt poważnie czyichś programowych i rzekomo obowiązujących opinii.

Shaw, jako bardzo młody człowiek z rudą jeszcze brodą, miał w Londynie odczyt na temat, który wówczas coś jeszcze znaczył, a mianowicie „Sztuka dla sztuki”. Oczywiście Shawowi ten prąd się nie podobał, w ogóle zresztą niewiele rzeczy mu się podobało, chyba że sam je zainicjował.

Ale sztuka dla propagandy to coś znacznie jeszcze gorszego. Pismo poświęcone krytyce, którego nadrzędnym celem nie jest inteligentne myślenie, ale myślenie w taki sposób, aby nie wykraczać poza zespół idei politycznych tego czy owego kierunku, zawsze w końcu zawiera artykuły krytyczne jedynie w potocznym rozumieniu tego słowa, inteligentne zaś tylko w sensie ustawicznego i mozolnego szukania nowych określeń dla spraw dawno odkrytych przez innych ludzi. Toteż po pewnym czasie takie pisma więdną, nie nabierają nigdy rumieńców życia, nabierają tylko niechęci do poglądów innych ludzi na życie. Odznaczają się nietolerancją ludzi bardzo młodych i cherlactwem, będącym wynikiem zamkniętych, nieprzewietrzanych pokoi i zbyt wielkiej ilości papierosów wypalanych po północy.. 


Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz

wtorek, 17 maja 2016

Nasz pociąg do klasyfikacji jest zbyt silny


W Anglii, jeżeli autor kryminałów pisze dobrze książki, jest po prostu dobry, jak każdy pisarz. Nie ma tu snobizmu, który na podstawie etykietki wynosi trzeciorzędnego pisarza literatury poważnej, bez stylu czy prawdziwego talentu, ponad pisarza powieści kryminalnych, który być może przyczynił się do odświeżenia całej literatury. Przychodzą do mnie, do tego dość ekskluzywnego hotelu ludzie — dobrze wychowani Anglicy — którzy przedstawiają się i dziękują mi za przyjemność, jaką sprawiły im moje książki. Wątpię, czy kiedykolwiek zdobędziemy taką pozycję w Ameryce. W każdym razie nie za mojego życia. Obawiam się, że nasz pociąg do klasyfikacji jest zbyt silny. Obawiam się, że nasze fundamentalne nieuctwo intelektualne jest zbyt wielkie. Jeżeli to nie jest jakiś mały bestseller albo powieść wybrana w danym miesiącu przez klub książki, to się już nie liczy.


Mówi Chandler
tłumaczenie: Ewa Budrewicz

sobota, 14 maja 2016

Będąc eunuchami literackimi ratują się zagmatwaną frazeologią



Przeczytałem „Ruchomy cel” Johna Rossa Macdonalda i jestem pod wielkim wrażeniem tej powieści, ale w sensie szczególnym. Właściwie mógłbym jej użyć jako tematu kazania: „Jak nie należy silić się na wyszukany styl”. Uderzyła mnie w tej książce (a pewno bym nie pisał o niej, gdybym nie uważał, że autor jakieś tam zdolności ma) przede wszystkim maniera dość odrażająca. Trudno tu dojść do ładu. Autor chce zdobyć odbiorców dla swej powieści kryminalnej z gatunku najbardziej krwiożerczego i prymitywnego, a jednocześnie chce udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że osobiście jest nowoczesnym literatem najwyższej próby. Samochód jest więc „obsypany trądzikiem rdzy”, a nie pokryty plamami. Gryzmoły na ścianach szaletu publicznego to „ryty”, ktoś wspomina o „oskulacji pośladkowej” (medyczna łacina, proszę, jacyśmy wykształceni!). „Sekundy narastały ryzykownie, niczym chybotliwa wieża z żetonów do pokera” itp. Porównanie, które nie ma większego sensu, bo samo nie wie, do jakiego celu dąży.

Niektóre sceny są dobrze napisane, znać tu spore doświadczenie i nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że to nazwisko jest pseudonimem powieściopisarza mającego pewne osiągnięcia na innym polu. Ale interesuje mnie przede wszystkim sprawa, czy ta pretensjonalność w doborze zwrotów i słów podnosi książkę na wyższy poziom literacki. Otóż nie. Można by ją usprawiedliwić, gdyby sama powieść była równie wyszukana, ale wówczas nie rozeszłaby się nawet w tysiącu egzemplarzy. Kiedy się pisze, że coś pokryte jest plamami rdzy (lub zżarte rdzą, skłonny byłbym, choć nie bez zastrzeżeń, zgodzić się nawet na liszaje rdzy), daje się od razu wyraźny obraz. Ale kiedy coś jest „obsypane trądzikiem rdzy”, uwaga czytelnika przenosi się natychmiast z opisywanego przedmiotu na afektację pisarza. Oczywiście, podałem tu bardzo prosty przykład stylistycznego gwałtu nad językiem. Według mnie, niektórzy pisarze odczuwają przymus używania wyszukanych zwrotów, żeby zrekompensować braki pewnych naturalnych emocji. Nie czują nic, są eunuchami literackimi i dlatego ratują się zagmatwaną frazeologią, aby udowodnić, jak są nietuzinkowi. Ten typ umysłowości utrzymuje przy życiu pisma awangardowe, i bardzo to interesujące, gdy się widzi próbę zastosowania podobnej metody pisarskiej do literatury detektywistycznej.

Mówi Chandler
tłumaczenie: Ewa Budrewicz

piątek, 13 maja 2016

Jest to oczywiście wielka uprzejmość, że w ogóle dostrzegli mnie wyrafinowani intelektualiści ...


...Co pewien czas doznaję wstrząsu widząc siebie cudzymi oczami. W ostatnim numerze „Partisan Review” autor omawiając „Naszego wspólnego przyjaciela” pisze: „Być może kwestia zgodności z rzeczywistością w ogóle nie powstała i współcześni Dickensowi nie kwestionowali czarnego obrazu Londynu i Anglii, tak samo jak i my dzisiaj bez sprzeciwu akceptujemy Kalifornię Raymonda Chandlera z jej patologicznie brutalną bandą morderców i detektywów prywatnych...”. Inny autor w tym samym awangardowym piśmie nazywa mnie „Katonem okrucieństwa”. Jest to oczywiście wielka uprzejmość, że w ogóle dostrzegli mnie wyrafinowani intelektualiści, którzy piszą do takich pism (a powinienem ich dobrze rozumieć, bo przez długie lata byłem jednym z nich), nie mogę jednak pojąć, co się stało z ich poczuciem humoru. Ujmę to inaczej: dlaczego Amerykanie, którzy ze wszystkich ludzi najłatwiej i najprędzej ulegają zmianom nastroju, nie dostrzegają w moim pisaniu wyraźnego elementu burleski...


Mówi Chandler
tłumaczenie: Ewa Budrewicz

Kłopoty to moja specjalność


Detektyw prywatny stanowił więc swoistą projekcję romantycznego „ego” autora i, podobnie jak on, zawiódł się na świecie, który był niezgodny z jego wrażliwością. Marlowe w gruncie rzeczy najbliższy był zasad purytańskich: lojalny w stosunku do klientów, ciężko harujący, bardziej interesował się sprawiedliwością niż własnym bezpieczeństwem i zarobkiem. Był nieprzekupny i czuł w sobie rodzaj powołania. Skazany na siebie odnajdywał w świecie sprzeczność i dwuznaczności, ale nie tylko tolerował je z godnością, ale jeszcze jakby czuł z. tego powodu nieszkodliwą przyjemność.

Sprzeczność należy do świata, więc trzeba zachować wobec niej dystans. Marlowe jest od początku do końca świadomy, iż działa w świecie racji problematycznych, a ostoi w sądzeniu musi szukać w samym sobie. Ma bowiem poczucie wartości i niezależności, współpracuje z policją na tyle, na ile mu to wygodne; wie, iż może gwizdać na prawo i przepisy, ale tylko dopóty, dopóki okazuje się inteligentniejszy od policji i potrafi wskazać przestępcę. Wie, jak brutalna potrafi być policja, swoiste państwo w państwie, żyjące poza prawem. Obowiązuje go więc dyskrecja wobec klientów, która jest dlań - świętością, jak dla adwokata czy księdza. Licencja prywatnego detektywa, przynależność do kasty „ciężkiego fachu”, w którym stale jest się na służbie, stale ryzykuje śmiercią buszując w okolicach zbrodni, zobowiązuje do zawodowej odpowiedzialności i solidarności. I Marlowe słowa dotrzymuje.

Na pierwszy rzut oka bowiem zbiera on cięgi od wszystkich: od gangsterów, klientów i policji. Ma tego pełną świadomość: „kłopoty — powiada — to moja specjalność” i jeszcze: „moim światem jest zbrodnia” (tak zresztą brzmią tytuły dwóch opowiadań Chandlera). Ten węszyciel publiczny, łapacz spraw ciemnych i sprawek podejrzanych, jest zależny od innych: „robię, co mi każą”, i skazany na wścibstwo. A przy tym uciążliwe i mało efektywne zajęcie nie zapewnia mu odpowiedniego statusu. Marlowe jest więc po trosze półpolicjantem, antybohaterem, półgangsterem. Ma w społeczeństwie miejsce niezależne, ale zdany jest wyłącznie na własne siły; działa więc w pewnym sensie poza instytucjami społecznymi, gdyż wobec nich musi się mieć stale na baczności. Pracując pośród nie przez siebie stworzonych reguł gry, reprezentuje tylko własne interesy; fakt ten określa rodzaj jego nieprzystosowania. Przebiegły gracz, wiedzący dużo o naturze ludzkiej, nie daje się nigdy wyprowadzić z równowagi. Twardy, ironiczny, oschły — swoje sentymenty wyjawia w szczególny, obojętny sposób; nie odwzajemnia stanów emocjonalnych, gdyż wie, jak się je wykorzystuje. Jest tedy zawsze czujny i napięty. 


Ze wstępu do Mówi Chandler
Krzysztof Mętrak

czwartek, 26 czerwca 2014

Ten fetor klęski ...


...Wykwintne barbarzyństwo Etonu jest przez Connolly'ego oddane po mistrzowsku, równie dobry jest opis tego, jak etończycy myślą, mówią i piszą w wieku niemal dziecięcym, kiedy Amerykanie ledwo umieją napisać poprawnie własne nazwisko. Mimo to jest w tym życiu literackim coś, co budzi we mnie odrazę, całe to rozpaczliwe budowanie zamków na lodzie, ta długotrwała zacięta walka, żeby dokonać czegoś ważkiego, co, jak wszyscy wiemy, za kilka lat zniknie bezpowrotnie, ten fetor klęski, który mierzi mnie prawie tak samo, jak krzykliwość tandetnego sukcesu.

Moim zdaniem, ludzie naprawdę tego warci muszą odnosić mniejsze czy większe sukcesy w każdych okolicznościach. Szekspir wybiłby się w każdym pokoleniu, bo nie dałby się zapędzić w kozi róg. Zabrałby się do fałszywych bogów i przerobiłby ich na swoją modłę. Wziąłby aktualne formuły i przekułby je w sposób, który by ludziom mniejszego kalibru wydawał się niemożliwy. Gdyby żył dzisiaj, z pewnością pisałby i reżyserował filmy, sztuki i Bóg jeden wie co jeszcze. Zamiast mówić: "Ten środek wyrazu jest niedobry", byłby go wziął na warsztat i sprawił, żeby się stał dobry. Gdyby ktoś powiedział o niektórych jego utworach, że to szmira (a tak jest rzeczywiście), nic by sobie z tego nie robił, bo by wiedział, że bez odrobiny wulgarności nie można być człowiekiem całkowitym i wszechstronnym. Nie cierpiałby wszelkiego wykwintu, bo jest on zawsze wzdraganiem się, wycofywaniem, a Szekspir był zbyt mocny i odważny, żeby się miał przed czym wzdrygać.


Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 104-105.

środa, 25 czerwca 2014

Wyrobiony smak nie może istnieć, gdy całemu społeczeństwu brak poczucia stylu i wartości literackich


....Kiedy przeglądałem wczoraj wieczorem The Art of the Mystery Story, uderzyło mnie, jak niski jest poziom krytyki, gdy chodzi o ten rodzaj. Wszyscy dyskutanci wychodzą z założenia, że powieść kryminalna jest gatunkiem drugorzędnym i z wielką skwapliwością odmawiają jej wszelkich wartości literackich.


Wykształceni półanalfabeci, jakich się teraz spotyka... mówią mi zwykle coś mniej więcej takiego: „Tak dobrze pan pisze, że mógłby pan chyba napisać poważną powieść”. Pewnie czuliby się dotknięci, gdyby się im powiedziało, że między naprawdę dobrą powieścią kryminalną a najlepszą powieścią poważną ostatnich dziesięciu lat nie ma dostrzegalnej różnicy w porównaniu z przepaścią, jaka dzieli powieść poważną od każdego wybitnego utworu literatury attyckiej z IV wieku p.n.e. Nie może istnieć sztuka, jeżeli ogół czytelników nie ma wyrobionego smaku, a wyrobiony smak nie może istnieć, gdy całemu społeczeństwu brak poczucia stylu i wartości literackich. Zadziwiające, że poczucie stylu ma chyba bardzo mało wspólnego z subtelnością czy nawet humanizmem. Poczucie stylu może istnieć w epoce zdziczenia i rozwiązłości, nie może natomiast istnieć w epoce coca-coli... w epoce „książki miesiąca” czy prasy brukowej. Brakuje go w epoce, w której panoszy się wulgarność, bezwzględna walka o pieniądz, w epoce, w której typowa średniozamożna rodzina, przynajmniej w Kalifornii, żyje zdawałoby się tylko po to, aby utrzymywać wielki, okazały i kosztowny samochód, będący pod względem technicznym przestarzałą kupą złomu.


Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 72-73.

wtorek, 4 lutego 2014

Koniec idealnego detektywa. „Długie pożegnanie” Raymonda Chandlera



Raymond Chandler nie był prymitywistą piszącym bez znajomości rzemiosła – ukończył filologię klasyczną na angielskim Dulwich College. Miał więc obycie z materią literacką, jednak bardziej klasyczne, niż współczesne. Wiedział doskonale, jakie są wymagania gatunkowe kryminału, jego ograniczenia i słabości – dowodów na to dostarcza nam esej The Simple Art of Murder z 1944 r. (po polsku przetłumaczonym jako Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych w tłumaczeniu umyka dwuznaczność), w którym Chandler punktuje nielogiczność kryminałów powszechnie uważanych za doskonałe. Nawet pobieżna lektura tego tekstu daje nam wgląd w samoświadomość twórczą autora. Niczym Vladimir Nabokov pastwiący się nad błędami Dostojewskiego, pisarz wylicza pomyłki, które A.A. Milne popełnił w książce The Red House Mystery. Następnie przechodzi do uogólniającego ataku:
(…) zapomniał klasyczna powieść detektywistyczna niczego się nie nauczyła i nic nie zapomniała (…) Spędzamy więcej czasu w hotelach na Miami i w letnich kurortach na  Cape Cod (…) W zasadzie jednak mamy tutaj to samo staranne gromadzenie podejrzanych, tę samą, zupełnie niezrozumiałą zagadkę: jak to się stało, że ktoś pchnął Mrs Pottington Postlethwaite III pokaźnym platynowym sztyletem (…)[1].
 Chandlera irytuje wyrafinowanie intrygi, które psuje to, co jego zdaniem jest  najważniejsze w kryminale i w literaturze w ogóle – realizm (albo „wrażenie realizmu”). Dlatego w jego utworach zazwyczaj trudno znaleźć typowe np. dla Conan Doyle’a nieprawdopodobieństwa fabuły, jak detektywa znajdującego arcyważny włos na kanapie, którą badało przed chwilą trzech policjantów z lupą. Chandlerowskie historie są proste, a intrygę można streścić na połowie kartki papieru. Śledztwo toczy się dość powoli, czasem kończy w połowie książki. Bohaterowie giną szybko, bez możliwości przekazania cennych uwag na temat życia i śmierci.

Nie sposób jednak uciec od stwierdzenia, że utwory Raymonda Chandlera budowane są według określonych schematów: pojawienie się femme-fatale; Marlowe wędrujący od jednego źródła informacji do drugiego gdzieś po drodze natyka się na trupa; cięta rozmowa z podejrzanym/kimś, kto chce uciszyć detektywa itd. Cegiełki, z których zbudowana jest większość utworów Chandlera można by mnożyć. Nie jest to jednak zarzut; konwencjonalność wytycza ograniczenia, w ramach których inteligentny pisarz (a za takiego uważam Chandlera) może wykazać się pomysłowością. To dlatego w konwencjonalnych scenach rozmów z podejrzanymi jest tyle smaczków, humoru, drobiazgów cieszących oko czytelnika.

Przykładem inwencji twórczej jest oczywiście postać Philipa Marlowe’a, który już od pierwszego pojawienia się w opowiadaniu Morderca w deszczu (przetworzonego następnie w pierwszą powieść Chandlera, Głęboki sen[2]), był bardziej interesujący niż sama fabuła kryminału. Wokół niego pisarz konstruował każdy z utworów tak, aby to detektyw był w centrum uwagi.

Będę jednak dzisiaj pisał o Długim pożegnaniu, bezsprzecznie najlepszej powieści Chandlera, która – i to stanowi o jej jakości – wybiega mocno poza granice kryminału. Z pewnymi zastrzeżeniami można by o niej powiedzieć, że z kryminałem ma już niewiele wspólnego. Najlepsza powieść pisarza nie przypomina niczego, co napisał wcześniej; to raczej koncentracja najciekawszego wątku poprzednich książek Amerykanina, a więc sytuacja „Marlowe-świat” rozpisana na prawie 400 stron. Inwencja pisarza zdecydowanie wykracza poza trzymanie się ustalonego wcześniej wizerunku Marlowe’a. Nigdzie indziej Chandler nie pozwala detektywowi na tyle monologowych i narracyjnych dłużyzn, które na pewno wywoływały irytację u czytelników czekających na mięso „akcji”, za to pozwalały dokładnie odczuć samotność bohatera (autora?). Wreszcie to w Długim pożegnaniu na nieskazitelnym portrecie detektywa pojawiają się poważne rysy, a sam autor, ustami Marlowe’a, zdaje się często mówić o sobie.

Szachy i śmierć 
 
Zacznijmy od sceny, którą można przeoczyć przy pobieżnej lekturze, a jest prawdziwym majstersztykiem. Philip Marlowe spędza kolejny samotny wieczór.
Wieczór upłynął spokojnie, a dom wydał mi się bardziej pusty niż zwykle.
Pustka mieszkania zostaje jednak „zapełniona” przez towarzystwo:
Rozstawiłem szachownicę i rozegrałem francuską obronę przeciw Steinitzowi. Pokonał mnie w czterdziestu czterech ruchach, ale przedtem musiał się trochę napocić.
Żaden Steinitz oczywiście nie odwiedził detektywa w Los Angeles; bohater rozgrywa po prostu fragment klasycznej partii szachowej. Jednak w metaforyce, której używa, bezsprzecznie jest obecny ktoś inny, z kim Marlowe toczy zacięty bój. Partia szachów zostaje przerwana przez telefon, aby powrócić w zakończeniu rozdziału.
Gdyby zadzwoniła pół godziny wcześniej, mógłbym być tak wściekły, że rozniósłbym Steinitza na strzępy – tyle że on nie żył już od pięćdziesięciu lat (…)
Językowy zabieg, dzięki któremu detektyw na moment nie był sam, zostaje brutalnie przerwany. Bohater podkreśla swoją samotność jeszcze mocniej w końcowej części powyższego zdania:
(…) a rozgrywana przez nas partia pochodziła z książki.
Użycie tu zaimka „nas” ma już oczywiście wydźwięk bolesny, ironiczny. Niewinna partia szachów niespodziewanie zahacza o tematykę przemijania i samotności, a Marlowe nagle zaczyna przypominać melancholika.

Nie wiadomo ilu takich genialnych scen pozbawiła nas interwencja Bernice’a Baumgartena i Carla Brandta z agencji Brandt & Brandt, którym Raymond Chandler w maju 1952 r. przekazał maszynopis Długiego pożegnania. Skrytykowali oni to, w jaki sposób pisarz przedstawił w swojej powieści Marlowe’a: ich zdaniem detektyw stał się zbyt sentymentalny. Faktycznie, jeśli porównamy ze sobą Marlowe’a z np. Żegnaj, laleczko z narratorem Długiego pożegnania, widać kolosalną różnicę. Taka zmiana w rysach charakteru głównego bohatera była jasna, zważywszy na sytuację, w której znalazł się pisarz.

Począwszy od 1949 r. jego żona, Cissy, cierpiała z powodu niezdiagnozowanej choroby płuc. Stan kobiety gwałtownie się pogarszał – dla Chandlera było jasne, że żona umiera. W liście do swojego angielskiego wydawcy pisał o rozpaczy, która uniemożliwia mu kreowanie czegokolwiek żywiołowego i radosnego. W prozie mógł teraz znaleźć tylko ujście dla przeczucia zbliżającej się śmierci najbliższej osoby. Nie wiemy, jak wyglądała pierwotna wersja powieści – wiemy natomiast, że Chandler przystał na propozycje poprawek: prawdopodobnie pousuwał niektóre fragmenty, na pewno zmienił zakończenie. Jeśli trzymał się swojego sposobu poprawiania tekstu (z początkowej wersji zostawały tylko nieliczne, podkreślone zdania), to „sentymentalne” Długie pożegnanie mogło być zupełnie innym tekstem niż ten, który został opublikowany. Mimo zaakceptowania sugestii, pisarz ostatecznie zerwał współpracę z Brandt & Brandt.

Chandler, jak wspominałem, unikał uwznioślania śmierci w swoich utworach[3]. Wpisywało się to w poetykę powieści hard-boiled, w których oschłość narracji była obowiązkowa. Historia mogła się zaczynać tak nieznośnie lapidarnie, jak np. Głowa umarlaka Roberta Leslie’ego Bellema:
Otworzyłem paczkę i na moje kolana wypadła ludzka głowa.
W Długim pożegnaniu obojętność, z jaką śmierć jest traktowana, ociera się momentami o cynizm. Przykład –  Marlowe rozmyśla o śmierci Terry’ego Lennoksa:
Zainwestowałem w niego czas i pieniądze (…) a teraz on nie żył, a ja nie mogłem mu nawet zwrócić jego pięciuset dolarów. Bardzo mnie to irytowało. Drobiazgi zawsze są najbardziej wkurzające.
Mimo tego, że do ostatniej strony powieści Marlowe będzie starał się wyjaśnić okoliczności śmierci Lennoksa, ani razu nie wyrazi żalu po stracie przyjaciela. Pozwala sobie za to na cyniczną dwuznaczność kogoś, kto doświadczył już zbyt wiele, aby trzymać się złudzeń. Wszystko to po to, aby Chandler mógł dostatecznie mocno wykazać, że w śmierci (jak mówi jeden z bohaterów utworu):
nie ma (…) nic wzniosłego ani dramatycznego. Wszystko jest wtedy wstrętne, brudne, poniżające i ponure.
Alkohol i trochę Fitzgeralda

Uwagi Baumgartena i Brandta nie dotyczyły kwestii alkoholu, pojawiającego się na stronach Długiego pożegnania bardzo często. Nic w tym dziwnego – mocny trunek był stałym rekwizytem Marlowe’a we wcześniejszych powieściach, pracownicy wydawnictwa z radością musieli więc przyjąć fakt, że detektyw nadal pije. Nie zwrócili oni jednak uwagi na uderzającą liczbę alkoholików, którzy przewijają się od samego początku utworu. Długie pożegnanie momentami przypomina studium upodlenia alkoholowego. Nałogowo pije wspomniany już Terry Lennox – rozbitek wojenny przyglądający się temu, jak jego żona co noc sprowadza sobie nowych kochanków; pije Roger Wade – poczytny pisarz nienawidzący swojej twórczości (do którego jeszcze wrócimy); pije skorumpowany gliniarz, którego na chwilę odwiedza Marlowe.

W trakcie pisania powieści pił Chandler – nałóg towarzyszył mu przez prawie całe życie, a ostatecznie przybrał na sile po śmierci żony. Razem z Chandlerem, Lennox i Marlowe piją jego ulubiony drink, gimleta („gin pół na pół z sokiem limonowym Rose’a”). Alkohol jest więc jednym z tematów Długiego pożegnania – zarówno fabularnym, jak i podskórnym. Wszak w tym utworze znajdziemy jeden z częściej przytaczanych cytatów dotyczących alkoholu:
Alkohol jest jak miłość (…) Pierwszy pocałunek to magia, drugi to czułość, a trzeci to zwykły, rutynowy gest, po którym możesz już ściągać z dziewczyny ubranie.
W tym efektownym aforyzmie nie chodzi bynajmniej o afirmację alkoholu, lecz o wykazanie nieubłaganej zużywalności obu elementów porównania. Idealne uczucie przestaje być czymś, co ma w sobie magię, staje się natomiast konwencjonalnym, pustym gestem, za którym kryje się już tylko żądza posiadania. Znamienne jest to, że słowa te wypowiada Terry Lennox – postać, która w końcu okazuje się tak samo wyprana z wartości, jak cały świat utworu. Galeria podobnych typów jest dość spora. Lekarz, rzekomo pomagający „chorym, biednym, starym ludziom”, tak naprawdę dostaje pieniądze za to utrzymywanie swoich podopiecznych w stanie otępienia. Generał stawiający ponad wszystko dżentelmeńskie zasady i honor kieruje firmą, która wyciąga z kłopotów prawnych bogaczy. Alkohol staje się znakiem moralnego rozkładu opisywanej przez Marlowe’a rzeczywistości – dlatego zapijają się nim prawie wszyscy bohaterowie utworu.

Piętnem nałogu zostaje naznaczony także Philip Marlowe; pisarz robi to jednak w taki sposób, aby czytelnik nie stracił sympatii do postaci. Drink na powitanie dnia, drink na obiad i drink na kolację – taka dieta mieści się jeszcze w granicach stylistyki „twardziela”, z której Chandler korzystał. Drobne sugestie co do przeszłości detektywa przemycane są w dialogach, jak chociażby w tym:
– Może któregoś dnia skończę z piciem. (…)
– Zwykle zajmuje to około trzech lat. (…) Świat zupełnie ci się wtedy zmieni. Będziesz musiał przywyknąć do mniej jaskrawych barw i mniej donośnych dźwięków. Mogą ci się przytrafić nawroty. Wszyscy ludzie, których znałeś, nagle zaczną ci się wydawać nieco dziwni.
Marlowe nie wypowiada tego wprost, ale znawstwo, z jakim opisuje wychodzenie z nałogu, jest wystarczająco sugestywne. Nie mamy wątpliwości, że mówi to ktoś, kto wyszedł z alkoholizmu. Następna sugestia jest bardziej szokująca; oto detektyw trafia do aresztu i opisuje charakter każdego z oddziałów:
Na oddziale dla pijaków (…) nie ma prycz, krzeseł, koców; tam właściwie nie ma nic. Leży się na gołym betonie albo przesiaduje na toalecie, zarzygując własne kolana. Prawdziwe dno, które widziałem na własne oczy.
„Na własne oczy”… jako ktoś, kto odwiedzał osadzonego, czy jako upodlony pijak? Pisarz, zazwyczaj wyjaśniający wszelkie dwuznaczności utworu, tutaj pozostawia śledzącego trop czytelnika w zawieszeniu.

Jeśliby nawet odrzucić ślady wskazujące na alkoholizm Marlowe’a, to nie sposób zignorować tropów, które sugerują podobieństwo między alkoholikiem Rogerem Wade’em a Raymondem Chandlerem. Mark Coggins w eseju Writing „The Long Goodbye” zauważa, że obaj pisarze przy sporządzaniu maszynopisu korzystają z małych, żółtych kartek. Coggins wspomina ponadto o wyrzuconej przez Chandlera scenie, w której Wade wyraża swoje opinie nt. kryminałów – są to oczywiście opinie samego autora. We wspomnianej relacji (Wade-Chandler) jest jednak jeszcze ktoś trzeci. Cały wątek, w którym detektyw odwiedza luksusową dzielnicę Los Angeles, Idle Valley[4], można odczytać jako hołd dla F.S. Fitzgeralda – jednego z najbardziej cenionych przez Chandlera (i Wade’a[5]) pisarzy. To na jego tradycji pisarstwa realistycznego oparł się autor Głębokiego snu, gdy zdecydował się na napisanie „poważnej powieści”. Opis bankietu w domu państwa Wade, w którym za pomocą kilku krótkich scen przedstawione zostaje całe zepsucie środowiska bogaczy, mógłby spokojnie znaleźć się w Wielkim Gatsbym. Nie dziwi zatem fakt, iż najbardziej fitzgeraldowska postać w powieści jest porte-parole pisarza w kwestii poglądów na literaturę. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zarówno Chandler, jak i Fitzgerald byli alkoholikami.

Koniec idealnego detektywa

Philip Marlowe jest rycerzem. Dla każdego czytelnika wczesnych utworów Chandlera to jasne – w świecie pełnym korupcji detektyw kieruje się swoim własnym, twardym kodeksem moralnym, który jest odbierany przez „zepsutych” jako przestarzały. Pisarz konsekwentnie buduje taki wizerunek Marlowe’a już od początkowych scen powieści Głęboki sen:
Nad drzwiami (…) znajdował się ogromny witraż, przedstawiający rycerza w ciemnej zbroi, spieszącego na ratunek przywiązanej do drzewa damie. (…) Przyglądając się jego wysiłkom, pomyślałem, że gdybym mieszkał w tym domu, prędzej czy później musiałbym wspiąć się na górę, aby mu pomóc. Jakoś nie sprawiał wrażenia przykładającego się (…) do roboty.
Co ważne – Marlowe mówi o tym, że rycerz nie wywiązuje się ze swoich obwiązków [podkr. Ł.Ż], nie przykłada się do pracy. Nie ma więc tutaj miejsca na górnolotne przerzucanie się pojęciami, jest za to „robota”, którą detektyw ma do wykonania. Moralność jawi się jako coś, co po prostu wypada stosować w życiu, bez oczekiwania na gratyfikację. Andrzej Stasiuk w krótkim tekście W hołdzie dla Philipa Marlowe trafnie streszcza postawę detektywa:
Zanim Camus do spółki z Sartre’em wymyślili na siedząco egzystencjalizm, Marlowe od dawna już go praktykował. Po prostu wstawał, brał prysznic, szedł do biura, czekał na klientów a potem wychodził do miasta i próbował coś zrobić, by życie było trochę bardziej możliwe niż zwykle.
W Długim pożegnaniu portret rycerza rodem z XX w. zostaje jednak wzbogacony o pewien niepokojący element, który stawia pod znakiem zapytania całą postać detektywa. Philip Marlowe i Howard Spencer opuszczają posiadłość Eileen Wade po tym, jak przed minutą (w iście sherlockowskim stylu) detektyw udowodnił, że odpowiada ona za dwa popełnione niedawno morderstwa. Kilkoma ironicznymi zdaniami odrzuca propozycję wezwania policji, po prostu pozostawia zbrodniarkę samą. Przed rozstaniem między mężczyznami nawiązuje się krótka wymiana zdań:
– Przez całą drogę raz jeszcze rozważałem to wszystko – powiedział Spencer, wysiadając. – Ona chyba nie jest całkiem normalna. Raczej nie mają szans jej skazać.
Nawet nie będą próbowali, ale ona o tym nie wie – odparłem.
Marlowe – geniusz, jeśli chodzi o przewidywanie zachowań ludzkich – doskonale wie, co robi, opuszczając posiadłość w Idle Valley bez wzywania policji. Morderczyni ma czas , aby odczuć z całą siłą fakt, że ktoś wie o jej winie i w każdej chwili może trafić do więzienia. Kobieta ostatecznie popełni samobójstwo, a Marlowe ją do tego popchnie, czego jest świadom: „nawet nie będą próbowali”, bo za chwilę będzie już martwa. Detektyw tłumaczy swoje postępowanie tak:
Chciałem, aby wreszcie przyjrzała się sobie – spokojnie, długo i z uwagą. Co zobaczyła – to już jej sprawa. Chciałem oczyścić pamięć niewinnego człowieka. Było mi obojętne, w jaki sposób to zrobię, i wcale nie czuję się winny.
Uderza wyrachowanie, z jakim detektyw przedstawia swe racje – oto odwrotna strona „roboty”, którą wykonuje, rysa na portrecie rycerza. „Kodeks” służy mu za jedyną instancję, wedle której ocenia swoje czyny, a skoro nie złamał zasad, (które sam sobie ustanowił!) to wszystko w jego mniemaniu jest w jak najlepszym porządku. Żaden zewnętrzny ład nie ma wpływu na jego decyzje. Marlowe może tym samym usprawiedliwić nawet perwersyjne dopuszczenie do samobójstwa – służyło przecież „oczyszczeniu pamięci niewinnego człowieka”. Na końcu okazuje się jednak, że detektyw popełnił kolosalny błąd – chronił pamięć o cwaniaku, który sfingował swoje samobójstwo (czym doprowadził ostatecznie do śmierci kilku innych osób). Marlowe jak dotąd nie popełniał błędów, a przynajmniej nie takich, które wiązałyby się z czymś więcej niż z guzem na jego głowie. We wcześniejszych książkach detektywowi udawało się jednak komuś pomóc. W Długim pożegnaniu detektyw ostatecznie pomaga tylko sobie, a raczej – swoim zasadom.

Pożegnanie, o którym mowa w tytule powieści Chandlera, dotyczyć więc może końca nieskazitelnego rycerza, którym był dotąd Philip Marlowe. Przestrzeganie „kodeksu” jest dla niego wartością absolutną, nie potrafi (lub nie chce) dostrzec, że czasami doprowadza to do cierpienia innych. Detektyw jest już tylko samotnym mężczyzną żyjącym wyłącznie dla swojego prawa, którego nie jest w stanie zmienić dla nikogo. Prócz tego lubi szachy i alkohol, który „jest jak miłość”.
Łukasz Żurek




[1] R. Chandler, Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych, [w:] Mówi Chandler, tłum. Ewa Budrewicz, Warszawa 1983, s. 318.
[2] Właśnie w tej powieści znajduje się najwięcej skrzydlatych myśli autorstwa Marlowe’a, dla których część czytelników w ogóle sięga po utwory Chandlera, w tym moja ulubiona: „Żadna z dwóch obecnych w pokoju osób nie zwróciła uwagi na moje wtargnięcie, chociaż tylko jedna z nich była martwa”.
[3] Jedynym znanym mi przypadkiem, w którym Chandler pokusił się o taki zabieg, jest śmierć Harry’ego Jonesa, drugoplanowego bohatera Głębokiego snu. Jones, który zostaje otruty przez płatnego zabójcę, do ostatnich chwil chroni swoją ukochaną, podając fałszywy adres jej zamieszkania. Marlowe jest potem prześladowany przez obraz twarzy zmarłego, a postawa mężczyzny zdaje się wzbudzać w nim podziw.
[4] Podsumowanej przez jednego z bohaterów jako miejsce, gdzie „nie otacza człowieka nic poza pięknie opalonym na brąz kacem”.
[5] W liście, który Wade pozostawia swojej żonie przed zniknięciem, podpisuje się jako „Roger (F. Scott Fitzgerald) Wade”. Żona tłumaczy następnie Marlowe’owi, iż mąż „zawsze był admiratorem Scotta Fitzgeralda”.

Dedektyw Marlowe


- Czy pan pije, panie Marlowe?
- No, skoro już pani o tym wspomniała...
- Nie sądzę, żebym mogła zatrudnić detektywa używającego alkoholu pod jakąkolwiek postacią. Nie pochwalam nawet palenia papierosów.
- A mogę sobie obrać pomarańczkę?

Playback
(tłum. Leszek Stafiej)

- Skąd u takiego bezwzględnego faceta tyle delikatności? - spytała z namysłem.
- Gdybym nie był bezwzględny, to już dawno bym nie żył. Gdybym nie potrafił być delikatny, nie zasługiwałbym na to, żeby żyć.

Żegnaj, laleczko
(tłum. Ewa Życieńska)