Wzgórza zstępują w mglistą biel.
Ludzie lub gwiazdy
Patrzą na mnie ze smutkiem, zawiodłam je.
Pociąg zostawia smugę pary.
Opieszały
Koń rdzawej maści,
Kopyta, smętne dzwonki -
Od samego rana
dzień ciemniał.
Jak więdnący kwiat.
Cisza przenika me kości, serce
Topnieje pośród dalekich pól.
Grożą,
Że powiodą mnie w sieroce
Bezgwiezdne niebo, w jego mroczną toń.
Sylvia Plath
tłum. Teresa Truszkowska
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Plath. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 listopada 2014
wtorek, 17 czerwca 2014
„Boże, proszę, tylko nie to. Tylko nie kolejny dzień”.
„Dziewczyna usiadła na łóżku i opuściła nogi na podłogę. Szmaciany chodnik kleił się do stwardniałych podeszew jest stóp. Piżama z kory opadała wilgotnymi fałdami i przyklejała się do skóry, która wydawała się śliska, tłusta i nieprzyjemna przez zetknięcie z tym morowym powietrzem.
Dziewczyna wstała,
zachwiała się, potrząsnęła głową i podreptała przez werandę
ku drzwiom, które musiała mocno popchnąć, ponieważ spaczyły się
w wilgotnym powietrzu. Kiedy już uporała się z nimi, poszła do
łazienki.
W jej ciasnym, parnym
wnętrzu usiadła ospale na sedesie, wypuszczając jasny strumień
silnie pachnącego moczu i pocierając w zamyśleniu rękami o nagie
uda. Wokół unosił się zapach mydła… Oparła głowę na rękach.
„Boże, proszę, tylko nie to. Tylko nie kolejny dzień”.
Sylvia Plath, Dzienniki 1950-1962
piątek, 28 marca 2014
Maki w lipcu
Maki,
małe płomyki piekła,
Czy
nie zrobicie mi krzywdy?
Płoniecie.
Nie mogę was dotknąć.
Wkładam
ręce między płomienie. Nie parzą.
Męczy
mnie patrzenie na was,
Kiedy
tak płoniecie, pomarszczone i jasnoczerwone jak skóra na wargach.
A
wargi właśnie krwawiły,
Zakrwawione
spódniczki!
Są
opary, których dotknąć nie mogę.
Gdzie
są wasze leki makowe, gdzie wasze mdlące kapsułki?
Niech
krwawię, albo niech zasnę!
Niechby
na taką ranę przystały moje usta!
Lub
wy sączcie we mnie swoje soki, w tej szklanej kapsułce
Upijcie
mnie i uciszcie.
Ale
bez barwy. Bez barwy.
Sylvia
Plath
z
tomu "Ariel", 1965
tłum.
Julia Hartwig
sobota, 22 marca 2014
Krawędź
Kobieta osiągnęła
doskonałość
Jej martwe
Jej martwe
Ciało ma uśmiech
dokonania,
Złuda greckiego determinizmu
Złuda greckiego determinizmu
Płynie w zwojach jej
togi,
Jej bose
Jej bose
Stopy zdają się
mówić;
Doszłyśmy dotąd, to już kres.
Doszłyśmy dotąd, to już kres.
Zmarłe dzieci skręcone
jak białe węże,
Każde przy małym
Każde przy małym
Dzbanie mleka już
próżnym.
Ona zwija je
Ona zwija je
Z powrotem w swe ciało
jak
Róża swe płatki, gdy ogród
Róża swe płatki, gdy ogród
Tężeje i zapachy
uchodzą
Z głębokich świeżych krtani kwiatu nocy.
Z głębokich świeżych krtani kwiatu nocy.
Księżyc nie musi się
smucić
Patrząc z kościanego kaptura.
Patrząc z kościanego kaptura.
On przywykł do tych
spraw.
Jego żałobna szata powiewa.
Jego żałobna szata powiewa.
Sylvia
Plath
tłum. Teresa
TruszkowskaZwierciadło
Srebrzyste i dokładne jestem. Nie mam uprzedzeń.
To, co widzę, wchłaniam w siebie bez zwłoki
takie, jakie jest. Nie mąci mnie miłość czy niechęć.
Nie jestem też okrutne, lecz tylko prawdziwe —
oko małego boga czworokątne.
Przeważnie spoglądam na ścianę naprzeciw.
Jest różowa, upstrzona plamkami. Tak długo na nią patrzę,
że stała się, jak sądzę, częścią mojego serca migotliwą.
Twarze ludzkie i ciemność dzielą nas od siebie.
Teraz jestem jeziorem. Pochyla się nade mną kobieta.
Pragnie dowiedzieć się z toni, jaka jest naprawdę,
a potem odwraca się ku tym kłamcom — świecom lub księżycowi.
Widzę jej plecy, które odbijam jak umiem najwierniej.
Nagradza mnie łzami swoimi, trzepotem rąk przestraszonych.
Ważne jestem dla niej. Przychodzi tu i odchodzi.
To jej twarz właśnie co rano ciemność mi zastępuje.
Utopiła we mnie młodą dziewczynę, teraz ze mnie wyłania się ku niej
dzień po dniu stara kobieta jak przerażająca ryba.
Sylvia Plath
Przełożył Tadeusz Rybowski
niedziela, 26 stycznia 2014
Smutna Sylvia Plath
„Kiedy twarz Boga znika,
a słońce świeci blado spoza nędznych woali zimnej mgły,
wymiotuje na szare bezbarwne bezbarwności przedpiekla i szuka tych
czerwonych płomieni i dymiących węży, co pożerają kończyny
potępionych”.
Sylvia Plath, Dzienniki 1950-1962
środa, 22 stycznia 2014
Sen Sylvii Plath
„W nocy
koszmar…Chodziłam po cmentarzu, wyciągałam liną nagrobki: trupy
na wózkach, gnijące, ich twarze zniekształcone i pokryte plamami.
Mimo to trupy były ubrane w płaszcze, kapelusze itd. Wepchnięto
nas pomiędzy te wózki i nagle groza: trupy zaczęły się ruszać.
Jeden z nich, cały przegniły, uśmiechał się szeroko na wózku
popychanym przez innego, równie obrzydliwego. Potem bryła ludzkiego
mięsa, pozostałości karła, z powbijanymi czarnymi goździkami
albo gwoździami, miał jedynie rękę, którą wystawiał po
jałmużnę. Obudziłam się, krzycząc: koszmar martwych i
zniekształconych żywych ludzi, jak my, jak ja, w zgniliźnie
toczonego robactwem ciała”.
Sylvia Plath, Dzienniki 1950-1962
Tłumaczenie: Joanna Urban i Paweł Stachura
niedziela, 5 stycznia 2014
„Umieranie
Jest sztuką jak wszystko inne.
Ja robię to nadzwyczaj dobrze.
Umiem uczynić to piekłem,
Umiem uczynić czymś realnym,
Można rzec, że mam powołanie”.
Sylvia
Plath, Kobieta Łazarz.
Przeł. T. Truszkowska
Subskrybuj:
Posty (Atom)