środa, 2 kwietnia 2025

Utrzymujemy się we właściwych proporcjach, bo nakład naszej gazety systematycznie rośnie, chociaż liczba nabywców spada.

 Do gabinetu naczelnego redaktora, stanowiącego olbrzymi pokój zastawiony zielono-brązowymi meblami, skrzaty dostają się za sekretarką wnoszącą filiżanki z herbatą.

My, Zatraceński, nie mamy żadnego wyobrażenia o pracy w gazecie. On, Jakub, jest zdania, że dziennikarz jest szczególnym rodzajem człowieka, obdarzonym dużą inteligencją, zmysłem obserwacyjnym, precyzją w formułowaniu sądów, oczywiście wyłącznie racjonalnych, oraz mistrzem prostego, jasnego języka. Według niego, Andrzeja, specjalista prasowy tropi niesprawiedliwość i, mając na względzie interes pokrzywdzonych, skłania opinię publiczną do udziału w naprawie zła.

Myślimy o małej, prowincjonalnej gazecie, a nie o centralnych pismach, formułujących politykę rządzących. Pitigoras, słysząc nas, cynicznie pokłada się ze śmiechu.

– Zatraceński – mówi czkając wesołością – redakcja, którą prowadzi Kocie Oko, jest wyłącznie małą wytwórnią choinkowych ozdób. Co tydzień porcja szklanych bombek, łańcuchów z wiejskiej słomy i barwnej bibułki, kolorowych lampek i odrobiny paskudniejszych zabawek, które są bardziej wiarygodne. Jak w każdej fabryczce, załoga przede wszystkim myśli o zysku. Poza niską pensją za dyspozycyjność obowiązuje akord. Kto więcej napisze, więcej dostanie złotówek.

Ale nie w rzeczywistości, bo gryzmoły te podlegają powolnej wycenie. Byle co naczelnego, na przykład felieton o nie nieistniejących krasnoludkach, ma zawsze wartość najwyższą. Następnie większą gotówkę zgarniać powinien zastępca szefa i sekretarz redakcji, tak jak gdzie indziej. W „Wetknięciach” drugie miejsce pod względem dochodów zajmuje urocza dama, nie mająca z pisaniem nic wspólnego.

Naczelne Kocie Oko miłuje ją, powiedzmy od stóp do pępka. A reszta zasuwa tropiąc sukcesy i nieprawości. Sukcesy ludzi w województwie wielkich, nieprawości małych.

- I kto czyta ten tygodnik? – naiwnie pyta on, Andrzej.

– W piśmie są dwie atrakcje. Jedna coraz ważniejsza, czyli horoskop. Druga coraz mniej intrygująca: program telewizyjny. Poza tym „Wetknięcia” wyrażają myśli słuszne, więc mecenas utrzymuje je przy życiu, nie ze swojej płacąc kieszeni.

Redaktorzy tęsknią za sensacyjnym wydarzeniem, na którego opis żarłocznie rzuciliby się czytelnicy. Najlepiej gdyby to było morderstwo, takie bardziej bulwersujące. Niestety, zdarza się ono w województwie raz na dwa lata i wtedy miód zgarnia Kocie Oko, pisząc reportaż w siedmiu odcinkach. A potrzebnych jest w miarę ohydnych zabójstw przynajmniej pięć tygodniowo, dla każdego piszącego jedno.

– Może my byśmy… – proponuje Mechiavelli.

– Dałoby się zrobić – mówi pogodnie Pleton. – Ale zapominasz, jak nas Kocie Oko potraktował. Jeśli wyskoki krasnoludków w mieście nie są sensacją równą zabójstwu i zgwałceniu kominiarza przez uczennice szóstej klasy szkoły podstawowej, to co nią jest?

Krasnoludki, po wejściu za sekretarką po miękkiej zielonej wykładzinie, lokują się na jednym z czterech foteli przy małym stoliku. Zespół redakcyjny siedzi bowiem wokół dużego podłużnego stołu i wsłuchuje się w perorę przełożonego.

– Utrzymujemy się we właściwych proporcjach – mówi Kocie Oko – bo nakład naszej gazety systematycznie rośnie, chociaż liczba nabywców spada. Za mało dajemy materiałów ciekawych czytelniczo. Potrzeba reportaży mrożących krew w żyłach, ostrych felietonów, takich jak mój rozprawiający się z bzdurą o krasnoludkach.

Kocie Oko streszcza obecnym swe ostatnie dzieło, cytuje jego fragmenty, smakuje niektóre sformułowania, objaśnia pointę, wskazuje doskonałość konstrukcji i czeka na wyrazy uznania. Sekretarz redakcji, człowiek podobny z jakiegoś powodu do krowy holenderskiej, chociaż raczej mniej sympatyczny, przerywa zbyt długo trwającą ciszę i żąda od dziennikarzy propozycji do następnego numeru.

– Jak zwykle najpierw pan redaktor – zwraca się do najstarszego w gronie człowieka w brudnych butach, wyszmelcowanym ubraniu i z pomarszczoną jak zużyty kapeć twarzą. Ten chrząka, drapie się w głowę pod skudlonymi włosami nieokreślonego koloru i sepleni: – Zrobię kawałek o dzieciakach na obozach letnich. One zrą tam codziennie makaron z dusonymi truskawkami, uscuplając zapasy kitu potsebnego budownictwu do uscelniania okien.

– To niedobry temat – wtrąca Kocie Oko. – Są określone trudności z zaopatrzeniem. Może jakieś sensacje wychowawcze na koloniach, panie redaktorze.

– Dobze. Kierownik jednej kolonii nad mozem rznie jednocześnie dwie wychowawcynie, higienistkę oraz intendentkę. A dzieci są niewyspane, bo podglądają, włazą na dach budynku, skąd tę akcję letnią dobze widać. Napisały list, ale anonimowy, jak wsyscy teraz.

– Dzieci nie są wiarygodnymi świadkami, wydarzenie incydentalne i nie warto niepokoić rodziców – przerywa Kocie Oko. – I jak pan chce to sprawdzić? Włazić na dach?

– Nie stać mnie. Starse chłopaki z kolonii ustanowiły bilety po stówce. Dobra, napisę reportaz o pracach społecnych młodziezy. Jak grabią plazę, robią pogzeby zdechłym rybkom i wygładzają moze w casie stormu.

– Coś w tym sensie – cieszy się Kocie Oko. – No i horoskop.

Wezwana do sprecyzowania swych zamierzeń leciwa dziewczyna ze szczątkowymi piersiami i krągłym jak sportowa piłka brzuchem, mówi agresywnie: – Jestem wyczerpana, czuję się wyciśnięta. Całą noc pisałam. Dam wywiad z trenerem sekcji brydża.

– A jak oni trenują, ci brydżyści? Na bieżni, w hali czy na pływalni? – pyta Kocie Oko. – Niech się pani weźmie za tematy interesujące czytelnika. I więcej pisze.

Pani redaktor blednie, czerwienieje i wybucha płaczem rzęsistym niby jesienny deszcz.

– Są cztery moje materiały w zapasie – wrzeszczy. – Moje artykuły nie idą i są najniżej wyceniane.

– Nie jestem niańką – stwierdza zimno Kocie Oko. – Nauczy się pani pisać, to pójdą.

Proszę nie smarkać i podać temat!

– O ogródkach działkowych… Pomidory obrodziły… – połyka łzy i uciera nos.

– No – cieszy się Kocie Oko.

Młody dziennikarz chce zająć się sprawą ośmioosobowej rodziny mieszkającej w kompletnie zagrzybionym pokoju bez kanalizacji. Poinformowany przez szefa, że takich rodzin są w mieście setki, zmienia temat na rolny, gdyż region żyje z płodów wsi. Ma nawet tytuł: „Gwóźdź do trumny rolnika”, gdyż w sklepach gminnych spółdzielni brakuje tych precyzyjnych materiałów.

– I czego jeszcze brakuje? – pyta Kocie Oko.

– Wszystkiego.

– Bierzemy sprawę gwoździa.

Ostatni z niefunkcyjnych dziennikarzy proponuje problem z dziedziny kultury, bo w piśmie o niej za mało. Dlaczego tutejszy teatr zawiesza działalność w lipcu, kiedy turyści łakną duchowej strawy? Ma nawet anegdotę. Otóż w sztuce Szekspira ostatnio aktor grający rolę Romea, w scenie, gdy wyznaje miłość Julii i klęka u jej stóp, puścił potężnego bąka.

– I z tego mamy zrobić kolejny numer? Dwanaście ciekawych kolumn? – drwi Kocie Oko.

– Za wielu sefów, a za mało pisących – komentuje niechlujny redaktor. – Pismu tseba współpracowników. Podatnych, miękkich, dyspozycyjnych i psystępnych.

Krasnoludki uznają, że nadszedł właściwy moment dla ich spraw. Mechiavelli wdrapuje się na stolik po poręczy fotela, a za nim reszta. Są stąd doskonale widoczni, a pierwsze słowa skrzata powodują, iż zespół redakcyjny odwraca się ku gromadce gnomów.

– Proszę o głos! – woła Mechiavelli.

Kobiety martwieją, mężczyźni zatykają się własnymi oddechami. Tylko sepleniący redaktor pyta swobodnie szczupłego i niziutkiego zastępcę szefa: – Cy to pana rodzina, panie redaktoze? Licna.

– Z chęcią wypełnimy cały numer tygodnika atrakcyjną treścią – stwierdza Mechiavelli. – O przeżyciach erotycznych w wieku siedemnastym oraz współcześnie z tutejszym stolarzem napisze Madame Jeanne Antoinette de Pampadour. Sefona opublikuje nigdy nie odnalezione wiersze, powstałe na Lesbos. Ta oto Yoriko Hiroshi machnie artykuł do wyboru: o buddyzmie, zen albo o nieznanych początkach i tajnikach walki karate. Panna Kukurydza da fachowe uwagi o hodowli najbardziej obfitej w białko rośliny, od której bierze nazwisko.

Zhinga z Matumby serdeczną rzecz o więziach kulturalnych łączących odwieczne Murzynów z Polakami, a Hrabina Zofia Potocka oplotkuje dziewiętnastowieczną rodzimą arystokrację, która rozhulała i przehulała nasz kraj. Pleton zrobi przystępną krytykę idealistycznej filozofii, Pitigoras obliczy, za ile dziesiątków lat ukończona zostanie przebudowa wiaduktu na ulicy Tuwima. Didirot wskaże zalety racjonalnego podejścia do zjawisk życia. Natomiast Ainstein objaśni, dlaczego nie należy się lękać bomb atomowych oraz neuronowych po ich wybuchu.

Ja osobiście zdradzę najskuteczniejsze metody kierowania masami. Mamy także w zanadrzu szereg tutejszych ciekawostek i łatwo dokumentujemy nie istniejące sukcesy.

– Sef miał rację – wtrąca sepleniący dziennikarz. – To nie są wrony, tylko gadające spaki.

– Wszystko to wykonamy bezpłatnie – kończy Mechiavelli. – To znaczy, że cała forsa za wierszówkę dla ulubieńców naczelnego redaktora. Wszakże pod warunkiem:

odwołane zostaną, ze stosownymi przeprosinami, idiotyczne treści z felietonu o krasnoludkach podpisanego przez faceta o nazwisku Kocie Oko.

– Cholera – mówi sepleniący. – Tu, na tym zadupiu, pierwsa na świecie gazeta napisana psez krasnoludki. Wejdziemy do dziejów prasy, będą się o nas ucyć.

– Uczyć nie ucyć, ty matole – poprawia go Jeanne Antoinette de Pampadour. – Czy ty tak piszesz, jak mówisz?

– Nie – śmieje się sepleniący – oni za to pisą tak, jak ja mówię.

Dwie panie redaktorki leżą zemdlone, a trzecia, od sportu i ogródków działkowych, stoi na swoim krześle i tupie, pragnąc uchronić raz jedną, a zaraz potem drugą nogę od ugryzienia przez krasnoludki. Sekretarz redakcji wyznaje bez pytania, że ateistą został formalnie, zmuszony przez okoliczności życia, ale się naprawi i że błądzenie jest rzeczą ludzką, po łacinie errare humanum est. Potem do końca mamrocze wyłącznie prawdopodobnie po francusku.

– To nie są ptaki – stanowczo stwierdza młody specjalista od rolnictwa. – Ja znam ptaki. Kury, gęsi oraz inne. Wychowałem się na wsi. Widziałem też bociana.

Chyba nie czuje się specjalnie dobrze.

– Dość – warczy naczelny redaktor. – Kto to przyniósł?

Jest czerwony na twarzy jak sztucznie barwiona lemoniada. Jego tłusty palec, którym z obrzydzeniem wskazuje gnomy, też jest czerwony. Potem palec zaczyna krążyć jak jakiś detektor do wykrywania kłamstwa. Omija pogrążoną w nieświadomości redaktor techniczną, mówiącego bez sensu po francusku sekretarza, młodego znawcę wiejskich ptaków, tańczącą na krześle, drugą nieprzytomną redaktorkę i zatrzymuje się na sepleniącym specjaliście od młodzieży.

– Pan przyniósł to nakręcane świństwo!

– Ocywiście – cieszy się tamten. – Zawse nosę przy sobie porcję krasnoludków.

One wystawają mi wołowinę w kolejkach. I pisą wsystkie moje kawałki. A wam nie pisą?

Robi się małe zamieszanie, gdyż nimfy i krasnoludki chwytają się za rączki, robią koło na stoliku i zaczynają tańczyć, śpiewając zgodnie: – My jesteśmy krasnoludki, hopsasa, pod grzybkami pędzimy wódkę, hopsasa…

– Pan to natychmiast usunie – żąda Kocie Oko.

– Prosę mi wybacyć – uśmiecha się stary redaktor. – Ale wizyty nasych cytelników są w redakcji poządane, spiew nie został zabroniony, a zadne psepisy nie ogranicają wolności krasnoludków.

Tańczący zatrzymują się i Didirot pyta stanowczo: – Mam rozumieć, że ani współpracy, ani sprostowania nie będzie?

– Won! – krzyczy Kocie Oko. – Precz z tymi magnetofonikami!

– Nie jestem nakręconą maszynką – sprzeciwia się ostro Pitigoras. – Jestem krasnoludkiem i nic, co krasnoludkowe, nie jest mi obce.

Na dowód, iż jest istotą myślącą, cierpiącą i ludystyczną, w patetycznym geście rozdziera swoją zieloną koszulę, ukazując owłosione piersi, a na nich uczyniony mazakiem napis: „Czytaj »Wetknięcia«”. Natychmiast naśladuje go Jeanne Antoinette de Pampadour, która dodatkowo zrywa biustonosz. Posiadany przez nią napis jest podobny, tyle że zrobiony na bąblastych wypukłościach, a słowo

„czytaj” zastąpione jest czasownikiem „uprawiaj”.

– Prawie zawsze – opowiada jemu, Andrzejowi, Ainstein, kiedy skrzaty odtwarzają w naszym swoistym telewizorze zaszłe w redakcji wydarzenia – ludzie w końcu reagują agresja w stosunku do nas. Albo uważają skrzaty za cudeńka współczesnej elektroniki, albo za zwierzęta lub w ogóle nie dostrzegają, biorąc za omamy i halucynacje będące udziałem innych. W każdym z tych wypadków dominującym uczuciem jest wrogość. Kocie Oko już zaraz próbowałby nas wygnieść jak kurczęta, gdyż jest twardym racjonalistą, gdyby nie fakt, że niecodzienność przejściowo sparaliżowała mu nogi. Kiedy odzyskał tam czucie, szedł ku nam dosyć niepewnie.

Wszelki problem najlepiej jest zlikwidować niszcząc jego przyczyny. Wytępienie krasnoludków, ciche wyrzucenie ich szczątków oraz zobowiązanie zespołu redakcyjnego, by nie przyznawał się do pijackich postrzeżeń, załatwia sprawę z uwagi na brak faktów i świadków. Kocie Oko podchodzi powoli do stolika, na którym znajdują się wszystkie skrzaty, unosi go i szybko przykłada blatem do ściany. Krasnoludki powinny zostać spłaszczone i oddać zawarte w ich organizmach soki suchemu, wiekowemu tynkowi. Tyle że one spadają na cztery fotele podczas gwałtownego ruchu stolika. W czasie, gdy naczelny redaktor „Wetknięć” z mocą dociska stolik do ściany, gnomy uznają, iż najlepiej znaleźć się w cichym oku cyklonu. Dwójka ładuje się do szerokich nogawek spodni Kociego Oka, inne wdrapują się pod jego marynarkę, do jej kieszeni, na ramiona, a nawet wczepiają się w bujnie, dostojne włosy jego czupryny.

Z wierzchołka głowy naczelnego redaktora Mechiavelli powołuje się na międzynarodowe konwencje oraz wszelkie inne przepisy dotyczące praw krasnoludka i ochrony środowiska naturalnego. Jego wysoki głos nie dochodzi jednak do czynników kompetentnych, a Kocie Oko podryguje niby niedźwiedź na lekcjach tańca w smorgońskiej akademii. Naczelny redaktor na ślepo uderza dłońmi w rozmaite okolice swego pulchnego ciała, ale zawsze w puste miejsce po przebywającym tam przed chwilą krasnoludka. Sprawia wrażenie człowieka, którego oblazły znakomicie wytresowane, duże kleszcze, więc miota się po gabinecie, pokrzykując i tupiąc.

Żaden z dziennikarzy nie zrywa się, by mu pomóc.

– I to było najbardziej przykre – zauważa potem wrażliwa Yoriko Hiroshi. – Był samotny w najstraszliwszej chwili swego życia. Ani stosunek zwierzchnictwa, ani uczucia przyjaźni i miłości, myślę o jego oblubienicy, nie skłoniły chociażby jednego członka zespołu do działania. Kiedy znękany ponad siły zbliżał się do któregokolwiek z kolegów, ten uskakiwał, by nie zarazić się skrzatami.

Zasapany od wysiłku i oblany potem, gdyż nawet klimat nie ulitował się nad jego opresją.

Kocie Oko ciężko siada w najważniejszym fotelu za potężnym biurkiem i ryczy do obecnych: – Tchórze! Sami tchórze!

– Pan zdaje się używa tego określenia w sensie negatywnym?! – pyta go Pleton, który wyskakuje redaktorowi spod marynarki, ląduje na biurku i rozprostowuje ramiona wśród sterty papierów.

– I słusznie – stwierdza Didirot. Właśnie siedzi wygodnie na ramieniu Kociego Oka i mówi wprost do jego ucha, jakby szukał z nim przyjacielskiego zbliżenia.

– Ze wszystkich możliwych cech człowieka najwyżej należy kłaść odwagę. Nie chodzi o odwagę samą w sobie, gdyż taka nie istnieje. Ona pojawia się tam, gdzie jest do wykonania zadanie połączone z ryzykiem utraty czegokolwiek, co jest nam drogie lub po prostu potrzebne. Najcenniejsza bywa odwaga nieśmiałych i bojaźliwych, aby okazać odważnymi, przemóc muszą opory zakorzenione w nich samych.

W tym miejscu Didirot wylicza stu ludzi, którzy własnymi piersiami i nie tylko tym organem ciała ratowali, co było do uratowania w różnych okolicznościach.

Ponadto prosi, by się wyuczyć tych nazwisk, aby duchowa siła odważnych przeszła na słuchaczy, co wzbogaci liczbę odważnych i pchnie cywilizację.

My, Zatraceński, pomijamy tę listę, gdyż ludzie odważni są skromni i nie pragną sławy. Poza tym nam odwaga nie jest potrzebna. Nie możemy na przykład ocalić wciągniętych w zasadzkę żołnierzy ani okazać odwagi cywilnej i dać się powiesić ewentualnie spalić za prawdę. Następnie Didirot bezlitośnie drwi z tchórzostwa, szczególnie jako źródła zastoju cywilizacyjnego. Przy okazji podaje listę stu najwybitniejszych tchórzy w dziejach ludzkiego gatunku i proponuje, by zapomnieć tych ludzi, którzy są bolesnym wyrzutem w społecznej świadomości.

– Tchórzostwo zresztą – zakończy swą myśl Didirot – w ogóle w ogóle nie istnieje, podobnie jak krasnoludki. To znaczy, że każdy porządny człowiek jest odważny z natury, ale z różnych powodów, najczęściej z lenistwa i dla zachowania aktualnej posady, nie uruchamia w sobie tej właściwości.

– Niech mnie odważni pocałują w mój skrzaci tyłek – replikuje Pleton.

Bardzo nieprzyjemny i niestosowny zwrot w poważnej dyskusji, chociaż według niego, Andrzeja, w pewnym sensie rzeczowy, gdyż gnom opisuje przy okazji swój tyłek tak zniechęcająco, że żadna odwaga nie pozwoliłaby podjąć się proponowanej czynności. Dalsze jednak argumenty Pletona mają charakter poważny i operują dowodami trudnymi do obalenia: – Jeśli nawet przyjąć, że odwaga buduje świat, to wznosi go dla tchórzostwa. Odważni, jako pierwszy szereg dzielnych budowniczych nowego, zwykle giną, a zdobycz przechodzi w dłonie tchórzy. Życie jest najwyższą wartością, oto nasza popularna zasada, a kto boi się, żyje dłużej i zbiera plony zasiane przez odważnych. To tchórze zachowują gatunek dla wiecznego trwania, ponieważ dłużej żyją, więc i dłużej płodzą. Tchórze nie krytykują i nie żądają, nie powodują tedy konfliktów i nie łamią obowiązującego porządku. Tchórze nie biorą udziału w aktach agresji, szanują prawo i są zwolennikami panującego ładu.

Najłatwiej zorganizować społeczeństwo tchórzy, a społeczeństwo zorganizowane oraz uległe buduje wydajniej niż odważni, którzy z reguły są burzycielami.

Dzięki tchórzom wszyscy wiedzą wszystko i nie jest potrzebne stosowanie przemocy, aby się czegoś dowiedzieć. Tchórzostwo to rodzaj lojalności i matka życia w uregulowanym, pewnym nurcie. Tylko to uczucie powoduje, że nie czynimy rzeczy nie przemyślanych, że umiemy wyobrazić sobie konsekwencje naszych emocji.

Tchórzostwo oznacza bezpieczeństwo dla tchórza i dla innych. Ta cenna cecha normalnego człowieka i krasnoludka z reguły łączy się z podwyższoną wrażliwością.

Dlaczego tchórz nie zadaje cierpienia? Dlatego, że go się boi. Najczęściej tchórzliwe są kobiety oraz rusałki. Stąd żyją dłużej, czują głębiej, lepszą opieką otaczają najbliższych i nie zaznają wątpliwości umysłu. Z tchórzostwa spełniają najbardziej nużące i znienawidzone funkcje. Z tchórzostwa wybierają nieszczęśliwą pewność przy boku nijakiego mężczyzny, zamiast szczęśliwej niepewności obok ideału.

Konsekwenty i przekazywany stanowczym tonem wywód Pletona powoduje, iż specjalistka od sportu przestaje tańczyć na swoim krześle, a nawet na nim siada.

Przebudzone z omdlenia inne dziennikarki wsłuchują się bacznie, podobnie jak mężczyźni. Skrzat wydobywa z ucha złocistą kuleczkę, bada ją oczyma i kontynuuje: – Tchórze najbardziej boją się śmierci. I słusznie. Brak tej obawy zniweczyłaby ludzkość oraz krasnoludki natychmiast, bo jest równy pozbawieniu instynktu samozachowawczego.

Mówi się, że na tchórzy nie można liczyć. To prawda, oni unikają udziału we wszystkim, co wiąże się z niepotrzebnym ryzykiem. Zawsze natomiast są do dyspozycji, kiedy trzeba utrzymać istniejący stan rzeczy. Bez wahania popierają ład, porządek i własny spokój, więc spokój wszystkich. Można na nich liczyć w fundamentalnych sprawach bezpiecznej egzystencji.

Pleton nie żąda uznania publicznego dla swego stanowiska. Uważa raczej, iż nadanie tchórzostwu rangi szlachectwa lub stopni naukowych, zaprowadzenie go w instytucjach wychowawczych, przymus do niego i szeroka propaganda płynących z tchórzostwa korzyści, mogłyby ludzi oraz krasnoludki odwrócić od jego kultywowania. Tylko za dymną zasłoną powszechnego uznania dla odwagi tchórzostwo może się, także na mocy przekory, bezpiecznie rozwijać i pomagać ludziom czy skrzatom w przetrwaniu, a przede wszystkim w eliminacji jednostek, których odwaga stanowi przyczynę zagrożenia innych. Odważni sami się eliminują, cieszy się Pleton z tego prawa społecznego i jest bardzo dumny ze swych uczuć, naturalna konsekwencja wywodów.

Gnom sypie nazwiskami. Głośnymi, otoczonymi prawdziwym lub wymuszonym szacunkiem. Podaje przykłady tchórzostwa tych wielkich ludzi, którzy w istocie zbudowali to, co jest zbudowane. Przekonuje, że tchórze są wydajniejsi nawet na wojnach, gdyż skutecznie chroniąc własne życie, zabijają w efekcie więcej wrogów. Wśród wybitnych, w skali województwa, ludzi, u których rozsądek, najważniejsza cecha myślącego człowieka, wyraźnie przeważa nad brzydką odwagą.

Pleton elegancko umieszcza Morskie Oko. Stwierdzenie to, czyżby niebaczne, podrywa naczelnego redaktora do ponownego nerwowego działania.

– Nigdy nie byłem tchórzem! – ryczy. – Zawsze piszę tak, jak myślę.

– Właśnie – ciszy się Pleton.

Do lojalności względem szefa poczuwa się jego zastępca.

– Zadzwonię po straż pożarną – proponuje odważnie.

– Ja zrobię – mówi Ainstein. – Powiem pożarnikom, że właśnie krasnoludki, to jest terrorystyczna grupa kurdupelków, wzięła w niewolę zespół redakcyjny.

Uwolnienie zakładników nastąpi po dostarczeniu przez straż pożarną pół kilograma smażonej wołowiny bez kości.

– Oszalałeś! – drze się Kocie Oko na zastępcę. – Żadnych krasnoludków nie było i nie ma!

– Gdzie pani nabyła tę szałową bluzkę? – pyta Hrabina Zofia sympatię naczelnego.

Rusałka maszeruje właśnie po długim stole, przy którym odbywała się narada. Nie czeka na odpowiedź, której zresztą nie ma, i podchodzi do redaktora sepleniącego. – Podobasz mi się, staruszku – mówi do niego kręcąc bioderkami.

– Zawse podobałem się dziewcętom – odpowiada redaktor i całuje rusałkę w maleńką dłoń. – Cy pani ma wolny wiecór?

– Zboczeniec – komentuje sympatia naczelnego.

Otwierają się drzwi od sekretariatu, zagląda pracująca tam dziewczyna i pyta: – Czy podać już zakąski?

– Tak! – krzyczy stanowczo Kocie Oko. – I koniec przywidzeń!

Ciężkim, oprawnym w płótno rocznikiem „Wetknięć”, ujętym niesamowicie szybko, rzuca w miejsce na biurku, gdzie Pleton dłubie właśnie w drugim uchu. Skrzat wskakuje na rocznik i zjeżdża na nim na zielony dywan. Sympatia naczelnego uderza torbą w Hrabinę Zofię.

Zastępca szefa, uginając się pod ciężkim krzesłem, próbuje nim przygwoździć trzy rusałki spoczywające pod filodendronem.

– Najprzyzwoiciej zachował się sepleniący – opowiada Pitigoras. – Przygarnął Hrabinę Zofię oraz Zhingę i widząc, jak wskakujemy na parapet otwartego okna, sam je tam zaniósł.

– Nikogo nie złapali? – pyta on, Andrzej.

– Owszem. Rzucili się wszyscy i pod stołem oblepili zastępcę naczelnego.

– Odważni ludzie – stwierdza z uznaniem Mechiavelli. – I twardzi, bo sprostowania w naszej sprawie nie należy się spodziewać.

Krasnoludki lądują na pełnym śmieci podwórku za redakcją. Gubią się w stosach papierów i odpadków, potem wychodzą na uliczkę, gdzie jest przystanek taksówek.

Przyjeżdżają prawie pod nasz dom, gdyż ukradkiem zabierają się samochodem z jedną z naszych sąsiadek.

My, Zatraceński, przeżywamy mieszane uczucia, gdy zawiany zespół redakcyjny opuszcza lokal około godziny szesnastej. Dla niego, Jakuba, jest to dowód, iż skończyła się wreszcie jego, Andrzejowa, obsesja, kiedy sekretarka wyprasza nas z korytarza, gdyż zamyka drzwi wejściowe.

– Gdybym nie miała w czubie – mówi do koleżanki przechodząca obok nas dziennikarka – przysięgłabym, że szefa odwiedziły dziś krasnoludki. Zupełnie trzeźwe krasnoludki. I że wyfrunęły przez okno, co dowodzi, że były to raczej kolorowe papużki.

– Były – potwierdza koleżanka. – Ale już po wódce. Uchlały się i szef im dowiódł, że są tchórze i nie mają rozumu.

– Głupie wrony – odpowiada pierwsza. – W tym mieście tylko Kocie Oko ma rozum.

W lepkim smrodzie o właściwościach zepsutych jajek, który stoi nas miastem gorącym jak kipiący czajnik, my, Zatraceński, biegniemy szybko do naszego mieszkania. On, Jakub, naśmiewa się z niego, Andrzeja, kpi z jego fantazji i troski, czy skrzaty same potrafiły wrócić w domowe pielesze. Może nigdy się nie dowie, że żart albo poważny przypadek losu podarował nam przed rychłą śmiercią coś bogatszego niż bogaty świat rzeczy.

Na szczęście skrzaty są już w naszym mieszkaniu. Chodzą wśród pięciu tysięcy książek, wśród pachnących trocin i wiórów, pogryzając plasterki żółtego sera.

My, Zatraceński, bierzemy się za smażenie okonków, gdyż w rybach jest fosfor, a od fosforu przybywa rozumu.

– Przypuśćmy, że tak było – stwierdza on, Jakub, gdy znamy już zaszłe w redakcji wypadki, które uważa za wytwór zboczonej wyobraźni jego, Andrzeja. – Jakieś krasnoludki w redakcji. Prymitywne zachowanie. Wszystko po to, aby z dziennikarzy zadrwić, ośmieszyć ich. Niemoralne jest umieszczenie człowieka w sytuacjach satyrycznych tylko dlatego, że jakieś jego poglądy lub zachowania nie odpowiadają nam.

– Skrzaty – odpowiada on, Andrzej – tylko uczestniczą w tej grze pozorów, jaką jest cały świat.

– Wszystko jest grą pozorów – zgadza się Jakub. – Więc i one. Czyżbyś nie zauważył, że prowadzimy życie pozbawione sensownych motywów oraz celów? Biegamy gdzieś, widzimy coś, słyszymy o czymś, zamiast codziennie wytwarzać z drewna lampy i półki, sprzedawać je, nabywać żywność, odpoczywać i czekać na wyznaczony koniec oraz ewentualne odwiedziny panny Nu-Nu. Tak przecież istnieją wszyscy, czy chcesz być oryginalny?

Anatol Ulman 

Potworne poglądy cynicznych krasnoludków 

Wspomnienie o Buczkowskim

 Nie ma życiorysu bez plam i ja, oczywiście, też nie jestem ich pozbawiony. Do niektórych nigdy się nie przyznam. Ale o jednym świństwie opowiem. Zrobiłem je dziesięcioletniemu chłopcu. Poniekąd czuję się usprawiedliwiony: znajdowałem się w sytuacji moralnie skomplikowanej. No tak, może ktoś powiedzieć, jak się robi świństwo, to człowiek zawsze sobie wyszuka jakieś usprawiedliwienie. Znamy to!

Było tak. Kiedyś wracając do domu, zobaczyłem na klatce schodowej synka naszych sąsiadów, poszeptującego z dwoma kolegami. Wszyscy trzej mieli na plecach tornistry. Czyhali najwidoczniej na mnie, bo jeden z nich, pewnie specjalnie do tego oddelegowany, zagrodził mi drogę i spytał, zająkując się: „Czy to prawda, że pan jest Stanisław Lem?”.

Już miałem zaprzeczyć, kiedy nagle ogarnęły mnie wątpliwości, czy powinienem. Przecież to jasne, że mój mały sąsiad pochwalił się przed nimi, że tu obok, drzwi w drzwi z nim, a nie w jakimś strzeżonym przez elektroniczne stwory zamku, mieszka słynny pisarz, legendarny Stanisław Lem. Co, nie wierzycie? To możecie iść ze mną i sami go o to zapytać! Więc co miałem zrobić? Powiedzieć – „tak, to ja”, znaczyłoby żyć w aureoli cudzej sławy. I skłamać. Czy ja sam latami nie starałem się głównie o to, by przekonać moich czytelników, że kłamstwo to rzecz paskudna?

I że po kłamstwach ich poznacie je? A tu jeszcze idzie o młode duszyczki, tak zwane niewinne – niech to diabli! Ładny wzór im dam!

Ale powiedzieć prawdę, znaczyłoby rozwiać marzenia trzech chłopców o Lemie fizycznym, Lemie dotykalnym (którego, co za sukces, najwidoczniej w ich oczach wcielałem). Wybrałem po krótkim wahaniu pospolitość prawdy, świadom tego, że robię świństwo mojemu małemu sąsiadowi. Bo jak on im teraz spojrzy w oczy? I te ich kpiny: Lem – tutaj – na twojej klatce schodowej – skąd? jak? – Stuknij się w głowę!

Mógł mój mały sąsiad, co prawda, zaperzyć się i wykrzyczeć, że tak czy owak jakiś literat tu obok mieszka, coś tam skrobie po papierze, ale – bądźmy szczerzy – to nie to.

Nasuwa mi się jednak pewna refleksja: że wprawdzie zrobiłem świństwo chłopcu, ale nie zrobiłem – Lemowi. Uchroniłem jego legendę. Bo w chwilę po tym znów wyszedłem na klatkę schodową, tym razem z kubłem śmieci do zsypu. I oni, ci trzej chłopcy, wciąż jeszcze tam tkwili i sprzeczali się ze sobą. Na mój widok zamilkli. I pewnie pomyśleli sobie: no tak, to nie mógł być Lem, ten facet wynoszący śmieci. Ja zaś, przechodząc obok nich, pomyślałem, nie bez pewnej ulgi, że tyle mi wolno, i śmieci wynosić, i do autobusu się pchać, i mnóstwo-mnóstwo głupstw robić. Których nie wolno Lemowi.

Zaglądam do starych notatek – z końca lat siedemdziesiątych – i natykam się na coś, czym może warto się podzielić. Zapis wygląda z grubsza tak.

Telefon do Leopolda Buczkowskiego, do Konstancina: czy zgodzi się mieć wieczór autorski w sali naszego związku. Zgadza się, tylko chciałby to przedtem omówić. Może go odwiedzę?...

W sobotę wieczorem pojechałem do Konstancina. Mistrz kończył odśnieżanie ścieżki przed ogrodzeniem. Dom robi wrażenie: jest to może i waląca się rudera, ale nie zamieniłbym jej – takiej jaka jest – na pałacyk z kolumienkami. W ogrodzie pełno jego rzeźb w drzewie, oryginalnych i swoiście pięknych, w pokoju sporo obrazów. Niektóre, niezwykle subtelne w rysunku, trącące japońszczyzną – o tematyce żydowskiej: Mazełtow, Grajkowie i kilka innych. Zdaje się, że pan Leopold niechętnie ich się wyzbywa. Kupowano je w Londynie – mówi – ale udało mu się kilka uratować dla siebie. Gabinet przypomina trochę warsztat szewski. Na półkach książki ustawione byle jak, zakurzone, szarawe – i stosunkowo ich niewiele. Nie jest zbieraczem, ale skądinąd wiem, że jest zajadłym czytaczem – książek, gazet – stale coś wertuje, często odwiedza związkową bibliotekę. Na stoliku nowe, już szóste wydanie Czarnego potoku, jego arcydzieła, z odcinkiem przekazu pocztowego wewnątrz. Huczy piecyk. Włażą trzy psy, wszystkie łagodne, dwa duże ocierają się o mnie aprobująco, trzeci mały Czarny Piotruś merda z ożywieniem ogonem. Wszystko przytuleńcy: jeden został wyrzucony z samochodu przez właścicieli, którzy mieli go dość, drugi, bokser („strasznie dobra psina”), przybłąkał się z ulicy, a Czarny Piotruś był psem sąsiadów, głodzili go, „dałem mu kiedyś jeść i przystał do nas”.

Uprzedzam pana Leopolda, że podczas wieczoru mogę zadać pytanie na temat niekomunikatywności jego prozy. Zgoda. Odpowie, że chce uzyskać w prozie to, co Schönberg w muzyce. (Uprawia też muzykę, komponuje. Chciałby, żeby mu zorganizowano koncert w domu ZAiKS-u). To, co najbardziej jest interesujące w świecie, to nieoznaczoność. Nieoznaczoność nie w sensie materialnym, ale filozoficznym. Opowiada, że profesor Sierpiński, słynny matematyk, zaproponował jakiemuś artyście trzy liczby pierwsze do wyciągnięcia funkcji i tamten ze zdumieniem stwierdził, że wyszedł z tego piękny wzór plastyczny. „Tak, panie Leopoldzie – odważam się wtrącić – tylko że my operujemy nie tonami, nie liczbami, ale słowem. Pojęciami”. Opowiada mi raz jeszcze historię (którą opowiadał mi przed laty u Berentowicza – nie ma już dziś tej wspaniałej konstancińskiej knajpy), jaka wydarzyła się u nich na podwórzu na Podolu, podczas najazdu Niemców na Związek Radziecki. Na podwórze, nad którym z gwizdem przelatywały pociski, wbiegł oficer sowiecki w panice i błagał, żeby go ukryli. Cały czas powtarzał: Posłuszaj, ja leningradiec. Panimajesz: iz Leningrada. Ukryli go i zaraz wbiegło dwóch Niemców; jeden z nich, który naprowadzał ogień artylerii, leżąc na ziemi obok Leopolda, powtarzał: „Moja matka była Polka. Ja, ja, eine Pole...”. Dwie dumy. Tę historyjkę z podolskiego podwórza Mistrz lubi opowiadać (powtórzy ją i na swoim wieczorze). Każdy coś ma w sobie, co uważa za szczególne. Wyróżnik. Ja też to zauważyłem; zgadzamy się, że dla człowieka najważniejsze jest utwierdzenie się w swojej jedyności. Na każdym szczeblu kultury można to zaobserwować. Opowiadając, Buczkowski imituje sposób mówienia postaci, każdą w jej języku, ze znakomitym akcentem. Może uchodzić za dziwaka, ale przede wszystkim jest artystą, z nieodłączną dumą ze swojego powołania. (A więc z tego – idąc tropem jego opowieści – co go wyróżnia).

Wchodzi córka i podaje nam kawę. Rozmawiamy o wspólnym znajomym z Krakowa, prawie przyjacielu, Jurku Karolaku, utalentowanym grafiku, mistrzu plakatu i wystroju wnętrz, o tym, jaki z niego był elegant, jakie maniery, dowcip, i jak się opuścił, rozpił, spuchł – żebrak. (Powiedział mi kiedyś, jeszcze w Krakowie, że kiedy Niemcy wkroczyli do Warszawy, postanowił sobie, że nigdy się nie podda, że będzie trzymał fason, goląc się starannie, dbając o wygląd, zawsze w tweedowej marynarce, świeżej koszuli z krawatem. Po latach spotkałem go w Warszawie – zarośnięty, koszula wymięta, krawat przekrzywiony. Mówię, patrząc mu w oczy: „Widzę Jurku, że wojna się skończyła”. Jego oczy napełniły się łzami. Szepnął wzruszony: „Ty pamiętasz”). Zerkam na półki, straszną mam ochotę poprzestawiać te książki, uporządkować je. To już taka moja obsesja – wszędzie, gdzie przychodzę, mam ochotę porządkować książki według jakiejś logicznej koncepcji. Rozmowa przechodzi na mojego Montaigne’a, przytaczam mu zabawny komplement Ryśka R.: „Książka o filozofii, a czyta się jak o p...u!”. Buczkowski na to, że erotyzm to wielki temat i u nas wcale nieruszony. Więc może by się pan do tego zabrał? – podsuwam. Odpowiada zagadkowym uśmiechem.

Wieczór się udał: przyszli głównie literaci – to się rzadko zdarza. Zygmunt Trziszka w swoim słowie wstępnym porównał autora do Chrystusa, w którego trzeba wierzyć, nie analizować, nie dociekać. Hanna Kirchner ładnie i sensownie z nim polemizowała, Trziszka się zdenerwował (jak zwykle wierzący), przerywał jej dość ostro. Pani Kirchner wskazała, że Leopold Buczkowski bynajmniej nie jest w świecie zjawiskiem odosobnionym, że łączy się z nurtem nowoczesnej powieści europejskiej. Kolega Sobierajski żałował, że autor odszedł od zmysłowości Wertepów i Czarnego potoku w stronę dywagacyj (co kiedyś znaczyło: gadać od rzeczy – ale tego p. Sobierajski nie powiedział). Jako prowadzący spotkanie zapytałem Buczkowskiego (tak jak się z nim umówiłem), czy nie kusi go czasem, żeby trochę ułatwić czytelnikowi lekturę. Odpowiedział tak jak w domu: że Schönberg, że dwanaście tonów, że nieoznaczoność, tylko bardziej pokrętnie, jakby był trochę speszony. Podsumowałem: „Jak państwo widzicie, namawianie Leopolda Buczkowskiego, żeby pisał inaczej, niż to robi, jest bez sensu, ponieważ to, co pisze, jest w zgodzie z jego osobowością, z tym, co się w nim dzieje. Rzadko który pisarz tak bardzo wie, czego chce i dlaczego pisze tak, a nie inaczej”. Pozostała jeszcze „sprawa Trziszki”, jakoś to trzeba było załagodzić. Powiedziałem więc (co myślę), że Trziszka ma do Buczkowskiego stosunek uczuciowy i że, jak to na ogół bywa w miłości, nie toleruje niczyjego innego uczucia, chce go mieć wyłącznie dla siebie.

Wszyscy byli bardzo zadowoleni, również i sam Mistrz.

Józef Hen

Nie boję się bezsennych nocy

wtorek, 1 kwietnia 2025

Dojrzała do świńskiej śmierci

 Była to najmądrzejsza świnia w całym Generalnym Gubernatorstwie-prawdopodobnie powiedział tato i dlatego jej mózg usmażony przez mamę na patelni jedliśmy z nadzieją, przynajmniej ja, że coś się z tej mądrości udzieli.

Jasne i piękne ciało Chloe, wypłukane do czysta w ciepłej wodzie, różowiało w świetle powstającego dnia, więc spożywaliśmy posiłek uroczyście, w milczeniu. Być może tata nie wypowiedział tego zdania, chociaż nie jestem pewien ze względu na wieczny ruch będący atrybutem świata, skoro w ogóle mówimy, wśród milionów zdań zostało wypowiedziane i to, a z pewnością powinno.

Życie Chloe było nielegalne, bytowała, jak szereg jej poprzedniczek, w lochu pod podłogą, pozbawiona skromnej ozdoby nadawanej przez przez kanclerza każdej świni w naszym kraju, w jej ślicznym jak muszla uchu nie tkwił wojenny kolczyk. Wejście do samotni Chloe zasłaniała skrzynia ze starymi butami, może beczka z kiszoną kapustą, chociaż beczka nie stała w izbie, lecz w sieni, nad Chloe było więc drewniane pudło z kopytami do robienia butów albo coś innego, co zniknęło z pamięci.

Samotność oraz ciemność sprzyjają rozmyślaniom.

- Chloe jest mądra, gdyż słucha, co mówię- stwierdził tata.

Argument nie budził wątpliwości, gdyż Chloe pod podłogą chrząkała z uznaniem, kiedy tata wysupływał myśl szczególnie głęboką. Było to może przypadkowe, jest też możliwe, że nie chrząkała i że myślę o zupełnie innej świni zamiast o uroczej Chloe. Inteligencja wielu naszych wychowanek skupia się bowiem w przekonaniu o intelekcie jednej.

Co kilka dni, sądzę nawet, że codziennie, w ciche letnie wieczory wyprowadzałem Chloe na sznurku uwiązanym do jej nogi na podwórko, pod czarnobłękitne niebo, by mama i tata mogli wyczyścić jej loch, wymościć go liśćmi, trawą oraz kwiatami, których zapach łagodził ostry odór. Pewnego wieczoru Chloe zaprzestała nagle rycia ziemi na podwórku i z siłą niewiarygodną u tak młodego i wątłego dziewczęcia pociągnęła mnie, przyzwiązanego do sznura, w zarośla czarnego bzu za domem, jeśli nie rosła tam jeszcze leszczyna, a może jedno i drugie, właśnie tam stanęła nieruchomo i nie potrafiłem jej ruszyć, mocując się nadaramnie ze świńską nogą wrośniętą w ziemię. Niewątpliwie wołałem na tatę; a raczej zamierzałem krzyczeć z prośbą o pomoc, gdyż, w chwilę poźniej usłyszałem szczekliwe, żołnierskie głosy dobiegające z ulicy. Zamarłem, to oczywiste, świnia stała spokojnie jak marmurowy posąg, z głową wyciągniętą czujnie i nieruchomą w świetle gwiazd przesiewanych przez gałązki dzikiego bzu lub leszczyny.

Czułem obracanie się Ziemi albo obracałem się sam w milczeniu wokół środka świata, jakim stała się Chloe. Rzecz trwała kilka lat, gdyż urosłem o siedem centymetrów, co stwierdziła Cigi przy pomocy calówki, i wybladłem pieknie niby lilia.

Tata wreszcie zagwizdał, godząc mnie w samo serce, chociaż przestałem je mieć, pracowała jedynie pompka do krwi. Po gwiździe taty Chloe zaprowadziła mnie do domu, gdzie na środku izby mama stała jakby pobielona wapnem i była najładniejsza z całego życia, znajdowała się bowiem przed chwilą w niebie, dokąd wysłali ją żołnierze za brak kolczyka w uchu Chloe. Tego wieczoru ta świnia wypiła na kolację moje kozie mleko albo zjadła moją zupę na mleku lub kawał chleba z kozim serem, z czego obydwoje byliśmy zadowoleni przy pełnej aprobacie mamy, która przecież nie darowała mi żadnej nie zjedzonej kolacji.

Każda tajna świnia kończyła swe życie zasolana w beczce wkopanej w ziemię stajni albo ukrytej w zgliszczach spalonego dworku. Chloe przeżyła swe subtelne panieństwo otoczona czułością i troskliwą opieką, karmiona obficie i z wdzięcznościa przemieniła się wkrótce, jedynie zewnętrznie, jak się miało okazać, z kruchej piękności w ohydną świnię, tłustą i pozornie tępą, dojrzałą do swińskiej śmierci. Tata jednak odkładał kilkakrotnie jej zgon, mimo że z lochu dolatywał nas bezczelny chichot, a nie okraszane ziemniaki, podawane przez mamę na obiad, mdliły w żołądku. Mama kochająca nas, więc bezwzględna, zamieniła woreczek fasoli lub wełniany szal albo coś równie cennego na bańkę bimbru u ludzi z dzielnicy i tata pił ten bimber, który trawił mu sumienie oraz wypalał wątpliwości i rozpuszczał opór. Ptaki spadały martwe od wyziewów wydostających się z ust tat, opadły także przedwcześnie liście bzu pod oknem, kiedy tata wreszcie zdziczał i stał się gotów do zabicia naszej przyjaciółki, jesteśmy bowiem tylko ludźmi.

Ociężała Chloe, podobną do leżącego kiedyś na podwórku Thomasa, zniekształconą zwałami słoniny i śmierdzącą gównem, wydobyliśmy z wnętrza Ziemie, gdzie ukrywała się przed kanclerzem oraz jego dzielnymi żołnierzami. Aby zabić świnię, trzeba jej przyłożyć najpierw obuchem siekiery w czoło, traci wówczas zmysły i można jej wbić bagnet w serce, po uprzednim związaniu nóg. Krew odprowadza się do miski, by potem zrobić z niej kaszankę oraz żreć tę kaszankę odgrzaną w tłuszczu śliskim, podłym i smacznym.

Tata trzymał siekierę w powietrzu, lśniła w blasku karbidówki bezduszna i okropna. Myślałem, jeśli wtedy posiadałem tę właściwość, że kiedy tata opuści narzędzie mordu, zdruzgocze cały ogród ze wstydu i hańby. Palce taty zaciśnięte na trzonku, podobne do drapieżnych pazurów, wdrążały się w drewno trzonka w męce konieczności i nie byliśmy dumni z siebie, ale nikt nie odwołał spadania obucha, natomiast zaraz potem usiedliśmy na Chloe wszyscy, świnie bowiem przytomniały po wbiciu noża i pragnęły uciekać.

Mama płakała, gdyż ludzie są głupi, tata z wściekłością, tak rzadką w jego czynach, wbił żołnierski bagnet w pierś Chloe i wtedy opadł z niej tłuszcz, uniosła się niby prężna dziewczyna, więzy na jej nogach pękły, gdyż były zrobione zbyt gorączkowo. Świnia ruszyła, raczej runęła ku drzwiom inteligentna i bystra. Wypadliśmy za nią błyskawicznie, a może dopiero dziś wypadamy, gdyż była podwójną śmiercią, znaczącą drogę ucieczki pasemkiem krwi czarnej, więc błyszczącej w światłach nocy. Gibka Chloe opuściła ogród, przebiegła zgrabnie ulicę i zniknęła w zaroślach konopi, które wówczas rosły między ulicą i aleją. Sądziliśmy błędnie, że zamierza zagubić się w cieniach policyjnej nocy, aby rankiem, po krwawych śladach, sprowadzić żołnierzy w czołgach, samolotach, z ciężkimi działami i miotaczami płomieni, by wypalili ogród i zamienili nas w proch za zdradę oraz niewdzięczność, do jakiej zdolni są tylko ludzie.

I my runęliśmy w konopie, z martwego świata w martwą ciemność, chropowatą i szorstką, gdyż łodygi tej rośliny bronią się przed ingerencją i są bezlitosne dla skóry rąk oraz twarzy. Wiele nocy przedzieraliśmy się przez ten oschły las szeroki na pięćdziesiąt metrów. Tata prowadził nas nieomylnie albo przypadkowo, może był wówczas wilkiem i czuł krew Chloe, czego nie stwierdzam, gdyż trzymałem się sukni mamy, mama, wierna żona, umiała iść śladami męża.

Kiedy minęły te noce, wychynęliśmy z konopnej dżungli naprzeciw Chloe spoczywającej w rowie, zamarłej niby bieluchny kamień przed błyszczącą w blasku gwiazd nawierzchnią alei.

Zbliżaliśmy się ku niej ze czcią i szacunkiem, przekonani, że wybaczyła nam ludzką słabość, albo wściekli ze strachu, więc bezlitośni wobec zwierzęcia uczącego nas moralności, i wtedy Chloe ożyła, wspaniałym susem, pięknym jak lot oszczepu, wyskoczyła na autostradę. Potem pobiegła, podobna do ślicznego małego konika w kierunku przeciwnym niż miasto.

- Leci na lotnisko- rzekł zmęczony tata.

Nie jestem przeświadczony, że tata wypowiedział tę myśl. W każdym razie opanował nas wreszcie spokój niezrozumiały a chłodny, biegliśmy bez pośpiechu rowem, wzdłuż alei wymarłej i pustej, prowadzącej do nieskończoności, zdecydowani dumnie i bez strachu dobiec donikąd.

Mieliśmy szansę jak ta kobieta goniona przez Thomasa, bo był to chyba Thomas, powrócić do ogrodu z drugiej strony Ziemi, jeżeli Ziemia była wówczas okrągła. Powietrze nocy, rześkie, pachnące, dawało przyjemność, jakiej przedtem i potem…Chloe podobna do białej żaglówki pędziła bezgłośnie, nie zmieniając kursu wyznaczonego przez autostradę, czarną rwącą rzekę. Nie staraliśmy się wcale zmniejszyć dzielącej nad od Chloe odległości, bo był może właściwy czas na wyjście z domu i opuszczenie ogrodu.

Pomyślałem o Cigi śpiącej na strychu a cała przyjemność biegu błyskawicznie zmieniła się w gorycz albo przypisuję sobie uczucia, do których nie byłem i nie jestem zdolny. W delikatną ciszę nocy wdarło się nagle trzeszczenie motocykla, a na wiadukcie, nad nie istniejącym wówczas torem kolejowym, pojawiło się przyćmione światełko pojazdu. Chloe przystanęła na środku alei, wyciągnęła ryj, a rozumieliśmy, że podejmuje decyzję stanowiącą o nas, o życiu, śmierci, końcu biegu.

- Chloe- szepnął tata miękko i wbrew pozorom nie prosił jej o nic, chyba tylko o wybaczenie. Leżeliśmy bezbronni w płytkim rowie, przytuleni do trawy, ale widoczni, nadzy a umarli być może. Głos obudził Chloe z rozmyślań, lewą nogę oblewała jej ciecz wybiegająca spod rękojeści bagnetu. Nie spojrzała w naszym kierunku, chociaż tata właśnie wstał, by przyjąć z zarozumialstwem bliską przyszłość, lecz ostatnim wysiłkiem woli ruszyła do przodu, mimo że motocykl był już blisko.

Ten żołnierz zauważył Chloe, ostro oraz zręcznie skręcił w prawo, a my w trójkę staliśmy albo leżeliśmy dalej i tylko chcieliśmy wstać, bo tak byłoby ładniej, i nie czulibyśmy wstydu z powodu zabijanej świni. Chloe zrobiła to samo, co kierowca pojazdu i żołnierz przerzucił motocykl na drugą stronę, już miał ją minąć przy hamowanej prędkości, kiedy Chloe zdecydowanym ruchem rzuciła się pod przednie koło i zdążyła.

Motocykl, jak sądzę, wyjechał wtedy w niebo oderwany od jezdni niby startujący samolot, zawisł w powietrzu i trwał tam od początku do końca świata jak czatna giwazda. Patrzyliśmy długo w oblicze wszechświata oraz na szybującego żołnierza, który twardo dzierżył drążki sterowe pojazdu, w końcu jednak bezgłośnie wrócił na Ziemię, nadział się na granatowy słupek wymierzający odległości a ocucił nas trzaskiem krótkotrwałym jak mgnienie oka. Zakłócona nocna cisza dopadła go, otuliła milczeniem i jest niewątpliwe, że było inaczej, ale mogło być i tak, bo fałszywe wyobrażnie bywa jedyną prawdą do przyjęcia. Staliśmy nad rowem lub leżeliśmy w nim dość długo, a może w ogóle nas tam nie było, jednak Chloe zabiła lotnika przed wiaduktem i leżała rozłożona na środku alei. Pogruchotana kołem motocykla nie drgnęła już, wypełniwszy swój zamysł i nadawszy swej śmierci sens głębszy, niż my zamierzaliśmy przy świniobiciu. Pusta droga błyszczała martwo, we wraku pojazdu leżał, trzymając sie nadal pogiętej kierownicy, lotnik z głową zamienioną w ugnieciona truskawkę.

Chloe, owinięta w fartuch szewski, targaliśmy z powrotem idąc rowem, z męką doszlismy do konopi, tam odpoczęliśmy, wróciliśmy raz jeszcze przed wiadukt i myliśmy aleję szmatami zmoczonymi w kałuży pod wiaduktem.

Stała tam zawsze woda z zaległych opadów, chyba właśnie w tym celu.

Szorowaliśmy kilomter klinkierowej autostrady, wywabiając z niej czarną strużkę krwi Chloe, i była to praca nadaremna, ponieważ trzeba by wydłubywać krwinki z ziemi między poszczególnymi kamieniami, poza tym ślady mycia były wyraźniejsze niż krew.

Nie wiedzieliśmy wówczas, że nad ranem deszcz miał przemyć świat.

Tylko prawdopodobnie Chloe przewidziała ten fakt i dlatego z beztroską, a może zimnym namysłem, pozwoliła sobie naznaczyć alejkę krwawym śladem. Nie spaliśmy już tej nocy, która minęła niezmiernie szybko, aczkolwiek nie skończyła się do dziś. Mamie jednak nie przeszkodziło nic, by usmażyć świński mózg, spożywany przez nas z uszanowaniem jak serce wroga… - Nie znosiła ich- powiedział tata.

- Gdy wiedziała, że trzebna zginąć, nie chciała umrzeć głupio- mama podkreśliła, iż Chloe chciała się przydać.

- Tak- potwierdził tata.- Pojechała do piekła na żołnierzu.

- Ona poszła do nieba- rzekła mama i zdając sobie sprawę z grzechu, przeżegnała się oraz przeżegnała nas, a Bóg jej wybaczył, bo spadł deszcz z nieba pogodnego i suchego.

Anatol Ulman

Cigi de Montbazon

poniedziałek, 31 marca 2025

Japończycy w lustrze

 

Tokio, październik 1986

Dyplomata i bankier europejski wchodzą do ekskluzywnego nocnego klubu w dzielnicy Ginza. Gdy tylko siadają, elegancki Japończyk przy stoliku obok zwraca się do swojego towarzysza hulanki:

– Śmierdzi! Coś tu śmierdzi!

Europejczycy udają, że nie rozumieją, i zamawiają dwie whisky. Japończyk powtarza swoje:

– Śmierdzi!

A potem przez hostessę przesyła im bilecik, na którym jest napisane: „...i uważajcie, tu nie będziecie nawet w stanie zapłacić rachunku!”

Rzeczywiście, udaje im się z najwyższym trudem. Rachunek opiewa na równowartość pięciuset euro.

Nowo zdobyte bogactwo obudziło w Japończykach arogancję, a ich silna niechęć wobec gai jin, obcych, objawia się obecnie o wiele częściej niż w przeszłości. „Nie ma pan nic przeciwko siedzeniu obok gai jin?”, pytają niekiedy stewardesy JAL, przeprowadzając check-in pasażerów pierwszej klasy. Jakiś czas temu prasa opublikowała list cudzoziemca, który opowiadał, jak jego japoński kolega, towarzysz podróży, nieustannie był przepraszany przez japońską szefową stewardes „za dyskomfort związany z siedzeniem obok gai jin”.

Niektóre dyskoteki w dzielnicy Roppongi są najzwyczajniej w świecie zamknięte dla obcokrajowców. „Gai jin robią za dużo hałasu” – oto rzekomy powód. Na drzwiach sauny Oban w dzielnicy Shinjuku – tylko dla mężczyzn – widnieje napis: „Cudzoziemców prosi się o niewchodzenie”. Gai jin są uważani za nosicieli HIV.

Wyspiarze, których morze oddziela od świata, pustelnicy, którzy przez ponad dwieście lat (od 1638 do 1853 roku) dobrowolnie rezygnowali z kontaktów z zagranicą – Japończycy zawsze mieli duże trudności w porozumiewaniu się z innymi. Rozdarci pomiędzy kompleksem niższości a kompleksem wyższości, znajdują ratunek w myśli, że są tak różni od wszystkich, że aż wyjątkowi, i dlatego, oczywiście, nikt nie może ich zrozumieć.

– Życzę wam miłego pobytu, ale muszę powtórzyć, że nigdy nas nie zrozumiecie – powtarza co rok pewien profesor Uniwersytetu w Kioto, witając zagranicznych studentów przyjeżdżających uczyć się o Japonii.

The Roads to Sata, piękna, dopiero co opublikowana książka młodego Anglika Alana Bootha, który na piechotę przeszedł prawie trzy tysiące kilometrów archipelagu, kończy się znamienną rozmową między autorem a pewnym staruszkiem z wyspy Hokkaido. Gdy Japończyk wyjaśnia pisarzowi, że nic nie zyska, poznając język, podróżując po kraju czy rozmawiając z ludźmi, Anglik pyta go, co w takim razie powinien zrobić.

– Nic. Nic. Wy nigdy nie zrozumiecie Japonii.

Niektórzy twierdzą, że w przeszłości Japończycy nie byli aż tak świadomi „bycia Japończykami”.

– Inaczej niż wy, ludzie Zachodu, my nigdy nie musieliśmy konfrontować się z innymi narodami, nigdy nie prowadziliśmy wojen, a jedynie małe lokalne potyczki – mówi Shichihei Yamamoto, historyk, właściciel niedużego wydawnictwa w Tokio. – Jednym z najważniejszych wydarzeń z naszej przeszłości jest bitwa, która trwała cztery godziny.

Dopiero w połowie XIX wieku, kiedy Japonia musiała otworzyć granice, kraj ten nauczył się konkurować z Zachodem i określać własną pozycję w stosunkach międzynarodowych. Wtedy Japończycy zaczęli zadawać sobie pytanie, kim są. Idea wyjątkowości została zaczerpnięta od cudzoziemców. Jezuita Francesco Saverio, który w 1549 roku dotarł na południe archipelagu, napisał w swoim dzienniku: „Ludzie przez nas napotkani należą do najwartościowszych... i mam wrażenie, że nie spotkamy już nikogo, kto by mógł równać się z Japończykiem”. Od tamtej pory zdumienie i zachwyt wywołane innością tubylców wpływały na zachodni ogląd tego kraju i jego mieszkańców. Japończycy to wykorzystali.

Od dziesięciu lat badają oni nową dziedzinę, nihonjin ron, „teorię japońskości”. Dziesiątki „okrągłych stołów”, programów telewizyjnych i rozpraw mają za temat Japonię. Książek objaśniających „człowieka japońskiego” człowiekowi japońskiemu jest już ponad tysiąc. Wiele stało się bestsellerami. Jedna z nich, oparta na rzekomym podobieństwie pomiędzy Japończykami a Żydami, sprzedała się w ciągu roku w liczbie miliona egzemplarzy. Każdy aspekt „japońskości” jest traktowany z uwagą, od „myśli japońskiej” po „uśmiech japoński”. Niedawno weszła do księgarń pozycja pod tytułem Japoński nos.

– Japońskość stała się prawdziwą religią Japonii – mówi profesor Yamamoto. – Japończycy sami są dla siebie bogami.

Czy tak było od początku? Najstarszą religią Japończyków jest szintoizm i zawsze uderzał mnie fakt, że na głównym ołtarzu świątyń szintoistycznych, zamiast wizerunku boga albo jego symbolu, znajduje się lustro, jakby naprawdę bóstwem byli przeglądający się w nim Japończycy.

Ostatnio pewien pracownik wydziału medycyny na Uniwersytecie Tokijskim opublikował książkę, pozornie naukową, Mózg japoński: unikalność i uniwersalizm. Przy pomocy komputerowych diagramów i kolorowych schematów doktor Tadanobu Tsunoda wykazuje, że umysł Japończyków funkcjonuje inaczej niż u pozostałych istot ludzkich. Zgodnie z tą teorią, Japończycy są Japończykami, ponieważ mówią po japońsku. Jako że język japoński jest o wiele bogatszy w samogłoski od innych języków (na przykład ooo oooo oo oo oznacza: „Dzielny król ukrywa swój ogon, kiedy wychodzi”), mózg Japończyka, dzięki długiej ekspozycji na te dźwięki, miałby rozwijać się szybciej niż u reszty ludzi. Dwadzieścia lat eksperymentów pozwoliło doktorowi Tsunodzie skonstatować także, iż Japończycy przetwarzają samogłoski w lewej półkuli mózgu, podczas gdy inne narody – w prawej. To wyjaśniałoby, zdaniem uczonego, dlaczego Japończycy mają lewą część mózgu o wiele lepiej wykształconą niż gai jin.

Zdumiewa w tym wszystkim fakt, iż książeczka, przeznaczona dla wąskiego grona naukowców, stała się narodowym bestsellerem. Może dlatego, że istnieje nieuświadomione, ale szeroko wśród Japończyków rozpowszechnione pragnienie posiadania cech, których inni nie mają? Testy przeprowadzone przez doktora Tsunodę dowodzą na przykład, że Japończycy są „osobami wyjątkowo wrażliwymi, znajdującymi ukojenie podczas słuchania cykad albo innych owadów”. Ludzie Zachodu, przeciwnie, są jakoby absolutnie niewrażliwi na owe dźwięki. „Dla gai jin te delikatne odgłosy przypominają hałas starego samochodu albo szum klimatyzatora”, pisze Tsunoda. A Japończycy się cieszą.

Pogląd, że mieszkańcy tego kraju jako jedyni żyją w szczególnej harmonii z naturą, jest w Japonii bardzo popularny. Podziela go z pełnym przekonaniem sam Nakasone. W kwietniu tego roku premier, w obecności tysiąca gości zaproszonych na podziwianie kwitnących wiśni w cesarskich ogrodach Shinjuku, powiedział, że owszem, widywał pelargonie w oknach Europejczyków podczas swojej niedawnej podróży na nasz kontynent, ale Japończycy to jedyny naród, który naprawdę potrafi rozkoszować się kwiatami.

Teoria wyjątkowości jest wykorzystywana chociażby w kontaktach międzynarodowych. Japończycy tłumaczą, że muszą postępować „na sposób japoński”, unikając w ten sposób respektowania oczywistej zasady wzajemności. Japonia to na przykład jedyny kraj na świecie, który nie uznaje testów lekarstw przeprowadzanych za granicą, czyli na cudzoziemcach. Od niedawna niektóre zagraniczne preparaty farmaceutyczne mogą być sprzedawane także tutaj... ale tylko pod warunkiem, że cudzoziemcy, na których zostały wykonane testy, mieszkają w Japonii! W ubiegłym roku podczas pewnej konferencji międzynarodowej profesor uniwersytetu pracujący dla MITI stwierdził, że śnieg padający na archipelagu jest unikalny – bardziej wilgotny i miękki od europejskiego, a zatem wyłącznie narty japońskie mogą być używane w tym kraju. Narty z importu nie gwarantowałyby bezpieczeństwa.

Teoria wyjątkowości leczy japońskie kompleksy. Bowiem choć Japończyk uważa, że gai jin śmierdzą (używa się tu określenia „ci, którzy cuchną masłem”), jego ideał piękna to jednak cudzoziemiec. Na przykład w niemal wszystkich reklamach mody występują modelki i modele z Zachodu. Japończycy nie uważają się za ładnych. Na początku XX wieku pisarz Soseki Natsume wyznał w dzienniku prowadzonym podczas pobytu w Londynie, jak bardzo cierpiał, porównując się z Europejczykami – czuł się niski, brzydki i trupio blady. Dwa lata później wyjechał z Anglii z głęboką depresją.

Opuściwszy swoją ojczyznę, Japończyk ma wrażenie, że jest niezdarny i nieprzygotowany. To dlatego każde duże japońskie przedsiębiorstwo posiada specjalny dział szkoleń dla pracowników udających się za granicę. Są oni instruowani, jak postępować w samolotach, restauracjach i hotelach na Zachodzie. Kursy trwają zazwyczaj kilka tygodni.

Ichiro Kawasaki, japoński ambasador, który służył swojemu rządowi w Buenos Aires i Warszawie, napisał w książce Japan Unmasked: „Ze wszystkich ras na świecie Japończycy są fizycznie najmniej atrakcyjni, z wyjątkiem może Pigmejów i Hotentotów”. Swoją szczerość przypłacił utratą stanowiska.

Teoria wyjątkowości narodziła się pod koniec XIX wieku, w epoce Meiji, kiedy obcokrajowcy tysiącami przyjeżdżali do Japonii, aby przekazywać Japończykom podstawy technologii i nauk Zachodu. Miała ona działać jak psychologiczny mechanizm obronny wobec napływu gai jin. Fakt, że dziś teoria odżywa, czterdzieści lat od klęski w drugiej wojnie światowej, i to z taką gwałtownością, zaczyna niepokoić wielu intelektualistów. Wtedy doprowadziła do szowinizmu i ultranacjonalizmu lat trzydziestych. Co przyniesie tym razem? „Opowiadając się za wyjątkowością Japonii, obudzimy nietolerancję, która zawsze gdzieś się w nas czai”, czytamy w artykule wstępnym dziennika „Nihon Keisai Shimbun”. Od „wyjątkowego” do „lepszego” jest tylko jeden krok.

Czym uzasadnić tak wielką butę? Premier Nakasone znalazł bardzo prostą odpowiedź:

– Rasa japońska jest doskonała, ponieważ od czasów bogini Amaterasu Japończycy pozostali nieskażeni domieszkami niczym najlepsza sake, robiona wyłącznie z ryżu. – Dwa lata temu Nakasone powtórzył swoją teorię w Hiroszimie: – Tak wiele osiągnęliśmy, ponieważ od dwóch tysięcy lat nasza rasa nigdy się nie zmieszała z żadną obcą rasą.

Często właśnie „czystością rasową” tłumaczone są dzisiejsze sukcesy ekonomiczne Japonii. Cudzoziemcowi pytającemu, dlaczego przestępczość jest tu niższa niż na Zachodzie, władze odpowiadają: „Ponieważ my jesteśmy narodem etnicznie bardziej jednorodnym”. I utrzymują, że kryzys przemysłu samochodowego w Ameryce zapoczątkowało przyjęcie czarnych robotników do fabryk Detroit.

Japońskie uprzedzenia związane z obcokrajowcami jeszcze się pogłębiają, gdy gai jin jest kolorowy. Pewna japońska klasa, która w najlepsze korespondowała z klasą dzieci amerykańskich, otrzymała nagle od dyrektora nakaz zerwania wymiany listów. Szkoła odkryła, że korespondenci ze Stanów byli czarni.

Pogląd, iż mniejszości utrudniają rozwój kraju, jest tu popularny, a ugruntował go oczywiście Nakasone, kiedy 22 września ubiegłego roku przed zgromadzeniem młodzieżówki swojej partii wyraził opinię, że Japończycy są bardziej inteligentni od Amerykanów, gdyż Afroamerykanie, Portorykańczycy i Meksykanie obniżają średnią IQ w Stanach Zjednoczonych. Japończycy generalnie nie uważają dyskryminacji za fakt godny potępienia. Praktykują ją we własnym społeczeństwie.

Siedemset tysięcy potomków Koreańczyków przybyłych do Japonii trzysta lat temu w poszukiwaniu pracy albo przywleczonych tutaj siłą i wyznaczonych do robót przymusowych na początku XX wieku nadal jest uważanych za obcych i za obywateli drugiej kategorii. Około dwóch milionów burakumin, czyli niedotykalnych z dawnych czasów, wciąż stanowi mniejszość traktowaną z pogardą. Po 1975 roku, kiedy trzeba było znaleźć miejsce dla setek tysięcy uchodźców z Kambodży i Wietnamu, Japonia przyjęła niechętnie zaledwie kilka tysięcy. Uciekinierzy z Indochin nie potrafiliby się odnaleźć w jednorodnym etnicznie społeczeństwie japońskim – taki argument podało Tokio.

W rzeczywistości mieszkańcy archipelagu wcale nie są jednorodni. Wystarczy przejść się ulicami Tokio, aby spotkać Japończyków, którzy przypominają Mongołów czy Filipińczyków, ale to im nie przeszkadza nadal szczycić się mitem jednorodności. Nawet za cenę ukrywania prawdy historycznej. W ubiegłym roku nieoczekiwanie zostały wstrzymane prace archeologiczne w starożytnym grobowcu cesarskim niedaleko miasta Osaka, pod pretekstem, że świeże powietrze zniszczyłoby znajdujące się w nim dzieła sztuki. Prawdziwy powód, oczywiście nigdy niewypowiedziany wprost, jest taki, że wyniki prac wykopaliskowych mogły potwierdzić niewygodną dla Japończyków hipotezę, czyli że przodkowie rodziny cesarskiej, „czystej” krwi japońskiej, byli Koreańczykami. Zgodnie z mitem, ród cesarzy Japonii pochodzi w prostej linii od bogini słońca Amaterasu i jakkolwiek w 1946 roku władca został zmuszony do stwierdzenia, że jest „człowiekiem”, w dzisiejszych podręcznikach szkolnych nadal czytamy, że cała nacja pochodzi od bogów.

Ideę „czystej rasy” rozdmuchano podczas drugiej wojny światowej. Oficjalna propaganda tamtych czasów stwierdzała, że Japończycy różnią się od innych narodów i że to do nich, jako „potomków bogów”, należy historyczne dzieło panowania nad światem. Po tym, jak generał Yamashita w 1941 roku pokonał Brytyjczyków i podbił Singapur, mieszkańcy Tokio powtarzali z satysfakcją swoje popularne powiedzenie: „Biali, w opinii ich własnego uczonego, Darwina, pochodzą od małp. My, Japończycy, pochodzimy od bogów. Jest oczywiste, kto wygra wojnę, jeśli bogowie walczą z małpami!”

W pamięci średniego pokolenia Japończyków – a należy do niego także Nakasone – propagandowa idea „czystej rasy” pozostaje niezatarta, tak samo jak przekonanie o niższości innych narodów, w szczególności azjatyckich. Oto powód, dla którego ludzie z Azji Południowo-Wschodniej mają ogromne trudności ze znalezieniem mieszkania w Tokio, a studentom medycyny z Malezji, Indonezji czy Filipin nie wolno praktykować na japońskich pacjentach.

Kiedy Nakasone powiedział, co sądzi o inteligencji japońskiej i amerykańskiej – zanieczyszczonej przez czarnych – słuchało go około pięćdziesięciu lokalnych dziennikarzy, ale nikt nie powtórzył jego słów. Wypowiedź premiera nie była żadną sensacją: wszyscy myślą tutaj tak samo. Dopiero kiedy gazeta partii komunistycznej „Akahata” (Czerwony Sztandar) opublikowała przemówienie i podchwyciła je prasa amerykańska, wybuchł skandal i Nakasone musiał się tłumaczyć.

Nieco wcześniej szef Ministerstwa Edukacji Fujio stwierdził, że jego zdaniem Japończycy nie muszą już się wstydzić roli odegranej podczas drugiej wojny światowej. Najwyraźniej Japonia nie czuje się dobrze w roli pokonanego i kozła ofiarnego, którą znosiła przez ostatnie czterdzieści lat.

Dzisiaj Japonia jest pierwszym krajem kredytodawcą świata; krajem z najwyższym dochodem, krajem, który bardzo wielu cudzoziemców wskazuje z podziwem jako wzór, krajem, który wkrótce prześcignie Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię pod względem bogactw posiadanych poza granicami. A jednak ten ekonomiczny olbrzym pozostaje politycznym karłem; kimś w rodzaju uczniaka cały czas zagrożonego tym, że skrzyczy go nauczycielka. Gdy premier składa hołd poległym za ojczyznę w świątyni Yasukuni, Pekin protestuje z oburzeniem. Gdy podręczniki szkolne prezentują japońską wersję przebiegu drugiej wojny światowej, wszystkie inne kraje azjatyckie oponują z furią. To zrozumiałe, że Japończycy nie chcą już być traktowani jak parias społeczności międzynarodowej.

Minister Fujio nie zwlekał z oceną sytuacji. Zaraz po objęciu urzędu powiedział, że:

• tak zwane „rzezie” popełnione przez Japończyków w Azji nie są żadnymi rzeziami, ponieważ „zabijanie to nie przestępstwo, kiedy jest się na wojnie”;

• odpowiadający norymberskiemu proces tokijski, w którym skazano na śmierć ośmiu hierarchów starego reżimu, był „arbitralnym procesem wytoczonym zwyciężonym przez zwycięzców”;

• bomby atomowe zrzucone przez Amerykanów na Hiroszimę i Nagasaki, których ofiarą padły setki tysięcy ludzi, były prawdopodobnie jeszcze bardziej niemoralne od masakr i wojennych zniszczeń dokonanych przez Japończyków w Azji.

Nakasone – głównie z powodu reakcji świata na to przemówienie – zażądał dymisji Fujia. Ale kiedy ten wyszedł po raz ostatni z ministerstwa, setki urzędników pojawiły się w oknach, żeby bić mu brawo.

To naturalne, że Japończycy chcą zajmować w świecie miejsce odpowiadające ich nowo zdobytemu bogactwu. „W XIX wieku Wielka Brytania wprowadziła międzynarodowy ład ekonomiczny i stanęła na jego straży. Stany Zjednoczone zrobiły to samo w wieku XX. Czas, aby Japonia stworzyła system międzynarodowy, który odzwierciedlałby jej interesy”, napisał niedawno pewien ekonomista z tokijskiego instytutu badawczego Nomura. Jego rodacy przygotowują się do tej globalnej roli. A jako że Anglicy i Amerykanie wpłynęli na świat nie tylko poprzez gospodarkę, ale i kulturę, Japończycy zastanawiają się teraz, co mogą dać planecie oprócz swojej silnej waluty.

Na siódmym piętrze Ministerstwa Edukacji mała, starannie wyselekcjonowana grupa tworzy pod kierownictwem profesora Takeshiego Umehary Międzynarodowy Instytut do Badań nad Japonią, o którym tak marzył Nakasone. Instytut zostanie otwarty w Tokio, zatrudni około sześćdziesięciu uczonych wielu specjalności, a jego budżet wyniesie miliard jenów.

– Naszym zadaniem będzie odnaleźć specyfikę kultury japońskiej, aby ją przekazać reszcie ludzkości – mówi profesor Umehara, szczęśliwy, że może mi przedstawić swoje teorie i nadzieje. Zauważając, że jestem Włochem, dodaje: – W przyszłości cudzoziemcy będą musieli umieć cytować naszego poetę Basho, tak jak my umiemy cytować Dantego.

Wiele osób, zwłaszcza w sąsiednich krajach, gdzie Japonia ma bardzo niewielu przyjaciół, niepokoi się możliwą eskalacją tej „nowej japońskiej arogancji”, jak ją nazwał dziennik „Asahi”. Inni uważają, że to spóźniona reakcja. Jared Taylor napisał w swojej ostatniej książce Shadows of the Rising Sun: A Critical View of the Japanese Miracle: „Od kiedy Japończycy znów zaczęli się puszyć, przestawanie z nimi staje się coraz trudniejsze”.

Japonia, ze wszystkimi swoimi problemami, dostarczała dziennikarzowi ciągłej pożywki, zwłaszcza intelektualnej. Trzeba było dużo czytać, spotykać się z ludźmi, ze specjalistami. A jednak tęskniłem za przygodą, za wyzwaniem związanym z robieniem czegoś trudnego, na granicy ryzyka. Gdy na Oshimie wybuchł wulkan, ludność została ewakuowana, a władze zakazały wstępu na wyspę, ruszyłem w drogę.

Tiziano Terzani

W AZJI

Przełożyła Joanna Wajs

czwartek, 27 marca 2025

Podążaj za smrodem trupów, a trafisz do Kambodży

 W ciągu jednego tygodnia sto tysięcy Kambodżan, wychudzonych, osłabionych głodem i gorączką, żywych szkieletów pokrytych czarnymi łachmanami i rojem much, przekroczyło granicę z Tajlandią, żeby ustawić się w kolejce po jedzenie i lekarstwa do punktów rozdawnictwa, które mimo ogromnych trudności politycznych i biurokratycznych powstały dzięki różnym organizacjom międzynarodowym.

– Są jak kondukt pogrzebowy zombi – mówi jeden ze świadków. – To niewiarygodne, że coś podobnego mogło się zdarzyć w dzisiejszym świecie.

Czyja to wina?

Na samym początku bez wątpienia Amerykanów.

W 1970 roku Kambodża – w której panował Sihanouk – jakimś cudem nie dała się wciągnąć w wojnę indochińską. Kluczowym słowem była neutralność i dla księcia Sihanouka oznaczała pozwolenie Wietkongowi i Wietnamczykom z północy na wykorzystywanie rozległych terenów wzdłuż granicy na bazy oraz pozwolenie Amerykanom na ich bombardowanie za pomocą B-52. Nixonowi i Kissingerowi jednak to nie wystarczało: zamach stanu obalił Sihanouka, oddał władzę proamerykańskiemu rządowi Lon Nola i otworzył drogę do ataków Wietnamu Południowego i bombardowań amerykańskiego lotnictwa.

W bardzo solidnie udokumentowanej książce Sideshow angielski dziennikarz William Shawcross dowodzi, że pomysł Kissingera i Nixona, by zlikwidować wietnamskie bazy w Kambodży, stał się przyczyną marszu komunistycznej partyzantki w głąb jej terytorium; natomiast konsekwencją nalotów dywanowych B-52 było zniszczenie przez Amerykanów społecznej tkanki kraju i powstanie owego monstrum, jakim byli Czerwoni Khmerzy.

W kwietniu 1975 roku Czerwoni Khmerzy przejęli władzę i pod przewodnictwem Pol Pota i Ienga Sary’ego, przekonani, że są najbardziej radykalnymi rewolucjonistami w historii świata, usiłowali zrealizować model komunizmu integralnego. Tymczasem wymordowali jedną trzecią ludności, dokonując czegoś, co niektórzy nazwali autoludobójstwem.

W tym momencie do akcji włączyły się Chiny i odegrały decydującą rolę. Pekin popierał reżim Pol Pota przeciwko Wietnamowi. Mimo że Chińczycy mieli w Kambodży tysiące techników i doradców, a zatem wiedzieli doskonale, co się tam dzieje, nie próbowali nigdy powściągnąć obłędnych zapędów swoich sojuszników.

W grudniu 1978 roku Wietnamczycy szesnastoma dywizjami najechali na Kambodżę, obalili rząd Czerwonych Khmerów, zniszczyli przynajmniej dwie trzecie ich sił wojskowych, ustanowili w Phnom Penh słaby rząd Heng Samrina i zostawili na miejscu co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy swoich żołnierzy mających kontrolować kraj. Oczywiście, od tej chwili zaczęła się bezpośrednia odpowiedzialność Hanoi za wszystko, co tam się działo i dzieje.

Kraje południowo-wschodniej Azji i społeczność międzynarodowa również ponoszą część odpowiedzialności, chociażby pośredniej, za wydarzenia w Kambodży. Nastawieni skrajnie antykomunistycznie członkowie ASEAN widzieli w Wietnamie główne zagrożenie regionu, a w Kambodży jego ewentualną przeciwwagę. Popieranie Pol Pota oznaczało w każdym razie opowiedzenie się po stronie Chin, a dla takich krajów jak Tajlandia czy Singapur było to idealnym rozwiązaniem.

Tajlandia uległa naciskom Pekinu i pozwoliła, by zaopatrywał resztki wojska Czerwonych Khmerów, a niektóre jej rejony stały się „twierdzami” partyzantki Pol Pota walczącej z Wietnamczykami.

Tymczasem w Kambodży nowy rząd, uznany wyłącznie przez ZSRR i kraje bloku radzieckiego, borykał się z udręczoną ludnością pozbawioną kadr, zniszczonym rolnictwem i ciągłymi atakami tych Czerwonych Khmerów, którzy zdołali przeżyć.

Hanoi pozwoliło, by upłynęło trochę czasu i teraz – z początkiem pory suchej – postanowiło wzmocnić kontrolę nad krajem i zlikwidować ostatnie punkty oporu Pol Pota wzdłuż granicy z Tajlandią i w górach.

Wietnamczycy, otwarcie oskarżający Tajów o wspieranie Czerwonych Khmerów, ostrzegają tych pierwszych przed „igraniem z ogniem” i Bangkok, czując się zagrożony, uzyskał już zwiększoną pomoc wojskową Stanów Zjednoczonych, a także bezwarunkową solidarność krajów zrzeszonych w ASEAN.

W każdym razie wietnamska inwazja na Tajlandię, choćby o ograniczonym zasięgu, mająca zlikwidować „twierdze”, jest mało prawdopodobna.

„La Repubblica”, 3 listopada 1979

GRANICA KAMBODŻAŃSKA. Jej głowa kołysze się nad moimi plecami jak puste naczynie. Jej ręka obsypana ropnymi krostami obija się o moją pierś jak złamana gałąź, ale kobieta żyje, bo na szyi nadal czuję słaby oddech. Nie wiem, kim jest; to tylko przerażająca kupka kości podniesiona przeze mnie w lesie, który przemienił się w cmentarz. 

– Podążaj za smrodem trupów, a trafisz do Kambodży – usłyszałem od tajlandzkiego żołnierza na ostatnim posterunku, gdzie porzuciłem czerwoną ziemię traktu, aby wejść w głąb buszu. 

Fetor wkrótce stał się nie do zniesienia. Nawet zwierzęta musiał przestraszyć, bo w biały dzień w dżungli panowała dziwna cisza. Wychodząc z trawy wyższej ode mnie, ujrzałem ich na polanie: nieruchomego chłopczyka skulonego nad swoimi odchodami, innego chłopca, już zobojętniałego, obok zwłok mężczyzny z dłońmi zesztywniałymi w powietrzu, kobiety wstrząsane drgawkami pod palącym słońcem, wysuszającym ostatnie kałuże i szybko rozkładającym ciała.

 Widziałem ich wszędzie, a tych, których nie widziałem, instynktownie wyczuwałem w każdych zaroślach. Mężczyźni, kobiety, dzieci w wieku moich własnych dzieci, dziesiątkami, setkami rozrzuceni po lesie. Z wybałuszonymi, nieobecnymi oczami, patyczkami zamiast rąk i nóg, ze zwiotczałą skórą, przykryci czarnymi szmatami przesiąkniętymi kałem i brudem, trawieni gorączką, niezdolni uczynić choćby jeden krok więcej, leżący na ziemi byle gdzie, tu i tam, niczym wielkie ptaki ustrzelone w samym środku bujnej tropikalnej roślinności. Wycieńczeni przez tę starą jak świat, a przez nas już zapomnianą plagę, którą nazywaliśmy „głodem”.

Byli częścią liczniejszej grupy obozującej tu niedawno. Kiedy reszta poszła dalej, oni zostali bez swoich tobołków, bez mat, bez wody. Najsilniejsi podzielili się ich ostatnimi ubraniami. Porzuceni w lesie nie płakali, nie błagali o pomoc; większość należała już do innego świata.

Cisza była rozdzierająca. Do umarłych można się szybko przyzwyczaić, do umierających nie. Widok umierających jest nie do zniesienia, zwłaszcza jeśli się wie, że można by ich uratować. Szosa znajdowała się w odległości zaledwie dwóch czy trzech kilometrów – kto tam dotrze, ma szansę na przeżycie. Inni z nadejściem świtu nie będą się różnić od tych pokrytych muchami albo rojącymi się robakami. Przerzucenie sobie przez plecy chudej jak szkielet kobiety i ruszenie w drogę nie było decyzją, lecz odruchem. Leżała najbliżej moich stóp. 

Granica między Kambodżą a Tajlandią biegnie przez środek pięknej równiny soczystozielonych lasów, gdzieniegdzie przeciętej wierzchołkiem jakiegoś wzgórza, również pokrytego niezgłębioną gęstwiną. Od miesięcy, ogromnymi falami, tysiące Kambodżan, którym głód, choroby i strach odebrały rozsądek, zmierzają na zachód i wchodzą niczym armia żywych trupów do dzikiego świata buszu, będącego ogromnym cmentarzyskiem Khmerów. Szukają jedzenia, wody, lekarstw. 

– Jesteśmy jak żółwie, które na oślep brną w stronę jeziora – mówi jeden z nich. 

Jeśli dotrą do drogi, zostaną uratowani i trafią do obozu uchodźców.

Wyszedłem z lasu z moim lekkim brzemieniem. W cieniu zagajnika palm kokosowych kilkuset Kambodżan rozbiło obóz i gotowało w zamulonej wodzie jakieś korzonki wykopane z ziemi. Nikt się nie odwrócił. Ciężką ciszę przerywało tylko stukanie łyżek o czarne garnki nad płonącymi polanami.

Wielu wyglądało zdrowo. Byli silni. Prawdopodobnie należeli do armii Pol Pota, niektórzy nawet do kadr – może komisarzy politycznych, sądząc po zegarkach na nadgarstkach oraz długopisach w kieszonkach wypłowiałych i zakurzonych mundurów. Obojętne, wzgardliwe spojrzenia. Obok grupki, która w spokoju się posilała, łapała powietrze jak ryba jakaś dziewczynka, umierająca bez kropli wody na spieczonych wargach. Nikt nie zwracał na nią uwagi. 

Silni, twardzi, beznamiętni, wyrośli w kraju, gdzie każdy ślad przeszłości, każda świętość religii i tradycji zostały unicestwione, wyglądali na doskonałe okazy owego „nowego człowieka”, którego Pol Pot chciał stworzyć kosztem połowy społeczeństwa. Wyszkoleni w zabijaniu, zdecydowani przetrwać. Jedni z nich dokonywali rzezi, drudzy ocaleli z pogromów. Las ich wyrzyguje, katów i ofiary, połączonych głodem i malarią, która nie zna się na polityce.

Ciężarówka Czerwonego Krzyża z trzema młodymi Szwajcarami przystaje na drodze i lekarz na słomianej macie zaczyna szukać żyły umierającego, żeby mu podać glukozę. Powierzam jego opiece moją chudą jak szkielet kobietę i wracam do lasu. 

– Proszę brać tylko najlepszych, możemy położyć w ciężarówce najwyżej trzydziestu! – słyszę, jak za mną woła.

Człowiek szybko się uczy wybierać, kto może żyć, a kto musi umrzeć. Powróciwszy na polanę, automatycznie zabrałem chłopca leżącego przy martwym ojcu, a nie tego wyniszczonego przez dyzenterię; dziewczynę znajdującą jeszcze siły na odpędzanie od siebie much, a nie tę obok, może jej siostrę, której puls był ledwie wyczuwalny, a oczy już mnie nie widziały.

Chodziłem tam i z powrotem wiele razy, a jednak bardziej czułem się katem tych, których zostawiałem, niż wybawcą tych, których zabierałem. Dla nich także nie zrobiłem wystarczająco dużo. Chuda jak szkielet kobieta umarła dwie godziny później. Jakby była rzeczą, położyłem ją na stercie trupów, piętrzącej się coraz wyżej w zaimprowizowanym przydrożnym szpitalu. W plątaninie nóg i rąk nie dało się już zliczyć umarłych.

Wkrótce wokół sali szpitalnej z mat zebrała się gromadka tajlandzkich wieśniaków. Po prostu patrzyli, nie wykonywali żadnego gestu, nie pomagali. Niektórzy śmiali się cicho z typowo azjatyckim zażenowaniem, mając przed sobą ten fakt zwyczajny, ale przecież nie do zaakceptowania, jakim jest śmierć. Jakaś dziewczyna głaskała z uczuciem małpkę przytuloną do jej piersi, podczas gdy jeden z młodych Szwajcarów szlochał, zamykając powieki chłopcu, którego nie potrafił utrzymać przy życiu. 

Dzień minął szybko i oślepiające słońce znikło niespodziewanie, jak to bywa w tropikach, za koronami palm wśród poblasków o barwie ognia. Niebo pociemniało, w okamgnieniu przechodząc przez wszystkie odcienie niebieskiego, pomarańczowego i fioletowego. Kiedy pomagałem ładować umierających na ciężarówkę, stada nietoperzy zaczynały krążyć nad naszymi głowami, a las skrywający wszystkich tych bezimiennych ludzi pogrążał się w najczarniejszej nocy.

„La Repubblica”, 4 listopada 1979

SAKEO, obóz uchodźców na granicy tajlandzko-kambodżańskiej. Mam wokół siebie trzydzieści tysięcy duchów ubranych na czarno, przykucniętych, siedzących, leżących, które kręcą się bez celu, śpią, jedzą, myją się, wypróżniają, umierają albo czekają i jedynym dźwiękiem rozbrzmiewającym mi w uszach jest nieustanny, krótki, obsesyjny kaszel. Wraz z głodem, malarią i dyzenterią wśród tych trzydziestu tysięcy ludzkich widm rozpowszechniła się również gruźlica. A przecież im się poszczęściło. Uciekli z Kambodży, zdołali przetrwać w dżungli.

Od tygodnia przebywam w obozie uchodźców: nie ma jeszcze ani jednego baraku, ani jednej studni, kuchni, żadnego dachu, pod którym można by się schronić, kiedy, tak jak dzisiaj, niespodziewana ulewa w kilka sekund przemienia ziemię w błotnistą pułapkę.

To jest średniowieczne miasto, w którym wybuchła epidemia dżumy. Jelita kobiety z rozprutym brzuchem wkłada się jej z powrotem do środka bez znieczulenia, dzieci rodzą się bez położnych, zmarłych układa się w stos w jednym miejscu, aż w końcu zjawi się grabarz z sąsiedniej buddyjskiej świątyni, do niedawna bezrobotny, i je zabierze; dwa tysiące lirów za pochowanie dziecka, cztery za dorosłego. Płaci Czerwony Krzyż.

Grupa młodych Szwajcarów, Francuzów i Niemców pracuje w obozie jako lekarze i pielęgniarze; inna organizacja humanitarna założyła „sekcję sierot”, w której karmi się i leczy kilka setek dzieci porzuconych, a więc skazanych na śmierć.

W obozie, jedni obok drugich, żyją żołnierze Czerwonych Khmerów, byli wojskowi Lon Nola, przedstawiciele klasy średniej z Phnom Penh, którą Pol Pot postanowił zlikwidować, oraz intelektualiści, którzy z pobudek patriotycznych dołączyli do Czerwonych Khmerów po zwycięstwie z 1975 roku.

– Naprawdę wierzyłem, że historie o rzeziach są wymysłem CIA – wyznaje Seang Hac, inżynier, specjalista od wydobycia ropy naftowej, który w 1977 roku zostawił w Paryżu żonę i trójkę dzieci, żeby pracować dla swojego kraju. – Dopiero kiedy przyleciałem do Phnom Penh, zrozumiałem, że popełniłem straszliwy błąd, za który przyjdzie mi zapłacić życiem.

Razem z pięciuset innymi patriotycznie nastawionymi intelektualistami został umieszczony w obozie reedukacyjnym. Kiedy na początku tego roku „wyzwoliła” ich inwazja wietnamska, nie żyła już nawet połowa z nich.

Polityczni przeciwnicy, wrogowie wojenni, oszukani i rozczarowani, kaci i ofiary, znaleźli się tutaj na skutek licznych katastrof, począwszy od 1970 roku, kiedy Waszyngton uznał za niewystarczającą neutralność Sihanouka i przez marcowy zamach stanu uruchomił proces przemieniający ten „kraj uśmiechu” w cmentarzysko. Za pomocą swoich B-52 Amerykanie wykorzenili miliony chłopów z ich wiosek i zmusili do przeniesienia się do miast. Pol Pot opróżnił miasta i sprowadził wszystkich z powrotem na wieś (przez co skazał większość na śmierć). Czerwoni Khmerzy posłużyli się głodem jako narzędziem do podporządkowania sobie ludności i wyeliminowania warstw najbardziej im wrogich. Teraz głód eliminuje również Czerwonych Khmerów, bo on nie zna się na polityce.

A przecież głód był i jest nadal sprawą polityczną.

Tajlandia, która w przeszłości przyglądała się obojętnie rzeziom dokonywanym przez Czerwonych Khmerów, bo interesowało ją jedynie utrzymanie państwa buforowego między sobą a Wietnamem, obecnie zdaje sobie sprawę, że państwo buforowe pozbawione ludności nie ma żadnego sensu; a zatem, kiedy już odesłała na pewną śmierć dziesiątki tysięcy Kambodżan, postanowiła przyjąć wszystkich uchodźców teraz przekraczających jej granicę.

Kraje świata zachodniego, które nigdy nie zrobiły wiele, nawet w sferze polityki międzynarodowej, żeby powstrzymać rzezie dokonywane przez Pol Pota, i które niedawno przegłosowały w ONZ uznanie jego rządu za jedyny legalny, teraz wysuwają oskarżenia o ludobójstwo pod adresem Hanoi i Phnom Penh.

– Ludzie tacy sami jak my umierają z głodu. Nie możemy pozostać obojętni – oświadczył kilka dni temu w Bangkoku jeden z trzech amerykańskich senatorów, którzy pojechali do Kambodży w celu przekonania nowego rządu, by przyjął pomoc drogą lądową przez Tajlandię.

Ale „ludzie tacy sami jak my” ginęli również pod amerykańskimi bombami w latach 1970–1973. Jak można nie dostrzegać, że pomysł wysłania pomocy dla Kambodży przez Tajlandię zwiększa jedynie podejrzenia Hanoi, że Bangkok, Pekin i Waszyngton chcą pod pozorem międzynarodowej akcji humanitarnej udzielić pomocy pozostałym przy życiu siłom Czerwonych Khmerów, które, cóż za zbieg okoliczności, skoncentrowane są właśnie wzdłuż granicy z Tajlandią?

Każdy rozgrywa kartę głodu.

Hanoi powiada, że to przesada ze strony zachodniej propagandy. Ministerstwo spraw zagranicznych w Phnom Penh przyznaje, że dwa miliony dwieście pięćdziesiąt tysięcy Kambodżan cierpi na niedożywienie, ale twierdzi, że rząd potrafi temu zaradzić i ewentualna pomoc międzynarodowa musi przejść przez jego ręce. Hanoi chce, by rząd w Phnom Penh, jego podopieczny, został uznany za jedyny legalny rząd Kambodży. Tajlandia nie chce, by na jej granicy z Kambodżą dominowali Wietnamczycy. Stany Zjednoczone, Chiny i większość krajów zachodnich chcą, by Wietnam powrócił w swoje granice i zrezygnował z indochińskich ambicji.

Trzydzieści tysięcy kambodżańskich nieszczęśników w obozie, podobnie jak pozostałe setki tysięcy w dżungli, dziś wieczór chciałyby jedynie coś zjeść.


Tiziano Terzani

Duchy

Korespondencje z Kambodży

wstęp Angela Terzani Staude

przełożyły

Anna Osmólska-Mętrak

Joanna Ugniewska

Joanna Wajs

Sztuka niebycia rządzonym: etyka polityczna od Sokratesa po Mozarta

 Wziąłem znowu do ręki piękną książkę, która wyszła dwa lata temu w Niemczech, napisaną przez starego przyjaciela. Nosi ona tytuł Die Kunst, nicht regiert zu werden: ethische Politik von Sokrates bis Mozart [Sztuka niebycia rządzonym: etyka polityczna od Sokratesa po Mozarta].

Autor, Ekkehart Krippendorff, przez lata wykładał w Bolonii, zanim wrócił na uniwersytet w Berlinie. Wysuwa on fascynującą tezę, że polityka w swojej najszlachetniejszej postaci bierze się z bycia ponad zemstą i że najgłębsze korzenie kultury europejskiej można odnaleźć w niektórych mitach o Kainie czy o Eryniach – mitach, które miały przypominać ludziom o konieczności przerwania zaklętego kręgu zemsty, aby cywilizacja mogła się rozwijać. Kain zabija brata, ale Bóg zakazuje ludziom mszczenia się za Abla i po naznaczeniu Kaina – znak jest też ochroną – skazuje go na wygnanie, gdzie założy on pierwsze miasto (Według afgańskiej legendy tym miastem jest Kabul). Zemsta nie jest ludzką sprawą, należy do Boga.

Według Krippendorffa teatr, od Ajschylosa po Szekspira, miał decydujące znaczenie w formowaniu człowieka Zachodu, ponieważ dzięki pokazaniu na scenie wszystkich uczestników konfliktu, z których każdy miał własny punkt widzenia, przemyślenia i wybory, zmuszał do refleksji nad sensem namiętności i daremnością przemocy, która nigdy nie osiąga celu.

Dziś, niestety, na scenie świata my, ludzie Zachodu, jesteśmy jedynymi bohaterami i jedynymi widzami, tak więc w naszych telewizorach i gazetach widzimy jedynie nasze racje, czujemy jedynie nasz ból. Świat innych nigdy nie jest pokazywany.

Tiziano Terzani

Listy przeciwko wojnie

sobota, 22 marca 2025

Przyjemna książka dla młodzieży

 Kristýna to ekscentryczka. Podoba się chłopakom, ale że jest stanowcza i inteligentna, prędzej czy później każdy od niej ucieka. Cóż, nikt się nie spodziewa po dziewczynie z różową farbą na głowie, że wieczorem będzie wolała ślęczeć nad równaniami z chemii, zamiast obejrzeć film. Czasem zastanawia mnie, dlaczego Kristýna nie może sobie znaleźć sensownego faceta. Pewnie nawet nie wie, jak taki idealny partner powinien wyglądać. Wszystkiemu winien jest jej tata – zwiał na Sri Lankę, gdy miała piętnaście lat. Nastoletniej Kristýnie po prostu brakowało męskich wzorców.

Tata Kristýny został buddyjskim mnichem, co niezbyt odpowiada ideałowi męskości. Czasem przychodzi do niej we śnie, prosząc, by załatwiła mu to czy tamto, albo by złożyć jej życzenia urodzinowe. Komórki nie odbiera. Moja przyjaciółka jest rzecz jasna potwornie wkurzona. Przyznaje wprawdzie, że byłoby gorzej, gdyby popełnił samobójstwo, ale i tak jest na ojca zła. Trudno przecież do rubryki „zawód rodzica” we wniosku o stypendium czy w urzędowym formularzu wpisać „mnich buddyjski”.

 2. 

Gdy po Pradze paradują tak zwani krysznowcy, Kristýna przechodzi na ich widok na drugą stronę ulicy. Najbardziej ją irytuje, gdy któryś z tych samozwańczych mnichów w żółtym habicie próbuje wcisnąć jej na placu Republiki albo Pawłowa natchnioną książkę o cyklu karmicznym czy innych bzdurach.

– Pani wygląda na osobę z otwartym umysłem... – zagaja.

To pewnie z powodu tych różowych włosów. Kristýna przystaje i robi nienawistny grymas. Krysznowiec nie daje za wygraną. Wierzy w siłę perswazji, więc namawia dalej.

– Wie pani, co to jest karma? – pyta.

– Owszem, mam jedną w łazience – prycha Kristýna i próbuje uciec. Gość jest jednak szybszy.

– Chciałbym opowiedzieć pani coś o życiu. Nie tylko o tym obecnym, ale także przeszłym i przyszłym. Na pewno to panią zaciekawi. Mam tu pewną książkę...

– Nie jestem zainteresowana, wiem o tych sprawach wystarczająco dużo.

– Ale to dotyczy życia...

Kristýna mrozi faceta spojrzeniem.

– Niech pan zrozumie, naprawdę nie jestem zainteresowana!

– A powinna pani! – Mężczyzna się nie poddaje. I to jest ten moment, w którym Kristýna wpada w furię.

– Posłuchaj, ty... atrapo! Mój ojciec jest prawdziwym mnichem buddyjskim w klasztorze Weduwa koło Koggali na południu Sri Lanki, jeśli to panu coś mówi! Jeżeli będę chciała się czegoś dowiedzieć o karmie, zapytam jego!

Facet stoi jak wryty. Tego się nie spodziewał.

– Ale w tej książce...

– Mnie nie interesują pana książki! Jeśli chce je pan komuś dać, proszę je wysłać ojcu na Sri Lankę, on je skontroluje!

Krysznowiec milczy.

– Chociaż wątpię, czy zechce na nie tracić czas. On ciągle medytuje! Panu też radzę, skoro jest pan mnichem. I niech pan wyrzuci te słuchawki od iPhone’a, dyndają panu na szyi!

Koleś wbija wzrok w ziemię. Nic nie mówi. Książkę chowa wstydliwie za plecami.

– Pochwalony Budda, do widzenia! – cedzi przez zęby Kristýna i odchodzi.

Gość stoi przed wejściem do KFC. Zaczyna nagle myśleć o sobie jak o namolnym owadzie, którym być może był w poprzednim wcieleniu.

 3. 

Nigdy nie pojmę, dlaczego ojciec Kristýny spakował manatki i porzucił rodzinę. On sam twierdzi naturalnie, że wyruszył w podróż w poszukiwaniu własnego ja. Sądzę jednak, że tak naprawdę uciekł przed odpowiedzialnością, kiedy jego firma zbankrutowała w czasie kryzysu.

Gdy Kristýna była mała, rodzinne interesy szły dobrze. Wyremontowali dom na przedmieściach Pragi, w ogrodzie mieli basen z podgrzewaną wodą. Ojciec kupił dzieciom wielkiego psa, plazmowy telewizor i opłacił im setkę dodatkowych zajęć. Potem przyszedł kryzys, interesy podupadły. Trudną sytuację pogorszyły jeszcze kłótnie z żoną, rosnące długi i młodzieńczy bunt Kristýny (wyjątkowo ciężki przypadek). I właśnie wtedy facet postanowił uciec od problemów, spakował się więc któregoś ranka i wyjechał na Sri Lankę. Długi zostawił żonie, a sam, wolny od zmartwień doczesnego życia, medytuje sobie beztrosko za murami klasztoru.

Po rozwodzie mama Kristýny zajęła się ezoteryką. W odróżnieniu od ojca nie mogła porzucić dwójki dorastających dzieci i zostać mniszką. Wyrzuciła z gabinetu męża wszystko, co go przypominało, i zamieniła pokój w kącik wiedzy tajemnej, który Kristýna nazywa wyrocznią. Na półkach kobieta ustawiła świeczki i lecznicze kamienie naładowane energią, nad drzwiami zawiesiła łapacz snów, a w mieszkaniu bez przerwy pali kadzidełka. Założyła też grupę ezoteryczną „Wenus”, do której wciągnęła sąsiadki, i teraz radzi im z kart, co powinny zrobić ze swoim życiem. W wolnym czasie przepowiada ludziom przyszłość. Układa jeden horoskop za drugim i uczy się korzystać z energii. Kristýna podejrzewa, że matka próbuje na odległość zakłócić aurę medytacyjną męża na Sri Lance.

– Ja bym wszystkie te sklepy i herbaciarnie ezoteryczne po prostu zamknęła, a książki religijne usunęłabym z księgarni, zakazała ich druku albo paliła – wścieka się Kristýna za każdym razem, gdy zaczynamy o tym rozmawiać. – To jest ogłupianie ludzi. Oferuje się im łatwe rozwiązania, mówi, że jeśli obejmą drzewo, to poczują się lepiej, a kiedy przeczytają historię Buddy, to znajdą właściwą drogę w życiu. Ale to niczemu nie służy. To jak podpieranie budynku, który i tak się zawali. Ja też kiedyś uległam matce, miałam wtedy siedemnaście lat, i poszłam z nią na kurs reiki. Słyszałaś o tym?

– To jakaś lecznicza energia z Japonii czy coś w tym rodzaju, nie?

– Tak. Legenda mówi, że wędrowiec doświadczył trzech cudów w drodze na świętą górę, bla, bla, bla i w końcu odkrył uzdrawiającą energię reiki. Kurs prowadziła pani Nováková, odbywał się w jej mieszkaniu w bloku na Pankrácu. To dopiero mistyka. Gdybyś tylko widziała tych biednych ludzi, co tam chodzili. Bankrut, matka z czwórką dzieci, kioskarka i ja z mamą. Wszyscy wierzyli, że po odbyciu rytuału inicjacyjnego ich życie zmieni się jak za dotknięciem różdżki. I że objawi im się prawda, że ujrzą ją wyraźniej niż inni. Na rytuał był przeznaczony osobny pokój, przypominał trochę wyrocznię mamy. Na jednej ścianie wisiał obraz Jezusa, na drugiej Budda, a na trzeciej jakiś afrykański bożek. Mieliśmy usiąść pod wizerunkiem, który był nam duchowo najbliższy. Zamknęliśmy oczy, a Nováková przez jakieś trzy kwadranse sapała w rogu, że niby przesyła nam w ten sposób energię.

– I co? Widzisz od tamtego czasu wyraźniej prawdę?

– Zrozumiałam, jaka to głupota i że to robienie ludziom wody z mózgu.

– Czyli jednak na coś ci się to przydało, nie?

**

Narysowałam na kartce wszystkie dzieci z naszej grupy, twarze wypełniłam cielistym pastelem. Kolor nosił zresztą taką nazwę – cielisty. Do Longa jednak nie pasował, jego skóra miała ciemniejszy odcień. Pomalowałam mu więc twarz na pomarańczowo. Przedszkolanka mnie za to zganiła. Powiedziała, że Long w niczym się od nas nie różni i nie wolno mi go kolorować inną farbą. Rzecz w tym, że jednak był inny i nie mogłam na to nic poradzić. Gdy po południu przyszła po mnie mama, pani pokazała jej mój obrazek.

– Proszę spojrzeć, co narysowała Janička!

Strasznie się bałam, że mama mnie zruga. Czułam się winna, choć nie byłam pewna, co tak naprawdę przeskrobałam.

– Narysowała koleżanki i kolegów. Czy jest w tym coś złego?

– Niech się pani dobrze przyjrzy. – Przedszkolanka wskazała palcem chłopca z pomarańczową twarzą. – Czy widzi pani, jak pokolorowała Longa?

– Widzę. – Mama przymrużyła oczy. – I co z nim nie tak?

– Pomalowała go innym kolorem!

Mama spoglądała na panią, nie pojmując, w czym rzecz.

– Narysowała wszystkie dzieci tak, jak je widzi. W tym przecież nie ma nic złego.

– No, ale tego typu zachowania trzeba wyłapywać na wczesnym etapie.

– A gdyby do grupy chodził czarnoskóry, jego też musiałaby kolorować na różowo jak pozostałe dzieci?

Przedszkolanka nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. W drodze do domu mama cały czas kręciła głową.

– Jezu, wszyscy mamy równe prawa i się szanujemy, ale to nie znaczy, że jesteśmy jednakowi – powiedziała później do ojca. – Ona po prostu maluje Wietnamczyka tak, jak go widzi! Ze skośnymi oczami! I uważa to za coś absolutnie normalnego!

– Dobrze już, dobrze, może faktycznie przedszkolanka trochę przesadza. Boi się, że dzieci będą się śmiać z tego chłopca. Wiesz, że potrafią być okrutne.

– Ale ona tylko pogarsza sprawę, bo podkreśla jego odmienność.

Wtedy właśnie zrozumiałam, że Long jest Wietnamczykiem.

Pamiętam jeszcze jedną historię. Bawiliśmy się w piaskownicy, gdy nagle jedno z dzieci, zapomniałam już które, wypuściło z rąk łopatkę, naciągnęło kąciki oczu aż do uszu i zaczęło wołać: „Chiński głuptasiński, japoński gamoński! Chiński głuptasiński, japoński gamoński!”. Podobno usłyszało to od wujka. Rozbiegliśmy się po placu zabaw, powtarzając za nim. Także Long naciągnął swoje kąciki. „Chiński głuptasiński, japoński gamoński!” – wołaliśmy. Po chwili jednak przybiegła przedszkolanka i zaczęła nas rozganiać.

– Przestańcie natychmiast! Ale już! Słyszycie? Nie wolno tak mówić, zrozumiano?

Potem zwróciła się do Longa:

– A tobie w szczególności nie wolno!

Nie rozumiałam, dlaczego twarz Longa trzeba malować taką samą cielistą farbą jak nasze, a on nie ma prawa biegać z innymi dziećmi i krzyczeć: „Chiński głuptasiński, japoński gamoński!”.

W domu tata wytłumaczył mi, że Chińczykom i Japończykom niekoniecznie spodobałoby się stawianie ich w jednym rzędzie z głupkami i gamoniami, a rodzice Longa pochodzą z Wietnamu i dlatego jego ojciec nie mówi dobrze po czesku. Powiedział również, że nie wolno mi nikogo wyśmiewać z powodu akcentu czy wyglądu, bo mnie też byłoby przykro, gdyby ktoś w Wietnamie robił sobie żarty z moich żółtych włosów i z tego, że nie mówię po wietnamsku.

Dotarło do mnie, że świat jest znacznie większy, niż myślałam, i że poza Pragą istnieje jeszcze coś takiego jak Wietnam, w którym mieszkają obok siebie Chińczycy, Japończycy, Wietnamczycy i Czesi, ale nikt się tam z nikogo nie nabija. Wydało mi się to wspaniałe. Zaczęłam uważniej przyglądać się Longowi, który pochodził z Wietnamu, ale nie było w nim nic szczególnego poza tym, że miał skośne oczy.

**

– Pani Jano – odezwał się, gdy usiadłam – opowiadałem już pani dowcip o Japończykach i wyborach?

Pokręciłam głową.

– No to pani opowiem. – Mrugnął do mnie po szelmowsku. – Tylko ostrzegam, jest trochę frywolny. Nie przeszkadza to pani?

Znów pokręciłam głową, bo nie wiedziałam, co to słowo oznacza. Pan profesor wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać, jakby przystępował do jakiejś ceremonii.

– Ambasador USA pyta ambasadora Japonii: How often do you have elections in Japan? Japończyk namyśla się chwilę, po czym mówi: Usually evely molning.

Patrzyłam na niego bezradnie. Po chwili parsknął takim śmiechem, że kartki zaczęły fruwać po stole.

– Pani Jano – wyjaśnił, widząc, że dalej nie chwytam. – Japończycy od zawsze mylą „l” z „r”.

Anna Cima 

Obudzę się na Shibui

**

Znaleźć drogę do Japonii. Rozmowa z Anną Cimą [wywiad]

Pytam o to także dlatego, że Obudzę się na Shibui pod wieloma względami wydaje się właśnie nowe i świeże – Japonia, ciekawa forma (trzy połączone ze sobą historie), żywy, młodzieżowy język. Czy, mając na uwadze wspomnianą obecną sytuację czeskiej literatury, świadomie starała się pani zaproponować czytelnikom coś nowego, innego?

Nie, zupełnie o tym nie myślałam. Japonia stała się tematem mojej książki po prostu dlatego, że od kilku lat jest nieodłączną częścią mojego życia. Z kolei jeśli chodzi o język, zdecydowałam się na taki, a nie inny, bo to opowieść w pierwszej osobie z perspektywy młodej dziewczyny, siedemnastoletniej, a potem dwudziestoczteroletniej Jany z Pragi. Doszłam do wniosku, że język mówiony lepiej odda jej osobowość. Natomiast pomysł na trzy połączone historie przyszedł z czasem – na samym początku napisałam część praską, później tę, której akcja rozgrywa się na Shibui, a na końcu rozwinęłam motyw tłumaczenia opowiadania Kiyomaru Kawashity.

Cała rozmowa ↓

poniedziałek, 17 marca 2025

Aleksander Fredro - duch żydowski ogarnął cały świat

 Chcieliśmy dowiedzieć się czegoś więcej. Żydzi wszystko wiedzą. Idziemy więc do Rubina, znajomego kupca. Ciemno było w korytarzu, gdzieśmy z nim rozpoczęli nasze badanie. Ale on cedzi przez zęby odpowiedzi swoje, wtem nagle chwyta mego wuja pod ramię - ten nadstawia ucha... a Żyd pociągnąwszy rękaw zapytał: "A gdzie Pan to sukno kupował? Mam świeży towar - co osobliwszego!" Niechże cię piorun trzaśnie i z twoim towarem - pomyśleliśmy sobie i wyszliśmy czym prędzej. Żyd zawsze Żydem. Pieniądz jego gwiazdą przewodnią i nie ma się czego dziwić, pieniądz tylko dźwignąć go może na stanowisko mniej wystawione na wzgardę powszechną.

Roku 1809 w Galicji, a zwłaszcza we Lwowie, zapał Żydów w naszej sprawie był ogromny. W 1812-tym w Litwie, a potem i Księstwie Żydzi stali się naszymi głównymi nieprzyjacielami. Teraz wątpię, aby byli przychylni jakiej bądź zmianie w Galicji. Ubodzy wprawdzie płacą czasem więcej podatku, niż mają majątku, ale ogólnie biorąc, cały handel i cała administracja kraju w ich ręku. Chłop bez Żyda żyć nie może. Szlachcic go potrzebuje jako pośrednika w interesach z urzędnikami. Urzędnik tak cywilny, jak i wojskowy z żydowskich tylko rąk chce przyjmować kubany, a kubanów chciwy. Wielka przyszłość czeka Żydów. Duch żydowszczyzny ogarnął świat cały. Pieniądz stał się wszystkim. Ale kiedy on jest dla Żyda sam przez się szczęściem, dla świata jest tylko środkiem do osiągnięcia tych wszystkich materialnych rozkoszy za granicą, bez których nikt żyć nie chce. We Francji nawet, owej Francji rycerskiej, gdzie uczucie wbrew częstokroć rozsądku rozwijało częstokroć potęgę swoją do najszczytniejszych krańców fantazji, gdzie człowiek władzą ducha ulatniał się, oddzielał się od siebie samego i wznosił się czystym tylko instynktem ku nieśmiertelności, tak jak się wznosi motyl do stref słonecznych, kiedy jeszcze jego poczwarka, kołysząc się gdzie u kwiatu, świadczy o jego pobycie na ziemi, w owej Francji znika poezja wszędzie i ze wszystkiego. Piśmiennictwo francuskie czuć rzemiosłem. Każdy teraz pisać będzie przeciw natchnieniu, przeciw przekonaniu, jeżeli tylko może wiele pieniędzy zyskać. Kto na zawadzie, nieprzyjaciel - żadna świętość cnoty i zasługi nie zasłoni, jeżeli nie własna siła. Po sercach, po głowach w górę! w górę! pnie się tłum zimny, chciwy i nie żyjący tylko w obecnej chwili. Żydzi wszędzie. Żydzi w Paryżu, w Rzymie, w Londynie i w Przemyślu, skąd w nocy, o świetle księżyca i w majowej pogodzie, tysiąc ośmset dziewiątego, ruszyliśmy w dalszą drogę do Nienadowej, do brata pana Wojciecha, pana Antoniego Dembińskiego, byłego oficera z Kościuszkowskich czasów.

Trzy po trzy