Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rushdie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rushdie. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2016

W życiu – inaczej niż w kinie – jeśli coś cuchnie, ludzie o tym wiedzą

Na jednym z siedmiu znieruchomiałych planów filmowych Rama Studios panna Pimple Billimoria, ostatnia ostra jak chili seksbomba – żadna tam trzpiotka-słodka-idiotka, ale gorąca-i-wybuchowa-spadaj-panie frajerze wiązka dynamitu – skąpo przyodziana w zwiewny strój bajadery i usytuowana pod tekturowymi splotami kopulujących tantrycznych postaci z okresu dynastii Ćandelów, zrozumiawszy, że jej wielka scena nie ziści się, że nici z jej wielkiej przełomowej roli – wypowiedziała pełne goryczy pożegnanie przed publicznością inżynierów dźwięku i elektryków cynicznie popalających biri. Obsługiwana przez rozpaczającą w milczeniu aję, okropnie nieporadną, Pimple uciekła się do pogardy.

– Rany, co za szczęście, jak Boga kocham – zawołała. – Mieliśmy dzisiaj kręcić scenę miłosną, ćhi-ćhi, aż mi się wszystko w środku przewracało na myśl, że mam zbliżyć się do tego buca, któremu jedzie z gęby łajnem karaluchów. – Łańcuszki na jej kostkach zabrzęczały, gdy tupnęła. – Niech się cieszy, cholera jasna, że filmów się nie wącha, bo nie załapałby się nawet do roli trędowatego.

W tym momencie monolog Pimple osiągnął takie szczyty wulgarności, że palacze biri po raz pierwszy wyprostowali się na swoich miejscach i zaczęli z ożywieniem porównywać słownictwo Pimple z zasobem leksykalnym osławionej „królowej bandytów” Phulan Dewi, której przekleństwa były zdolne w mgnieniu oka roztopić lufy karabinów i zamienić w gumę ołówki dziennikarzy.

Pimple odeszła, szlochając, ocenzurowana, ścinek na podłodze montażowni. Z jej pępka sturlały się strasy, odbicie jej prawdziwych łez… jednak w kwestii cuchnącego oddechu Fariśty nie mijała się całkowicie z prawdą; jeśli już, nie wyraziła się dość dosadnie. Wyziewy Dżibrila, te siarkowe obłoki w kolorze ochry, zawsze nadawały mu – w połączeniu z kruczoczarnymi włosami o linii skalpu z wyraźnie zarysowanym „V” pośrodku czoła – mimo archanielskiego imienia, rys bardziej szatański niźli aureoliczny. Gdy zniknął, mawiano, że pewnie łatwo się go znajdzie, wystarczy tylko w miarę wrażliwy nos… i tydzień po jego zniknięciu odejście bardziej tragiczne niż w przypadku Pimple Billimorii znacznie przyczyniło się do nasilenia piekielnego swądu, który zaczynał lgnąć do od-tak-dawna słodko pachnącego imienia. Można powiedzieć, że zszedł z ekranu do prawdziwego świata, a w życiu – inaczej niż w kinie – jeśli coś cuchnie, ludzie o tym wiedzą.

Salman Rushdie, Szatańskie wersety
tłumaczenie: Jerzy Kozłowski

wtorek, 24 maja 2016

Aby się znów urodzić – śpiewał Dżibril Fariśta, spadając z niebios – umrzeć najpierw trzeba

Aby się znów urodzić – śpiewał Dżibril Fariśta, spadając z niebios – umrzeć najpierw trzeba. Ho dźi! Ho dźi! Aby na ziemi osiąść, wzleć najpierw do nieba. Tat-taa! Taka-than! Nie ma uśmiechu bez łez ronienia. By serce zdobyć, trzeba westchnienia. Baba, aby się znów urodzić…

Tuż przed świtem w pewien zimowy poranek w okolicach Nowego Roku z czystego nieba nad kanałem La Manche, z ogromnej wysokości ośmiu tysięcy ośmiuset czterdziestu metrów, bez zabezpieczenia w postaci spadochronów bądź skrzydeł, spadali dwaj prawdziwi, dorośli, żywi mężczyźni.

– Ja ci mówię, umrzeć trzeba, mówię ci, mówię – i tak dalej na podobną modłę, pod alabastrowym księżycem, dopóki ciemności nie przeszył wściekły wrzask.
– Do diabła z tymi twoimi piosenkami! – Słowa zawisły krystalicznie w powietrzu mroźnej jasnej nocy. – W filmach śpiewałeś tylko z playbacku, i to nagranego przez innych, więc oszczędź mi teraz tych piekielnych treli!

Odśpiewując improwizowaną gazelę, fałszujący solista Dżibril miotał się w świetle księżyca, przecinał powietrze stylem motylkowym lub klasycznym, zwijał się w kulkę, rozpościerał ramiona na tle prawie-nieskończoności prawie-świtu, przyjmował pozycje heraldyczne, stojącą lub leżącą z podniesioną głową, i sile ciążenia przeciwstawiał swoje lekkoduchostwo. Przetoczył się radośnie w stronę szyderczego głosu.

– Ohe, to ty, Salad baba. Nie może być. Ahoj, stary Ćamracie!

A wtedy ten drugi, zrzędliwy cień spadający głową w dół w szarym garniturze z zapiętymi wszystkimi guzikami marynarki, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała, nie dziwiąc się absurdalności melonika na swej głowie, skrzywił się na dźwięk przezwisk.

– Hej, Cmokierku! – wydzierał się Dżibril, wywołując kolejne odwrotne skrzywienie na jego twarzy. – Bhai, Londyn właściwy! Nadlatujemy! Ci frajerzy w dole nie będą wiedzieć, co w nich kropnęło. Meteoryt, piorun czy zemsta Boga. Jak grom z jasnego nieba, kochaniutki. Dharrraaammm! Nieźle łupniemy, co? Ale będziemy mieć wejście, jaaar. Plask!

Jak grom z jasnego nieba: najpierw wielki wybuch, a potem spadające gwiazdy. Uniwersalny początek, miniaturowe echo narodzin czasu… odrzutowiec Bostan, lot AI-420, rozleciał się na kawałki bez ostrzeżenia, wysoko nad wielkim, niszczejącym, pięknym, śnieżnobiałym, rozświetlonym miastem, Mahagonny, Babilonem, Alphaville. Ale Dżibril już je nazwał, nie mogę się wtrącać: Londyn właściwy, stolica Wilajetu, świeci i migocze nocą. Gdy na himalajskiej wysokości nietrwałe i przedwczesne słońce eksplodowało w śnieżnym styczniowym powietrzu, z radarowych ekranów zniknął migający punkt i to rozrzedzone powietrze wypełniło się ciałami, które opadały z Everestu katastrofy ku mlecznej bladości morza.

Kim jestem?

Kto jeszcze tu jest?

Samolot pękł na pół, jak torebka nasienna rozrzucająca zarodniki, jak jajo odkrywające swoją tajemnicę. Dwaj aktorzy, roztańczony Dżibril i pozapinany, zasznurowany pan Saladyn Ćamća, spadali jak drobiny tytoniu z pękniętego starego cygara. W pustce nad nimi, za nimi i pod nimi unosiły się fotele lotnicze, słuchawki stereofoniczne, wózki z napojami, torebki chorobowe, karty przyjazdu, gry wideo ze sklepów wolnocłowych, czapki z frędzlami, papierowe kubki, koce, maski tlenowe. Ponadto – bo na pokładzie było więcej niż kilkoro imigrantów, tak, całkiem spora grupka żon, które zostały przemaglowane przez sumiennych, wykonujących-swoje-obowiązki urzędników na temat długości mężowskich genitaliów i tamże umiejscowionych znamion, oraz dość liczna gromadka dzieci, których prawowitość rząd brytyjski jakże rozsądnie podawał w wątpliwość – mieszając się z resztkami samolotu, tak samo porozrywane, tak samo nieprawdopodobne, unosiły się szczątki dusz, fragmenty wspomnień, zrzucone tożsamości, odcięte języki ojczyste, pogwałcone prywatności, nieprzetłumaczalne dowcipy, przekreślone przyszłości, utracone miłości, zapomniane znaczenia pustych, dudniących słów: ziemia, przynależność, dom. Nieco ogłuszeni po wybuchu Dżibril i Saladyn pędzili w dół jak tobołki upuszczone przez nieuważnego bociana, a ponieważ Ćamća spadał głową w dół, w pozycji, w jakiej dzieci winny się przesuwać do kanału rodnego, zaczął odczuwać lekką irytację tym, że ten drugi nie chce spadać zwyczajnie. Saladyn pikował, Fariśta zaś chwytał powietrze w objęcia, otulał je rękami i nogami, przypominając tym mocno gestykulującego, szarżującego komedianta, który nie opanował techniki powściągliwości. W dole, spowite chmurami w oczekiwaniu na ich przybycie – powolne, zastygłe nurty Rękawa, wyznaczona strefa ich wodnej reinkarnacji.

Salman Rushdie, Szatańskie wersety
tłumaczenie: Jerzy Kozłowski

niedziela, 22 maja 2016

Diana nie używała takich słów jak «semiotyka», ale sama była semiotykiem par excellence

Pewnego razu - pisała we Wspomnieniach Awdotia Panajewa - siedząc w loży teatru wraz z rodzeństwem oraz jedną z ciotek, zauważyłam, że do sąsiedniej loży, w której siedziały dwie damy w towarzystwie staruszka, wszedł kędzierzawy, blady i szczupły mężczyzna. Natychmiast dostrzegłam na jego palcu coś w rodzaju złotego naparstka. Bardzo mnie to zainteresowało. Miałam wrażenie, że twarz tego człowieka jest mi skądś znana. Kędzierzawy pan ziewał, przeciągał się i wcale nie patrzył na scenę, obserwując raczej loże, a kiedy damy wszczynały rozmowę po francusku, odpowiadał im jakby od niechcenia. Nagle przypomniałam sobie, skąd go znam i pociągnęłam ciotkę za rękaw szepcząc: «Z tyłu za nami siedzi Puszkin!»„. Już kilkanaście lat później - za sprawą dagerotypów i fotografii - nie byłby jeszcze jedną bezimienną twarzą w teatrze i zostałby natychmiast rozpoznany przez obecnych, jak Turgieniew, Dostojewski czy Tołstoj. A w dwudziestym stuleciu posiadłby trudną sztukę swobodnego poruszania się w przestrzeni wykreowanej przez mass media, jak inni mieszkańcy masowej wyobraźni obdarzeni charyzmą medialną. „Diana, Księżna Walii - czytamy w eseju Salmana Rushdiego - rozwinęła z czasem umiejętność takiego projektowania swych wizerunków, które pokazywałyby ją tak, jak chciała, by ją ludzie widzieli. Pamiętam, jak kierownik działu w pewnej angielskiej gazecie opowiadał mi, jak to Diana inscenizowała słynne zdjęcie pokazujące ją samą, chorą z miłości, przed Tadż Mahal w indyjskiej Agrze, największym na świecie pomnikiem miłości. Mówił, że dokładnie wiedziała, jak opinia publiczna będzie to zdjęcie «czytać». Przyniosłoby to jej wielkie współczucie i spowodowało, że ludzie lubiliby Księcia Walii mniej niż przedtem. Diana nie używała takich słów jak «semiotyka», ale sama była semiotykiem par excellence. Z rosnącą pewnością siebie dawała nam znaki, poprzez które my mieliśmy ją widzieć taką, jaką chciała być znana”.


Tadeusz Klimowicz Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach