Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tołstoj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tołstoj. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 maja 2016

Mania anglicana: cierpiący na nią zrobi wszystko, aby zyskać akceptację otoczenia

Zamążpójście najstarszej córki Tołstoj potraktował jako zdradę i wszystkie swoje uczucia przelał na młodsze siostry Tatiany. Wegetarianka Maria całe swoje życie poświęciła ojcu, służyła pomocą okolicznym chłopom (pracowała z nimi na roli, doiła krowy, naprawiała dachy, uczyła dzieci) i cierpiała na chorobę, która w znacznej mierze tłumaczy jej brak asertywności. Współcześni - jak pisze Siergiej Michajłowicz Tołstoj (wnuk Lwa) - nazywali tę niemoc mania anglicana albo as you like it i objaśniali, iż cierpiący na nią zrobi wszystko, aby zyskać akceptację otoczenia. Diagnoza okazała się na szczęście mylna, ponieważ gdy tylko w zasięgu wzroku Marii pojawił się książę Nikołaj Obolenski (1872-1934), to natychmiast zapomniała o Sonacie Kreutzerowskiej, o ojcowskich przestrogach i 2 czerwca 1897 roku wyszła za mąż. Nie doczekała się, niestety, potomstwa (kilkakrotnie poroniła) i dość młodo - w wieku trzydziestu pięciu lat - zmarła na zapalenie płuc. Obecny przy jej śmierci Lew Nikołajewicz - już dawno wszystko wybaczył - zanotował w dzienniku: „Przed chwilą, o pierwszej w nocy zmarła Masza. Dziwna rzecz. Nie doznawałem ani przerażenia, ani strachu, ani świadomości, że dzieje się coś wyjątkowego, ani nawet żalu czy rozpaczy. Uważałem, że koniecznie należy wywołać w sobie szczególne uczucie rozczulenia i smutku, więc wzbudzałem je, ale w głębi duszy byłem bardziej spokojny niż wobec cudzego niedobrego uczynku, nie mówiąc już o swoim. Tak, to jest wydarzenie w dziedzinie fizycznej, więc dlatego obojętne. Patrzyłem cały czas na nią, jak umierała: zdumiewająco spokojnie” (27 listopada 1906, Dz., II, 232).


Tadeusz Klimowicz
Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach

wtorek, 17 maja 2016

Był nawiedzonym hipnotyzerem, który podczas codziennych seansów zarażał je swoją nienawiścią do „obrzydliwej cielesności”

Równie alergicznie reagowała Sofia na pomysły męża-utopisty dotyczące ich życia dziennego. Uznał on, że celibatowi do twarzy jest w ubóstwie i zapragnął czystość sypialni połączyć z czystym kontem. Zaapelował więc do ludzkości, by posiadający dzielili się swoim bogactwem z nieposiadającymi i dla przykładu zapowiedział m.in. rezygnację z wszystkich swoich praw autorskich. Po wściekłych protestach kobiety, która była jego żoną, zgodził się, by honoraria za utwory napisane do roku 1881 (w tym oczywiście za Wojnę i pokój, w tym oczywiście za Annę Kareninę) nadal trafiały do rodziny. Jedenaście lat później ta pani odniosła jeszcze jeden sukces - podpisano akt o zrzeczeniu się przez patriarchę praw do „majątku nieruchomego” na rzecz szanownej małżonki i dzieci (podpisu pod dokumentem nie złożyła jedynie Maria). Jasna Polana przypadła czteroletniemu Iwanowi, a do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletniości posiadłością miała zarządzać Sofia.

Te dwa pyrrusowe zwycięstwa materii nad duchem (egoizmu nad altruizmem, zdrowego rozsądku nad szaleństwem, antyutopii nad utopią, dobra rodziny nad szczęściem ludzkości) sprawiły, że Tołstoj bezgranicznie zaufa swemu najbliższemu wyznawcy i uczniowi - Władimirowi Czertkowowi (1854-1936), który jako ten trzeci ostatecznie zatopi jasnopolański „Titanic”.

Po trzydziestu toksycznych latach drogi małżonków ostatecznie się rozeszły. On - nie licząc się z konsekwencjami - wciąż coś majstrował przy swoim życiu, ona - niewolnica królowej Wiktorii, zaplątana w sieci rozwieszonej między odpowiedzialnością a konwenansami - rozumiała, że prawo do zmian utraciła 23 września 1862 roku. A ponieważ nie była bezkrytyczną, infantylną masochistką (jak młodsza od niej o cztery żona innego znanego pisarza), więc za pamięć o tamtym dniu płaciła wysoką cenę, o której najwięcej wiedział jej nasączony bólem i frustracją pamiętnik: „Dawniej przepisywałam to, co pisał, i to mnie cieszyło. Teraz daje wszystko córkom, a przede mną starannie ukrywa. Bardzo systematycznie zabija mnie i usuwa ze swego życia osobistego, co mnie okropnie boli. Nieraz ogarnia mnie wściekła rozpacz. Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś - wszystko, byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość. [...]. A teraz oczy mi się otworzyły, widzę, że moje życie jest przegrane” (20 listopada 1890, Pam., 78); „Jeżeli zbawienie człowieka, jego zbawienie duchowe, polega na zabijaniu życia bliźniego - to Lowoczka jest zbawiony” (11 grudnia 1890, Pam., 81); „Wszystkie jego pamiętniki są przesycone [...] samoubóstwieniem” (16 grudnia 1890, Pam., 83)[72].

Czarowi papy Lwa uległy - mama Sofia miała rację - córki. Były mu bezgranicznie oddane, wierne i bezkrytycznie wierzące w jego ideały („[...] My, dzieci [czytaj: córki], za zgodą ojca osiągnęliśmy maleńkie zwycięstwo nad matką. Pozwoliła nam pracować w lecie razem z chłopami na polu”). Był nie tylko ich ojcem, ale przede wszystkim Wielkim Bratem kontrolującym każdy ich krok, a one nie miały przed nim żadnych tajemnic. Był nawiedzonym hipnotyzerem, który podczas codziennych seansów zarażał je swoją nienawiścią do „obrzydliwej cielesności”, a one chętnie spowiadały się z każdej, najbardziej niewinnej myśli damsko-męskiej. Któregoś styczniowego dnia 1894 roku, pisała we wspomnieniach Tatiana, „[...] zaczęliśmy czemuś mówić o moich romansach i papa liczył moich konkurentów - doliczyliśmy się dziesięciu. Papa cieszył się, że tak pomyślnie przeszłam obok nich wszystkich i życzył mi, żeby i nadal tak było”.


Tadeusz Klimowicz
Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach

poniedziałek, 10 listopada 2014

Czyżbyśmy tylko ja i Schopenhauer byli na tyle mądrzy, aby zrozumieć bezsens i zło życia?


Jest taka z dawna opowiadana, wschodnia baśń o wędrowcu, którego w stepie zaskoczyła rozszalała bestia. Ratując się przed nią, wędrowiec wskakuje do wyschniętej studni, ale na dnie widzi smoka rozwierającego paszczę, aby go pożreć. Nieszczęśnik, nie mając śmiałości ani wyjść, aby nie być zabitym przez rozszalałą bestię, ani skoczyć na dno studni, gdzie pożre go smok, chwyta się gałęzi rosnącego w szczelinach studni dzikiego krzewu i zawisa na nim. Ręce mu słabną i czuje, że wkrótce będzie musiał poddać się zagładzie, czekającej na niego z obu stron; trzyma się jednak dalej, ale widzi dwie myszy, jedną białą, drugą czarną, równomiernie ogryzające łodygę krzewu, na którym wisi. Za chwilę krzak się złamie, a on wpadnie w paszczę smoka. Wędrowiec widzi to i wie, że nieuchronnie zginie; ale dopóki wisi, rozgląda się wokół siebie i znajduje na liściach krzewu krople miodu, dosięga je językiem i zlizuje. Podobnie ja trzymam się gałęzi życia, wiedząc, że smok czeka na mą pewną śmierć, gotów mnie rozszarpać i nie mogę zrozumieć, dlaczego spotkały mnie te męki. I próbuję ssać ten miód, który wcześniej sprawiał mi tyle radości; ale miód ten nie smakuje mi już, a biała i czarna mysz – dzień i noc – podgryzają łodygę, której się trzymam. Wyraźnie widzę smoka i miód nie wydaje mi się już słodki. Widzę jedno – fatalnego smoka i mysz – i nie mogę odwrócić od nich wzroku. A przecież to nie baśń, tylko realna, bezdyskusyjna i dla każdego zrozumiała prawda.

Wcześniejszy omam radosnego życia, zagłuszający ryk smoka, już mnie nie łudzi. I ilekroć bym nie słyszał: nie możesz odnaleźć sensu życia, nie myśl, żyj – nie mogę tego uczynić, bo zbyt długo robiłem to wcześniej. Teraz nie mogę nie widzieć dnia i nocy, gnających i wiodących mnie ku śmierci. Widzę tylko to jedno, bo tylko to jest prawdą. Wszystko inne to kłamstwo. Te dwie krople miodu, które dłużej od innych odwodziły moje oczy od okrutnej prawdy – miłość do rodziny i do pisarstwa, które nazywałem sztuką – nie były już dla mnie słodkie.

„Rodzina...” – mówiłem sobie; Ale rodzina – żona, dzieci – to też ludzie. Są w tym samym położeniu, co i ja: powinni albo żyć w kłamstwie, albo widzieć przerażającą prawdę. Po co im więc żyć? Po co mam ich kochać, chronić, wychowywać i strzec? Aby doświadczyły tej samej co i ja rozpaczy albo pozostały nierozumne? Skoro ich kocham, nie mogę skrywać przed nimi prawdy – każdy krok w poznaniu wiedzie ich do tej prawdy. A prawdą tą jest śmierć.

„Sztuka, poezja?...” Długo pod wpływem pochwał ludzkich zapewniałem sam siebie, że jest to zadanie, które można wykonywać, nie patrząc na to, że przyjdzie śmierć, która unicestwi wszystko – mnie, moje dzieła i pamięć o nich; rychło jednak zrozumiałem, że to także ułuda. Było dla mnie jasne, że sztuka jest tylko ozdobą życia i jego przynętą. Ale dla mnie życie straciło swój ponętny urok, więc jak mogłem nęcić tym drugich? Póki nie żyłem swoim życiem, a byłem jedynie niesiony falami cudzego żywota, póki wierzyłem, że życie ma sens, chociaż nie umiałem go wyrazić – póty wszelkiego rodzaju odzwierciedlenia życia w poezji i sztuce dostarczały mi radości, wesoło mi było patrzeć na życie w tym lusterku sztuki. Kiedy jednak zacząłem poszukiwać sensu życia, kiedy poczułem konieczność życia na własną rękę – lusterko owo stało mi się albo niepotrzebne, zbędne i śmieszne, albo męczące. Nie mogłem już dłużej pocieszać się tym, co widzę w zwierciadle, bo położenie moje było głupie i rozpaczliwe. Dobrze mi było cieszyć się tym, kiedy w głębi duszy wierzyłem, że życie moje ma sens. Wtedy ta gra świateł i cieni w życiu – komiczna, tragiczna, wzruszająca, przepiękna i straszna – cieszyła mnie. Kiedy jednak dowiedziałem się, że życie jest bezsensowne i straszne – gra w lusterku nie mogła mnie dłużej bawić. Najsłodszy nawet miód nie mógł być dla mnie słodki, kiedy widziałem smoka i myszy podgryzające moje oparcie.

Ale to nie wszystko. Jeśli po prostu zrozumiałbym, że życie nie ma sensu, mógłbym spokojnie poprzestać na tej wiedzy, żyć, rozumiejąc, że taki już mój los. Nie zadowalało mnie to jednak. Jeśli byłbym jak człowiek, który żyje w lesie i wie, że nie ma z niego wyjścia – mógłbym żyć; ale byłem jak ktoś, kto zabłądził w lesie i na którego padł z tego powodu strach. Miota się, szukając drogi wyjścia i wie, że z każdym krokiem pląta się jeszcze bardziej, ale nie może się nie miotać. To było straszne. I aby uwolnić się od tego strachu, chciałem się zabić. Odczuwałem strach przed tym, co mnie czekało, wiedziałem, że ten strach jest straszniejszy od mojego położenia, ale nie mogłem ani go odegnać, ani cierpliwie oczekiwać końca. I jakkolwiek przekonywającym nie było rozważanie, że w końcu rozerwie się jakieś naczynie w moim sercu lub coś pęknie i wszystko się skończy, nie mogłem cierpliwie oczekiwać końca. Groza ciemności była zbyt wielka i chciałem jak najszybciej uwolnić się od niej pętlą albo kulą. I tak oto uczucie to, silniejsze od jakiegokolwiek innego, wlekło mnie ku samobójstwu.

(…)

Nie znalazłszy wyjaśnienia w nauce, zacząłem go szukać w życiu, żywiąc nadzieję, że znajdę je w ludziach wokół mnie. Zacząłem więc obserwować ludzi – takich jak ja – jak żyją i jak odnoszą się do pytań, które doprowadziły mnie do rozpaczy. A oto co odkryłem u ludzi, znajdujących się w tym samym położeniu co ja, pod względem wykształcenia i sposobu życia.

Odkryłem, że dla ludzi z mojego kręgu istnieją cztery wyjścia z okropnego położenia, w którym my wszyscy się znajdujemy.

Pierwsze wyjście to niewiedza. Polega ono na tym, żeby nie wiedzieć, nie rozumieć, że życie to zło i bezsens. Ludzie tej kategorii – po większej części kobiety, ludzie bardzo młodzi lub bardzo tępi – jeszcze nie pojęli tej kwestii życia, która stanęła przed Schopenhauerem, Salomonem, Buddą. Nie widzą ani czekającego na nich smoka, ani myszy podgryzających krzaków, za które się trzymają i zlizują krople miodu. Ale liżą te krople miodu tylko do czasu: coś w końcu zwróci ich uwagę na smoka i myszy i ich zlizywanie się skończy. Od nich niczego nie mogłem się nauczyć – nie da się zapomnieć o tym, co już wiesz.

Drugie wyjście to epikureizm. Polega ono na tym, aby, znając beznadziejność życia, używać póki co dostępnych dobrodziejstw życia, nie patrząc ani na smoka, ani na myszy i lizać miód ile się da, szczególnie gdy na krzaku trafiło się go bardzo dużo. Salomon wyraża to następująco: „I pochwaliłem radość, bo nie ma nic lepszego dla człowieka pod słońcem prócz jedzenia, picia i weselenia się: towarzyszą one człowiekowi w jego trudzie przez wszystkie dni jego życia, które Bóg dał mu pod słońcem.”

„Więc jedz z weselem chleb twój i pij w radości serca wino twoje... Ciesz się życiem z kobietą, którą kochasz przez wszystkie dni twojego marnego życia, przez wszystkie marne dni twoje, bo to twoja dola w życiu i trudzie, którym trudzisz się pod słońcem... Wszystko, co ręka twoja może uczynić, czyń, bo w grobie, do którego idziesz, nie ma pracy ani myśli, ani wiedzy, ani mądrości”.

Tego drugiego wyjścia trzyma się większość ludzi z naszego kręgu. Warunki, w których się znajdują, dostarczają im więcej dobrobytu niż biedy, a moralna tępota daje im możliwość zapomnienia, że wygoda ich położenia jest przypadkowa, że nie wszyscy mogą mieć tysiąc kobiet i pałaców jak Salomon, że na każdego człowieka z tysiącem żon przypada tysiąc ludzi bez żony, a na każdy pałac przypada tysiąc ludzi, którzy w pocie czoła muszą go zbudować i że ta przypadkowość, która dziś zrobiła ze mnie Salomona, jutro może uczynić mnie niewolnikiem Salomona. Tępota wyobraźni tych ludzi pozwoliła im zapomnieć o tym, co nie dawało spokoju Buddzie – o nieuchronności chorób, starości i śmierci, która nie dziś, to jutro zniszczy ich przyjemności. To, co niektórzy z tych ludzi twierdzą o swej tępocie myśli i wyobraźni – że to filozofia, którą oni nazywają pozytywną – nie wyklucza ich, moim zdaniem, z kategorii tych, którzy nie widząc kwestii, liżą miód. Nie mogłem tych ludzi naśladować: nie mając takiej tępoty wyobraźni, nie mogłem jej sztucznie w sobie wytworzyć. Nie mogłem, jak nie mógłby żaden żywy człowiek, oderwać oczu od raz dostrzeżonych myszy i smoka.

Trzecie wyjście to wyjście siły i energii. Polega ono na tym, aby, uzmysłowiwszy sobie, że życie to zło i bezsens, unicestwić je. Postępują tak nieliczni ludzie, silni i konsekwentni. Pojąwszy całą głupotę strojonego z nich żartu i zrozumiawszy przewagę, którą umarli mają nad żywymi i że lepiej jest w ogóle nie żyć, działają i kończą od razu ten głupi żart następującymi metodami: pętla na szyję, woda, nóż, którym przebijają serce, pociągi na szynach. I ludzi z naszego kręgu, postępujących w ten sposób jest coraz więcej i więcej. I w większości przypadków postępują tak w najlepszym okresie swojego życia, kiedy siły duszy mają w pełnym rozkwicie, a zwyczajów poniżających ludzki umysł przyswoili sobie jeszcze niewiele. Widziałem, że to wyjście jest najgodniejsze i tak właśnie chciałem postąpić.

Czwarte wyjście to wyjście słabości. Polega na tym, aby, pojąwszy zło i bezsens życia, dalej trzymać się go kurczowo z góry wiedząc, że nic z niego dobrego wyjść nie może. Ludzie tego rodzaju wiedzą, że śmierć jest lepsza od życia, ale nie mając sił postąpić rozumnie – czym prędzej przerwać ułudę i zabić się – zdają się na coś czekać. Jest to wyjście słabości, ponieważ jeśli wiem, co jest lepsze i jest to w zasięgu mojej ręki, to dlaczego nie oddać się lepszemu? ... Znajdowałem się w tej właśnie kategorii.

Tak oto ludzie mojego pokroju czterema drogami ratują się przed strasznymi sprzecznościami.

Jakbym nie wytężał swych władz umysłowych, oprócz tych czterech wyjść nie widziałem żadnego innego. Pierwsze wyjście: nie pojmować tego, że życie jest bezsensem, marnością i złem i że lepiej jest nie żyć. Nie mogłem tego nie wiedzieć, a kiedy już raz to zrozumiałem, nie mogłem na to zamykać oczu. Wyjście drugie: używać życia takim, jakie jest i nie myśleć o przyszłości. Tego też nie mogłem zrobić. Podobnie jak Sakjamuni, nie mogłem jechać na polowanie wiedząc, że istnieje starość, cierpienie i śmierć. Moja wyobraźnia była zbyt żywa. Oprócz tego, nie mogłem cieszyć się chwilami przyjemności, rzuconymi na moją dolę, ponieważ były krótkie i przypadkowe. Trzecie wyjście: pojąwszy, że życie to zło i głupota, zakończyć je, zabijając siebie. Rozumiałem to, ale jakoś nie potrafiłem się zabić. Wyjście czwarte: żyć jak Salomon, Schopenhauer – wiedzieć, że życie jest głupim, strojonym ze mnie żartem, a i tak żyć, myć się, ubierać się, jeść, rozmawiać, a nawet pisać książki. Było to dla mnie obrzydliwe, bolesne, ale i tak trwałem w tym położeniu.

Teraz widzę, że skoro nie mogłem się zabić, to przyczyną tego była smutna świadomość niesprawiedliwości moich myśli. Jakkolwiek przekonywujący i bezsprzeczny nie wydawałby się tok moich myśli i myśli mędrców, który doprowadził nas do uznania życia za bezsensowne, dalej pozostawało mi niewyraźne zwątpienie w ostateczną słuszność mojego osądu.

A był on taki: ja i mój rozum – przyznaliśmy, że życie jest nierozumne. Jeśli nie ma wyższego rozumu (a nie ma i nikt udowodnić tego nie może), to mój rozum jest dla mnie twórcą życia. Nie byłoby rozumu, nie byłoby dla mnie i życia. Jak rozum może negować życie, skoro sam jest twórcą życia? Albo z innej strony: jeśli nie byłoby życia, nie byłoby i mojego rozumu – a skoro życie jest, to rozum jest jego synem. Życie jest wszystkim. Rozum jest owocem życia i ten rozum neguje życie. Czułem, że coś tu nie pasuje.

Bez wątpienia życie jest bezsensownym złem – mówiłem sobie. Ale żyłem, żyję nadal, żyła i żyje cała ludzkość. Jakże to tak? Dlaczego żyje, skoro może nie żyć? Czyżbyśmy tylko ja i Schopenhauer byli na tyle mądrzy, aby zrozumieć bezsens i zło życia?

Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz

niedziela, 9 listopada 2014

Życie mi obrzydło ...


Życie mi obrzydło – jakaś nieprzeparta siła pchała mnie ku temu, aby się go pozbyć. Nie mogę powiedzieć, abym chciał się zabić. Siła, która odciągała mnie od życia, była silniejsza, pełniejsza od wszelkiej chęci. Była to siła, podobna wcześniejszemu dążeniu ku życiu, tylko o przeciwnym kierunku. Z całych sił uciekałem precz od życia. Myśl o samobójstwie przyszła mi tak naturalnie,
jak wcześniej przychodziły myśli o poprawieniu bytu. Myśl ta była tak kusząca, że musiałem używać przebiegłości w stosunku do samego siebie, aby zbyt pośpiesznie nie wprowadzić jej w czyn. Nie chciałem się śpieszyć tylko dlatego, aby dobrze zrozumieć wszystko! Mówiłem sobie: jeśli nie zrozumiem, to z tym zawsze zdążę.

Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz

Jak uczyć, samemu nic nie wiedząc


W rzeczywistości krążyłem wokół jednego i tego samego nierozwiązywalnego problemu: Jak uczyć, nie wiedząc czego. W wyższych sferach literackiej działalności zrozumiałym dla mnie było, że nie można uczyć, nie znając celu nauki, ponieważ widziałem ludzi nauczających zupełnie różnymi metodami, kłócących się i ukrywających tylko przed sobą własną ignorancję; tu jednak, przed chłopskimi dziećmi, myślałem, że mogę uciec od tej trudności, pozwalając im uczyć się tego, na co mają ochotę. Śmiać mi się chce dzisiaj, kiedy sobie przypomnę, jak miotałem się, próbując zaspokoić moją potrzebę nauczania, w głębi duszy wiedząc bardzo dobrze, że nie mogę nauczyć ich niczego pożytecznego, ponieważ sam nie wiedziałem, co jest pożyteczne. Po roku spędzonym w szkole powtórnie wyjechałem zagranicę, aby dowiedzieć się, jak uczyć, samemu nic nie wiedząc.

Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz

Bycie kapłanem było przyjemne i zyskowne ...


W wieku 26 lat wróciłem do Petersburga i spotkałem się z pisarzami. Przyjęli mnie jak swego i schlebiali mi. I nim się obejrzałem, przyswoiłem sobie poglądy na życie tych, między którymi się znalazłem, a te zatarły zupełnie moje wcześniejsze dążenie do bycia lepszym – oni dostarczyli mi teorii, która usprawiedliwiła moje rozwiązłe życie.

Filozofia życiowa moich kolegów po piórze przedstawiała się następująco: życie w ogólności polega na rozwoju i my – ludzie idei – odgrywamy w nim główną rolę; a wśród ludzi idei my – artyści i poeci – wywieramy na ów rozwój największy wpływ. Naszym powołaniem jest nauczać rodzaj ludzki. I aby nie nasuwało się proste pytanie: „Co wiem i czego mogę uczyć?”, teoria ta wyjaśniała, że tego nie trzeba wiedzieć, bo artyści i poeci nauczają nieświadomie. Uważano mnie za godnego podziwu artystę i poetę, dlatego przyjęcie tego poglądu było dla mnie nad wyraz naturalne. Ja, artysta i poeta, pisałem i uczyłem, sam nie wiedząc czego. Płacono mi za to; miałem doskonałe jedzenie, mieszkanie, kobiety i towarzystwo, miałem też sławę, co dobrze świadczyło o wartości mojego nauczania.

Wiara w znaczenie poezji w rozwoju człowieka była religią, a ja byłem jednym z jej kapłanów. Bycie kapłanem było przyjemne i zyskowne. Żyłem więc dość długo w tej wierze, nie powątpiewając w jej prawdziwość. 


Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz

Kłamstwa, grabieże, cudzołóstwo wszelkiej maści, pijaństwo, przemoc, morderstwa – nie było zbrodni, której nie popełniłem


Pamiętam również, że gdy mój starszy brat Dymitr, który był wtedy na uniwersytecie, nagle, z właściwym sobie zapamiętaniem poświęcił się religii i zaczął chodzić na wszystkie nabożeństwa, pościć i prowadzić czyste i moralne życie, wszyscy – nawet dorośli – ciągle drwili z niego i z jakiegoś niewiadomego powodu nazywali go “Noe”. Pamiętam jak Musin-Puszkin, kurator Uniwersytetu Kazańskiego, zapraszając nas na tańce do swego domu, ironicznie przekonywał mego wymawiającego się brata argumentem, że nawet Dawid tańczył przed Arką. Podobały mi się te żarty dorosłych i wyciągnąłem z nich wniosek, że koniecznie trzeba nauczyć się katechizmu i chodzić do cerkwi, ale nie można tego traktować zbyt poważnie. Pamiętam też, że ironia Woltera, którego czytałem we wczesnej młodości, wcale mnie nie szokowała, ale bawiła ogromnie.

*

Pewnego dnia opowiem ujmującą i pouczającą historię o tych dziesięciu latach mego młodzieńczego życia. Myślę, że bardzo wielu ludzi miało podobne doświadczenia. Z całej duszy pragnąłem być dobry, ale byłem młody, zapamiętały i samotny, zupełnie osamotniony w poszukiwaniu dobra. Za każdym razem, kiedy starałem się wyrażać moje najszczersze pragnienie, aby być moralnie nienagannym, spotykałem się z pogardą i kpinami, kiedy zaś oddawałem się niskim namiętnościom, byłem chwalony i zachęcany. Ambicja, umiłowanie siły, chciwość, pożądliwość, pycha, gniew i mściwość – wszystkie te cechy były szanowane. Oddając się namiętnościom upodabniałem się do dorosłych i czułem, że mnie aprobują. Poczciwa ciotunia, z którą mieszkałem, sama będąca najczystszą z istot, zawsze powtarzała mi, że niczego nie pragnie dla mnie tak bardzo jak tego, bym miał romans z mężatką: 'Rien ne forme un juene homme, comme une liaison avec une femme comme il faut'1. Innym szczęściem, którego pragnęła dla mnie było to, abym został kiedyś adiutantem, a jeśli to możliwe, adiutantem Cesarza. Lecz największym szczęściem z możliwych byłoby, gdybym poślubił bardzo bogatą dziewczynę i w ten sposób stał się posiadaczem jak największej liczby poddanych.

Nie mogę wspominać tych lat inaczej niż z uczuciem koszmaru, obrzydzenia i bólu serca. Zabijałem ludzi na wojnie i wyzywałem ich na pojedynki, aby zabijać. Traciłem pieniądze przy kartach, przejadałem pracę chłopów, skazywałem ich na kary, wiodłem żywot próżniaczy, oszukiwałem. Kłamstwa, grabieże, cudzołóstwo wszelkiej maści, pijaństwo, przemoc, morderstwa – nie było zbrodni, której nie popełniłem, a pomimo tego ludzie chwalili moje prowadzenie się, a wśród rówieśników uchodziłem i uchodzę nadal za względnie moralnego człowieka. I tak żyłem przez dziesięć lat.

1 Nic tak nie kształtuje młodego człowieka, jak związek z porządną mężatką (fr.)

Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz

środa, 22 stycznia 2014

Tołstoj zadziwia, Dostojewski porusza


Każdy utwór Tołstoja to budowla. Cokolwiek on pisze, bądź tylko zaczyna pisać ("urywki", "początki") - buduje. Wszędzie młot, pion, miara, "zamysł i postanowienie" W rzeczywistości każdy jego utwór jest kompletną, ukończoną budowlą.
A we wszystkim nie ma strzały (w istocie - serca).

Dostojewski to jeździec na pustyni, z jednym kołczanem strzał. Tam zaś, gdzie trafi jego strzała, kapie krew.
Dostojewski jest dla czytelnika czymś drogim. Otóż niczego "drogiego" nie ma u Tołstoja. On wiecznie "przekonuje", więc też niech za nim idą "przekonani". Z "przekonań" na ogół nic nie wynika oprócz ryz papieru i tych, co papier gromadzą, bibliotek, magazynów, gazetowych sporów i - w najlepszym razie - pomnika z brązu.
A Dostojewski w nas żyje. Jego muzyka nigdy nie zamrze.


Rozanow, Pół-myśli, pól uczucia



Przeł. Ireneusz Kania, Oficyna Literacka 1998.