Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2017

Nieśmiertelni

Bez końca z ziemskich padołów
Odorem nędzy życie na nas bucha.
Upojnym czadem dymi ludzka jucha
Z tysiąca czasz wylana u katowskich stołów.
Spazmem rozkoszy, febrą dzikiej chuci
Szarpany, motłoch w słodkiej ginie męce.
Dziady, mordercy, lichwiarze, bankruci
Wszędzie tak samo załamują ręce.
Biczem obłędu trzoda ludzka szczuta,
Śmierdzi zgnilizną jak studnia zatruta,
Dusi się, poci, zachłystuje, dławi,
Pożera siebie samą i nie trawi.

Wojny wciąż nosi w swym skalanym łonie,
Wzniosłymi sztuki otumania Muzy
I przyozdabia płonące zamtuzy,
Gdzie własnym ciałem kupcząc - sama spłonie.
Na pstrych jarmarkach dziecinnej uciechy
Pęta się, szwenda i zawsze z ochotą
Każdego, kto jej powolny, pcha w błoto
I razem gniją: dwa cuchnące grzechy.

Lecz myśmy siebie odnaleźli w sferze
Gwiazd, co się blaskiem lodowatym palą:
Żyjemy jak bogowie w śródgwiezdnym eterze,
Nie znamy dni ni godzin, radości ni żalu.
Tu - płci nie mamy i nie mamy wieku,
Wszystko tu jedno: daleko czy blisko,
Na twoje grzechy i bóle, człowieku,
Patrzymy stąd z uśmiechem jak na widowisko.
Każdy nasz dzień tu - ma długość wieczności,
Nie odróżniamy już grzechu od cnoty.
W odwieczną gwiazd gonitwę zapatrzeni,
Na żywot wasz łaskawym spoglądamy okiem,
Płucami chłonąc mróz bezkresnych tych przestrzeni,
Jesteśmy za pan brat z wielkim, niebieskim smokiem.
Chłodna jest nasza wieczność i nic już nas nie czeka,
Chłodny jest nasz śmiech nad dolą człowieka.

Tlumaczenie: Józef Wittlin

środa, 8 lutego 2017

Kto jest samotny – w kręgu jest też tajemnicy

Kto jest samotny – w kręgu jest też tajemnicy,
i w powodzi obrazów trwa nieporuszenie,
w ich płodzeniu, rodzeniu stale uczestniczy
ich żar dźwigają nawet jeszcze cienie.

A co wciąż nawarstwia, to jest mu brzemieniem,
lecz wypełniony myślą, na swą chwilę czeka,
władny temu, co ludzkie, przynosić zniszczenie,
wszystkiemu, co się parzy na obraz człowieka.

I niewzruszony patrzy, jak inna ta ziemia,
niż kiedyś dana jemu – i co się z nią stało,
bo teraz już ani Zgiń, ani Stań się nie ma,
cichą nań tylko formą patrzy doskonałość.


Gottfried Benn
tłum. Zdzisław Jaskuła

Słowo

Słowo i zdanie -: szyfr, litery,
z nich nagły sens, wiedza, jak żyć,
Słońce w bezruchu, milczą sfery,
a wszystko w słowie pragnie być.

Słowo – blask, lot, rozbłyski ognia,
płomieni rzut, gwieździsty ślad -
i znowu ciemność wokół groźna,
i pustka w krąg, w niej świat i Ja.


Gottfried Benn
tłum. Zdzisław Jaskuła

Tylko dwie rzeczy

Już tyle form wypróbowano:
i Ja i My i Ty,
lecz „po co?” - to jedno pytanie
wciąż rodzi cierpienie i łzy.

Pytanie dziecinne jest dosyć.
Zbyt późno dostrzegłeś ów fakt,
że ważne jest tylko, byś znosił
w logice, legendzie, rozkoszy -
swój los, zawsze mówił mu: tak.

Przeminął śnieg, morze i róże,
bo wszystko ma koniec, co trwa;
dwie rzeczy już tylko są; próżnia
i przez los naznaczone Ja.


Gottfried Benn
tłum. Tomasz Ososiński

Podróże

Sądzicie, że taki Zurych
to miasto, w którym jest głębia,
że cud i świętość te mury
treścią od wewnątrz wypełnia?

Sądzicie, że znad Hawany
W bieli, w ibiszka szkarłacie
niebiosa sypną wam manny,
ulżą w pustynnym dramacie?

Bahnhofstraße i Place de la -
boulevard, lido i piazza,
ba, nawet w Piątych Alejach
zewsząd was pustka osacza -

Ach, wyjeżdżacie na próżno!
Lepiej, niech w ciszy trwa
to, czego zaznacie późno:
w swoich granicach - Ja.


Gottfried Ben
przełożył Andrzej Kopacki

Zasłoń się, skryj pod maską

 Zasłoń się, skryj się pod maską i szminką,
zmruż oczy, jakbyś wstręt do światła czuł,
nie pozwól, aby byt twój, twoje wszystko
ktoś czytać z twojej gładkiej twarzy mógł.

W ostatnim świetle, u ogrodów nagich,
kiedy na niebie kłębi się pożar i noc,
zasłoń łzy swoje, ukryj swe przewagi,
nie trzeba, by twe wnętrze widział ktoś.

Te rysy, skazy i przejścia niejasne,
ten środek, gdzie się rodzi, co cię niszczy,
zasłoń i tak czyń, by śpiewy dalekie
z gondoli dobiegały, którą każdy widzi.

Gottfried Benn
przełożył Andrzej Lam

***

Skryj się za maskami i szminką,
mrugaj jakby ci coś do oka wpadło,
niech twe istnienie, twój upadek
nie odbija się w owalu twarzy.

W ostatnim świetle mijanie posępnych ogrodów,
z pożarów i nocy nieba rumowisko –
ukryj, zasłoń swe łzy i nieczułość,
ciało nie może wiedzieć, kto sprawił to wszystko.

Rozłupanie, rozdarcie, przemianę
ziarenka, w którym zniszczenie wzbiera
ukryj, spraw, by dalekie śpiewania
dobiegały z gondoli, która ktoś dostrzega.

przełożył Krzysztof Karasek

Ja zatracone w pustce stratosfery



Verlorenes Ich, zersprengt von Stratosphären

Ja zatracone w pustce stratosfery
ofiara jonu -: i baranek gamm -,
cząsteczka, pole -: bezkres chimery
na twoim szarym głazie z Notre-Dame.

Dni płyną ci bez nocy i bez świtów,
lata nie dają owoców ni śniegu,
i nieskończoności grożą skrytej -,
świat to ucieczka.

Gdzie kres twój, dom, gdzie twoje sfery
się rozciągają -, zyski i straty -:
wieczności gra: zabawa bestii,
uciekasz -; piętrzą się ich kraty.

Wzrok bestii: rozpłatane gwiazdy,
śmierć w dżungli prawem wszechstworzenia,
człowiek i bitwy ludów, Katalauny,
rozwiera paszczę bestia.

Świat przemądrzały. Czas i przestrzeń,
co tylko człowiek snuł i ważył,
nieskończoności funkcją wszędzie -,
mity kłamały.

Skąd, dokąd -, ani noc to, ni świtanie,
nie brzmi evoe ani requiem,
chcesz się posłużyć jakimś mądrym zdaniem -,
lecz czyim? nie wiesz.

Ach, kiedy zborem gromada się stała
i także mędrcy tylko o Bogu myśleli,
na pasterzy dzielili się i na baranka,
gdy się już krwią z kielicha oczyścili,

i wszyscy sączyli z jednej rany,
łamali chleb i każdy jadł go chętnie -,
o, daleka godzino spełnionej powagi,
która Ja zatracone objęła nareszcie.


Gottfried Benn
przełożył Andrzej Lam

wtorek, 7 lutego 2017

Śmierć śmierci

Sonet X

Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których - myślisz - jużeś powaliła,
Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie.

Już sen, który jest twoim obrazem jedynie,
Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła,
Aby ciała spoczynek, ulgą duszy była
Przynętą, która łudzi, wabi w twe pustynie.

Losu, przypadku, królów, desperatów sługo,
Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie;
Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie

I w twych ciosach; więc czemu puszysz się aż tak długo?
Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.

John Donne
przekład Stanisław Barańczak

Ale przecie nigdzie w świecie nie dowierza się kobiecie

Ten, kto gwiazdę w locie schwyta,
Sprawi dziecko mandragorze,
Wie, skąd diabeł wziął kopyta,
Albo czemu gasną zorze,
Umie słuchać Syren śpiewu,
Strzec się zawistników gniewu —
Ten jedyny
Zna krainy,
Gdzie nie znajdzie fałsz gościny.

Jeśli jest to w twojej mocy
Niewidzialne widzieć dziwy,
Pędź tysiące dni i nocy,
Aż ośnieży cię włos siwy;
Jedź, a powiesz po powrocie,
Że widziałeś cudów krocie,
Ale przecie
Nigdzie w świecie
Nie dowierza się kobiecie.

Jeśli znajdziesz wierną panią,
Daj mi znać, bo rzecz to rzadka;
Lecz ja się nie skuszę na nią,
Choćby była to sąsiadka.
Wierna była, gdyś z nią gadał,
Jeszcze kiedyś list układał,
Lecz da radę,
Nim przyjadę,
Trzeci raz popełnić zdradę.

John Donne
przełożył Stanisław Barańczak

Alchemia miłości

Ci, co głębiej ode mnie grzebali się w sztolni
Miłości, powiadają, że byli w niej zdolniTrafić na szczęścia głębokie pokłady:
Ja dotrzeć do tych skrytych złóż nie dałbym rady,
Choćbym kopał i kochał się jeszcze mozolniej;
Wszystko to fałsz, gdy spojrzeć z bliska:
Jak alchemik, Eliksir pragnąc legendarny
Stworzyć, wychwala swój garnek ciężarny,
Już gdy z substancji przeróżnych zlewiska
Pachnidło lub lekarstwo przypadkiem uzyska —
Tak i kochanków czeka nie szczęście olbrzymie,
Lecz noc, krótka jak w lecie a chłodna jak w zimie.
Spokój, dostatek, honor — któż ten skarb wymienia
Na grę mydlanych baniek i lotnego cienia?
Czyż to jest miłość, że mój lokaj zwie się
Równie jak ja szczęśliwym, gdy już wreszcie zniesie
I ślubnych, i poślubnych scen upokorzenia?
Jeśli przysięga zakochany,
Że ślub łączy nie ciała, ale dusze czyste,
Przysiągłby równie prawdziwie, zaiste,
Że w zgiełku gości weselnych zza ściany
Słyszy akord, przez sfery harmonijnie grany.
Nie chciej duszy w kobietach; przy całym rozumie
Są, gdy się je posiędzie, już tylko jak mumie.

John Donne
przełożył Stanisław Barańczak

John Donne - Potrójny głupiec

Po dwakroć głupcem zwać się muszę,
Raz, że kochałem, dwa, żem swe katusze
Przelewał w wierszy łzawe słowa;
Lecz kto się, pytam, mądrzej ode mnie zachowa,
Gdy spotka go, jak mnie, odmowa?
Jako się oczyszczają z soli morskie fale,
Gdy sztorm je wtłacza w kręte korytarze ziemi,
Tak i ja chciałem bóle me i żale
Poskromić, skrępowawszy je rymy ścisłemi.
Żal, dzielony na wersy, nie tak nieprzebrany
Zda się, i cichnie, gdy go zakuć w strof kajdany.
Lecz gdym tak zrobił (po co — nie wiem),
Ktoś inny, pragnąc popisać się śpiewem,
Muzykę do mych trosk układa
I, słuchaczy radując, jego serenada
Na nowo ból mój opowiada.
Miłości i żalowi słusznie się należy
Hołd wiersza, lecz nie taki, który ucho pieści;
Taka pieśń budzi miłość i żal świeży
I rozgłasza triumfy serdecznej boleści,
A ja, com był po dwakroć głupcem, jestem trzema:
Nad tych, co niby-mądrzy, większych głupców nie ma.

John Donne
przełożył Stanisław Barańczak

John Donne - Testament

Nim skonam, o Miłości, pozwól na ostatku,
Bym resztką tchu wyszeptał: Zapisuję w spadku
Argusowi swe oczy, jeśli wzrok w nich będzie,
Jeśli oślepną, Miłość niechaj je posiędzie;
Uszy ambasadorom; język głośnej Sławie;
Łzy morzu albo kobietom zostawię.
Ty, o Miłości, przez swoje fortele
Każąc mi czcić tę, która liczne ma czciciele,
Uczyłaś mnie, bym dawał tylko temu, kto ma zbyt wiele.

Stałość mą niewzruszoną planetom i ptakom
Zapisuję, a wierność daruję dworakom;
Moją prostolinijność, fałszem nie zhańbioną -
Jezuitom, a namysł poważny — bufonom;
Milkliwość — tym, co z długich wracają podróży;
Bogactwo niechaj kapucynom służy.
Ty, o Miłości, każąc mi w pokorze
Kochać tę, co odrzuca mnie i trwa w uporze,
Uczyłaś mnie, bym dawał tylko temu, kto wziąć nie może.

Wiarę swą zapisuję rzymskim katolikom,
Wszystkie dobre uczynki zaś amsterdamczykom
Co schizmę szerzą; grzeczną dworność i ogładę
Uniwersytetowi jako zapis kładę;
Skromnością swą żołnierzy hojnie wyposażę;
Cierpliwość w spadku niech wezmą karciarze.
Ty, o Miłości, gdym tkwił u ołtarza
Tej, która za niegodną miłość mą uważa,
Uczyłaś mnie, bym dawał temu, kogo mój dar obraża.

Całe me dobre imię oraz sławę sporą
Dam przyjaciołom; pilność niech wrogowie biorą;
Scholastykom przeznaczam skłonność do wątpienia,
Lekarzom zaś choroby moje i cierpienia;
Zacna kompania weźmie dowcip; a Natura -
Rymy, co wyszły spod mojego pióra.
Ty, o Miłości, gdym kochał z zapałem
Tę, co miłość zasiała w sercu mym nieśmiałem,
Uczyłaś mnie, bym dawał niby, gdy tylko dar zwracałem.

Tym, którym wkrótce zabrzmią pogrzebowe dzwony,
Daję księgi medyczne; papier zaczerniony
Moralnymi radami niech biorą wariaci;
Stare medale z brązu weźmie ten, kto straci
Fortunę; kto wędrować chce w dalekie kraje,
Temu dziś język mój angielski daję.
Ty, o Miłości, kiedy moja miła
Za miłowanie tylko przyjaźnią płaciła,
Uczyłaś, by i w moich darach ta niewspółmierność tkwiła.

Przeto nic więcej nie dam; zniweczę jedynie
Świat swą śmiercią: bo wtedy miłość także zginie.
Nie więcej warta będzie wszelka piękność żywa
Niż złoto w sztolniach, z których nikt go nie dobywa;
Z wszelkich wdzięków pożytku wtedy będzie tyle,
Co z słonecznego zegara w mogile.
Ty, o Miłości, i nauki twoje
Dały mi sposób, którym przeciw niej się zbroję:
Gdy ona z ciebie i mnie szydzi, zginiemy wszyscy troje.


przełożył Stanisław Barańczak



Dante

Il mio bel San Giovanni.
Dante. Inferno.


Nawet i po śmierci nie powrócił
Do prastarej, bliskiej mu Florencji.
Gdy odchodził, ani się obrócił,
Jemu śpiewam pieśń tę najgoręcej.
Noc, pochodnia i ostatni uścisk,
Dzikie wycie losu brzmi za progiem.
Z głębi piekła na nią klątwę rzucił
I pamiętał o niej w raju błogim.
Ale bosy, w koszuli pokutnej,
Z zapaloną świecą już nie przeszedł
Po Florencji, niskiej i okrutnej,
Upragnionej, wiarołomnej, butnej...

Anna Achmatowa
przeł. Włodzimierz Słobodnik

Achmatowa - Samotność



Tylekroć we mnie rzucano kamieniem,
Że teraz ciosu czekam już bez trwogi.
I nawet potrzask ma smukłe zwieńczenie,
Jest niby wieża pośród wież wysokich.
Wdzięczność mam dla tych, co go zbudowali.
Niech ich ominie smutek i cierpienie.
Stąd wcześniej widzę, gdy się świt zapali,
Tu świecą słońca ostatnie promienie.
Często do mego pokoju, łopocąc,
Wlatują wichry przybyłe z północy
I gołąb z ręki dziobie mi pszenicę.
A nie skończoną przeze mnie stronicę,
Pełna spokoju nieziemskiego, lekko
Muza dopisze swoją smagłą ręką.

Anna Achmatowa
tłum. Eugenia Siemaszkiewicz

Któryś nigdy w swą nie zwątpił drogę

Któryś nigdy w swą nie zwątpił drogę,
któryś światłość na pustyni ujrzał –
za tę zatraconą, za ubogą,
pomódl się za moją żywą duszę.

W smutnej swej wdzięczności zawstydzona,
za to ci opowiem potem,
jak mnie noc dręczyła zaczadzona
i jak tchnął poranek lodem.

Wiem, niewiele w życiu dróg schodziłam,
wciąż śpiewałam i czekałam,
ale brata nie znienawidziłam
ani siostry nie zaprzedałam.

A więc za cóż Bóg mi karę zsyłał
co dzień nową i nieodwołalną?
Czy też może to Anioł wskazywał
światłość dla nas niedostrzegalną?


Anna Achmatowa
przekład Andrzej Mandalian

sobota, 26 listopada 2016

Juan Ramón Jiménez

Żeglarz

Jeszcze raz morze, morze
ze mną. (Czy to gwiazda rzuca
na huczące mroki
blaski srebra wiecznego?)

Wkraczam w ciemności
wolny (nie chcę gwiazdy)
piersią w bezkres czerni,
czerń wytycza mi drogę.

Mrok pozbawia mnie miejsca,
otacza wodą podskórną,
ciemne wybrzeża są
brzegami obecności.

Większy jestem niż morze,
głową uderzam w nicość,
ja jeden żyję w żałobie
samotności bez granic.

Świat cały, czerń czysta,
w tej wodzie, jaką jest ziemia,
ziemia jedna i woda jedna,
aby ktoś żył. Albo ktoś umierał.


Wiersz

Wyrywam z korzeniem nać,
jeszcze pełną rannej rosy.
Oh, jak tryska ziemia
mokra i pachnąca,
oślepienie, deszcz gwiazd
na moje czoło, na oczy!

Wolny —
skazany wszędzie
na ból samotności.

przekład Jan Winczakiewicz

Pustka


Przegniłe liście, rozpacz lasów, głogi
I zadymionych ognisk w polu swąd,
Puste, bezludne, porzucone drogi,
Nie wiedzieć dokąd wiodące i skąd.

W powietrzu z krzykiem kołujące wrony,
Bolesny zachód. Coraz bliżej mgła.
Pusto, bezludnie. Żal niewyśledzony,
Nagle odczuty, ostry i bez dna.

Kazimierz Wierzyński

piątek, 10 czerwca 2016

Stanisław Barańczak - Monolog Hamleta (Wersja nowa)

Wersja Nowa, Skomponowana Alfabetycznie,
A Przez To Skuteczniejsza Mnetnotechnicznie
(Do Użytku w Teatrach Polskich,
które z powodu Trudności Budżetowych
zrezygnowały z etatu Suflera)

Adamowi Poprawie
z podziękowaniem za inspirację
oraz pierwszą linijkę

Akces? Absencja? Ach, amok antytez!
Być byle biernym, bezmyślnym bydlęciem,
Celem cynicznych ciosów Czasu — czy
Dać dowód dużo dojrzalszej dzielności:
Elektryzować etykę energią,
Forsować fosy fatalnej Fortuny?
Gdyby grób gasił gorycz — gdzieżby glątwa
Hakiem histerii, harpunem hańbiącej
I idiotycznej ironii istnienia
Jątrzyła jaźń! Jest jednakowoż jeden
Kruczek: ktoś kima, kryty kołdrą? — koszmar
Liżący ludzkie lica lodem leku
Łatwo łachudrę łudzi, łomem łupie!
Marzenia można miewać milsze (miejmy
Nadzieje); niemniej, nikczemnej niedoli
Oczekujemy, otchłani okropieństw;
Paraliż przeczuć powstrzymuje przed
Ryzykiem. Rycząc „Rozbój!”, rżnąłbyś ręcznie
Sadło sobkostwa, szlachtował sztyletem
Świnie—świat, śnił! Śmiech świadomości: „Śmierć
To teren trupich tajemnic, ty tchórzu:
Uparciuch umie, umierając, utknąć
W wąskim wąwozie, wleźć weń; wyjść wszelako
Zeń zamierzając, zauważa zwykle
(Żałosny żłób), że żegnać życie — żal”.


Ktokolwiek, po chwili skupionej ciszy, jaka niewątpliwie zapadła, wyrwie się z małostkowym zastrzeżeniem, że nasza Natchniona Parafraza zawiera zaledwie 25 linijek, a zatem, jak Łatwo Wywnioskować, nie uwzględnia Wszystkich Liter Alfabetu, zostanie, mam nadzieję, skarcony Pełnym Politowania Spojrzeniem Ogółu, co oszczędzi mi wyjaśnień, że niektóre litery polskie w ogóle nie rozpoczynają słów, a parę innych, takich jak Ć albo Ź, skazuje nas na obracanie się w nieco zbyt wąskim semantycznie kręgu Ćwikieł Ćwiartowanych Ćmami i Źródlanych Źrenic Źrebiąt.

Z książki Pegaz zdębiał

piątek, 3 czerwca 2016

Jan Kaczmarek - Treser i lew

To takie proste, to wspaniałe,
tu wątły człowiek - a tu lwy,
a więc emocje niebywałe;
każdy zna od dzieciństwa cyrk.
Nerwy napięte aż do granic,
typowo męska, ostra gra,
lew groźnie mrucząc kłapie kłami,
treser jedynie biczyk ma!
Tuż na początku mojej śpiewki
istotę cyrku zdradzę wam:
zasada bicza i marchewki,
ot cały sekret, cały kram.
Na tym opiera się tresura,
treser to w małym palcu ma
a więc jedynie o anturaż,
o widowisko facet dba!

Kiedy się lew zagalopuje,
gdy we łbie się przewróci mu,
zbyt głośno ryczy, zbyt szarżuje,
błyskając garniturem kłów,
trzeba (nim zerwie się do skoku)
przykładnie bydlę kijem sprać,
a gdy uległość błyśnie w oku
to mu w nagrodę marchew dać!

Nie sztuka bowiem lwa skatować
i posłuszeństwo wymóc nań;
ważne, by zaraz go skaptować
by do współpracy wrócił drań,
by podskakiwał pod dyktando,
na zawołanie szczerzył kły,
by modulował swe mruczando
dokładnie jak mu każesz ty!

Tu by piosenkę można skończyć
reasumując sprawy tak:
przykładna fanga między oczy
wywoła respekt, wzbudzi strach;
lecz brak tu trochę elegancji
i to tresera kompleks jest:
jemu nie starczy gest poddańczy,
on pragnie, by go kochał lew!

Ze strachu czy z wyrachowania,
mniejsza o detal, pal go sześć,
nie chodzi o sztukę kochania,
ni o uczucia czy o seks.
Ważne by lew kopnięty w zadek
z pełną wdzięcznością skamlał tak:
„O jak mi dobrze, kurcze blade,
przywal mi panie jeszcze raz!
Przywal mi w nery, daj mi w ziobra,
o jak mi dobrze panie mój,
to w końcu dla mojego dobra,
więc jeszcze raz mi mordę skuj!”
Tu dostajemy brzydkich mdłości
i piosnka się urywa, bo
lew, co przesadził w służalczości
na zbity pysk ląduje w ZOO!

No i epilog będzie teraz:
czasami w cyrku zdarza się,
że wymieniają tam tresera,
facet odchodzi, chce czy nie!
Miał ponoć zawał czy migrenę,
odchodząc widzi poprzez łzy
jak powracają na arenę
znajome wysłużone lwy.
Sierść wypłowiała, kłów połowa,
zaś zamiast mięśni zwisa tłuszcz,
ale wracają, bo ODNOWA!
Da capo graj orkiestro tusz!
I znowu bicz i znów marchewka,
stary znajomy sznyt i kicz,
stara cyrkowa znana śpiewka,
lecz - przestał reagować widz!

Ile przez wyborczą urnę przepchanej miernoty?

Jan Kaczmarek - Litania


Ile jeszcze będzie nowych Rzeczypospolitych
wyniesionych z pęt niewoli na wolności szczyty?
Ile razy zmowa zmiecie nas rusko-teutońska,
wymazując z mapy świata dumne słowo Polska?

Ile jeszcze będzie krwawych powstań narodowych
i tych z głową, ale również tych całkiem bez głowy?
Ile groźnych fal represji i pacyfikacji
i samobójstw rozpaczliwych hen na emigracji?

Ile razy na obczyźnie będą armie polskie
czekające, żeby z ziemi obcej iść do polskiej?
Ilu wodzów fantastycznych i wielkich herosów?
Ile jeszcze zarzynanych bezkarnie etosów?

Ile jeszcze zmarnowanych bez sensu okazji?
Ile chamstwa i prostactwa rodem z dzikiej Azji?
Ile wściekłej nienawiści, pychy i głupoty?
Ile przez wyborczą urnę przepchanej miernoty?

Ile nowych gabinetów jeszcze się przekręci
z racji nieprawdopodobnej ich niekompetencji?
Ilu głupców się wywyższy nad autorytety?
Ilu się złodziei schowa za immunitety?

Tę litanię wciąż będziemy śpiewać gromkim głosem,
a w niedoli cicho mruczeć sobie ją pod nosem,
boć to polska jest litania i to jedno wiemy,
że niestety, nie ma końca, póki my żyjemy!