Lud niewiele troszczy się o instytucje, a jeszcze mniej o doktryny. To, że Rewolucja rzeczywiście miała siłę, że sprawiła iż Francja zaakceptowała przemoc, morderstwa, ruinę i grozę przerażającej wojny domowej, i że ostatecznie obroniła się zwycięsko przeciwko uzbrojonej Europie, to miało miejsce z uwagi na fakt, że nie stworzyła nowego systemu rządzenia, lecz nową religię.
Le Bon
Psychologia rewolucji
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 grudnia 2016
niedziela, 18 grudnia 2016
Aktorzy rewolucyjnego dramatu
Każda z jej faz odsłania wydarzenia zrodzone z praw psychologii, działających z regularnością mechanizmu zegarka. Aktorzy tego wielkiego dramatu wydają się poruszać jak postacie z uprzednio napisanej sztuki. Każdy mówi to co musi powiedzieć, działać tak, jak ma to wyznaczone.
Z pewnością, aktorzy rewolucyjnego dramatu różnią się od tych z napisanej sztuki tym, że nie uczyli się swych ról, te zostały im podyktowane przez niewidzialne siły.
Dokładnie dlatego, że zostali podporządkowani nieuniknionym postępom logiki im niepojętej, widzimy ich tak samo wielce zadziwionych rozwojem wydarzeń, których są bohaterami, jak my sami. Nigdy nie podejrzewali istnienia tych niewidzialnych mocy, które zmuszały ich do działania. Nie byli panami ani swej własnej furii, ani słabości. Przemawiali w imię rozumu, udawajac że są prowadzeni przez rozum, ale w rzeczywistości, w żadnym wypadku to nie rozum pchał ich do działania.
"Decyzje, za które jesteśmy tak wielce krytykowani", pisał Billaud-Varenne", najczęściej nie były planowane i chciane przez nas jeszcze na dwa dni czy nawet dzień przed ich podjęciem: to sam kryzys je wywołał".
Le Bon
Psychologia rewolucji
Z pewnością, aktorzy rewolucyjnego dramatu różnią się od tych z napisanej sztuki tym, że nie uczyli się swych ról, te zostały im podyktowane przez niewidzialne siły.
Dokładnie dlatego, że zostali podporządkowani nieuniknionym postępom logiki im niepojętej, widzimy ich tak samo wielce zadziwionych rozwojem wydarzeń, których są bohaterami, jak my sami. Nigdy nie podejrzewali istnienia tych niewidzialnych mocy, które zmuszały ich do działania. Nie byli panami ani swej własnej furii, ani słabości. Przemawiali w imię rozumu, udawajac że są prowadzeni przez rozum, ale w rzeczywistości, w żadnym wypadku to nie rozum pchał ich do działania.
"Decyzje, za które jesteśmy tak wielce krytykowani", pisał Billaud-Varenne", najczęściej nie były planowane i chciane przez nas jeszcze na dwa dni czy nawet dzień przed ich podjęciem: to sam kryzys je wywołał".
Le Bon
Psychologia rewolucji
Nie podlega wpływowi ...
Kiedy jakąś kwestia powoduje powstawanie mocno sprzecznych opinii, możemy być pewni, że należy ona do obszaru wierzeń a nie wiedzy.
Ukazaliśmy w poprzedniej pracy, że wierzenie wywodzące się z nieświadomości i niezależne od wszelkiego rozumowania, nigdy nie podlega wpływowi rozumu.
Le Bon
psychologia rewolucji
Ukazaliśmy w poprzedniej pracy, że wierzenie wywodzące się z nieświadomości i niezależne od wszelkiego rozumowania, nigdy nie podlega wpływowi rozumu.
Le Bon
psychologia rewolucji
piątek, 3 czerwca 2016
piątek, 27 maja 2016
Kapitanoza
Może najbardziej widowiskową i dramatyczną
ilustracją tego ostatniego punktu jest zjawisko
nazwane przez
urzędników linii lotniczych kapitanozą (Foushee, 1984). Komisje z
Federalnego Zarządu Lotnictwa badające katastrofy
lotnicze
wielokrotnie stwierdziły, że przyczyną
wypadków bywają błędy
kapitana samolotu nie
sprostowane przez nikogo z załogi nawet
wtedy, gdy mają one zupełnie oczywisty charakter.
Załoga samolotu, nawet jeżeli jest osobiście
jak najbardziej sprawą zainteresowana, nie reaguje
na
katastrofalną pomyłkę eksperta, automatycznie podporządkowując
się regule: "skoro tak
mówi autorytet, to tak
zapewne jest".
W istocie, zaniepokojenie tym zjawiskiem
przybrało przed laty takie rozmiary, że jedna z
czołowych linii
lotniczych przeprowadziła doświadczenie mające na celu określenie
zasięgu
kapitanozy w szeregach jej własnych pracowników.
Załogi
samolotów wzięły udział w symulacjach
lotów w trudnych
warunkach pogodowych i
przy ograniczonej widoczności, a więc w
okolicznościach prowadzących do złożoności zadań, silnego
pobudzenia emocjonalnego i przeciążenia umysłowego.
Słowem, w okolicznościach nasilających skłonność do reagowania
uproszczonego i mechanicznego. Przy tym kapitanowie
zostali uprzednio przetrenowani tak,
aby składnie
potrafili udawać (przed nieświadomą niczego załogą) własną
niedyspozycję
prowadzącą do katastrofalnego
w skutkach błędu w pilotażu. Ku przerażeniu prowadzących
eksperyment, w 25% symulowanych lotów nikt
z
załogi nie skorygował ewidentnie błędnej decyzji kapitana, która
podczas rzeczywistego lotu zakończyłaby się śmiercią wszystkich
osób
znajdujących się na
pokładzie samolotu! (Harper, Kidera i Cullen, 1971)
Robert Cialdini , Wywieranie
wpływu na ludzi
tłumaczenie: Bogdan Wojciszke
środa, 25 maja 2016
Teraz mogę się do tego przyznać. Zawsze łatwo było mnie naciągnąć
Teraz mogę się do tego przyznać.
Zawsze łatwo
było mnie naciągnąć. Jak daleko tylko sięgnę
pamięcią w przeszłość, zawsze się okazuje, że
byłem łatwą
zdobyczą różnego rodzaju zbieraczy datków, domokrążców i
sprzedawców. Na
pewno tylko niektórzy z nich byli naciągaczami.
Inni - na przykład przedstawiciele organizacji dobroczynnych - mieli
jak najszlachetniejsze
zamiary.
Tak czy owak, padałem ich ofiarą,
zostając z
niechcianymi subskrypcjami na miesięczniki,
które
mnie nie interesowały czy biletami na bale dobroczynne, które
interesowały mnie jeszcze mniej. Zapewne ten właśnie rodzaj
doświadczeń towarzyszących mi przez całe życie
zadecydował o
moim zainteresowaniu problematyką ulegania wpływowi innych. Co
właściwie sprawia, że jeden człowiek ulega wpływowi innego?
Jakie techniki wpływania na innych
okazują się skuteczne? Zawsze
zastanawiało
mnie, dlaczego prośba sformułowana w jakiś
określony sposób spotyka się z odmową, podczas gdy nawet
niewielkie jej przeformułowanie sprawić może, że zostanie
spełniona z ochotą.
Tak więc w roli psychologa społecznego
prowadzącego badania eksperymentalne zacząłem
zajmować się
problemem, w jaki sposób jedni
ludzie wywierają wpływ na innych.
Początkowo były to badania prowadzone w laboratorium, głównie na
studentach uniwersytetu. Moim celem stało się wykrycie
prawidłowości rządzących uleganiem cudzemu wpływowi. W
chwili
obecnej, psychologowie zgromadzili już
całkiem sporo wiedzy na
temat czynników decydujących o uleganiu wpływowi innych i
regułach, które uleganiem rządzą. Nazywam te
reguły narzędziami
wpływu społecznego i najważniejsze z nich przedstawiam w tej
książce.
Po pewnym czasie zdałem sobie jednak
sprawę
z tego, że badania eksperymentalne – aczkolwiek konieczne
- nie wystarczają do zdobycia
wiedzy o wpływie społecznym. Przede
wszystkim trudno było się z nich dowiedzieć, czy
stwierdzane
przeze mnie prawidłowości, rządzące uleganiem wpływowi innych
obowiązują
też poza budynkiem wydziału psychologii.
Stawało się dla mnie coraz bardziej
jasne, że
pełne zrozumienie mechanizmów rządzących
wywieraniem
wpływu wymaga poszerzenia pola poszukiwań, przede wszystkim o
przyjrzenie
się zawodowym praktykom wpływu społecznego. Tym
ludziom, którzy tak skutecznie wywierali na mnie wpływ przez całe
moje życie. To
oni wiedzą, co działa, a co nie - zapewnia to
reguła przetrwania (w zawodzie) najlepiej przystosowanych. Ich
zajęcie polega na skutecznym
wywieraniu wpływu na innych i to
stanowi źródło ich utrzymania. Ci, którzy nie potrafią
skutecznie na ludzi wpływać, odpadają z zawodu;
zostają tylko d,
którzy opanowali tę sztukę.
Oczywiście zawodowi praktycy wpływu
społecznego nie są jedynymi ludźmi mającymi
wiedzę i
umiejętności w tym zakresie. Każdy z
nas w jakimś stopniu
dysponuje taką wiedzą -
dzięki niej potrafimy wpłynąć na
swoich sąsiadów, przyjaciół czy rodzinę. Dzięki temu zaś,
że
oni taką wiedzę mają, my sami ulegamy ich
wpływom. Jednak,
podczas gdy my wszyscy
możemy tu mniej lub bardziej pozostać
amatorami, zawodowi praktycy utrzymują się ze swojej wiedzy o
wpływie społecznym, nie mogą
więc sobie pozwolić na
amatorszczyznę. Im
dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem
przekonany, że to właśnie oni okażą się dla
mnie najbogatszym
źródłem informacji. Tak
więc przez prawie trzy lata łączyłem
swoje eksperymentalne badania z o wiele zabawniejszym
przedsięwzięciem polegającym na systematycznej penetracji świata
zawodowych praktyków wpływu społecznego - sprzedawców, zbieraczy
datków, specjalistów od reklamy i im podobnych zawodowców.
Celem moim było przyjrzenie się od
podszewki
stosowanym przez nich technikom. Zorientowanie się, jakie
techniki używane są najczęściej
i z najlepszym skutkiem. Ten
nietypowy program badawczy polegał czasami na prowadzeniu wywiadów
z samymi praktykami wpływu
społecznego, a czasami z naturalnymi
wrogami
niektórych spośród nich (na przykład policjantami
specjalizującymi się w zwalczaniu oszustów czy przedstawicielami
organizacji konsumenckich). Czasami była to żmudna analiza
pisemnych materiałów, za pomocą których wiedza o technikach
wpływu społecznego przekazywana jest z pokolenia na pokolenie (na
przykład podręczniki dla sprzedawców). Jednak
najczęściej była
to tak zwana obserwacja
uczestnicząca.
Obserwacja uczestnicząca polega na
tym, że
badacz staje się kimś w rodzaju szpiega - infiltruje
interesującą go grupę jako jej "normalny"
członek,
ukrywając swoją rzeczywistą tożsamość i zamiary. Jeżeli więc
chciałem się dowiedzieć, jakie techniki stosowane są przez
agencje sprzedające encyklopedie (albo odkurzacze, portrety rodzinne
czy lekcje tańca), odpowiadałem na ogłoszenie prasowe jako osoba
zainteresowana pracą w takiej agencji. Brałem
udział w regularnym
szkoleniu nowo przyjmowanych tam osób, ucząc się stosowanych w
danej agencji technik wpływu społecznego. W
mniej lub bardziej
podobny sposób udało mi się
spenetrować pewną liczbę agencji
reklamowych, agencji trudniących się kształtowaniem
tzw. public
relations czy zbieraniem funduszy
na takie albo inne cele. Duża
część prezentowanych w tej książce danych ma swoje źródło
w
moich doświadczeniach w roli zawodowego
lub też początkującego
praktyka wpływu społecznego w różnych organizacjach i
instytucjach zajmujących się zawsze tym samym -jak
nakłonić
ludzi, by powiedzieli "tak".
Oto najbardziej pouczająca rzecz,
jakiej dowiedziałem się w ciągu tych trzech lat praktyki:
choć
techniki wywierania wpływu na innych
przyjmować mogą tysiące
różnych postaci,
większość daje się zaklasyfikować do jednej
z sześciu podstawowych kategorii. Każda z tych
kategorii opiera
się na jednej podstawowej regule psychologicznej sterującej
przebiegiem
ludzkiego postępowania. Właśnie ta reguła
użycza
różnym technikom ich mocy przekonywania.
Sześć najważniejszych reguł to
reguła wzajemności, konsekwencji, społecznego dowodu
słuszności,
lubienia, autorytetu i niedostępności*.
Każdej z nich poświęcam odrębny
rozdział, w
którym omawiam funkcje danej reguły z punktu
widzenia pożytków, jakie przynosi ona społeczeństwu oraz
przedstawiam konkretne techniki
wpływu społecznego na tej właśnie
regule opierające swą skuteczność w nakłanianiu ludzi do
kupowania, składania datków, ustępowania czy
głosowania w taki,
a nie inny sposób. Pokazuję
też, w jaki sposób reguła powoduje
automatyczne i bezrefleksyjne uleganie innym przez
poddanych jej
działaniu ludzi. Wiele omawianych dalej powodów przemawia za tezą,
że
wskutek zalewającej współczesnego człowieka
coraz większej
fali informacji i wyborów rola
takich automatycznych i
bezrefleksyjnych mechanizmów ulegania wpływowi społecznemu
będzie
rosła w przyszłości.
* Warto podkreślić, że wśród owych
sześciu
podstawowych reguł nie umieściłem prostej reguły
maksymalizacji własnego interesu - że ludzie zwykle pragną
otrzymać jak najwięcej za
jak najmniejszą cenę. Nie znaczy to,
że nie wierzę w powszechność te) reguły czy też że nie
doceniam jej ważności w kształtowaniu naszych decyzji. To
ominięcie nie bierze się też z
Jakichkolwiek danych sugerujących,
Jakoby
zawodowi praktycy wpływu społecznego ignorowali to ludzkie
pragnienie maksymalizowania
własnych zysków. Wręcz przeciwnie,
podczas
moich badań wielokrotnie miałem okazję obserwować
praktyków usiłujących (prawdziwie
lub nie) przekonać swoich
klientów, że oferują
im korzystną transakcję. W książce tej
nie poświęcam regule maksymalizowania własnego
interesu jakiejś
szczególnej uwagi z tego prostego powodu, że jest ona tak oczywista
i
wszechobecna w ludzkich działaniach.
Robert Cialdini
, Wywieranie wpływu
na ludzi
tłumaczenie: Bogdan Wojciszke
Wywieranie wpływu na ludzi
NOTA OD TŁUMACZA
Książka Wywieranie wpływu na
ludzi łączy dwie cnoty, którym rzadko udaje się iść w
parze: naukową rzetelność z jednej strony, żywość i lekkość
narracji - z drugiej. Czytelnik znajdzie w niej przejrzysty opis
mechanizmów, na mocy których jednym ludziom udaje się nakłonić
innych do uległości, choć nie znajdzie w niej długich a "naukowo"
brzmiących słów.
Jak nakłonić innego człowieka do
zmiany sposobu postępowania? Do podjęcia lub zmiany decyzji? Jak
dokonać tego, by zmiany takiej sam zapragnął?
Jak obronić się przed niepożądanym
wpływem innych ludzi na nasze własne decyzje? Jak uniknąć
sytuacji, w których dopiero po czasie orientujemy się, że oto
(znów) ktoś nas naciągnął na coś, na co wcale nie mieliśmy
ochoty? Książka Wywieranie wpływu na ludzi udziela jasnych
i przekonujących odpowiedzi na te pytania. Służyć więc może
pomocą zarówno tym, którzy chcą lub muszą wpływać na innych,
jak i tym, którzy pragną sami się obronić przed niepożądanym
wpływem innych. Jest to więc książka po prostu dla każdego z
nas. Zaś zupełnie nieodzowna okazać się może dla osób, które
zawodowo zajmują się wpływaniem na innych - kierowników i
negocjatorów, specjalistów od reklamy i marketingu, prawników i
ekonomistów, nauczycieli i wychowawców.
Robert B. Cialdini, jest znanym i
cenionym w USA profesorem psychologii społecznej. Jest on nie tylko
utalentowanym badaczem "laboratoryjnym", ale i człowiekiem
dociekliwym i pomysłowym, który zrealizował bardzo nietypowy cykl
badań nad wpływem społecznym. Mianowicie przez kilka lat dosłownie
zatrudniał się u różnych praktyków wpływu społecznego (agentów
rozprowadzających polisy ubezpieczeniowe, specjalistów od reklamy,
sprzedawców używanych samochodów, sprzedawców-domokrążców
itp.) i podpatrywał w jaki sposób "urabiają" oni swoich
klientów. Wszystko to powiązał z bardziej systematyczną wiedzą,
jakiej dostarczają badania laboratoryjne i opisał w bardzo
interesujący, a często i dowcipny sposób. Powstała w ten sposób
książka tyleż zajmująca, co pouczająca. Okazała się przebojem
wydawniczym w Ameryce. Jej najświeższe, trzecie wydanie
przetłumaczyłem, czerpiąc z tego wiele przyjemności. Mam
nadzieję, że lektura tej książki okaże się równie przyjemna.
Bogdan Wojciszke
poniedziałek, 2 maja 2016
Witkacy - przedmowa do "Narkotyków"
Ponieważ tzw. „swobodną twórczością”, to jest tzw. „śpiewaniem ptaszka na gałęzi”, nic dla społeczeństwa i narodu zrobić nie mogłem, postanowiłem po szeregu eksperymentów zwierzyć się ogółowi z moich poglądów na narkotyki, zaczynając od najpospolitszego: tytoniu, a kończąc na najdziwniejszym chyba peyotlu (któremu rezerwuję osobne miejsce), w celu choćby małego wspomożenia dobrych potęg w walce z tymi najstraszniejszymi, poza wojną, nędzą i chorobami, wrogami ludzkości. Może i ta praca (z powodu pewnego tonu w sformułowaniu gorzkich prawd) potraktowana będzie humorystycznie lub negatywnie, jak moja estetyka, filozofia, sztuki sceniczne, istotne portrety, dawne kompozycje itp. „swobodne wytwory”. Oświadczam oficjalnie, że piszę poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać, a na idiotów i ludzi nieuczciwych sposobu nie ma, jak to w ciągu mojej dość smutnej działalności miałem sposobność przekonać się. Mówi się komuś: „Jesteś głupi, ucz się, a może zmądrzejesz” — nic nie pomoże, bo człowiek głupi jest przy tym zarozumiały i to, nawet jeśliby mógł przy usilnej pracy zmądrzeć, uniemożliwia mu wybrnięcie z błędnego koła. Mówi się draniowi: „To nieładnie być taką świnią, zastanów się, popraw się” — próżne gadanie: nie rozumiemy tego, że większość draniów jest świadomie właśnie draniowata — oni wiedzą o tym i nie chcą być innymi, o ile tylko mogą draniowatość tę dobrze zamaskować. „Czy można patykowi przebaczyć, że jest patykiem” — jak mówił Tadeusz Szymberski — i miał rację.
Byłem niegdyś „fighting manem” — człowiekiem bojowym par excellence1, miałem idee i chciałem o nie walczyć — nie było gdzie i z kim. Bynajmniej nie sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w malarstwie i w teatrze i reforma artystycznej krytyki), tylko przyszedłem do przekonania, że są one w każdym razie obecnie nie na czasie i że może w ogóle minął dla nich ich czas. To, co twierdziłem jeszcze przed wojną, a co wyraziłem w czwartej części książki pod tytułem Nowe formy w malarstwie..., że sztuka ginie, dzieje się na naszych oczach, a wobec tego, czy będzie i jaka będzie krytyka artystyczna w moim znaczeniu, to jest krytyka formalna, jest bez znaczenia. Co innego, jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę — tam jest jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na ten temat wypowiem. Obecnie jestem stosunkowo pogodnym osobnikiem lat średnich, który o żadnych „wyczynach” w wielkim stylu już nie marzy i pragnie jako tako skończyć to życie, którego dotąd przynajmniej mimo klęsk i niepowodzeń nie żałuje. Co będzie, to będzie. Zaznaczyć tylko muszę, że „dziełko” niniejsze będzie nosić charakter wysoce osobisty, a więc niejako pośmiertny. Nie jest to megalomania i chęć zaprzątania swoją (nikomu dotąd niepotrzebną) osobą ludzi zajętych czym innym i daleko przyjemniejszym. Ale pisząc o moich osobistych przeżyciach nie mogę pominąć siebie. W każdym razie będzie tu podana w sposób przystępny część prawdy o mnie, i to prawdy bezpośrednio dla ogółu pożytecznej.
Czymże to jest wobec potwornych plotek, które o mnie krążą. Pod tym względem w naszym już i tak wyjątkowo plotkarskim i lubiącym bawić się oszczerstwami społeczeństwie spotkało mnie zdaje się wyróżnienie. Mimo całego braku megalomanii, co z całą uczciwością podkreślam, mam wrażenie, że doborem bzdur i kłamstw, jakie o mnie mówiono i mówi się jeszcze, nie każdy przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może. Nie będę wchodził tu w przyczyny tego zjawiska, ale sądzę, że pewną rolą w wytworzeniu się niechęci ogólnej w stosunku do mnie była trudność w zgłębieniu mnie intelektualnym przez ludzi bez odpowiednich do tego kwalifikacji, a po wtóre, pewne niezwracanie przeze mnie uwagi na opinię publiczną, przez co czyny, które u innego przeszłyby bez zwrócenia uwagi (np. wypicie aż trzech wódek w jakimś barze), w stosunku do mnie wywoływały niekorzystne dla mnie oburzenie, nieproporcjonalne do ich wartości. Mniejsza z tym.
A więc: zaczynam pisać dziś (6 II 1930 r.) tę książkę „na P”, to znaczy w stanie palenia. Jutro, jak zwykle, przestaję palić — sądzę, że tym razem definitywnie lub na czas bardzo długi — i rozdział o nikotynie będę pisał w miarę odzwyczajania się od papierosów, przy czym jest możliwość, że w środku pisania zapalę znowu i „nie omieszkam zwierzyć się” z tego faktu przed ewentualnymi czytelnikami.
Tyle razy się to zdarzało! Z nikotyną walczę już od lat dwudziestu ośmiu i mimo częstych okresów abstynencji (do kilku tygodni) nie zdołałem całkowicie jej przezwyciężyć. Możliwe to jest i teraz, mimo zaczęcia niniejszej pracy. Zbliża się jednak chwila, w której staje się to koniecznym, o ile nie miałbym zrezygnować z wszelkich wyższych aspiracji w stosunku do siebie samego. Detale na ten temat później. Sądzę, że ten sposób opisu — to znaczy na NP12, czyli w stanie niepalenia — będzie dość istotny, ponieważ jednocześnie pragnąc ulubionego i znienawidzonego narkotyku ostatniego chyba rzędu (niech będą przeklęci Indianie i ci, którzy to świństwo do nas zawlekli) będę mógł lepiej zanalizować ogarniające nałogowego palacza pokusy i podać sposoby ich odparcia na tle wspomnień ohydnego samopoczucia (często maskowanego przed sobą i innymi) przy powrocie do tej świńskiej, bezpłodnej i ogłupiającej trucizny. Właśnie niedawno nie paliłem aż cztery dni (a wiadomo, że drugi dzień jest najgorszy i że trzeciego zaczyna się poprawa) — aż tu „trach” i zapaliłem na nowo (zanalizuję mechanizm tego faktu później), i wszystko „fajt” od początku. Oczywiście nie wytrzymałem i zapaliłem dziś rano — po prostu, żeby zobaczyć, jak to tam wszystko wygląda na P. Nie żebym „znowu już tak” nie mógł wytrzymać, tylko tak sobie: jeszcze raz na świat spojrzeć z „tamtej strony” (upadku, ogłupienia, zniechęcenia itp.), a potem już definitywnie „szlus”. Tak to się tłumaczy przed sobą te historie. Nie — najgorszą rzeczą jest słabość — durchhalten3 — a jak, o tym napiszę w rozdziałku o nikotynie. Zapaliłem — to jest ponury fakt (kogoż to właściwie obchodzi, ale chodzi o innych, o tysiące, miliony zaczadziałych, otępiałych, sflaczałych) — i piszę dalej tę przedmowę w stanie zupełnego otumanienia. Właśnie chciałem się zająć dalej moją filozoficzną pracą (bardzo ryzykowna historia i jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie), ale okazało się to absolutnie niemożliwym: tępota, brak tego, co dr mat. Stefan Glass nazywa „igriwost’ uma4”, brak możności jakiego takiego skupienia się. To tylko zwierzenia tymczasowe — wszystko będzie opisane z „detajlami” później. Zacząłem pisać tę przedmowę z rozpaczy, nie mogąc się zabrać z powodu zatrucia nikotyną do czegoś lepszego, chcąc raz zacząć to „dziełko”, usprawiedliwić przed sobą własną swą egzystencję. Czy wszelka „twórczość” nie pochodzi z tych źródeł?
Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem, walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych okresach za nałogowego pijaka, o ile za takiego (różne są standardy — wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną jedyną w życiu pięciodniówkę (á propos5 pewnej premiery scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek, i który nigdy nie chlał wódy rano przy goleniu się. Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie może być właśnie dowodem za, a nie przeciw6. O ile można by mnie nazwać okresowym pijakiem, ,,Wochensaufer7”, na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę „Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem kokainę na trzeźwo i zaraz postarałem się zapić to świństwo. Inne wypadki zażywania tego drogu8 (z czym się nigdy nie kryłem, podpisując rysunki robione w tym stanie odpowiednią marką Co) połączone były zawsze z wielkimi „popojkami a la maniere russe9”. Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję10 do tego specyfiku (raz w życiu miałem zastrzyk minimalny i o mało nie umarłem), ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i przez wdychanie. Rysunki, owszem, były dość ciekawe i przy wdychaniu uczucie ginięcia świata i ciała, a potem „metafizycznego osamotnienia w przestrzennej pustyni” zabawne, ale jakoś to nie przemawiało nigdy do mego przekonania. Innego zdania jest dr Dezydery Prokopowicz, który opracuje w „dziełku” tym część eteryczną. Bohdan Filipowski, okultysta i długoletni nałogowy morfinista, zajmie się swoim ulubionym drogiem, na myśl o którym mnie robi się wprost zimno — tak straszne rzeczy przeżyłem wtedy w Petersburgu, gdy przez cztery godziny walczyłem ze śmiercią wśród torsji i zamierania serca. Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania wyżej wymienionych preparatów, przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny, pierwszego wyrobu dr Rouhier, a drugiej fabrykacji wspaniałej firmy „Merck”. Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy; jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką, Schyzią (Schizofrenią, Isottą, Sabiną, którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne; jakobym miał stragan portretowy na Wystawie Poznańskiej i robił dziesięciominutowe portrety po dwa złote (czego te dranie nie wymyślą!); jakobym był blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności; jakobym uwodził mężów żonom, chodził we fraku (nigdy nie miałem fraka w ogóle) na Giewont, pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby, kretynów i idiotów, a nade wszystko przez draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki i z góry te wszystkie, które krążyć jeszcze o mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.
Jeszcze jedna rzecz: może kto pomyśleć, że piszę tę książkę dla autoreklamy. Otóż nie: będą tam opowiedziane rzeczy, które mi wcale zaszczytu nie przynoszą, a głównym celem jej jest uchronienie dalszych pokoleń od dwóch najpotworniejszych „ogłupjansów” (stupefiants): tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona. Narkotykami „białymi” wyższej marki zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne — to arystokracja narkotyzmu.
Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne, demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może.
Metoda moja jest czysto psychologiczna. Chodzi mi o zwrócenie uwagi na skutki psychiczne trucizn tych, skutki, które każdy, nawet początkujący, może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przed tym, nim całkowicie opanowanym zostanie. Ja nie będę przed wami rozbijał jaj (kurzych) i wrzucał ich do spirytusu, abyście zobaczyli, jak ścina się białko pod wpływem „przezroczystego płynu” (jak to czynił za mojej pamięci śp. książę Giedroyć); ja nie będę wam pokazywał w przezroczach zakopconych płuc i rozdętego serca palacza ani zdegenerowanej wątroby pijaka, ani zanikłego, wielkości piąstki, żołądka kokainisty — „ja nie będę grał Wam pieśni smutnej, o cienie, lecz dam tryumf dumny i okrutny...” itd. — chcę wam ukazać drobne psychiczne przesunięcia, które w ostatecznym swym rozwinięciu dają obraz zupełnie innych niż w punkcie wyjścia osobowości, duchowo zdeformowanych, pozbawionych wszelkiego tzw. „geistu” (słowo polskie „duch” nie oddaje tego, co niemieckie „Geist” i francuskie „esprit” — dryg, mknik, wyskrzyk, wybłysk, wypęd itp.), siły twórczej i tego rozpędu w Nieznane, do którego konieczna jest odwaga i beztroska, zabijana systematycznie przez ohydny nałóg. Mnie od skutków nikotyny, od której dotąd całkowicie wyzwolić się nie zdołałem, uratowało to, że często i czasem na dość długo (kilka tygodni) przestawałem palić, tak że w sumie pół lub jedną trzecią roku faktycznie nie paliłem. Oczywiście działanie takiej abstynencji par intermittence11 nie mogłoby być tak korzystne, jak wielkie ciągłe okresy wyrzeczenia się zupełnego — ale i to zrobiło swoje. Ale ci, którzy palą stale, a w 90% wypadków muszą palić coraz więcej, popełniają systematycznie duchowe samobójstwo ratami, nieznacznie, sami o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i blasków i niszcząc rzecz najcenniejszą: intelekt, za cenę przyjemności prawie żadnej. Bo czyż nałogowy palacz ma w ogóle jakąś przyjemność? Tylko negatywną — zaspokojenia wstrętnej, nienaturalnej potrzeby. Tak jest podobno ze wszystkimi narkotykami, o ile dany osobnik doprowadzi się do dostatecznie wysokiego stopnia znałogowania.
Jeśli młodzieńcowi lat szesnastu pokażecie wątrobę czterdziestoletniego alkoholika, przerośniętą i zdegenerowaną, czy przestanie pić na ten widok? Nie — zbyt daleko jest od niego ten rok czterdziesty, jest czymś niewyobrażalnym — wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy mówi: „E — czy będę żył o kilka lat dłużej, czy krócej, to jest «ganc Wurst und Pomade12» — chodzi o tę chwilę”. A potem, jak przyjdzie te ostatnie pięć lat, których się taki nieszczęśnik lekkomyślnie wyrzekł i które mogą być mu faktycznie odjęte, to na głowie staje taki, aby przedłużyć to życie, którego w większej ilości wypadków przedłużać już nie warto. Żyje potem taki osobnik po własnej istotnej śmierci, zidiociały, wewnętrznie, a często i zewnętrznie zniedołężniały, niezdolny do wydatnej pracy, zhipokondryczały, liczący tylko puls co pięć minut i zażywający tony lekarstw, które nie mogą już odrodzić zdegenerowanych komórek. Trzeba ukazać skutki psychiczne, doraźne, których powolnego postępu („schleichender Vorgang13” — brrr! Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co używa danego narkotyku stale, bez przerwy. Wyższe narkotyki dają wściekłe reakcje — zaraz widać ich szkodliwość. Chęć pokonania tych reakcji, a nie pragnienie pozytywnych skutków, jest często przyczyną popadania ludzi w nałogi. Nikotyna nie daje wyraźnej „glątwy” („katzenjammer14”) i tym jest niebezpieczniejsza dla ogółu. Oddać się kokainie czy morfinie bez zastrzeżeń mogą w większości wypadków tylko osobniki już jakby predysponowane, degeneraci i tak niewiele co warci. Tytoń zaczadza, a alkohol spala powoli najlepsze czasem mózgi. Są tacy, co mówią: „Palę i piję, nic mi to nie szkodzi i doskonale się czuję” — oczywiście do czasu. Całe masy drobnych niedomagań psychofizycznych kumulują się powoli, ażeby potem nagle wybuchnąć w postaci zupełnie określonej choroby psychicznej lub fizycznej. Ale pomyśl, o osobniku nieszczęsny, jak byś świetnie się czuł, gdybyś tego wcale nie robił, jeśli organizm twój jest tak silny, że nawet przy ciągłym zatruwaniu go może jeszcze znośnie funkcjonować. Jakim byś był, gdybyś tego nie robił, nie dowiesz się nigdy. Szkody tej niepodobna15 zmierzyć i ocenić. Wiedzą o niej trochę ci, którzy przestawali i zaczynali znowu. Cóż bym ja dał, żeby odwrócić te dwadzieścia osiem lat palenia, i to z przerwami. A dziś, kiedy mi to szkodzi stokroć więcej niż wtedy, gdy miałem lat osiemnaście, jest mi również stokroć trudniej rzucić wstręnymi alkoholikami i kokainistami, do jakich zaliczyć się mimo wielkiej chęci moich „wrogów” nie mogę — strach pomyśleć.
Tak więc zaczynamy: jutro jest bal, urzynam się i pojutrze koniec. Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby „glątewki” poalkoholowej.
Byłem niegdyś „fighting manem” — człowiekiem bojowym par excellence1, miałem idee i chciałem o nie walczyć — nie było gdzie i z kim. Bynajmniej nie sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w malarstwie i w teatrze i reforma artystycznej krytyki), tylko przyszedłem do przekonania, że są one w każdym razie obecnie nie na czasie i że może w ogóle minął dla nich ich czas. To, co twierdziłem jeszcze przed wojną, a co wyraziłem w czwartej części książki pod tytułem Nowe formy w malarstwie..., że sztuka ginie, dzieje się na naszych oczach, a wobec tego, czy będzie i jaka będzie krytyka artystyczna w moim znaczeniu, to jest krytyka formalna, jest bez znaczenia. Co innego, jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę — tam jest jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na ten temat wypowiem. Obecnie jestem stosunkowo pogodnym osobnikiem lat średnich, który o żadnych „wyczynach” w wielkim stylu już nie marzy i pragnie jako tako skończyć to życie, którego dotąd przynajmniej mimo klęsk i niepowodzeń nie żałuje. Co będzie, to będzie. Zaznaczyć tylko muszę, że „dziełko” niniejsze będzie nosić charakter wysoce osobisty, a więc niejako pośmiertny. Nie jest to megalomania i chęć zaprzątania swoją (nikomu dotąd niepotrzebną) osobą ludzi zajętych czym innym i daleko przyjemniejszym. Ale pisząc o moich osobistych przeżyciach nie mogę pominąć siebie. W każdym razie będzie tu podana w sposób przystępny część prawdy o mnie, i to prawdy bezpośrednio dla ogółu pożytecznej.
Czymże to jest wobec potwornych plotek, które o mnie krążą. Pod tym względem w naszym już i tak wyjątkowo plotkarskim i lubiącym bawić się oszczerstwami społeczeństwie spotkało mnie zdaje się wyróżnienie. Mimo całego braku megalomanii, co z całą uczciwością podkreślam, mam wrażenie, że doborem bzdur i kłamstw, jakie o mnie mówiono i mówi się jeszcze, nie każdy przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może. Nie będę wchodził tu w przyczyny tego zjawiska, ale sądzę, że pewną rolą w wytworzeniu się niechęci ogólnej w stosunku do mnie była trudność w zgłębieniu mnie intelektualnym przez ludzi bez odpowiednich do tego kwalifikacji, a po wtóre, pewne niezwracanie przeze mnie uwagi na opinię publiczną, przez co czyny, które u innego przeszłyby bez zwrócenia uwagi (np. wypicie aż trzech wódek w jakimś barze), w stosunku do mnie wywoływały niekorzystne dla mnie oburzenie, nieproporcjonalne do ich wartości. Mniejsza z tym.
A więc: zaczynam pisać dziś (6 II 1930 r.) tę książkę „na P”, to znaczy w stanie palenia. Jutro, jak zwykle, przestaję palić — sądzę, że tym razem definitywnie lub na czas bardzo długi — i rozdział o nikotynie będę pisał w miarę odzwyczajania się od papierosów, przy czym jest możliwość, że w środku pisania zapalę znowu i „nie omieszkam zwierzyć się” z tego faktu przed ewentualnymi czytelnikami.
Tyle razy się to zdarzało! Z nikotyną walczę już od lat dwudziestu ośmiu i mimo częstych okresów abstynencji (do kilku tygodni) nie zdołałem całkowicie jej przezwyciężyć. Możliwe to jest i teraz, mimo zaczęcia niniejszej pracy. Zbliża się jednak chwila, w której staje się to koniecznym, o ile nie miałbym zrezygnować z wszelkich wyższych aspiracji w stosunku do siebie samego. Detale na ten temat później. Sądzę, że ten sposób opisu — to znaczy na NP12, czyli w stanie niepalenia — będzie dość istotny, ponieważ jednocześnie pragnąc ulubionego i znienawidzonego narkotyku ostatniego chyba rzędu (niech będą przeklęci Indianie i ci, którzy to świństwo do nas zawlekli) będę mógł lepiej zanalizować ogarniające nałogowego palacza pokusy i podać sposoby ich odparcia na tle wspomnień ohydnego samopoczucia (często maskowanego przed sobą i innymi) przy powrocie do tej świńskiej, bezpłodnej i ogłupiającej trucizny. Właśnie niedawno nie paliłem aż cztery dni (a wiadomo, że drugi dzień jest najgorszy i że trzeciego zaczyna się poprawa) — aż tu „trach” i zapaliłem na nowo (zanalizuję mechanizm tego faktu później), i wszystko „fajt” od początku. Oczywiście nie wytrzymałem i zapaliłem dziś rano — po prostu, żeby zobaczyć, jak to tam wszystko wygląda na P. Nie żebym „znowu już tak” nie mógł wytrzymać, tylko tak sobie: jeszcze raz na świat spojrzeć z „tamtej strony” (upadku, ogłupienia, zniechęcenia itp.), a potem już definitywnie „szlus”. Tak to się tłumaczy przed sobą te historie. Nie — najgorszą rzeczą jest słabość — durchhalten3 — a jak, o tym napiszę w rozdziałku o nikotynie. Zapaliłem — to jest ponury fakt (kogoż to właściwie obchodzi, ale chodzi o innych, o tysiące, miliony zaczadziałych, otępiałych, sflaczałych) — i piszę dalej tę przedmowę w stanie zupełnego otumanienia. Właśnie chciałem się zająć dalej moją filozoficzną pracą (bardzo ryzykowna historia i jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie), ale okazało się to absolutnie niemożliwym: tępota, brak tego, co dr mat. Stefan Glass nazywa „igriwost’ uma4”, brak możności jakiego takiego skupienia się. To tylko zwierzenia tymczasowe — wszystko będzie opisane z „detajlami” później. Zacząłem pisać tę przedmowę z rozpaczy, nie mogąc się zabrać z powodu zatrucia nikotyną do czegoś lepszego, chcąc raz zacząć to „dziełko”, usprawiedliwić przed sobą własną swą egzystencję. Czy wszelka „twórczość” nie pochodzi z tych źródeł?
Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem, walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych okresach za nałogowego pijaka, o ile za takiego (różne są standardy — wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną jedyną w życiu pięciodniówkę (á propos5 pewnej premiery scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek, i który nigdy nie chlał wódy rano przy goleniu się. Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie może być właśnie dowodem za, a nie przeciw6. O ile można by mnie nazwać okresowym pijakiem, ,,Wochensaufer7”, na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę „Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem kokainę na trzeźwo i zaraz postarałem się zapić to świństwo. Inne wypadki zażywania tego drogu8 (z czym się nigdy nie kryłem, podpisując rysunki robione w tym stanie odpowiednią marką Co) połączone były zawsze z wielkimi „popojkami a la maniere russe9”. Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję10 do tego specyfiku (raz w życiu miałem zastrzyk minimalny i o mało nie umarłem), ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i przez wdychanie. Rysunki, owszem, były dość ciekawe i przy wdychaniu uczucie ginięcia świata i ciała, a potem „metafizycznego osamotnienia w przestrzennej pustyni” zabawne, ale jakoś to nie przemawiało nigdy do mego przekonania. Innego zdania jest dr Dezydery Prokopowicz, który opracuje w „dziełku” tym część eteryczną. Bohdan Filipowski, okultysta i długoletni nałogowy morfinista, zajmie się swoim ulubionym drogiem, na myśl o którym mnie robi się wprost zimno — tak straszne rzeczy przeżyłem wtedy w Petersburgu, gdy przez cztery godziny walczyłem ze śmiercią wśród torsji i zamierania serca. Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania wyżej wymienionych preparatów, przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny, pierwszego wyrobu dr Rouhier, a drugiej fabrykacji wspaniałej firmy „Merck”. Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy; jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką, Schyzią (Schizofrenią, Isottą, Sabiną, którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne; jakobym miał stragan portretowy na Wystawie Poznańskiej i robił dziesięciominutowe portrety po dwa złote (czego te dranie nie wymyślą!); jakobym był blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności; jakobym uwodził mężów żonom, chodził we fraku (nigdy nie miałem fraka w ogóle) na Giewont, pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby, kretynów i idiotów, a nade wszystko przez draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki i z góry te wszystkie, które krążyć jeszcze o mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.
Jeszcze jedna rzecz: może kto pomyśleć, że piszę tę książkę dla autoreklamy. Otóż nie: będą tam opowiedziane rzeczy, które mi wcale zaszczytu nie przynoszą, a głównym celem jej jest uchronienie dalszych pokoleń od dwóch najpotworniejszych „ogłupjansów” (stupefiants): tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona. Narkotykami „białymi” wyższej marki zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne — to arystokracja narkotyzmu.
Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne, demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może.
Metoda moja jest czysto psychologiczna. Chodzi mi o zwrócenie uwagi na skutki psychiczne trucizn tych, skutki, które każdy, nawet początkujący, może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przed tym, nim całkowicie opanowanym zostanie. Ja nie będę przed wami rozbijał jaj (kurzych) i wrzucał ich do spirytusu, abyście zobaczyli, jak ścina się białko pod wpływem „przezroczystego płynu” (jak to czynił za mojej pamięci śp. książę Giedroyć); ja nie będę wam pokazywał w przezroczach zakopconych płuc i rozdętego serca palacza ani zdegenerowanej wątroby pijaka, ani zanikłego, wielkości piąstki, żołądka kokainisty — „ja nie będę grał Wam pieśni smutnej, o cienie, lecz dam tryumf dumny i okrutny...” itd. — chcę wam ukazać drobne psychiczne przesunięcia, które w ostatecznym swym rozwinięciu dają obraz zupełnie innych niż w punkcie wyjścia osobowości, duchowo zdeformowanych, pozbawionych wszelkiego tzw. „geistu” (słowo polskie „duch” nie oddaje tego, co niemieckie „Geist” i francuskie „esprit” — dryg, mknik, wyskrzyk, wybłysk, wypęd itp.), siły twórczej i tego rozpędu w Nieznane, do którego konieczna jest odwaga i beztroska, zabijana systematycznie przez ohydny nałóg. Mnie od skutków nikotyny, od której dotąd całkowicie wyzwolić się nie zdołałem, uratowało to, że często i czasem na dość długo (kilka tygodni) przestawałem palić, tak że w sumie pół lub jedną trzecią roku faktycznie nie paliłem. Oczywiście działanie takiej abstynencji par intermittence11 nie mogłoby być tak korzystne, jak wielkie ciągłe okresy wyrzeczenia się zupełnego — ale i to zrobiło swoje. Ale ci, którzy palą stale, a w 90% wypadków muszą palić coraz więcej, popełniają systematycznie duchowe samobójstwo ratami, nieznacznie, sami o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i blasków i niszcząc rzecz najcenniejszą: intelekt, za cenę przyjemności prawie żadnej. Bo czyż nałogowy palacz ma w ogóle jakąś przyjemność? Tylko negatywną — zaspokojenia wstrętnej, nienaturalnej potrzeby. Tak jest podobno ze wszystkimi narkotykami, o ile dany osobnik doprowadzi się do dostatecznie wysokiego stopnia znałogowania.
Jeśli młodzieńcowi lat szesnastu pokażecie wątrobę czterdziestoletniego alkoholika, przerośniętą i zdegenerowaną, czy przestanie pić na ten widok? Nie — zbyt daleko jest od niego ten rok czterdziesty, jest czymś niewyobrażalnym — wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy mówi: „E — czy będę żył o kilka lat dłużej, czy krócej, to jest «ganc Wurst und Pomade12» — chodzi o tę chwilę”. A potem, jak przyjdzie te ostatnie pięć lat, których się taki nieszczęśnik lekkomyślnie wyrzekł i które mogą być mu faktycznie odjęte, to na głowie staje taki, aby przedłużyć to życie, którego w większej ilości wypadków przedłużać już nie warto. Żyje potem taki osobnik po własnej istotnej śmierci, zidiociały, wewnętrznie, a często i zewnętrznie zniedołężniały, niezdolny do wydatnej pracy, zhipokondryczały, liczący tylko puls co pięć minut i zażywający tony lekarstw, które nie mogą już odrodzić zdegenerowanych komórek. Trzeba ukazać skutki psychiczne, doraźne, których powolnego postępu („schleichender Vorgang13” — brrr! Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co używa danego narkotyku stale, bez przerwy. Wyższe narkotyki dają wściekłe reakcje — zaraz widać ich szkodliwość. Chęć pokonania tych reakcji, a nie pragnienie pozytywnych skutków, jest często przyczyną popadania ludzi w nałogi. Nikotyna nie daje wyraźnej „glątwy” („katzenjammer14”) i tym jest niebezpieczniejsza dla ogółu. Oddać się kokainie czy morfinie bez zastrzeżeń mogą w większości wypadków tylko osobniki już jakby predysponowane, degeneraci i tak niewiele co warci. Tytoń zaczadza, a alkohol spala powoli najlepsze czasem mózgi. Są tacy, co mówią: „Palę i piję, nic mi to nie szkodzi i doskonale się czuję” — oczywiście do czasu. Całe masy drobnych niedomagań psychofizycznych kumulują się powoli, ażeby potem nagle wybuchnąć w postaci zupełnie określonej choroby psychicznej lub fizycznej. Ale pomyśl, o osobniku nieszczęsny, jak byś świetnie się czuł, gdybyś tego wcale nie robił, jeśli organizm twój jest tak silny, że nawet przy ciągłym zatruwaniu go może jeszcze znośnie funkcjonować. Jakim byś był, gdybyś tego nie robił, nie dowiesz się nigdy. Szkody tej niepodobna15 zmierzyć i ocenić. Wiedzą o niej trochę ci, którzy przestawali i zaczynali znowu. Cóż bym ja dał, żeby odwrócić te dwadzieścia osiem lat palenia, i to z przerwami. A dziś, kiedy mi to szkodzi stokroć więcej niż wtedy, gdy miałem lat osiemnaście, jest mi również stokroć trudniej rzucić wstręnymi alkoholikami i kokainistami, do jakich zaliczyć się mimo wielkiej chęci moich „wrogów” nie mogę — strach pomyśleć.
Tak więc zaczynamy: jutro jest bal, urzynam się i pojutrze koniec. Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby „glątewki” poalkoholowej.
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
„Niewidzialne ściany”.
Próbując odpowiedzieć na nasze wcześniejsze pytanie:
„Skąd wiesz, że ktoś jest zainteresowany tobą?”, pomyślałeś
może (poprawnie), że ważny byłby tu czynnik |odległości.
Ogólnie biorąc, im bardziej dwie osoby są zainteresowane sobą
nawzajem, tym bliżej siebie się trzymają. Jednakże badania z
zakresu proksemiki wykazały, że istnieje granica określająca, na
jaką odległość ludzie pozwalają się zbliżyć innym do siebie,
o ile stosunki między nimi nie mają charakteru intymnego. U
Amerykanów ta niewidzialna granica, czyli „bańka prywatności”,
rozciąga się na odległość około 45 - 60 cm wokół nich. Każdy
kto narusza tę granicę, zbliżając się na zbyt małą odległość,
wywołuje zwykle silne napięcie, niepokój i zażenowanie u danej
osoby, która stara się przywrócić właściwą odległość
cofając się lub odsuwając. Ponieważ w różnych kulturach
istnieją różne poglądy na to, jaka jest „właściwa”
odległość, łatwo mogą powstać nieporozumienia. Na przykład
„niewidzialna granica” u mieszkańców Ameryki Łacińskiej
przebiega w mniejszej odległości od ciała niż u mieszkańców
Ameryki Północnej. Jeśli Latynos i obywatel Stanów Zjednoczonych
zaczną rozmawiać ze sobą, to pierwszy z nich będzie zwykle
przysuwał się bliżej, w celu zapewnienia „właściwej”
odległości. W odpowiedzi na to Amerykanin z Północy zacznie się
odsuwać. Każdy z nich prawdopodobnie wytworzy sobie w końcu ujemną
opinię o swym rozmówcy - pierwszy będzie myślał, że drugi jest
bardzo oziębły i „na dystans”, gdy drugi uzna pierwszego za
wielce natrętnego i agresywnego (Hall, 1966).
Co
jednak będzie, jeśli dana osoba nie może odsunąć się od kogoś,
kto zbliżył się na zbyt małą odległość - jak upora się z tą
przymusową poufałością? Dobrą ilustracją tego problemu może
być zatłoczona winda, gdzie ludzie często stoją bardzo blisko
kilku nieznajomych osób. Rozwiązanie stosowane przez większość
ludzi polega na odwróceniu się od współpasażerów i unikaniu
kontaktu wzrokowego z nimi. W windzie ludzie patrzą zatem zwykle w
milczeniu albo na drzwi, albo na wskaźnik pięter, starając się
wytworzyć dystans psychiczny tam, gdzie dystans fizyczny nie
istnieje.
Philip
G. Zimbardo Psychologia i życie
Oczy mówią
„Oko
potrafi grozić jak nabita i wycelowana strzelba, potrafi znieważyć
jak gwizdy lub kopnięcie; lub też, w odmiennym nastroju,
promieniując życzliwością potrafi sprawić, iż serce tańczy z
radości”.
Ralph
Waldo Emerson „Conduct of Life”, 1860.
„Oczy
mówią”. Oczy od dawna uważa się za jedną z najbardziej
„wymownych” części ciała. „Robi się oko” do kogoś, kto
się podoba, podczas gdy przeciwnicy spotykają się „oko w oko”.
Osobnicy, którym nie można ufać, „nie patrzą ci prosto w oczy”,
natomiast ludzie zakłopotani, nieśmiali lub pełni szacunku
„spuszczają oczy ku ziemi”.
Ogólnie
biorąc, wydaje się, że kontakt wzrokowy pomaga ustalić charakter
wzajemnego stosunku między ludźmi - pozytywny lub negatywny, bliski
lub „na dystans”. Ludzie skłonni są spoglądać nawzajem na
siebie, jeśli się lubią, lecz starają się nie patrzeć na
współtowarzysza, którego nie lubią (Exline i Winters, 1965).
Rubin (1970) rozszerzył nieco tę zasadę; obserwował on wzorce
kontaktu wzrokowego u par mieszanych pod względem płci, które
czekały razem, by wziąć udział w eksperymencie psychologicznym.
Te pary, które były w sobie zakochane, częściej patrzyły sobie w
oczy niż pary niezakochane.
Chociaż
z obu tych badań zdaje się wynikać, że kontakt wzrokowy jest
przejawem pozytywnego stosunku do drugiej osoby, nie zawsze jest to
prawdą. Według Ellsworth i Carlsmitha (1968) kontakt wzrokowy
służy do intensyfikacji treści werbalnej danego stosunku, bez
względu na to, czy jest on pozytywny, czy negatywny. Jeśli więc
ktoś prawi mi komplementy, to będę przychylniejszy dla tej osoby,
gdy patrzy na mnie, a nie gdzieś w bok. Jeśli jednak ktoś mnie
krytykuje, to będę czuł się lepiej, jeśli osoba ta stara się na
mnie nie patrzeć - brak kontaktu wzrokowego sprawia, że to „ujemne
sprzężenie zwrotne” zdaje się mieć charakter mniej osobisty.
Wiadomo
od dawna, że |wpatrywanie |się u naczelnych sygnalizuje groźbę, a
w wielu kulturach w różnych częściach świata silna jest obawa
przed destrukcyjną magią „uroku”, czyli „złego oka”, co
spowodowało nałożenie „tabu” na wpatrywanie się. Aby ustalić,
w jak sposób bardziej „cywilizowani” Amerykanie reagowaliby na
intensywne wpatrywanie się kogoś obcego, Ellsworth i jej
współpracownicy przeprowadzili bardzo interesujący eksperyment
naturalny, tak prosty, że może go powtórzyć każdy student, który
miałby chęć to uczynić.
„Eksperymentator
czekał na rogu ruchliwego skrzyżowania, dopóki jakiś samochód
nie zatrzymał się przy czerwonym świetle. Gdy samochód stanął,
wówczas eksperymentator zaczynał się wpatrywać spokojnie i
nieustannie, w kierowcę. Gdy zapalało się zielone światło, wtedy
inny obserwator uruchamiał ukryty stoper i mierzył czas, jaki był
potrzebny kierowcy na przejechanie skrzyżowania. W wypadku kierowców
zaliczonych do grupy kontrolnej eksperymentator po prostu stał na
rogu - nie patrząc wprost na kierowców - i mierzył czas, jaki im
zajęło przejechanie skrzyżowania.
Eksperyment
ten powtarzano kilka razy, w różnych wariantach, a za każdym razem
wyniki były te same: kierowcy, w których wpatrywał się
eksperymentator, przejeżdżali skrzyżowanie znacznie szybciej niż
ci, w których się nie wpatrywano” (Ellsworth, Henson i Carlsmith,
1972).
W
tym wypadku kontakt wzrokowy był najwyraźniej bodźcem wywołującym
zachowanie typu unikania. Interpretując ten wynik, nie musimy
wyciągać wniosku, że wpatrywanie się jest dla ludzi wrodzonym
sygnałem zagrożenia lub że współcześni Amerykanie nadal
potajemnie pielęgnują wiarę w „złe oko”. Eksperymentatorzy
sugerują, że w tej sytuacji wpatrywanie się miało dwie zasadnicze
właściwości: a) stwarzało bezsensowną sytuację, w której
kierowca nie miał możliwości wykonania żadnej oczywistej,
właściwej reakcji oraz b) było dostatecznie silnym bodźcem, aby
kierowca czuł się zaangażowany i zmuszony do zareagowania.
Sama
bezsensowność sytuacji nie wystarczy, aby wyjaśnić „ucieczkowe”
zachowanie kierowców. Wykazało to badanie kontrolne, w którym
eksperymentator wykonywał bezsensowną czynność (walenie młotkiem
w chodnik), która nie była związana z wpatrywaniem się. Ogólnie
biorąc, kierowcy w tych warunkach nie przejeżdżali skrzyżowania
szybciej niż w sytuacji bez wpatrywania się - widzieli bezsensowne
zachowanie, ale nie mieli poczucia, że ich ono dotyczy. Jedynie
wtedy, gdy byli osobiście zaangażowani, brak odpowiedniej reakcji
najwyraźniej wzbudzał napięcie i powodował ucieczkę, gdy tylko
stała się ona możliwa. Kiedy osoba wpatrująca się dostarcza
dodatkowych „sugestywnych” sygnałów, lub wpatruje się w takiej
sytuacji, w której reakcje zbliżenia są odpowiednie lub mogłyby
okazać się nagradzające, wówczas należałoby oczekiwać, że
kontakt wzrokowy będzie bodźcem raczej przyciągającym niż
odpychającym.
Philip
G. Zimbardo Psychologia i życie
O korzyściach płynących z zaakceptowania swej pozycji społecznej
Wiele
różnych rodzajów wyjaśnień może dopomóc w wytłumaczeniu
określonego zdarzenia, doświadczenia lub problemu osobistego. Jeden
z nich polega na wnioskowaniu o przyczynach natury mentalistycznej
czy psychicznej (mentalistic
or psychic), takich
jak uczucia czy pragnienia. Rozpatrzmy następujące „wyjaśnienie”,
zaproponowane przez biochemika Myrona Tumblesona dla wytłumaczenia
nawyku upijania się u świń, którym dawano mieszaninę alkoholu i
soku pomarańczowego. Świnie te, zanim jeszcze zapoznały się z
alkoholem, ustanowiły w stadzie hierarchię (analogiczną do
„porządku dziobania” u kurcząt), która określała kolejność,
w jakiej układały się w pomieszczeniu - dominująca świnia zawsze
zajmowała najbardziej cenione miejsce w rogu, następnie kładły
się zwierzęta znajdujące się coraz niżej w hierarchii, kończąc
na „najniższej” świni, która zawsze musiała wystawiać
pośladki na świeże powietrze.
„Król
świń pił tak dużo, że stracił swoją pozycję w ciągu 24
godzin” podaje Tubleson. „Świnia numer 3 piła bardzo mało i
została królem świń”. Jednakże następnego ranka świnia,
która pierwotnie była numerem 1 przyszła do siebie i w ciągu 72
godzin wróciła na szczyt hierarchii. Tumbleson stwierdził, że
„nie upiła się ona już nigdy więcej”.
Po
tym doświadczeniu świnie wytworzyły takie formy picia, które były
najwyraźniej zdeterminowane ich uczuciami w stosunku do własnej
pozycji społecznej. „Największą pijaczką była świnia
zajmująca szóstą pozycję w hierarchii społecznej złożonej z
siedmiu świń” wyjaśnił Tumblesom, „najwyraźniej jest ona
sfrustrowana z powodu swej pozycji i ucieka w alkoholizm”.
Eksperyment ten przyniósł także dobrą wiadomość dla wiecznie
przegrywających: świnia zajmująca najniższą pozycję w zagrodzie najwyraźniej
nie czuła żadnej potrzeby, aby zalewać swe smutki. „Świnia
numer 7 wiedziała, że jest ostatnia”, powiedział badacz z
Missouri, „i zaakceptowała to”.
(„Newsweek”,
30 lipca 1973).
**
Innego rodzaju wyjaśnienia są formułowane w kategoriach zjawisk fizjologicznych zachodzących w mózgu, komórkach nerwowych, gruczołach i innych niezliczonych narządach organizmu. Wielu studentów wstępnego kursu psychologii jest przekonanych, że fizjologia jest kluczem do zrozumienia wszelkiego zachowania: że kiedy wiemy dostatecznie dużo o fizjologii i reakcjach biochemicznych, to nic więcej nie pozostaje do wyjaśnienia.
Lecz chociaż wyjaśnienia fizjologiczne mogą wytłumaczyć dane zachowanie, to jednak często pozostaje nierozstrzygnięte zagadnienie, w jaki sposób działa dany proces fizjologiczny i co go wywołuje.
Istnieją także zjawiska z zakresu zachowania, których zakres jest zbyt szeroki, aby można je było sensownie wyjaśnić na wysoce specyficznym poziomie fizjologii mózgu. Jeśli ktoś szuka wytłumaczenia, dlaczego wiceprezydent Stanów Zjednoczonych rzekomo brał łapówki, to nie zadowoli go wyjaśnienie, w jaki sposób mięśnie ręki kurczą się, aby uchwycić wsunięte w nią pieniądze. Wyjaśnienie musi być odpowiednie do poziomu postawionego pytania.
**
Innego rodzaju wyjaśnienia są formułowane w kategoriach zjawisk fizjologicznych zachodzących w mózgu, komórkach nerwowych, gruczołach i innych niezliczonych narządach organizmu. Wielu studentów wstępnego kursu psychologii jest przekonanych, że fizjologia jest kluczem do zrozumienia wszelkiego zachowania: że kiedy wiemy dostatecznie dużo o fizjologii i reakcjach biochemicznych, to nic więcej nie pozostaje do wyjaśnienia.
Lecz chociaż wyjaśnienia fizjologiczne mogą wytłumaczyć dane zachowanie, to jednak często pozostaje nierozstrzygnięte zagadnienie, w jaki sposób działa dany proces fizjologiczny i co go wywołuje.
Istnieją także zjawiska z zakresu zachowania, których zakres jest zbyt szeroki, aby można je było sensownie wyjaśnić na wysoce specyficznym poziomie fizjologii mózgu. Jeśli ktoś szuka wytłumaczenia, dlaczego wiceprezydent Stanów Zjednoczonych rzekomo brał łapówki, to nie zadowoli go wyjaśnienie, w jaki sposób mięśnie ręki kurczą się, aby uchwycić wsunięte w nią pieniądze. Wyjaśnienie musi być odpowiednie do poziomu postawionego pytania.
Philip
G. Zimbardo Psychologia i życie
Obserwacja o obserwacji
Hugo
Munsterberg, jeden z pierwszych psychologów prowadzących badania w
Harvard University, daje godny uwagi opis różnych obserwacji
dokonanych przez reporterów, którzy wysłuchali jego przemówienia
na temat pokoju, jakie wygłosił przed licznym audytorium w Nowym
Jorku:
„Reporterzy
siedzieli tuż przy podium. Jeden z nich napisał, że słuchacze
byli tak zaskoczeni moim przemówieniem, iż wysłuchali go w
zupełnym milczeniu; inny zanotował, że wciąż przerywały je
gromkie brawa, a gdy skończyłem mówić, oklaski trwały kilka
minut. Jeden napisał, że w czasie przemówienia mego przeciwnika
uśmiechałem się nieustannie; inny zauważył, że moja twarz
pozostawała surowa i bez uśmiechu. Jeden stwierdził, że wskutek
podniecenia moja twarz stała się purpurowo-czerwona, a drugi
doniósł, że zbladłem jak kreda. Jeden poinformował czytelników,
że mówca, który mnie krytykował, w trakcie swego przemówienia
wchodził na podium i schodził z niego; inny - że mówca ów stał
cały czas obok mnie i klepał mnie ojcowsko po ramieniu”. (1908,
s. 35-36)
*
*
Aczkolwiek
dane zbierane są w sposób obiektywny, to jednak często - a może
zawsze - wybiera się je i przedstawia dla poparcia swego poglądu.
To, co zostało zebrane i opisane, może być zatem tylko częścią
tego, co dałoby się zobaczyć.
Psychologowie
dobrze zdają sobie sprawę ze słuszności starego powiedzonka:
„Znajdziesz to, czego szukasz”. Przy planowaniu swych
eksperymentów starają się zabezpieczyć przed tą tendencją. Na
przykład psychologowie, badając skutki stosowania jakiegoś środka
farmakologicznego lub innego sposobu leczenia, przeprowadzają tak
zwane 'podwójne ślepe' (double-blind) próby. Organizują je w taki
sposób, aby osoby oceniające zachowanie badanego nie wiedziały, aż
do zakończenia próby, którzy badani byli poddani leczeniu, a
którzy nie. Również sami badani nie wiedzą w której znaleźli
się grupie ani nawet tego, że są dwie, odmiennie traktowane grupy.
Zwłaszcza
w nowych dziedzinach badań trudno jest badaczom zachować
obiektywizm. Im bliżej są oni odkrycia, które mogłoby spowodować
prawdziwy przełom, tym trudniej im zachować bezstronność
obserwacji i uchronić interpretację danych przed wpływem tego, co
chcieliby stwierdzić - bez względu na to, jak dobre mają intencje.
Gdy czytamy o „zadziwiających, nowych odkryciach w psychologii”,
lub w jakiejkolwiek innej nauce, dobrze jest być ostrożnym z
przyjmowaniem ich za dobrą monetę, dopóki czas nie wykaże ich
wartości.
Philip
G. Zimbardo Psychologia i życie
Nie znam większego braku szacunku dla człowieka-podmiotu, niż traktować go jako przedmiot
Poprzedni prezes American Association for Humanistic Psychology (Amerykańskiego Towarzystwa Psychologii Humanistycznej), Floyd Matson, zaatakował wielu aktywnych zawodowo psychologów, gdy powiedział:
„Nie znam większego braku szacunku dla człowieka-podmiotu, niż traktować go jako przedmiot; chyba że jeszcze większym lekceważeniem jest dalsze poniżenie tego przedmiotu przez dzielenie go na popędy, cechy, odruchy i inne mechaniczne elementy konstrukcyjne” (1971, s. 7).
Krótko mówiąc, psychologia humanistyczna to: głębokie zainteresowanie procesem samorealizacji człowieka (human becoming), nacisk na integralność i specyficzność jednostki, troska o polepszenie losu ludzkiego, jak również o zrozumienie jednostki. Psychologowie reprezentujący tę humanistyczną tradycję, tacy jak Rollo May, Carl Rogers i Abraham Maslow, są przekonani, że badania psychologiczne powinny być ukierunkowane na zrozumienie własnej tożsamości, wyboru, wolności, pewności, nadziei i samospełnienia - a także na środki służące osiągnięciu tych celów czy optymalizacji tych procesów w nas samych”.
Philip
G. Zimbardo Psychologia i życie
niedziela, 24 kwietnia 2016
Punkt widzenia socjobiologii Glenna Wilsona
Wyjaśnienie to jest socjobiologicznym wyjaśnieniem Wilsona (1992). Mówi
on, że ewolucja wytworzyła różnice między kobietami a mężczyznami.
Niektóre z tych różnic, uważanych przez niego za wrodzone, to większa w
porównaniu z mężczyznami uległość kobiet, mniejsze zdolności
przestrzenne i matematyczne, mniejsza skłonność do ryzyka, ale większe
zdolności współodczuwania, werbalne i społeczne. Wilson uważa, że są to
prawdy biologiczne, nie podlegające jakimś wielkim zmianom kulturowym.
Tak więc z tej perspektywy ruch wyzwolenia kobiet zrobił błąd próbując
osiągnąć dla kobiet swobodę seksualną i inne rodzaje wolności, ponieważ
kobiety w rzeczywistości tego nie chcą i jest to przeciwko ich naturze.
Nie jest więc niczym niespodziewanym, że swoboda ruchu wyzwolenia kobiet
przemieniła się w purytańską represywność ruchu feministycznego. To
właśnie jest, w paru słowach, Wilsonowskie spojrzenie na feminizm. W
pewien sposób martwi mnie ten biologiczny determinizm i jego implikacja,
że rzeczy nie mogą zmienić się tak bardzo, jak by się tego chciało.
Niemniej Wilson dostarcza tu wyjaśnienia, które tłumaczy zmianę
chwilowego radykalizmu ruchu wyzwolenia kobiet/feminizmu na obecny
purytanizm feminizmu. Faktycznie jest to jedyne wyjaśnienie, jakie znam,
które koncentruje się szczególnie na tej zmianie wolności na represję.
Za: Russell Eisenman, Od twórczych odchyleńców do konwencjonalnych ciemięzców: psychoanaliza i feminizm
tłumaczenie: Jacek Sierpiński
Mać pariadka
Za: Russell Eisenman, Od twórczych odchyleńców do konwencjonalnych ciemięzców: psychoanaliza i feminizm
tłumaczenie: Jacek Sierpiński
Mać pariadka
piątek, 22 kwietnia 2016
Ktokolwiek kontroluje terytorium, zdobywa samice
W rzeczy samej, kobiety są owcami.
Lgną do władzy, niezależnie od jej źródła i prawomocności.
Zobacz jak one kochają pracę w rządowych biurach. Ktokolwiek ma
władzę, jest w stanie narzucić im wszystko, ich rolę, zachowanie,
myśli. Patrz * i ‘The Gynaeceum’. W
końcu, tak jak w naturze, samice przychodzą wraz z terytorium.
Ktokolwiek kontroluje terytorium, zdobywa samice. To jeden z powodów
dla których kobiety nie powinny mieć prawa głosu, ponieważ będą dążyć
do utrzymania status quo, niezależnie jak bardzo jest on
skorumpowany.
*Kiedy samce walczą, zwykle walczą o
terytorium. Mogą walczyć tylko wirtualnie, przybierając
odpowiednią pozycję i grożąc, ale ciągle jest to walka o
dominację. Przegrywający wycofuje się, rezygnując ze swych
roszczeń do terytorium. Co istotne, samice przychodzą wraz z
terytorium. Ktokolwiek dominuje
na terytorium, również spółkuje z samicami w jego obrębie. W
ludzkiej społeczności, fakt że płeć żeńska obdarowana jest
inteligencją i mową, pozwala kobietom jedynie na użycie
bałamutnych argumentów dla usprawiedliwienia swych działań, jak w
przypadku gdy obcy przejmują nasze terytorium. Prawa natury są
nadrzędne. Człowiek nie może się im przeciwstawiać. Lub też,
jeżeli to robi, jest to tylko czasowe.
Simon Sheppard
[Według
Buddy, kobieta ulega zdominowaniu przez autorytet. Nie musi to
być obcy najeźdźca, który okazał się silniejszy i zdobył
miasto, według Ciorana, uznany literat, choćby nie wiem jak
szpetny, skoro okazał się zwycięzcą na polu literatury, będzie
tym samym atrakcyjny dla kobiet. No i mamy jeszcze to co Lec nazywał
ekonomicznymi bodźcami erotycznymi. Pewien raczej mało atrakcyjny
pan o niskim wzroście, na pytanie jak z jego wyglądem udaje mu się
mieć takie powodzenie u kobiet, odparł: „Gdy staję na portfelu,
robię się znacznie wyższy”.]
piątek, 13 marca 2015
Liderzy to osoby, które przekazują komuś wiarę i nauczają innych, wydobywają z nich zdolności przez zmianę przekonania, że są ograniczone
Liderzy to osoby, które przekazują
komuś wiarę i nauczają innych, wydobywają z nich zdolności przez
zmianę przekonania, że są ograniczone. Wielkim liderem, który
wywarł na mnie ogromne wrażenie jest nauczycielka Marva Collins. 30
lat temu użyła swojej siły, zdecydowała się wpłynąć na
przyszłość poprzez wprowadzenie zmian w życie dzieci. Kiedy
dostała pierwszą pracę jako nauczycielka, gdzie było wiele dzieci
z getta w Chicago, jej uczniowie zdecydowali, że nie chcą się
uczyć niczego. Misją Marvy było poruszenie życia tych dzieci. Ona
nie miała tylko prostego przekonania, ona miała głęboko
zakorzenione przeświadczenie, że będzie miała dobry wpływ na
nich. Nie miała ograniczeń w tym co chciała robić. Przebywając z
dziećmi, określanymi jako dyslektyczne i z zaburzeniami uczenia się
i zachowania, zdecydowała, że problem nie tkwi w dzieciach lecz w
sposobie w jaki zostały one dotknięte. Było to dosyć śmiałe
stwierdzenie. Dzieci nie miały wiary w siebie, nie wiedziały kim
naprawdę są, ani do czego są zdolne. Ludzie reagują na wyzwania i
Marva uwierzyła, że te dzieci potrzebują tego bardziej niż
czegokolwiek innego.
Wyrzuciła wszystkie stare książki i
zastąpiła je Szekspirem, Sofoklesem i Tołstojem. Inni nauczyciele
powiedzieli ,,Nie ma sposobu aby jej się udało, te dzieci nie
zrozumieją tego".
Wielu z nich zaatakowało Marvę personalnie, mówiąc że zamierza zniszczyć życie tych dzieci. Ale uczniowie Marvy nie tylko zrozumieli materiał, ale i rozwijali się. Dlaczego? Ponieważ ona wierzyła tak gorąco w unikalność duszy każdego dziecka, w jej lub jego zdolności uczenia się czegokolwiek. Komunikowała się z wielką zgodnością i miłością, że dosłownie pozwoliła im uwierzyć w siebie - kilku z nich po raz pierwszy w ich młodym życiu. Rezultaty były nadzwyczajne.
Po raz pierwszy spotkałem Marvę i robiłem z nią wywiad w Westide Preparatory School, prywatnej szkole przez nią ufundowanej, która była poza systemem szkół w Chicago. Po naszym spotkaniu, postanowiłem porozmawiać z jej uczniami. Pierwszy młody człowiek, którego spotkałem miał cztery lata, jego uśmiech rozbrajał każdego. Uścisnąłem jego dłoń.
- Cześć nazywam się Tony Robbins.
- Dzień dobry panu. Nazywam się Talmadge E. Griffin. Mam cztery lata. Co chciałby pan wiedzieć? - Powiedz mi Talmadge, co przerabiałeś ostatnio?
Wielu z nich zaatakowało Marvę personalnie, mówiąc że zamierza zniszczyć życie tych dzieci. Ale uczniowie Marvy nie tylko zrozumieli materiał, ale i rozwijali się. Dlaczego? Ponieważ ona wierzyła tak gorąco w unikalność duszy każdego dziecka, w jej lub jego zdolności uczenia się czegokolwiek. Komunikowała się z wielką zgodnością i miłością, że dosłownie pozwoliła im uwierzyć w siebie - kilku z nich po raz pierwszy w ich młodym życiu. Rezultaty były nadzwyczajne.
Po raz pierwszy spotkałem Marvę i robiłem z nią wywiad w Westide Preparatory School, prywatnej szkole przez nią ufundowanej, która była poza systemem szkół w Chicago. Po naszym spotkaniu, postanowiłem porozmawiać z jej uczniami. Pierwszy młody człowiek, którego spotkałem miał cztery lata, jego uśmiech rozbrajał każdego. Uścisnąłem jego dłoń.
- Cześć nazywam się Tony Robbins.
- Dzień dobry panu. Nazywam się Talmadge E. Griffin. Mam cztery lata. Co chciałby pan wiedzieć? - Powiedz mi Talmadge, co przerabiałeś ostatnio?
- Wiele rzeczy panie Robbins.
- Właśnie skończyłem czytać
,,Myszy i ludzie" John`a Steibeck`a.
Nic więcej, byłem zaskoczony. Zapytałem go o czym jest ta książka, licząc, że odpowie, iż jest o dwóch facetach George i Lenny.
- Główny wątek to …
Od tego czasu uwierzyłem! Potem zapytałem go czego nauczył się z tej książki.
- Panie Robbins, nie tylko się nauczyłem, ta książka przeniknęła do mej duszy.
Zacząłem się śmiać i zapytałem:
- Co to znaczy ,,przeniknęła"?
- Przeszła przez - odpowiedział i podał mi pełniejszą odpowiedź niż ja mógłbym podać.
- Co wzruszyło cię najbardziej w tej książce?
- Zauważyłem w tej powieści, że dzieci nigdy nie oceniają nikogo po kolorze skóry tylko dorośli. Czego się nauczyłem to to, że gdy pewnego dnia stanę się dorosłym, nigdy nie zapomnę lekcji dzieciństwa.
Poleciały mi łzy, ponieważ zobaczyłem, że Marva Collins dostarczyła temu chłopcu i podobnym jemu siłę wiary, która ukształtuje ich decyzje nie tylko dziś ale przez całe ich życie. Marva wpłynęła na swoich uczniów, używając trzech zasad organizacji: spowodowała, że podniosły się ich normy, towarzyszyła im w przyswajaniu nowych, umożliwiła przełamać dawne ograniczenia i odwróciła wszystko z tak specyficznymi umiejętnościami i strategią konieczną do długo życiowego sukcesu.
Rezultaty? Jej uczniowie stali się nie tylko pewni siebie, ale i kompetentni. Efekty w ich życiu są głębokie.
W końcu zapytałem Talmadge:
- Jakiej najważniejszej rzeczy nauczyła cię pani Collins?
- Najważniejszą rzeczą, której nauczyła mnie pani Collins to ,,SPOŁECZEŃSTWO MOŻE PROROKOWAĆ, ALE TO JA KSZTAŁTUJĘ MOJE PRZEZNACZENIE!"
Może wszyscy musimy pamiętać lekcję dzieciństwa. Z przekonania młodego Talmadge wyrażonego tak pięknie, gwarantuję, że on, tak dobrze jak jego koledzy z klasy, będą mieć ogromne możliwości do interpretowania ich życia tworzenia przyszłości takiej jakiej oczekują, nie będą się jej obawiać.
Przyjrzyjmy się teraz czego się nauczyliśmy. Wyjaśniliśmy sobie, że w każdym z nas jest siła, którą trzeba rozbudzić (uświadomić ją sobie). Siła zaczyna działać, gdy uświadomimy sobie, nasze decyzje, a wtedy kształtujemy nasze przeznaczenie.
Nic więcej, byłem zaskoczony. Zapytałem go o czym jest ta książka, licząc, że odpowie, iż jest o dwóch facetach George i Lenny.
- Główny wątek to …
Od tego czasu uwierzyłem! Potem zapytałem go czego nauczył się z tej książki.
- Panie Robbins, nie tylko się nauczyłem, ta książka przeniknęła do mej duszy.
Zacząłem się śmiać i zapytałem:
- Co to znaczy ,,przeniknęła"?
- Przeszła przez - odpowiedział i podał mi pełniejszą odpowiedź niż ja mógłbym podać.
- Co wzruszyło cię najbardziej w tej książce?
- Zauważyłem w tej powieści, że dzieci nigdy nie oceniają nikogo po kolorze skóry tylko dorośli. Czego się nauczyłem to to, że gdy pewnego dnia stanę się dorosłym, nigdy nie zapomnę lekcji dzieciństwa.
Poleciały mi łzy, ponieważ zobaczyłem, że Marva Collins dostarczyła temu chłopcu i podobnym jemu siłę wiary, która ukształtuje ich decyzje nie tylko dziś ale przez całe ich życie. Marva wpłynęła na swoich uczniów, używając trzech zasad organizacji: spowodowała, że podniosły się ich normy, towarzyszyła im w przyswajaniu nowych, umożliwiła przełamać dawne ograniczenia i odwróciła wszystko z tak specyficznymi umiejętnościami i strategią konieczną do długo życiowego sukcesu.
Rezultaty? Jej uczniowie stali się nie tylko pewni siebie, ale i kompetentni. Efekty w ich życiu są głębokie.
W końcu zapytałem Talmadge:
- Jakiej najważniejszej rzeczy nauczyła cię pani Collins?
- Najważniejszą rzeczą, której nauczyła mnie pani Collins to ,,SPOŁECZEŃSTWO MOŻE PROROKOWAĆ, ALE TO JA KSZTAŁTUJĘ MOJE PRZEZNACZENIE!"
Może wszyscy musimy pamiętać lekcję dzieciństwa. Z przekonania młodego Talmadge wyrażonego tak pięknie, gwarantuję, że on, tak dobrze jak jego koledzy z klasy, będą mieć ogromne możliwości do interpretowania ich życia tworzenia przyszłości takiej jakiej oczekują, nie będą się jej obawiać.
Przyjrzyjmy się teraz czego się nauczyliśmy. Wyjaśniliśmy sobie, że w każdym z nas jest siła, którą trzeba rozbudzić (uświadomić ją sobie). Siła zaczyna działać, gdy uświadomimy sobie, nasze decyzje, a wtedy kształtujemy nasze przeznaczenie.
Anthony Robbins
Obudź w sobie olbrzyma , s 133- 135
Przekład: Paweł
Cichawa
czwartek, 12 marca 2015
Overton: jak zaakceptować nieakceptowalną ideę
© Kolaż: Głos Rosji
Jakimi metodami politycy i publicyści wpływają na opinię społeczną? Często sceptycznie odnosimy się do idei politycznych, które sztucznie stworzono w różnych ośrodkach badania i analizy spraw publicznych. Ale te techniki wydadzą się dziecięcym wybrykiem, jeśli porównamy je z metodami, które mają na celu zaakceptowanie przez społeczeństwo nawet tego, co wcześniej było nie do przyjęcia i nie do pomyślenia.
Chodzi o model inżynierii społecznej „Okno Overtona”.
Model ten opracował w latach 90. Joseph P. Overton (1960-2003), były
wiceprezydent amerykańskiego centrum analitycznego Mackinac Center for
Public Policy. Jego teoria opiera się na interwale idei, które mogą być w
każdej chwili przyjęte przez społeczeństwo i o których w rezultacie
mówią otwarcie politycy nie chcący, aby postrzegano ich jako
ekstremistów.
Idea przechodzi przez etapy:
1. Unthinkable (niedopomyślenia, zabronione);
2. Radical (radykalna; zabronione, ale z zastrzeżeniami);
3. Acceptable (akceptowalne);
4. Sensible (sensowne);
5. Popular (popularne; możliwa do przyjęcia przez społeczeństwo);
6. Policy (decyzja polityczna, legalizacja, umocnienie się w polityce państwowej).

Na wykorzystaniu „Okna Overtona” oparto techniki manipulowania opinią publiczną w celu stopniowego przyjęcia przez społeczeństwo wcześniej obcych mu idei, na przykład tematów tabu. Istota tej techniki polega na tym, że pożądaną zmianę opinii dzieli się na kilka etapów, z których każdy przenosi postrzeganie idei w określone stadia, a ogólnie przyjętą normę przesuwa na ich obrzeża. Powoduje to późniejsze przesunięcie samego okna, tak aby osiągnięta pozycja znów znalazła się po środku, co umożliwia przejście do kolejnego etapu w jego granicach.
Think
tanks (dosłownie: zbiornik myśli) tworzą i rozpowszechniają opinie poza
granicami „Okna Overtona” w celu uczynienia społeczeństwa bardziej
podatnym na różnego rodzaju idee w polityce. Gdy tego typu centrum chce
wprowadzić jakąś ideę, którą opinia publiczna uważa za niedopuszczalną,
to stopniowo wykorzystuje okno.
Jako przykład tego, jak
można stopniowo zmienić opinię publiczną, weźmiemy małżeństwa
homoseksualne. Przez wiele lat w systemie „Okna Overtona” idea małżeństw
homoseksualnych znajdowała się w zakazanej strefie. Społeczeństwo nie
akceptowało idei małżeństw między osobami tej samej płci. Ale media
nieustanie wpływały na opinię publiczną popierając mniejszości
homoseksualne. Małżeństwa homoseksualne zaczęto traktować jako zakazane,
ale z zastrzeżeniami. Następnie jako dopuszczalne, a potem jako
neutralne. Teraz są postrzegane jako „dopuszczalne z zastrzeżeniami”.
Wkrótce, być może, będą w pełni akceptowalne.
Funkcjonowanie
„Okna Overtona” zapewnia ogromna ilość specjalistów w sferze
manipulacji opinią publiczną: technolodzy polityczni, naukowcy,
dziennikarze, specjaliści od PR-u, celebryci, nauczyciele. Ciekawe, że
takie tematy jak małżeństwa homoseksualne lub eutanazja już nie wydają
się nam takie straszne. Przeszły po prostu cały proces „technologicznej”
transformacji od „niedopuszczalnych” po „legalizację”.
Rosyjski
reżyser Nikita Michałkow na swoim blogu wideo Besogon.TV przedstawił
schemat tego procesu na przykładzie zjawiska do tej pory nie
akceptowalnego w społeczeństwie, a mianowicie kanibalizmu. Przesunięcie
„Okna Overtona” w stosunku do kanibalizmu może odbywać się w
następujących etapach:
Etap 0. Obecny stan. Problem jest niemożliwy do zaakceptowania. Nie jest omawiany w mediach i przez ludzi.
Etap
1. Temat zmienia się z „całkowicie nieakceptowalny” w „zakazany, ale z
zastrzeżeniami”. Twierdzi się, że nie powinno być jakichkolwiek tabu,
temat zaczyna być omawiany na niewielkich konferencji, gdzie wypowiadają
się szanowani naukowcy podczas debat „naukowych”. Równolegle z
pseudonaukową dyskusją powstaje „Związek Radykalnych Kanibali”, ich
oświadczenia od czasu do czasu cytują media. Problem już nie należy do
sfery tabu i przechodzi w krąg tematów omawianych w przestrzeni
medialnej. Wynik: nieakceptowalny temat został wprowadzony do obiegu,
tabu uległo desakralizacji, doszło do likwidacji jednoznaczności
problemu i jego gradacji.
Etap 2. Temat kanibalizmu
przechodzi od „radykalnego” do akceptowanego. Nadal cytowani są naukowcy
i tworzone są eleganckie terminy: nie ma już kanibalizmu, ale jest np.
„antropofilia”. Z danego „terminu” można tworzyć pochodne, powiedzmy,
„antropofil”. Ma to na celu oddzielenie w świadomości społecznej formy
słowa od jego znaczenia. Jednocześnie dla wzmocnienia tworzony jest
historyczny precedens, prawdziwy lub wymyślony. Podstawowy cel:
częściowe ograniczenie wykluczenia ze sfery prawa „antropofilii”,
przynajmniej w danym momencie historycznym.
Etap 3.
„Okno Overtona” przesuwa się, przenosząc temat z „akceptowalnego” w
„świadome/racjonalne”, co argumentuje się „biologiczną koniecznością”.
Twierdzi się, że potrzeba spożywania mięsa ludzkiego może być związana z
genetycznymi predyspozycjami. W przypadku głodu, „niemożliwych do
pokonania okoliczności”, człowiek powinien mieć prawo wyboru. Nie należy
ukrywać informacji, aby każdy mógł wybrać między „antropofilią” a
„antropofobią”.
Etap 4. „Od sensownego do popularnego”
(społecznie akceptowalnego). Toczy się polemika nie tylko na przykładzie
postaci historycznych lub mitycznych, ale i współczesnych. Antropofilia
zaczyna być masowo omawiana w wiadomościach, talk show, kinie, muzyce
pop, teledyskach. Jednym ze sposobów popularyzacji jest chwyt „rozejrzyj
się w koło!”. Czy nie wiedzieliście, że jeden znany kompozytor jest
antropofilem?
Etap 5. „Od społecznej akceptacji do
legalizacji”. Temat pojawia się w aktualnych wiadomościach,
automatycznie przejmują go media, show biznes i… nabiera politycznego
znaczenia. Na tym etapie w celu usprawiedliwienia legalizacji
wykorzystuje się „humanizację” adeptów ludożerstwa. Podobno są to
„twórczy ludzie”, ofiary niewłaściwego wychowania i „kim jesteśmy, aby
ich osądzać?”.
Etap 6. Ludożerstwo z „popularnego
tematu” przechodzi do sfery „legalizacji, czyli umocnienia się w
polityce państwowej”. Powstaje baza prawna, pojawiają się lobbujące
grupy, publikowane są badania socjologiczne, w których popierani są
zwolennicy legalizacji kanibalizmu. Pojawia się nowy dogmat: „Nie
powinno się zakazywać antropofilii”. Zatwierdza się ustawę, problem
dociera do szkół i przedszkoli, i nowe pokolenie już nie wie, że można
myśleć inaczej.
Na razie przykład przytoczony przez
reżysera Nikitę Michałkowa ma jedynie charakter hipotetyczny. Jednak
wiele współczesnych idei wiele lat temu uważano za niemożliwe do
przyjęcia. Ale stały się akceptowalne zarówno przez prawo, jak i w
oczach społeczeństwa. Czy nie doszło do tego dokładnie tak, jak opisano
powyżej?
poniedziałek, 2 marca 2015
Czy ocena własnego sprawstwa jest realistyczna?
Zanim jednak przejdziemy do tej
skądinąd zasadniczej kwestii, warto przez chwilę zastanowić się
nad problemem, czy sądy dotyczące naszego wpływu na bieg wydarzeń
są realistyczne, czy też nie. Czy ocena stopnia kontroli, jaka
sprawujemy nad biegiem zdarzeń, odpowiada czy też nie odpowiada
rzeczywistości?
Iluzja kontroli
Interesujących odpowiedzi na to
pytanie udzielają badania Lauren Alloy i Lynn Abramson (1979) nad
sądami o kontroli u osób depresyjnych i niedepresyjnych. Samo
zadanie, wykonywane przez uczestników eksperymentu, było bardzo
proste. W każdej próbie z serii (np. 40-tu prób) uczestnik mógł
nacisnąć pewien przycisk bądź też nie nacisnąć go (decyzja
zależała wyłącznie od niego), po czym zapalała się (lub nie
zapalała) zielona lampka. Tak więc, w danej próbie mogło dojść
do jednego z czterech przypadków przedstawionych w tabeli 2.
Tabela 2. Rodzaje zdarzeń w
eksperymentach Alloy i Abramson (1979)
(A) Badany nacisnął przycisk i lampka
zapaliła się
(B) Badany nie nacisnął przycisku i
lampka zapaliła się
(C) Badany nacisnął przycisk i lampka
nie zapaliła się
(D) Badany nie nacisnął przycisku i
lampka nie zapaliła się
Po zakończeniu serii prób proszono
badanego, by ocenił, w jakim stopniu miał wpływ na zapalanie się
lampki, tzn. w jakiej mierze jej zapalenie się zależało od tego,
czy nacisnął, czy też nie nacisnął przycisku. W omawianych
badaniach uzyskano wiele ciekawych wyników. W pierwszym z
eksperymentów sytuacja zaaranżowana była w taki sposób, że
zapalenie się lampki rzeczywiście zależało od zachowania się
badanego. Okazało się, że w takich okolicznościach ludzie trafnie
spostrzegają związek między własnym zachowaniem a zdarzeniem,
tzn. szacują swój wpływ jako silny wtedy, kiedy obiektywnie
zależność ta jest wysoka, i jako niezbyt silny, gdy zależność
ta jest umiarkowana. Nie stwierdzono też wyraźnych różnic między
osobami depresyjnymi i niedepresyjnymi.
Obraz zmieniał się jednak całkowicie,
kiedy to - obiektywnie rzecz biorąc - występowanie zdarzeń było
niezależne od zachowania się badanych (tzn. kiedy nie było żadnego
związku między naciskaniem bądź nie naciskaniem przycisku a
zapalaniem się lampki). O ile osoby depresyjne okazywały w dalszym
ciągu realizm w ocenie własnej kontroli, tzn. określały swój
wpływ jako minimalny, o tyle osoby niedepresyjne zdecydowanie
przeceniały swój wpływ, czyli ulegały iluzji kontroli.
Teza, że osoby normalne mają
trudności z dostrzeganiem braku związku między swoim działaniem a
jego następstwami, została również potwierdzona przez wyniki
innych badań. Zarówno prace Ellen Langer (1975), jak i Camille
Wortman (1975) ujawniły, że ludzie skłonni są spostrzegać
sytuacje losowe (np. loterię) jako sytuacje sprawnościowe, tj.
takie, w których wynik zależny jest od ich wkładu (wysiłku, uzdolnień itp.). Tendencja
ta nasila się, jeżeli sytuacja losowa, w której się znajdujemy,
zewnętrznie przypomina sytuację sprawnościową, np. człowiek ma w
niej możliwość dokonywania wyboru sposobu działania, czy też
współzawodniczy z inną osobą o dobry rezultat. Wyniki te wydają się dość
tajemnicze. Dlaczego właściwie ludzie dobrze przystosowani mieliby
w pewnych okolicznościach tak silnie przeceniać swój wpływ? Co
takiego zakłóca możność dostrzeżenia, że nad pewnymi rzeczami
nie sprawują kontroli? Jakie okoliczności sprzyjają, jakie zaś
nie sprzyjają pojawianiu się tego złudzenia? Wreszcie, jakie to
różnice między osobami depresyjnymi i niedepresyjnymi przyczyniają
się do tego, że te ostatnie łatwiej ulegają iluzji kontroli?
Jak się okazuje, jednym z takich
ważnych czynników może być nastrój, w jakim się znajdujemy.
Stwierdzono (Alloy, Abramson i Viscusi, 1981), że jeżeli osobę
depresyjną wprawi się w dobry nastrój i poprosi się o oszacowanie
własnego wpływu w opisanym wcześniej zadaniu, wystąpi u niej
iluzja kontroli. Co więcej, jeżeli u osoby nie zdradzającej
jakichkolwiek objawów depresji wzbudzi się uczucie przygnębienia,
to iluzja kontroli u niej zaniknie! Tak więc skłonność do
nierealistycznie wysokiej oceny własnego wpływu może być po
prostu związana z naszym stanem emocjonalnym: dobry humor sprawia,
że wyolbrzymiamy nasze możliwości kontrolowania biegu wydarzeń.
Chociaż związek nastroju z percepcją
własnej kontroli jest dobrze udokumentowany, nie całkiem jasne
jest, dlaczego tak się dzieje. Jedno z możliwych wyjaśnień
jest następujące: będąc w dobrym nastroju, jesteśmy bardziej
skłonni do poznawczego angażowania się w generowanie hipotez (na
temat związków między tym, co robimy, a następstwami). Takie
nastawienie może koncentrować nasząuwagę na zdarzeniach potwierdzających
nasze hipotezy, co sprzyja wykrywaniu współzależności nawet tam,
gdzie jej tak naprawdę nie ma.
Egotyzm atrybucyjny
Tendencyjność w ocenie własnego
wpływu na przebieg zdarzeń ujawnia się nie tylko wtedy, gdy ludzie
proszeni są o określenie wielkości tego wpływu, ale i wtedy, gdy
wyjaśniają przyczyny wydarzeń (dokonują atrybucji przyczynowych).
Często stwierdza się wtedy egotyzm atrybucyjny, a więc skłonność
do spostrzegania siebie i własnych działań jako źródła zdarzeń
pozytywnych, a zarazem do zaprzeczania, że jest się źródłem
zdarzeń negatywnych (por. Greenwald, 1980; Snyder, Stephen i
Rosenfield,1978; Zuckerman, 1979). Przejawia się to w wielu
zjawiskach psychologicznych, np.:
- ludzie skłonni są przypisywać
własne sukcesy sobie (własnym zdolnościom i wysiłkowi), a
niepowodzenia czynnikom zewnętrznym (takim jak duża trudność
zadania czy też brak szczęścia, por. Zuckerman, 1979);
- w przypadku pracy grupowej, ludzie
mają skłonność do przecenienia własnego wkładu w sukces grupy
(„przyczyniłem się w większym stopniu niż inni " ) i nie
doceniania go przy niepowodzeniu (por. Greenwald, 1980); - ludzie
podkreślają swoją przynależność do grupy, która odniosła
sukces, i niechętnie identyfikują się z grupą, która doznała
niepowodzenia (studenci jednego z amerykańskich uniwersytetów
częściej nosili koszulki z jego insygniami w dzień po tym, jak ich
drużyna wygrała, niż wtedy, gdy przegrała; opisując wygraną
swojej drużyny, częściej używali formy „my" niż
opisując jej przegraną, por. Greenwald, 1980).
Można więc mówić o istnieniu
ogólnej tendencji, polegającej na wyolbrzymianiu własnej roli w
wywoływaniu zdarzeń pozytywnych i pomniejszaniu jej w wywoływaniu
zdarzeń negatywnych. Co ciekawe - podobnie jak dzieje się to z
iluzją kontroli - owa tendencyjność zanika w stanie klinicznej
depresji (por. Rapsiin . , 1982). Podobnie jaki wyniki poprzednio
omawianych badań, rezultaty te skłaniają do zadania sobie pytania,
na czym polega zdrowie psychiczne? Czy wiąże się ono z trafną,
realistyczną oceną własnych możliwości oddziaływania na świat,
czy też towarzyszy mu „chciejstwo", tj. brak realizmu,
nadmierny optymizm, przecenianie swojego wkładu w zdarzenia
pozytywne?
Mirosław
Kofta
z artykułu:
Poczucie kontroli,
złudzenia na
temat siebie,
a adaptacja psychologiczna
poniedziałek, 1 września 2014
Nie trzeba być szczególnie bystrym obserwatorem, aby dojść do wniosku, że liczne poglądy otaczających nas ludzi są niewątpliwie złudzeniami ...
Nie trzeba być szczególnie bystrym
obserwatorem, aby dojść(do wniosku, że
liczne poglądy
otaczających nas ludzi są niewątpliwie złudzeniami, nawet jeżeli
przyjąć bardziej rygorystyczną definicje złudzenia niż
określenie: „Złudzenie jest to
pogląd odmienny od mojej własnej
opinii". Piszącemu te słowa zawsze wydawało
się np., iż
ludzie uważają, że są w stanie wyczuć cudzy wzrok, kiedy ktoś
na nich
z tyłu patrzy. Dopóki nie przyjmiemy, że człowiek ma z
tyłu głowy, na plecach bądź
jeszcze niżej trzecie oko albo „coś
w tym rodzaju", dopóty trzeba uznać, że przekonanie to jest
złudzeniem. Ponieważ nic nie wskazuje na istnienie takiego oka,
przekonanie to jest złudzeniem. Aby stwierdzić, czy złudzenie to
rzeczywiście jest
powszechne, zadałem 170 osobom (studentom
różnych kierunków i licealistom)
pytanie: „Czy jesteś w stanie
wyczuć, że ktoś na Ciebie patrzy, nawet jeżeli nie
widzisz tego
kogoś?" Spośród dostarczonych możliwości odpowiedzi
15 osób
wybrało odpowiedź „zdecydowanie tak", 62 - „tak",
73 - „raczej tak", a tylko 15 -
„raczej nie " i 5 -
„nie". Mamy tu zatem przypadek złudzenia niezbyt ważnego,
co
prawda, ale niezwykle powszechnego: aż 88 % zapytanych w
mniejszym lub większym stopniu twierdzi, że wyczuwa cudzy wzrok na
własnych plecach, choć nikt nie
potrafi powiedzieć, jak to robi!
Bohdan Wojcieszke, Dane i
pseudodane
w procesie spostrzegania ludzi
w: Złudzenia, które pozwalają żyć
s. 84
Autor najwyraźniej zakłada, że zjawisko, którego nie da się
wyjaśnić w oparciu o obecny stan wiedzy na temat tego czym jest
percepcja, musi być złudzeniem. Takie przekonanie, samo w sobie
jak najbardziej możemy sklasyfikować jako złudzenie. Najwyraźniej
też nie jest on zaznajomiony z ideą filozoficzną, iż oko jako
narząd „dotyka” postrzeganych obiektów.
It might seem that shape is
rūpa and not nāma since it is present in both
eye-consciousness and body-consciousness (e.g. touching with the
fingers). This, however, is a mistake. Vision is a double
faculty: it cognizes both colour and shape (see FUNDAMENTAL
STRUCTURE §§I/4 & II/8).
The eye touches what it sees (it is only necessary
to run the eye first across and then down some vertical lines or bars
to discover this), and the result is coloured shapes. The
eye is capable of intentional movement more delicate even than the
fingers, and the corresponding perception of shapes is even more
subtle.*
* Strictly, the shapes are there
before the eyeball is moved, just as the hand perceives the shape of
an object merely by resting on it; movement of the eyeball,
as of the fingers, only confirms the perception and makes it
explicit. This does not matter: we are concerned only to point out
the similarity of the eye and the hand as both yielding perceptions
of shape, not to give an account of such perceptions.
Subskrybuj:
Posty (Atom)