Zamążpójście najstarszej córki Tołstoj potraktował jako zdradę i wszystkie swoje uczucia przelał na młodsze siostry Tatiany. Wegetarianka Maria całe swoje życie poświęciła ojcu, służyła pomocą okolicznym chłopom (pracowała z nimi na roli, doiła krowy, naprawiała dachy, uczyła dzieci) i cierpiała na chorobę, która w znacznej mierze tłumaczy jej brak asertywności. Współcześni - jak pisze Siergiej Michajłowicz Tołstoj (wnuk Lwa) - nazywali tę niemoc mania anglicana albo as you like it i objaśniali, iż cierpiący na nią zrobi wszystko, aby zyskać akceptację otoczenia. Diagnoza okazała się na szczęście mylna, ponieważ gdy tylko w zasięgu wzroku Marii pojawił się książę Nikołaj Obolenski (1872-1934), to natychmiast zapomniała o Sonacie Kreutzerowskiej, o ojcowskich przestrogach i 2 czerwca 1897 roku wyszła za mąż. Nie doczekała się, niestety, potomstwa (kilkakrotnie poroniła) i dość młodo - w wieku trzydziestu pięciu lat - zmarła na zapalenie płuc. Obecny przy jej śmierci Lew Nikołajewicz - już dawno wszystko wybaczył - zanotował w dzienniku: „Przed chwilą, o pierwszej w nocy zmarła Masza. Dziwna rzecz. Nie doznawałem ani przerażenia, ani strachu, ani świadomości, że dzieje się coś wyjątkowego, ani nawet żalu czy rozpaczy. Uważałem, że koniecznie należy wywołać w sobie szczególne uczucie rozczulenia i smutku, więc wzbudzałem je, ale w głębi duszy byłem bardziej spokojny niż wobec cudzego niedobrego uczynku, nie mówiąc już o swoim. Tak, to jest wydarzenie w dziedzinie fizycznej, więc dlatego obojętne. Patrzyłem cały czas na nią, jak umierała: zdumiewająco spokojnie” (27 listopada 1906, Dz., II, 232).
Tadeusz Klimowicz
Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tołstoj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tołstoj. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 maja 2016
wtorek, 17 maja 2016
Był nawiedzonym hipnotyzerem, który podczas codziennych seansów zarażał je swoją nienawiścią do „obrzydliwej cielesności”
Równie alergicznie reagowała Sofia na pomysły męża-utopisty dotyczące ich życia dziennego. Uznał on, że celibatowi do twarzy jest w ubóstwie i zapragnął czystość sypialni połączyć z czystym kontem. Zaapelował więc do ludzkości, by posiadający dzielili się swoim bogactwem z nieposiadającymi i dla przykładu zapowiedział m.in. rezygnację z wszystkich swoich praw autorskich. Po wściekłych protestach kobiety, która była jego żoną, zgodził się, by honoraria za utwory napisane do roku 1881 (w tym oczywiście za Wojnę i pokój, w tym oczywiście za Annę Kareninę) nadal trafiały do rodziny. Jedenaście lat później ta pani odniosła jeszcze jeden sukces - podpisano akt o zrzeczeniu się przez patriarchę praw do „majątku nieruchomego” na rzecz szanownej małżonki i dzieci (podpisu pod dokumentem nie złożyła jedynie Maria). Jasna Polana przypadła czteroletniemu Iwanowi, a do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletniości posiadłością miała zarządzać Sofia.
Te dwa pyrrusowe zwycięstwa materii nad duchem (egoizmu nad altruizmem, zdrowego rozsądku nad szaleństwem, antyutopii nad utopią, dobra rodziny nad szczęściem ludzkości) sprawiły, że Tołstoj bezgranicznie zaufa swemu najbliższemu wyznawcy i uczniowi - Władimirowi Czertkowowi (1854-1936), który jako ten trzeci ostatecznie zatopi jasnopolański „Titanic”.
Po trzydziestu toksycznych latach drogi małżonków ostatecznie się rozeszły. On - nie licząc się z konsekwencjami - wciąż coś majstrował przy swoim życiu, ona - niewolnica królowej Wiktorii, zaplątana w sieci rozwieszonej między odpowiedzialnością a konwenansami - rozumiała, że prawo do zmian utraciła 23 września 1862 roku. A ponieważ nie była bezkrytyczną, infantylną masochistką (jak młodsza od niej o cztery żona innego znanego pisarza), więc za pamięć o tamtym dniu płaciła wysoką cenę, o której najwięcej wiedział jej nasączony bólem i frustracją pamiętnik: „Dawniej przepisywałam to, co pisał, i to mnie cieszyło. Teraz daje wszystko córkom, a przede mną starannie ukrywa. Bardzo systematycznie zabija mnie i usuwa ze swego życia osobistego, co mnie okropnie boli. Nieraz ogarnia mnie wściekła rozpacz. Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś - wszystko, byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość. [...]. A teraz oczy mi się otworzyły, widzę, że moje życie jest przegrane” (20 listopada 1890, Pam., 78); „Jeżeli zbawienie człowieka, jego zbawienie duchowe, polega na zabijaniu życia bliźniego - to Lowoczka jest zbawiony” (11 grudnia 1890, Pam., 81); „Wszystkie jego pamiętniki są przesycone [...] samoubóstwieniem” (16 grudnia 1890, Pam., 83)[72].
Czarowi papy Lwa uległy - mama Sofia miała rację - córki. Były mu bezgranicznie oddane, wierne i bezkrytycznie wierzące w jego ideały („[...] My, dzieci [czytaj: córki], za zgodą ojca osiągnęliśmy maleńkie zwycięstwo nad matką. Pozwoliła nam pracować w lecie razem z chłopami na polu”). Był nie tylko ich ojcem, ale przede wszystkim Wielkim Bratem kontrolującym każdy ich krok, a one nie miały przed nim żadnych tajemnic. Był nawiedzonym hipnotyzerem, który podczas codziennych seansów zarażał je swoją nienawiścią do „obrzydliwej cielesności”, a one chętnie spowiadały się z każdej, najbardziej niewinnej myśli damsko-męskiej. Któregoś styczniowego dnia 1894 roku, pisała we wspomnieniach Tatiana, „[...] zaczęliśmy czemuś mówić o moich romansach i papa liczył moich konkurentów - doliczyliśmy się dziesięciu. Papa cieszył się, że tak pomyślnie przeszłam obok nich wszystkich i życzył mi, żeby i nadal tak było”.
Tadeusz Klimowicz
Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach
Te dwa pyrrusowe zwycięstwa materii nad duchem (egoizmu nad altruizmem, zdrowego rozsądku nad szaleństwem, antyutopii nad utopią, dobra rodziny nad szczęściem ludzkości) sprawiły, że Tołstoj bezgranicznie zaufa swemu najbliższemu wyznawcy i uczniowi - Władimirowi Czertkowowi (1854-1936), który jako ten trzeci ostatecznie zatopi jasnopolański „Titanic”.
Po trzydziestu toksycznych latach drogi małżonków ostatecznie się rozeszły. On - nie licząc się z konsekwencjami - wciąż coś majstrował przy swoim życiu, ona - niewolnica królowej Wiktorii, zaplątana w sieci rozwieszonej między odpowiedzialnością a konwenansami - rozumiała, że prawo do zmian utraciła 23 września 1862 roku. A ponieważ nie była bezkrytyczną, infantylną masochistką (jak młodsza od niej o cztery żona innego znanego pisarza), więc za pamięć o tamtym dniu płaciła wysoką cenę, o której najwięcej wiedział jej nasączony bólem i frustracją pamiętnik: „Dawniej przepisywałam to, co pisał, i to mnie cieszyło. Teraz daje wszystko córkom, a przede mną starannie ukrywa. Bardzo systematycznie zabija mnie i usuwa ze swego życia osobistego, co mnie okropnie boli. Nieraz ogarnia mnie wściekła rozpacz. Chciałabym zabić się, uciec gdzieś, pokochać kogoś - wszystko, byle nie żyć z człowiekiem, którego mimo wszystko całe życie za coś kochałam, choć teraz widzę, jak bardzo go idealizowałam, jak długo nie chciałam zrozumieć, że była w nim tylko zmysłowość. [...]. A teraz oczy mi się otworzyły, widzę, że moje życie jest przegrane” (20 listopada 1890, Pam., 78); „Jeżeli zbawienie człowieka, jego zbawienie duchowe, polega na zabijaniu życia bliźniego - to Lowoczka jest zbawiony” (11 grudnia 1890, Pam., 81); „Wszystkie jego pamiętniki są przesycone [...] samoubóstwieniem” (16 grudnia 1890, Pam., 83)[72].
Czarowi papy Lwa uległy - mama Sofia miała rację - córki. Były mu bezgranicznie oddane, wierne i bezkrytycznie wierzące w jego ideały („[...] My, dzieci [czytaj: córki], za zgodą ojca osiągnęliśmy maleńkie zwycięstwo nad matką. Pozwoliła nam pracować w lecie razem z chłopami na polu”). Był nie tylko ich ojcem, ale przede wszystkim Wielkim Bratem kontrolującym każdy ich krok, a one nie miały przed nim żadnych tajemnic. Był nawiedzonym hipnotyzerem, który podczas codziennych seansów zarażał je swoją nienawiścią do „obrzydliwej cielesności”, a one chętnie spowiadały się z każdej, najbardziej niewinnej myśli damsko-męskiej. Któregoś styczniowego dnia 1894 roku, pisała we wspomnieniach Tatiana, „[...] zaczęliśmy czemuś mówić o moich romansach i papa liczył moich konkurentów - doliczyliśmy się dziesięciu. Papa cieszył się, że tak pomyślnie przeszłam obok nich wszystkich i życzył mi, żeby i nadal tak było”.
Tadeusz Klimowicz
Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach
poniedziałek, 10 listopada 2014
Czyżbyśmy tylko ja i Schopenhauer byli na tyle mądrzy, aby zrozumieć bezsens i zło życia?
Jest taka z dawna opowiadana, wschodnia
baśń o wędrowcu, którego w stepie zaskoczyła
rozszalała
bestia. Ratując się przed nią, wędrowiec wskakuje do wyschniętej
studni, ale na dnie
widzi smoka rozwierającego paszczę, aby go
pożreć. Nieszczęśnik, nie mając śmiałości ani wyjść,
aby
nie być zabitym przez rozszalałą bestię, ani skoczyć na dno
studni, gdzie pożre go smok,
chwyta się gałęzi rosnącego w
szczelinach studni dzikiego krzewu i zawisa na nim. Ręce mu słabną
i czuje, że wkrótce będzie musiał poddać się zagładzie,
czekającej na niego z obu stron; trzyma się
jednak dalej, ale
widzi dwie myszy, jedną białą, drugą czarną, równomiernie
ogryzające łodygę
krzewu, na którym wisi. Za chwilę krzak się
złamie, a on wpadnie w paszczę smoka. Wędrowiec
widzi to i wie,
że nieuchronnie zginie; ale dopóki wisi, rozgląda się wokół
siebie i znajduje na
liściach krzewu krople miodu, dosięga je
językiem i zlizuje. Podobnie ja trzymam się gałęzi życia,
wiedząc, że smok czeka na mą pewną śmierć, gotów mnie
rozszarpać i nie mogę zrozumieć,
dlaczego spotkały mnie te męki.
I próbuję ssać ten miód, który wcześniej sprawiał mi tyle
radości;
ale miód ten nie smakuje mi już, a biała i czarna mysz
– dzień i noc – podgryzają łodygę, której się
trzymam.
Wyraźnie widzę smoka i miód nie wydaje mi się już słodki. Widzę
jedno – fatalnego
smoka i mysz – i nie mogę odwrócić od nich
wzroku. A przecież to nie baśń, tylko realna,
bezdyskusyjna i dla
każdego zrozumiała prawda.
Wcześniejszy omam radosnego życia,
zagłuszający ryk smoka, już mnie nie łudzi. I ilekroć
bym nie
słyszał: nie możesz odnaleźć sensu życia, nie myśl, żyj –
nie mogę tego uczynić, bo zbyt
długo robiłem to wcześniej.
Teraz nie mogę nie widzieć dnia i nocy, gnających i wiodących
mnie ku
śmierci. Widzę tylko to jedno, bo tylko to jest prawdą.
Wszystko inne to kłamstwo.
Te dwie krople miodu, które dłużej od
innych odwodziły moje oczy od okrutnej prawdy –
miłość do
rodziny i do pisarstwa, które nazywałem sztuką – nie były już
dla mnie słodkie.
„Rodzina...” – mówiłem sobie;
Ale rodzina – żona, dzieci – to też ludzie. Są w tym samym
położeniu, co i ja: powinni albo żyć w kłamstwie, albo widzieć
przerażającą prawdę. Po co im więc
żyć? Po co mam ich kochać,
chronić, wychowywać i strzec? Aby doświadczyły tej samej co i ja
rozpaczy albo pozostały nierozumne? Skoro ich kocham, nie mogę
skrywać przed nimi prawdy –
każdy krok w poznaniu wiedzie ich do
tej prawdy. A prawdą tą jest śmierć.
„Sztuka, poezja?...” Długo pod
wpływem pochwał ludzkich zapewniałem sam siebie, że jest
to
zadanie, które można wykonywać, nie patrząc na to, że przyjdzie
śmierć, która unicestwi
wszystko – mnie, moje dzieła i pamięć
o nich; rychło jednak zrozumiałem, że to także ułuda. Było
dla
mnie jasne, że sztuka jest tylko ozdobą życia i jego przynętą.
Ale dla mnie życie straciło swój
ponętny urok, więc jak mogłem
nęcić tym drugich? Póki nie żyłem swoim życiem, a byłem
jedynie
niesiony falami cudzego żywota, póki wierzyłem, że życie
ma sens, chociaż nie umiałem go wyrazić
– póty wszelkiego
rodzaju odzwierciedlenia życia w poezji i sztuce dostarczały mi
radości, wesoło
mi było patrzeć na życie w tym lusterku sztuki.
Kiedy jednak zacząłem poszukiwać sensu życia,
kiedy poczułem
konieczność życia na własną rękę – lusterko owo stało mi
się albo niepotrzebne,
zbędne i śmieszne, albo męczące. Nie
mogłem już dłużej pocieszać się tym, co widzę w
zwierciadle,
bo położenie moje było głupie i rozpaczliwe. Dobrze mi było
cieszyć się tym, kiedy w
głębi duszy wierzyłem, że życie moje
ma sens. Wtedy ta gra świateł i cieni w życiu – komiczna,
tragiczna, wzruszająca, przepiękna i straszna – cieszyła mnie.
Kiedy jednak dowiedziałem się, że
życie jest bezsensowne i
straszne – gra w lusterku nie mogła mnie dłużej bawić.
Najsłodszy nawet
miód nie mógł być dla mnie słodki, kiedy
widziałem smoka i myszy podgryzające moje oparcie.
Ale to nie wszystko. Jeśli po prostu
zrozumiałbym, że życie nie ma sensu, mógłbym spokojnie
poprzestać na tej wiedzy, żyć, rozumiejąc, że taki już mój
los. Nie zadowalało mnie to jednak. Jeśli
byłbym jak człowiek,
który żyje w lesie i wie, że nie ma z niego wyjścia – mógłbym
żyć; ale byłem
jak ktoś, kto zabłądził w lesie i na którego
padł z tego powodu strach. Miota się, szukając drogi
wyjścia i
wie, że z każdym krokiem pląta się jeszcze bardziej, ale nie może
się nie miotać.
To było straszne. I aby uwolnić się od tego
strachu, chciałem się zabić. Odczuwałem strach
przed tym, co
mnie czekało, wiedziałem, że ten strach jest straszniejszy od
mojego położenia, ale
nie mogłem ani go odegnać, ani cierpliwie
oczekiwać końca. I jakkolwiek przekonywającym nie
było
rozważanie, że w końcu rozerwie się jakieś naczynie w moim sercu
lub coś pęknie i wszystko
się skończy, nie mogłem cierpliwie
oczekiwać końca. Groza ciemności była zbyt wielka i chciałem
jak najszybciej uwolnić się od niej pętlą albo kulą. I tak oto
uczucie to, silniejsze od jakiegokolwiek
innego, wlekło mnie ku
samobójstwu.
(…)
Nie znalazłszy wyjaśnienia w nauce,
zacząłem go szukać w życiu, żywiąc nadzieję, że znajdę
je w
ludziach wokół mnie. Zacząłem więc obserwować ludzi – takich
jak ja – jak żyją i jak odnoszą
się do pytań, które
doprowadziły mnie do rozpaczy.
A oto co odkryłem u ludzi,
znajdujących się w tym samym położeniu co ja, pod względem
wykształcenia i sposobu życia.
Odkryłem, że dla ludzi z mojego kręgu
istnieją cztery wyjścia z okropnego położenia, w
którym my
wszyscy się znajdujemy.
Pierwsze wyjście to niewiedza. Polega
ono na tym, żeby nie wiedzieć, nie rozumieć, że życie
to zło i
bezsens. Ludzie tej kategorii – po większej części kobiety,
ludzie bardzo młodzi lub bardzo
tępi – jeszcze nie pojęli tej
kwestii życia, która stanęła przed Schopenhauerem, Salomonem,
Buddą.
Nie widzą ani czekającego na nich smoka, ani myszy
podgryzających krzaków, za które się
trzymają i zlizują krople
miodu. Ale liżą te krople miodu tylko do czasu: coś w końcu
zwróci ich
uwagę na smoka i myszy i ich zlizywanie się skończy.
Od nich niczego nie mogłem się nauczyć –
nie da się zapomnieć
o tym, co już wiesz.
Drugie wyjście to epikureizm. Polega
ono na tym, aby, znając beznadziejność życia, używać
póki co
dostępnych dobrodziejstw życia, nie patrząc ani na smoka, ani na
myszy i lizać miód ile się
da, szczególnie gdy na krzaku trafiło
się go bardzo dużo. Salomon wyraża to następująco:
„I
pochwaliłem radość, bo nie ma nic lepszego dla człowieka pod
słońcem prócz jedzenia,
picia i weselenia się: towarzyszą one
człowiekowi w jego trudzie przez wszystkie dni jego życia,
które
Bóg dał mu pod słońcem.”
„Więc jedz z weselem chleb twój i
pij w radości serca wino twoje... Ciesz się życiem z
kobietą,
którą kochasz przez wszystkie dni twojego marnego życia, przez
wszystkie marne dni
twoje, bo to twoja dola w życiu i trudzie,
którym trudzisz się pod słońcem... Wszystko, co ręka
twoja może
uczynić, czyń, bo w grobie, do którego idziesz, nie ma pracy ani
myśli, ani wiedzy, ani
mądrości”.
Tego drugiego wyjścia trzyma się
większość ludzi z naszego kręgu. Warunki, w których się
znajdują, dostarczają im więcej dobrobytu niż biedy, a moralna
tępota daje im możliwość
zapomnienia, że wygoda ich położenia
jest przypadkowa, że nie wszyscy mogą mieć tysiąc kobiet i
pałaców jak Salomon, że na każdego człowieka z tysiącem żon
przypada tysiąc ludzi bez żony, a na
każdy pałac przypada tysiąc
ludzi, którzy w pocie czoła muszą go zbudować i że ta
przypadkowość,
która dziś zrobiła ze mnie Salomona, jutro może
uczynić mnie niewolnikiem Salomona. Tępota
wyobraźni tych ludzi
pozwoliła im zapomnieć o tym, co nie dawało spokoju Buddzie – o
nieuchronności chorób, starości i śmierci, która nie dziś, to
jutro zniszczy ich przyjemności. To, co
niektórzy z tych ludzi
twierdzą o swej tępocie myśli i wyobraźni – że to filozofia,
którą oni
nazywają pozytywną – nie wyklucza ich, moim zdaniem,
z kategorii tych, którzy nie widząc
kwestii, liżą miód. Nie
mogłem tych ludzi naśladować: nie mając takiej tępoty wyobraźni,
nie
mogłem jej sztucznie w sobie wytworzyć. Nie mogłem, jak nie
mógłby żaden żywy człowiek,
oderwać oczu od raz dostrzeżonych
myszy i smoka.
Trzecie wyjście to wyjście siły i
energii. Polega ono na tym, aby, uzmysłowiwszy sobie, że
życie to
zło i bezsens, unicestwić je. Postępują tak nieliczni ludzie,
silni i konsekwentni. Pojąwszy
całą głupotę strojonego z nich
żartu i zrozumiawszy przewagę, którą umarli mają nad żywymi i
że
lepiej jest w ogóle nie żyć, działają i kończą od razu
ten głupi żart następującymi metodami: pętla
na szyję, woda,
nóż, którym przebijają serce, pociągi na szynach. I ludzi z
naszego kręgu,
postępujących w ten sposób jest coraz więcej i
więcej. I w większości przypadków postępują tak w
najlepszym
okresie swojego życia, kiedy siły duszy mają w pełnym rozkwicie,
a zwyczajów
poniżających ludzki umysł przyswoili sobie jeszcze
niewiele. Widziałem, że to wyjście jest
najgodniejsze i tak
właśnie chciałem postąpić.
Czwarte wyjście to wyjście słabości.
Polega na tym, aby, pojąwszy zło i bezsens życia, dalej
trzymać
się go kurczowo z góry wiedząc, że nic z niego dobrego wyjść
nie może. Ludzie tego
rodzaju wiedzą, że śmierć jest lepsza od
życia, ale nie mając sił postąpić rozumnie – czym prędzej
przerwać ułudę i zabić się – zdają się na coś czekać. Jest
to wyjście słabości, ponieważ jeśli wiem,
co jest lepsze i jest
to w zasięgu mojej ręki, to dlaczego nie oddać się lepszemu? ...
Znajdowałem
się w tej właśnie kategorii.
Tak oto ludzie mojego pokroju czterema
drogami ratują się przed strasznymi sprzecznościami.
Jakbym nie wytężał swych władz
umysłowych, oprócz tych czterech wyjść nie widziałem żadnego
innego. Pierwsze wyjście: nie pojmować tego, że życie jest
bezsensem, marnością i złem i że lepiej
jest nie żyć. Nie
mogłem tego nie wiedzieć, a kiedy już raz to zrozumiałem, nie
mogłem na to
zamykać oczu. Wyjście drugie: używać życia takim,
jakie jest i nie myśleć o przyszłości. Tego też
nie mogłem
zrobić. Podobnie jak Sakjamuni, nie mogłem jechać na polowanie
wiedząc, że istnieje
starość, cierpienie i śmierć. Moja
wyobraźnia była zbyt żywa. Oprócz tego, nie mogłem cieszyć się
chwilami przyjemności, rzuconymi na moją dolę, ponieważ były
krótkie i przypadkowe. Trzecie
wyjście: pojąwszy, że życie to
zło i głupota, zakończyć je, zabijając siebie. Rozumiałem to,
ale
jakoś nie potrafiłem się zabić. Wyjście czwarte: żyć jak
Salomon, Schopenhauer – wiedzieć, że
życie jest głupim,
strojonym ze mnie żartem, a i tak żyć, myć się, ubierać się,
jeść, rozmawiać, a
nawet pisać książki. Było to dla mnie
obrzydliwe, bolesne, ale i tak trwałem w tym położeniu.
Teraz widzę, że skoro nie mogłem się
zabić, to przyczyną tego była smutna świadomość
niesprawiedliwości moich myśli. Jakkolwiek przekonywujący i
bezsprzeczny nie wydawałby się tok
moich myśli i myśli mędrców,
który doprowadził nas do uznania życia za bezsensowne, dalej
pozostawało mi niewyraźne zwątpienie w ostateczną słuszność
mojego osądu.
A był on taki: ja i mój rozum –
przyznaliśmy, że życie jest nierozumne. Jeśli nie ma wyższego
rozumu (a nie ma i nikt udowodnić tego nie może), to mój rozum
jest dla mnie twórcą życia. Nie
byłoby rozumu, nie byłoby dla
mnie i życia. Jak rozum może negować życie, skoro sam jest
twórcą
życia? Albo z innej strony: jeśli nie byłoby życia, nie
byłoby i mojego rozumu – a skoro życie jest,
to rozum jest jego
synem. Życie jest wszystkim. Rozum jest owocem życia i ten rozum
neguje
życie. Czułem, że coś tu nie pasuje.
Bez wątpienia życie jest bezsensownym
złem – mówiłem sobie. Ale żyłem, żyję nadal, żyła i
żyje
cała ludzkość. Jakże to tak? Dlaczego żyje, skoro może nie żyć?
Czyżbyśmy tylko ja i
Schopenhauer byli na tyle mądrzy, aby
zrozumieć bezsens i zło życia?
Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz
niedziela, 9 listopada 2014
Życie mi obrzydło ...
Życie mi obrzydło – jakaś
nieprzeparta siła pchała mnie ku temu, aby się go pozbyć. Nie
mogę powiedzieć, abym chciał się zabić.
Siła, która odciągała mnie od życia, była silniejsza,
pełniejsza od wszelkiej chęci. Była to siła,
podobna wcześniejszemu dążeniu ku życiu, tylko o przeciwnym kierunku. Z całych sił uciekałem
precz od życia. Myśl o samobójstwie przyszła mi tak naturalnie,
jak wcześniej przychodziły myśli o
poprawieniu bytu. Myśl ta była tak kusząca, że musiałem używać przebiegłości w stosunku do
samego siebie, aby zbyt pośpiesznie nie wprowadzić jej w czyn. Nie chciałem się śpieszyć
tylko dlatego, aby dobrze zrozumieć wszystko! Mówiłem sobie: jeśli nie zrozumiem, to z tym zawsze
zdążę.
Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz
Jak uczyć, samemu nic nie wiedząc
W rzeczywistości krążyłem wokół
jednego i tego samego nierozwiązywalnego problemu: Jak uczyć, nie
wiedząc czego. W wyższych sferach literackiej działalności
zrozumiałym dla mnie było, że nie można uczyć, nie znając celu
nauki, ponieważ widziałem ludzi nauczających zupełnie różnymi
metodami, kłócących się i ukrywających tylko przed sobą własną
ignorancję; tu jednak, przed chłopskimi dziećmi, myślałem, że
mogę uciec od tej trudności, pozwalając im uczyć się tego, na co
mają ochotę. Śmiać mi się chce dzisiaj, kiedy sobie przypomnę,
jak miotałem się, próbując zaspokoić moją potrzebę nauczania,
w głębi duszy wiedząc bardzo dobrze, że nie mogę nauczyć ich
niczego pożytecznego, ponieważ sam nie wiedziałem, co jest
pożyteczne. Po roku spędzonym w szkole powtórnie wyjechałem
zagranicę, aby dowiedzieć się, jak uczyć, samemu nic nie wiedząc.
Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz
Bycie kapłanem było przyjemne i zyskowne ...
W wieku 26 lat wróciłem do
Petersburga i spotkałem się z pisarzami. Przyjęli mnie jak swego i
schlebiali mi. I nim się obejrzałem, przyswoiłem sobie poglądy na
życie tych, między którymi się znalazłem, a te zatarły zupełnie
moje wcześniejsze dążenie do bycia lepszym – oni dostarczyli mi
teorii, która usprawiedliwiła moje rozwiązłe życie.
Filozofia życiowa moich kolegów po
piórze przedstawiała się następująco: życie w ogólności
polega na rozwoju i my – ludzie idei – odgrywamy w nim główną
rolę; a wśród ludzi idei my – artyści i poeci – wywieramy na
ów rozwój największy wpływ. Naszym powołaniem jest nauczać
rodzaj ludzki. I aby nie nasuwało się proste pytanie: „Co wiem i
czego mogę uczyć?”, teoria ta wyjaśniała, że tego nie trzeba
wiedzieć, bo artyści i poeci nauczają nieświadomie. Uważano mnie
za godnego podziwu artystę i poetę, dlatego przyjęcie tego poglądu
było dla mnie nad wyraz naturalne. Ja, artysta i poeta, pisałem i
uczyłem, sam nie wiedząc czego. Płacono mi za to; miałem
doskonałe jedzenie, mieszkanie, kobiety i towarzystwo, miałem też
sławę, co dobrze świadczyło o wartości mojego nauczania.
Wiara w znaczenie poezji w rozwoju
człowieka była religią, a ja byłem jednym z jej kapłanów. Bycie
kapłanem było przyjemne i zyskowne. Żyłem więc dość długo w
tej wierze, nie powątpiewając w jej prawdziwość.
Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz
Kłamstwa, grabieże, cudzołóstwo wszelkiej maści, pijaństwo, przemoc, morderstwa – nie było zbrodni, której nie popełniłem
Pamiętam również, że gdy mój
starszy brat Dymitr, który był wtedy na uniwersytecie, nagle, z
właściwym sobie zapamiętaniem poświęcił się religii i zaczął
chodzić na wszystkie nabożeństwa, pościć i prowadzić czyste i
moralne życie, wszyscy – nawet dorośli – ciągle drwili z niego
i z jakiegoś niewiadomego powodu nazywali go “Noe”. Pamiętam
jak Musin-Puszkin, kurator Uniwersytetu Kazańskiego, zapraszając
nas na tańce do swego domu, ironicznie przekonywał mego
wymawiającego się brata argumentem, że nawet Dawid tańczył przed
Arką. Podobały mi się te żarty dorosłych i wyciągnąłem z nich
wniosek, że koniecznie trzeba nauczyć się katechizmu i chodzić do
cerkwi, ale nie można tego traktować zbyt poważnie. Pamiętam też,
że ironia Woltera, którego czytałem we wczesnej młodości, wcale
mnie nie szokowała, ale bawiła ogromnie.
*
Pewnego dnia opowiem ujmującą i
pouczającą historię o tych dziesięciu latach mego młodzieńczego
życia. Myślę, że bardzo wielu ludzi miało podobne doświadczenia.
Z całej duszy pragnąłem być dobry, ale byłem młody, zapamiętały
i samotny, zupełnie osamotniony w poszukiwaniu dobra. Za każdym
razem, kiedy starałem się wyrażać moje najszczersze pragnienie,
aby być moralnie nienagannym, spotykałem się z pogardą i kpinami,
kiedy zaś oddawałem się niskim namiętnościom, byłem chwalony i
zachęcany. Ambicja, umiłowanie siły, chciwość, pożądliwość,
pycha, gniew i mściwość – wszystkie te cechy były szanowane.
Oddając się namiętnościom upodabniałem się do dorosłych i
czułem, że mnie aprobują. Poczciwa ciotunia, z którą mieszkałem,
sama będąca najczystszą z istot, zawsze powtarzała mi, że
niczego nie pragnie dla mnie tak bardzo jak tego, bym miał romans z
mężatką: 'Rien ne forme un juene homme, comme une liaison avec
une femme comme il faut'1. Innym szczęściem, którego pragnęła
dla mnie było to, abym został kiedyś adiutantem, a jeśli to
możliwe, adiutantem Cesarza. Lecz największym szczęściem z
możliwych byłoby, gdybym poślubił bardzo bogatą dziewczynę i w
ten sposób stał się posiadaczem jak największej liczby poddanych.
Nie mogę wspominać tych lat inaczej
niż z uczuciem koszmaru, obrzydzenia i bólu serca. Zabijałem ludzi
na wojnie i wyzywałem ich na pojedynki, aby zabijać. Traciłem
pieniądze przy kartach, przejadałem pracę chłopów, skazywałem
ich na kary, wiodłem żywot próżniaczy, oszukiwałem. Kłamstwa,
grabieże, cudzołóstwo wszelkiej maści, pijaństwo, przemoc,
morderstwa – nie było zbrodni, której nie popełniłem, a pomimo
tego ludzie chwalili moje prowadzenie się, a wśród rówieśników
uchodziłem i uchodzę nadal za względnie moralnego człowieka. I
tak żyłem przez dziesięć lat.
1 Nic tak nie kształtuje młodego
człowieka, jak związek z porządną mężatką (fr.)
Lew Tołstoj, Spowiedź
Tłumaczenie: Jacek Baszkiewicz
środa, 22 stycznia 2014
Tołstoj zadziwia, Dostojewski porusza
Każdy utwór Tołstoja to budowla.
Cokolwiek on pisze, bądź tylko zaczyna pisać ("urywki",
"początki") - buduje. Wszędzie młot, pion, miara,
"zamysł i postanowienie" W rzeczywistości każdy jego
utwór jest kompletną, ukończoną budowlą.
A we wszystkim nie ma strzały (w
istocie - serca).
Dostojewski to jeździec na pustyni, z
jednym kołczanem strzał. Tam zaś, gdzie trafi jego strzała, kapie
krew.
Dostojewski jest dla czytelnika czymś
drogim. Otóż niczego "drogiego" nie ma u Tołstoja. On
wiecznie "przekonuje", więc też niech za nim idą
"przekonani". Z "przekonań" na ogół nic nie
wynika oprócz ryz papieru i tych, co papier gromadzą, bibliotek,
magazynów, gazetowych sporów i - w najlepszym razie - pomnika z
brązu.
A Dostojewski w nas żyje. Jego muzyka
nigdy nie zamrze.
Rozanow, Pół-myśli, pól uczucia
Przeł. Ireneusz Kania,
Oficyna Literacka 1998.
Subskrybuj:
Posty (Atom)