Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mann Tomasz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mann Tomasz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Rewelacja o życiu większości ludzi


W Buddenbrookach jest scena, kiedy stary Tomasz na krótko przed śmiercią dostaje jakiegoś ataku (już nie pamiętam, co to było) i robiąc później rachunki ze sobą – uświadamia sobie, że zmarnował życie, że mógł je przeżyć piękniej i pożyteczniej. Postanawia więc, że schyłek życia spędzi inaczej, że choć przez te ostatnie lata będzie żył tak, jak był powinien. Po czym powraca do zdrowia, zapomina o wszystkim i umiera nic w sobie nie zmieniwszy. Nie pamiętam, abym czytał gdzie indziej coś podobnego. A przecież - to jest rewelacja o życiu większości ludzi. 90 procent ludzkości żyje tak właśnie jak Tomasz Buddenbrook.

Lechoń – Dziennik t. II
s. 58

piątek, 17 stycznia 2014

Szkoła to właściwie jeden wielki strach


Świat kładzie na nas swą rękę w postaci szkoły. Szkoła dla Tomasza Manna to także gwałt i tresura, to prostowanie, ukrócanie i niszczenie. „Szkoła to właściwie jeden wielki strach”, pisze, jeszcze mając siedemdziesiąt jeden lat [do byłego współucznia Felixa Neumanna, 21 VIII 1946]. Najgorsza jednak była gimnastyka, „(...) najobrzydliwsza rzecz, jaką przeżyłem do tej pory” [do Otto Grautoffa, 2 IX 1900]. Możemy sobie wyobrazić, jak ćwiczy, na drążku lub poręczy, wymyk lub stanie na rękach, jak cierpi z powodu nieznośnej śmieszności, gdy wcale nie jest tak pewny siebie, jak w upiększających wspomnieniach pewnego kolegi szkolnego [Korfiza Holma]. „Wobec tych wszystkich ekscesów zachowywał się wyniośle i, stosując bierny opór, chwytał drążek lub poręcz koniuszkami palców, wręcz symbolicznie, i niewidzącym z pogardy wzrokiem spoglądał przelotnie na nienawistny przyrząd”. (…)

Ku wielkiemu gniewowi ojca Hanno Buddenbrook też okazywał wobec ćwiczeń fizycznych milczący, powściągliwy, wyniosły wstręt, a Feliks Krull wyznaje, że „obyczajem marzycieli od niepamiętnych czasów przejawiałem stanowczą odrazę do ćwiczeń cielesnych” [przeł. A. Rybicki]. Obyczajem marzycieli już w dzieciństwie wykazywał buntownicze skłonności, które wcześnie uodporniły go na tresurę wilhelmiańskiej szkoły. Dziecięce marzenia stanowiły pożywkę dla dumy, pozwalającej na nieokreślone poczucie wyższości mimo złych ocen i trzykrotnego powtarzania klasy. [O sobie. Przeł. J. Stroynowski]. (…)

Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia

sobota, 11 stycznia 2014

Widok z dziewiętnastowiecznego balkonu


"Złożony kilkudniową niemocą na moim tapczaniku, który raczej kształtem i kubaturą wygląda na katafalk, coś sobie przypomniałem z Czarodziejskiej góry i chciałem to sprawdzić w powieści. Oczywiście owo «coś» musiało mieć związek z Kławdią Chauchat, powiem do końca – chodziło o epizod z pożyczaniem ołówka. I stało się – na nowo zaczytałem się w Mannie, ale... nie tak zupełnie. Bo ja tej jego powieści nigdy nie przeczytałem, i chyba już nigdy nie przeczytam do końca. Bo ja ciągle, bo ja zawsze zaczynam i kończę lekturę Czarodziejskiej góry na pierwszym tomie. Pierwszy tom dosłownie połykam, drugim już, niestety, zadławiam się i nie daję rady, odpadam. Wystarczy porównać moje dwa egzemplarze – jeden prawie w strzępach, a ten drugi jakby dopiero przyniesiony z księgarni. To nie jest dokuczliwa ułomność, ale jednak ułomność. Żyję więc z natrętną świadomością duchowego uszczerbku, żyję w dyskomforcie, pokornie ustawiam się zawsze gdzieś z tyłu. Bo nie będę udawał, że jest inaczej.
Zdruzgotany niemiłosiernie kolejną klęską, kartkując stary notes, trafiłem na wypisek z Alberta Moravii: «Italo Calvino powiedział coś bardzo trafnego: że Tomasz Mann widział wszystko, ale z dziewiętnastowiecznego balkonu, my natomiast widzimy wszystko, spadając ze schodów»".
Aleksander Jurewicz, Popiół i wiatr, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2005, s. 20-21.

Obojętność jako rodzaj szczęścia


„Ostatecznie godnym wynikiem tego wszystkiego jest rzeczywiście tylko wstręt, którym przejmuje mnie życie – moje życie – »to wszystko« i »w ogóle«, wstręt, który mnie dławi, podrywa, wstrząsa i znów z nóg zwala i który wcześniej czy później da mi potrzebną siłę, by załatwić się z tą śmieszną i nikczemną sprawą i zabrać się stąd. Być może, że wytrzymam jeszcze ten miesiąc i następny, że przez kwartał lub pół roku będę jeść, spać i pracować w ten sam mechaniczny, uregulowany i spokojny sposób, w jaki moje zewnętrzne życie upływało tej zimy i jaki znajdował się w przerażającej sprzeczności z obrzydliwym procesem rozkładowym mego wnętrza. Czyż się nie zdaje, że wewnętrzne przeżycia człowieka są tym silniejsze i tym bardziej męczące, im swobodniej, samotniej i spokojniej z pozoru żyje? Nie ma rady: trzeba żyć; i jeśli wzbraniasz się być człowiekiem czynnym i zamkniesz się w najcichszym pustkowiu, to zmienne zdarzenia bytu będą cię wewnętrznie opadać i będziesz musiał w nich sprawdzać swój charakter, czy jesteś bohaterem, czy błaznem.

Sprawiłem sobie ten czysty zeszyt, aby opowiedzieć w nim swą »historię«, po co właściwie? Może, aby mieć w ogóle coś do roboty? Może z zamiłowania do psychologizowania i aby delektować się koniecznością tego wszystkiego? Konieczność jest tak pocieszająca! Może też, aby chwilami rozkoszować się pewnego rodzaju wyższością nad sobą samym i czymś jakby obojętnością? Gdyż obojętność, wiem, byłaby rodzajem szczęścia”.

Thomas Mann, Pajac. Przeł. L. Staff