Do gabinetu naczelnego redaktora, stanowiącego olbrzymi pokój zastawiony zielono-brązowymi meblami, skrzaty dostają się za sekretarką wnoszącą filiżanki z herbatą.
My, Zatraceński, nie mamy żadnego wyobrażenia o pracy w gazecie. On, Jakub, jest zdania, że dziennikarz jest szczególnym rodzajem człowieka, obdarzonym dużą inteligencją, zmysłem obserwacyjnym, precyzją w formułowaniu sądów, oczywiście wyłącznie racjonalnych, oraz mistrzem prostego, jasnego języka. Według niego, Andrzeja, specjalista prasowy tropi niesprawiedliwość i, mając na względzie interes pokrzywdzonych, skłania opinię publiczną do udziału w naprawie zła.
Myślimy o małej, prowincjonalnej gazecie, a nie o centralnych pismach, formułujących politykę rządzących. Pitigoras, słysząc nas, cynicznie pokłada się ze śmiechu.
– Zatraceński – mówi czkając wesołością – redakcja, którą prowadzi Kocie Oko, jest wyłącznie małą wytwórnią choinkowych ozdób. Co tydzień porcja szklanych bombek, łańcuchów z wiejskiej słomy i barwnej bibułki, kolorowych lampek i odrobiny paskudniejszych zabawek, które są bardziej wiarygodne. Jak w każdej fabryczce, załoga przede wszystkim myśli o zysku. Poza niską pensją za dyspozycyjność obowiązuje akord. Kto więcej napisze, więcej dostanie złotówek.
Ale nie w rzeczywistości, bo gryzmoły te podlegają powolnej wycenie. Byle co naczelnego, na przykład felieton o nie nieistniejących krasnoludkach, ma zawsze wartość najwyższą. Następnie większą gotówkę zgarniać powinien zastępca szefa i sekretarz redakcji, tak jak gdzie indziej. W „Wetknięciach” drugie miejsce pod względem dochodów zajmuje urocza dama, nie mająca z pisaniem nic wspólnego.
Naczelne Kocie Oko miłuje ją, powiedzmy od stóp do pępka. A reszta zasuwa tropiąc sukcesy i nieprawości. Sukcesy ludzi w województwie wielkich, nieprawości małych.
- I kto czyta ten tygodnik? – naiwnie pyta on, Andrzej.
– W piśmie są dwie atrakcje. Jedna coraz ważniejsza, czyli horoskop. Druga coraz mniej intrygująca: program telewizyjny. Poza tym „Wetknięcia” wyrażają myśli słuszne, więc mecenas utrzymuje je przy życiu, nie ze swojej płacąc kieszeni.
Redaktorzy tęsknią za sensacyjnym wydarzeniem, na którego opis żarłocznie rzuciliby się czytelnicy. Najlepiej gdyby to było morderstwo, takie bardziej bulwersujące. Niestety, zdarza się ono w województwie raz na dwa lata i wtedy miód zgarnia Kocie Oko, pisząc reportaż w siedmiu odcinkach. A potrzebnych jest w miarę ohydnych zabójstw przynajmniej pięć tygodniowo, dla każdego piszącego jedno.
– Może my byśmy… – proponuje Mechiavelli.
– Dałoby się zrobić – mówi pogodnie Pleton. – Ale zapominasz, jak nas Kocie Oko potraktował. Jeśli wyskoki krasnoludków w mieście nie są sensacją równą zabójstwu i zgwałceniu kominiarza przez uczennice szóstej klasy szkoły podstawowej, to co nią jest?
Krasnoludki, po wejściu za sekretarką po miękkiej zielonej wykładzinie, lokują się na jednym z czterech foteli przy małym stoliku. Zespół redakcyjny siedzi bowiem wokół dużego podłużnego stołu i wsłuchuje się w perorę przełożonego.
– Utrzymujemy się we właściwych proporcjach – mówi Kocie Oko – bo nakład naszej gazety systematycznie rośnie, chociaż liczba nabywców spada. Za mało dajemy materiałów ciekawych czytelniczo. Potrzeba reportaży mrożących krew w żyłach, ostrych felietonów, takich jak mój rozprawiający się z bzdurą o krasnoludkach.
Kocie Oko streszcza obecnym swe ostatnie dzieło, cytuje jego fragmenty, smakuje niektóre sformułowania, objaśnia pointę, wskazuje doskonałość konstrukcji i czeka na wyrazy uznania. Sekretarz redakcji, człowiek podobny z jakiegoś powodu do krowy holenderskiej, chociaż raczej mniej sympatyczny, przerywa zbyt długo trwającą ciszę i żąda od dziennikarzy propozycji do następnego numeru.
– Jak zwykle najpierw pan redaktor – zwraca się do najstarszego w gronie człowieka w brudnych butach, wyszmelcowanym ubraniu i z pomarszczoną jak zużyty kapeć twarzą. Ten chrząka, drapie się w głowę pod skudlonymi włosami nieokreślonego koloru i sepleni: – Zrobię kawałek o dzieciakach na obozach letnich. One zrą tam codziennie makaron z dusonymi truskawkami, uscuplając zapasy kitu potsebnego budownictwu do uscelniania okien.
– To niedobry temat – wtrąca Kocie Oko. – Są określone trudności z zaopatrzeniem. Może jakieś sensacje wychowawcze na koloniach, panie redaktorze.
– Dobze. Kierownik jednej kolonii nad mozem rznie jednocześnie dwie wychowawcynie, higienistkę oraz intendentkę. A dzieci są niewyspane, bo podglądają, włazą na dach budynku, skąd tę akcję letnią dobze widać. Napisały list, ale anonimowy, jak wsyscy teraz.
– Dzieci nie są wiarygodnymi świadkami, wydarzenie incydentalne i nie warto niepokoić rodziców – przerywa Kocie Oko. – I jak pan chce to sprawdzić? Włazić na dach?
– Nie stać mnie. Starse chłopaki z kolonii ustanowiły bilety po stówce. Dobra, napisę reportaz o pracach społecnych młodziezy. Jak grabią plazę, robią pogzeby zdechłym rybkom i wygładzają moze w casie stormu.
– Coś w tym sensie – cieszy się Kocie Oko. – No i horoskop.
Wezwana do sprecyzowania swych zamierzeń leciwa dziewczyna ze szczątkowymi piersiami i krągłym jak sportowa piłka brzuchem, mówi agresywnie: – Jestem wyczerpana, czuję się wyciśnięta. Całą noc pisałam. Dam wywiad z trenerem sekcji brydża.
– A jak oni trenują, ci brydżyści? Na bieżni, w hali czy na pływalni? – pyta Kocie Oko. – Niech się pani weźmie za tematy interesujące czytelnika. I więcej pisze.
Pani redaktor blednie, czerwienieje i wybucha płaczem rzęsistym niby jesienny deszcz.
– Są cztery moje materiały w zapasie – wrzeszczy. – Moje artykuły nie idą i są najniżej wyceniane.
– Nie jestem niańką – stwierdza zimno Kocie Oko. – Nauczy się pani pisać, to pójdą.
Proszę nie smarkać i podać temat!
– O ogródkach działkowych… Pomidory obrodziły… – połyka łzy i uciera nos.
– No – cieszy się Kocie Oko.
Młody dziennikarz chce zająć się sprawą ośmioosobowej rodziny mieszkającej w kompletnie zagrzybionym pokoju bez kanalizacji. Poinformowany przez szefa, że takich rodzin są w mieście setki, zmienia temat na rolny, gdyż region żyje z płodów wsi. Ma nawet tytuł: „Gwóźdź do trumny rolnika”, gdyż w sklepach gminnych spółdzielni brakuje tych precyzyjnych materiałów.
– I czego jeszcze brakuje? – pyta Kocie Oko.
– Wszystkiego.
– Bierzemy sprawę gwoździa.
Ostatni z niefunkcyjnych dziennikarzy proponuje problem z dziedziny kultury, bo w piśmie o niej za mało. Dlaczego tutejszy teatr zawiesza działalność w lipcu, kiedy turyści łakną duchowej strawy? Ma nawet anegdotę. Otóż w sztuce Szekspira ostatnio aktor grający rolę Romea, w scenie, gdy wyznaje miłość Julii i klęka u jej stóp, puścił potężnego bąka.
– I z tego mamy zrobić kolejny numer? Dwanaście ciekawych kolumn? – drwi Kocie Oko.
– Za wielu sefów, a za mało pisących – komentuje niechlujny redaktor. – Pismu tseba współpracowników. Podatnych, miękkich, dyspozycyjnych i psystępnych.
Krasnoludki uznają, że nadszedł właściwy moment dla ich spraw. Mechiavelli wdrapuje się na stolik po poręczy fotela, a za nim reszta. Są stąd doskonale widoczni, a pierwsze słowa skrzata powodują, iż zespół redakcyjny odwraca się ku gromadce gnomów.
– Proszę o głos! – woła Mechiavelli.
Kobiety martwieją, mężczyźni zatykają się własnymi oddechami. Tylko sepleniący redaktor pyta swobodnie szczupłego i niziutkiego zastępcę szefa: – Cy to pana rodzina, panie redaktoze? Licna.
– Z chęcią wypełnimy cały numer tygodnika atrakcyjną treścią – stwierdza Mechiavelli. – O przeżyciach erotycznych w wieku siedemnastym oraz współcześnie z tutejszym stolarzem napisze Madame Jeanne Antoinette de Pampadour. Sefona opublikuje nigdy nie odnalezione wiersze, powstałe na Lesbos. Ta oto Yoriko Hiroshi machnie artykuł do wyboru: o buddyzmie, zen albo o nieznanych początkach i tajnikach walki karate. Panna Kukurydza da fachowe uwagi o hodowli najbardziej obfitej w białko rośliny, od której bierze nazwisko.
Zhinga z Matumby serdeczną rzecz o więziach kulturalnych łączących odwieczne Murzynów z Polakami, a Hrabina Zofia Potocka oplotkuje dziewiętnastowieczną rodzimą arystokrację, która rozhulała i przehulała nasz kraj. Pleton zrobi przystępną krytykę idealistycznej filozofii, Pitigoras obliczy, za ile dziesiątków lat ukończona zostanie przebudowa wiaduktu na ulicy Tuwima. Didirot wskaże zalety racjonalnego podejścia do zjawisk życia. Natomiast Ainstein objaśni, dlaczego nie należy się lękać bomb atomowych oraz neuronowych po ich wybuchu.
Ja osobiście zdradzę najskuteczniejsze metody kierowania masami. Mamy także w zanadrzu szereg tutejszych ciekawostek i łatwo dokumentujemy nie istniejące sukcesy.
– Sef miał rację – wtrąca sepleniący dziennikarz. – To nie są wrony, tylko gadające spaki.
– Wszystko to wykonamy bezpłatnie – kończy Mechiavelli. – To znaczy, że cała forsa za wierszówkę dla ulubieńców naczelnego redaktora. Wszakże pod warunkiem:
odwołane zostaną, ze stosownymi przeprosinami, idiotyczne treści z felietonu o krasnoludkach podpisanego przez faceta o nazwisku Kocie Oko.
– Cholera – mówi sepleniący. – Tu, na tym zadupiu, pierwsa na świecie gazeta napisana psez krasnoludki. Wejdziemy do dziejów prasy, będą się o nas ucyć.
– Uczyć nie ucyć, ty matole – poprawia go Jeanne Antoinette de Pampadour. – Czy ty tak piszesz, jak mówisz?
– Nie – śmieje się sepleniący – oni za to pisą tak, jak ja mówię.
Dwie panie redaktorki leżą zemdlone, a trzecia, od sportu i ogródków działkowych, stoi na swoim krześle i tupie, pragnąc uchronić raz jedną, a zaraz potem drugą nogę od ugryzienia przez krasnoludki. Sekretarz redakcji wyznaje bez pytania, że ateistą został formalnie, zmuszony przez okoliczności życia, ale się naprawi i że błądzenie jest rzeczą ludzką, po łacinie errare humanum est. Potem do końca mamrocze wyłącznie prawdopodobnie po francusku.
– To nie są ptaki – stanowczo stwierdza młody specjalista od rolnictwa. – Ja znam ptaki. Kury, gęsi oraz inne. Wychowałem się na wsi. Widziałem też bociana.
Chyba nie czuje się specjalnie dobrze.
– Dość – warczy naczelny redaktor. – Kto to przyniósł?
Jest czerwony na twarzy jak sztucznie barwiona lemoniada. Jego tłusty palec, którym z obrzydzeniem wskazuje gnomy, też jest czerwony. Potem palec zaczyna krążyć jak jakiś detektor do wykrywania kłamstwa. Omija pogrążoną w nieświadomości redaktor techniczną, mówiącego bez sensu po francusku sekretarza, młodego znawcę wiejskich ptaków, tańczącą na krześle, drugą nieprzytomną redaktorkę i zatrzymuje się na sepleniącym specjaliście od młodzieży.
– Pan przyniósł to nakręcane świństwo!
– Ocywiście – cieszy się tamten. – Zawse nosę przy sobie porcję krasnoludków.
One wystawają mi wołowinę w kolejkach. I pisą wsystkie moje kawałki. A wam nie pisą?
Robi się małe zamieszanie, gdyż nimfy i krasnoludki chwytają się za rączki, robią koło na stoliku i zaczynają tańczyć, śpiewając zgodnie: – My jesteśmy krasnoludki, hopsasa, pod grzybkami pędzimy wódkę, hopsasa…
– Pan to natychmiast usunie – żąda Kocie Oko.
– Prosę mi wybacyć – uśmiecha się stary redaktor. – Ale wizyty nasych cytelników są w redakcji poządane, spiew nie został zabroniony, a zadne psepisy nie ogranicają wolności krasnoludków.
Tańczący zatrzymują się i Didirot pyta stanowczo: – Mam rozumieć, że ani współpracy, ani sprostowania nie będzie?
– Won! – krzyczy Kocie Oko. – Precz z tymi magnetofonikami!
– Nie jestem nakręconą maszynką – sprzeciwia się ostro Pitigoras. – Jestem krasnoludkiem i nic, co krasnoludkowe, nie jest mi obce.
Na dowód, iż jest istotą myślącą, cierpiącą i ludystyczną, w patetycznym geście rozdziera swoją zieloną koszulę, ukazując owłosione piersi, a na nich uczyniony mazakiem napis: „Czytaj »Wetknięcia«”. Natychmiast naśladuje go Jeanne Antoinette de Pampadour, która dodatkowo zrywa biustonosz. Posiadany przez nią napis jest podobny, tyle że zrobiony na bąblastych wypukłościach, a słowo
„czytaj” zastąpione jest czasownikiem „uprawiaj”.
– Prawie zawsze – opowiada jemu, Andrzejowi, Ainstein, kiedy skrzaty odtwarzają w naszym swoistym telewizorze zaszłe w redakcji wydarzenia – ludzie w końcu reagują agresja w stosunku do nas. Albo uważają skrzaty za cudeńka współczesnej elektroniki, albo za zwierzęta lub w ogóle nie dostrzegają, biorąc za omamy i halucynacje będące udziałem innych. W każdym z tych wypadków dominującym uczuciem jest wrogość. Kocie Oko już zaraz próbowałby nas wygnieść jak kurczęta, gdyż jest twardym racjonalistą, gdyby nie fakt, że niecodzienność przejściowo sparaliżowała mu nogi. Kiedy odzyskał tam czucie, szedł ku nam dosyć niepewnie.
Wszelki problem najlepiej jest zlikwidować niszcząc jego przyczyny. Wytępienie krasnoludków, ciche wyrzucenie ich szczątków oraz zobowiązanie zespołu redakcyjnego, by nie przyznawał się do pijackich postrzeżeń, załatwia sprawę z uwagi na brak faktów i świadków. Kocie Oko podchodzi powoli do stolika, na którym znajdują się wszystkie skrzaty, unosi go i szybko przykłada blatem do ściany. Krasnoludki powinny zostać spłaszczone i oddać zawarte w ich organizmach soki suchemu, wiekowemu tynkowi. Tyle że one spadają na cztery fotele podczas gwałtownego ruchu stolika. W czasie, gdy naczelny redaktor „Wetknięć” z mocą dociska stolik do ściany, gnomy uznają, iż najlepiej znaleźć się w cichym oku cyklonu. Dwójka ładuje się do szerokich nogawek spodni Kociego Oka, inne wdrapują się pod jego marynarkę, do jej kieszeni, na ramiona, a nawet wczepiają się w bujnie, dostojne włosy jego czupryny.
Z wierzchołka głowy naczelnego redaktora Mechiavelli powołuje się na międzynarodowe konwencje oraz wszelkie inne przepisy dotyczące praw krasnoludka i ochrony środowiska naturalnego. Jego wysoki głos nie dochodzi jednak do czynników kompetentnych, a Kocie Oko podryguje niby niedźwiedź na lekcjach tańca w smorgońskiej akademii. Naczelny redaktor na ślepo uderza dłońmi w rozmaite okolice swego pulchnego ciała, ale zawsze w puste miejsce po przebywającym tam przed chwilą krasnoludka. Sprawia wrażenie człowieka, którego oblazły znakomicie wytresowane, duże kleszcze, więc miota się po gabinecie, pokrzykując i tupiąc.
Żaden z dziennikarzy nie zrywa się, by mu pomóc.
– I to było najbardziej przykre – zauważa potem wrażliwa Yoriko Hiroshi. – Był samotny w najstraszliwszej chwili swego życia. Ani stosunek zwierzchnictwa, ani uczucia przyjaźni i miłości, myślę o jego oblubienicy, nie skłoniły chociażby jednego członka zespołu do działania. Kiedy znękany ponad siły zbliżał się do któregokolwiek z kolegów, ten uskakiwał, by nie zarazić się skrzatami.
Zasapany od wysiłku i oblany potem, gdyż nawet klimat nie ulitował się nad jego opresją.
Kocie Oko ciężko siada w najważniejszym fotelu za potężnym biurkiem i ryczy do obecnych: – Tchórze! Sami tchórze!
– Pan zdaje się używa tego określenia w sensie negatywnym?! – pyta go Pleton, który wyskakuje redaktorowi spod marynarki, ląduje na biurku i rozprostowuje ramiona wśród sterty papierów.
– I słusznie – stwierdza Didirot. Właśnie siedzi wygodnie na ramieniu Kociego Oka i mówi wprost do jego ucha, jakby szukał z nim przyjacielskiego zbliżenia.
– Ze wszystkich możliwych cech człowieka najwyżej należy kłaść odwagę. Nie chodzi o odwagę samą w sobie, gdyż taka nie istnieje. Ona pojawia się tam, gdzie jest do wykonania zadanie połączone z ryzykiem utraty czegokolwiek, co jest nam drogie lub po prostu potrzebne. Najcenniejsza bywa odwaga nieśmiałych i bojaźliwych, aby okazać odważnymi, przemóc muszą opory zakorzenione w nich samych.
W tym miejscu Didirot wylicza stu ludzi, którzy własnymi piersiami i nie tylko tym organem ciała ratowali, co było do uratowania w różnych okolicznościach.
Ponadto prosi, by się wyuczyć tych nazwisk, aby duchowa siła odważnych przeszła na słuchaczy, co wzbogaci liczbę odważnych i pchnie cywilizację.
My, Zatraceński, pomijamy tę listę, gdyż ludzie odważni są skromni i nie pragną sławy. Poza tym nam odwaga nie jest potrzebna. Nie możemy na przykład ocalić wciągniętych w zasadzkę żołnierzy ani okazać odwagi cywilnej i dać się powiesić ewentualnie spalić za prawdę. Następnie Didirot bezlitośnie drwi z tchórzostwa, szczególnie jako źródła zastoju cywilizacyjnego. Przy okazji podaje listę stu najwybitniejszych tchórzy w dziejach ludzkiego gatunku i proponuje, by zapomnieć tych ludzi, którzy są bolesnym wyrzutem w społecznej świadomości.
– Tchórzostwo zresztą – zakończy swą myśl Didirot – w ogóle w ogóle nie istnieje, podobnie jak krasnoludki. To znaczy, że każdy porządny człowiek jest odważny z natury, ale z różnych powodów, najczęściej z lenistwa i dla zachowania aktualnej posady, nie uruchamia w sobie tej właściwości.
– Niech mnie odważni pocałują w mój skrzaci tyłek – replikuje Pleton.
Bardzo nieprzyjemny i niestosowny zwrot w poważnej dyskusji, chociaż według niego, Andrzeja, w pewnym sensie rzeczowy, gdyż gnom opisuje przy okazji swój tyłek tak zniechęcająco, że żadna odwaga nie pozwoliłaby podjąć się proponowanej czynności. Dalsze jednak argumenty Pletona mają charakter poważny i operują dowodami trudnymi do obalenia: – Jeśli nawet przyjąć, że odwaga buduje świat, to wznosi go dla tchórzostwa. Odważni, jako pierwszy szereg dzielnych budowniczych nowego, zwykle giną, a zdobycz przechodzi w dłonie tchórzy. Życie jest najwyższą wartością, oto nasza popularna zasada, a kto boi się, żyje dłużej i zbiera plony zasiane przez odważnych. To tchórze zachowują gatunek dla wiecznego trwania, ponieważ dłużej żyją, więc i dłużej płodzą. Tchórze nie krytykują i nie żądają, nie powodują tedy konfliktów i nie łamią obowiązującego porządku. Tchórze nie biorą udziału w aktach agresji, szanują prawo i są zwolennikami panującego ładu.
Najłatwiej zorganizować społeczeństwo tchórzy, a społeczeństwo zorganizowane oraz uległe buduje wydajniej niż odważni, którzy z reguły są burzycielami.
Dzięki tchórzom wszyscy wiedzą wszystko i nie jest potrzebne stosowanie przemocy, aby się czegoś dowiedzieć. Tchórzostwo to rodzaj lojalności i matka życia w uregulowanym, pewnym nurcie. Tylko to uczucie powoduje, że nie czynimy rzeczy nie przemyślanych, że umiemy wyobrazić sobie konsekwencje naszych emocji.
Tchórzostwo oznacza bezpieczeństwo dla tchórza i dla innych. Ta cenna cecha normalnego człowieka i krasnoludka z reguły łączy się z podwyższoną wrażliwością.
Dlaczego tchórz nie zadaje cierpienia? Dlatego, że go się boi. Najczęściej tchórzliwe są kobiety oraz rusałki. Stąd żyją dłużej, czują głębiej, lepszą opieką otaczają najbliższych i nie zaznają wątpliwości umysłu. Z tchórzostwa spełniają najbardziej nużące i znienawidzone funkcje. Z tchórzostwa wybierają nieszczęśliwą pewność przy boku nijakiego mężczyzny, zamiast szczęśliwej niepewności obok ideału.
Konsekwenty i przekazywany stanowczym tonem wywód Pletona powoduje, iż specjalistka od sportu przestaje tańczyć na swoim krześle, a nawet na nim siada.
Przebudzone z omdlenia inne dziennikarki wsłuchują się bacznie, podobnie jak mężczyźni. Skrzat wydobywa z ucha złocistą kuleczkę, bada ją oczyma i kontynuuje: – Tchórze najbardziej boją się śmierci. I słusznie. Brak tej obawy zniweczyłaby ludzkość oraz krasnoludki natychmiast, bo jest równy pozbawieniu instynktu samozachowawczego.
Mówi się, że na tchórzy nie można liczyć. To prawda, oni unikają udziału we wszystkim, co wiąże się z niepotrzebnym ryzykiem. Zawsze natomiast są do dyspozycji, kiedy trzeba utrzymać istniejący stan rzeczy. Bez wahania popierają ład, porządek i własny spokój, więc spokój wszystkich. Można na nich liczyć w fundamentalnych sprawach bezpiecznej egzystencji.
Pleton nie żąda uznania publicznego dla swego stanowiska. Uważa raczej, iż nadanie tchórzostwu rangi szlachectwa lub stopni naukowych, zaprowadzenie go w instytucjach wychowawczych, przymus do niego i szeroka propaganda płynących z tchórzostwa korzyści, mogłyby ludzi oraz krasnoludki odwrócić od jego kultywowania. Tylko za dymną zasłoną powszechnego uznania dla odwagi tchórzostwo może się, także na mocy przekory, bezpiecznie rozwijać i pomagać ludziom czy skrzatom w przetrwaniu, a przede wszystkim w eliminacji jednostek, których odwaga stanowi przyczynę zagrożenia innych. Odważni sami się eliminują, cieszy się Pleton z tego prawa społecznego i jest bardzo dumny ze swych uczuć, naturalna konsekwencja wywodów.
Gnom sypie nazwiskami. Głośnymi, otoczonymi prawdziwym lub wymuszonym szacunkiem. Podaje przykłady tchórzostwa tych wielkich ludzi, którzy w istocie zbudowali to, co jest zbudowane. Przekonuje, że tchórze są wydajniejsi nawet na wojnach, gdyż skutecznie chroniąc własne życie, zabijają w efekcie więcej wrogów. Wśród wybitnych, w skali województwa, ludzi, u których rozsądek, najważniejsza cecha myślącego człowieka, wyraźnie przeważa nad brzydką odwagą.
Pleton elegancko umieszcza Morskie Oko. Stwierdzenie to, czyżby niebaczne, podrywa naczelnego redaktora do ponownego nerwowego działania.
– Nigdy nie byłem tchórzem! – ryczy. – Zawsze piszę tak, jak myślę.
– Właśnie – ciszy się Pleton.
Do lojalności względem szefa poczuwa się jego zastępca.
– Zadzwonię po straż pożarną – proponuje odważnie.
– Ja zrobię – mówi Ainstein. – Powiem pożarnikom, że właśnie krasnoludki, to jest terrorystyczna grupa kurdupelków, wzięła w niewolę zespół redakcyjny.
Uwolnienie zakładników nastąpi po dostarczeniu przez straż pożarną pół kilograma smażonej wołowiny bez kości.
– Oszalałeś! – drze się Kocie Oko na zastępcę. – Żadnych krasnoludków nie było i nie ma!
– Gdzie pani nabyła tę szałową bluzkę? – pyta Hrabina Zofia sympatię naczelnego.
Rusałka maszeruje właśnie po długim stole, przy którym odbywała się narada. Nie czeka na odpowiedź, której zresztą nie ma, i podchodzi do redaktora sepleniącego. – Podobasz mi się, staruszku – mówi do niego kręcąc bioderkami.
– Zawse podobałem się dziewcętom – odpowiada redaktor i całuje rusałkę w maleńką dłoń. – Cy pani ma wolny wiecór?
– Zboczeniec – komentuje sympatia naczelnego.
Otwierają się drzwi od sekretariatu, zagląda pracująca tam dziewczyna i pyta: – Czy podać już zakąski?
– Tak! – krzyczy stanowczo Kocie Oko. – I koniec przywidzeń!
Ciężkim, oprawnym w płótno rocznikiem „Wetknięć”, ujętym niesamowicie szybko, rzuca w miejsce na biurku, gdzie Pleton dłubie właśnie w drugim uchu. Skrzat wskakuje na rocznik i zjeżdża na nim na zielony dywan. Sympatia naczelnego uderza torbą w Hrabinę Zofię.
Zastępca szefa, uginając się pod ciężkim krzesłem, próbuje nim przygwoździć trzy rusałki spoczywające pod filodendronem.
– Najprzyzwoiciej zachował się sepleniący – opowiada Pitigoras. – Przygarnął Hrabinę Zofię oraz Zhingę i widząc, jak wskakujemy na parapet otwartego okna, sam je tam zaniósł.
– Nikogo nie złapali? – pyta on, Andrzej.
– Owszem. Rzucili się wszyscy i pod stołem oblepili zastępcę naczelnego.
– Odważni ludzie – stwierdza z uznaniem Mechiavelli. – I twardzi, bo sprostowania w naszej sprawie nie należy się spodziewać.
Krasnoludki lądują na pełnym śmieci podwórku za redakcją. Gubią się w stosach papierów i odpadków, potem wychodzą na uliczkę, gdzie jest przystanek taksówek.
Przyjeżdżają prawie pod nasz dom, gdyż ukradkiem zabierają się samochodem z jedną z naszych sąsiadek.
My, Zatraceński, przeżywamy mieszane uczucia, gdy zawiany zespół redakcyjny opuszcza lokal około godziny szesnastej. Dla niego, Jakuba, jest to dowód, iż skończyła się wreszcie jego, Andrzejowa, obsesja, kiedy sekretarka wyprasza nas z korytarza, gdyż zamyka drzwi wejściowe.
– Gdybym nie miała w czubie – mówi do koleżanki przechodząca obok nas dziennikarka – przysięgłabym, że szefa odwiedziły dziś krasnoludki. Zupełnie trzeźwe krasnoludki. I że wyfrunęły przez okno, co dowodzi, że były to raczej kolorowe papużki.
– Były – potwierdza koleżanka. – Ale już po wódce. Uchlały się i szef im dowiódł, że są tchórze i nie mają rozumu.
– Głupie wrony – odpowiada pierwsza. – W tym mieście tylko Kocie Oko ma rozum.
W lepkim smrodzie o właściwościach zepsutych jajek, który stoi nas miastem gorącym jak kipiący czajnik, my, Zatraceński, biegniemy szybko do naszego mieszkania. On, Jakub, naśmiewa się z niego, Andrzeja, kpi z jego fantazji i troski, czy skrzaty same potrafiły wrócić w domowe pielesze. Może nigdy się nie dowie, że żart albo poważny przypadek losu podarował nam przed rychłą śmiercią coś bogatszego niż bogaty świat rzeczy.
Na szczęście skrzaty są już w naszym mieszkaniu. Chodzą wśród pięciu tysięcy książek, wśród pachnących trocin i wiórów, pogryzając plasterki żółtego sera.
My, Zatraceński, bierzemy się za smażenie okonków, gdyż w rybach jest fosfor, a od fosforu przybywa rozumu.
– Przypuśćmy, że tak było – stwierdza on, Jakub, gdy znamy już zaszłe w redakcji wypadki, które uważa za wytwór zboczonej wyobraźni jego, Andrzeja. – Jakieś krasnoludki w redakcji. Prymitywne zachowanie. Wszystko po to, aby z dziennikarzy zadrwić, ośmieszyć ich. Niemoralne jest umieszczenie człowieka w sytuacjach satyrycznych tylko dlatego, że jakieś jego poglądy lub zachowania nie odpowiadają nam.
– Skrzaty – odpowiada on, Andrzej – tylko uczestniczą w tej grze pozorów, jaką jest cały świat.
– Wszystko jest grą pozorów – zgadza się Jakub. – Więc i one. Czyżbyś nie zauważył, że prowadzimy życie pozbawione sensownych motywów oraz celów? Biegamy gdzieś, widzimy coś, słyszymy o czymś, zamiast codziennie wytwarzać z drewna lampy i półki, sprzedawać je, nabywać żywność, odpoczywać i czekać na wyznaczony koniec oraz ewentualne odwiedziny panny Nu-Nu. Tak przecież istnieją wszyscy, czy chcesz być oryginalny?
Anatol Ulman
Potworne poglądy cynicznych krasnoludków