Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dickinson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dickinson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 maja 2014

Martwa twarz na wodach głębokich


201

Pływacy dwaj w wyścigu
walczyli aż do zorzy:
jeden z uśmiechem powrócił na ląd...
Drugi... O wielki Boże!

Przypadkowe widziały okręty
twarz martwą na wodach głębokich
z dłońmi błagalnie wyrzuconymi
i do góry wzniesionym okiem.




Dickinson


Smakuje szczęście to inaczej, które nastaje po rozpaczy


207

Choć późno, późno - wrócę do dom!
Sam powrót stanie za nagrodę.
Większa to będzie rozkosz pewno,
gdy - naczekawszy się daremno -
śród ciemnej nocy, nocy głuchej
posłyszą, jak ja do drzwi stuknę.
Smakuje szczęście to inaczej,
które nastaje po rozpaczy.

Gdy myśleć - jak zapłonie ogień,
jak te stęsknione oczy drogie
zgadywać zechcą, co ja powiem,
i co odpowie na to ogień -
to się opłaci sto lat drogi!


Dickinson

Nadchodź z wolna, Raju!


211

Nadchodź z wolna, Raju!
Nieprzywykłą wargą -
Trwożnie - sączę jaśmin -
Jak pszczoła - co słabnąc

Krąży wokół kwiatu,
Brzęczy - nim się waży
Wejść wreszcie do wnętrza -
I ginie w nektarze

* * * * *

Przyjdź z wolna - Raju!
Nie nawykłe do Twoich
Jaśminów - nieśmiałe wargi
Muszą się z ich smakiem oswoić -

Jak spóźniona, słabnąca
Pszczoła - przed kwiatu bramą
Brzęcząca swą listę nektarów -
Zanim da się wchłonąć Balsamom.


Dickinson

Jestem rozpustnicą rosy - I opojem - powietrzem spita


214

Niewarzony dotąd napój sączę
Z kufli drążonych w perle -
Żadne kadzie Nadrenii nie będą
Alkoholu takiego pełne!

Jestem rozpustnicą rosy -
I opojem - powietrzem spita
Wytaczam się z gospód lata
Na drogi zatopione w błękitach -

Kiedy "karczmarz" pijaną pszczołę
Z naparstnicy wyrzuci siłą -
Gdy poniecha "kieliszeczka" motyl -
Mnie się będzie tym lepiej piło!

Aż Serafin kapeluszem śnieżnym machnie -
I do okien podbiegną święci -
By zobaczyć - jak wspartemu o słońce
Pijaczynie w głowie się kręci -


* * * * *

Spijam nieznany gorzelniom trunek -
Z drążonego w Perle Kieliszka -
Nawet z Nadreńskich Beczek
Taki Alkohol nie tryska!

Nałogowiec Powietrza -
Opój Rosy i Świtu -
W nieskończone letnie dni się wytaczam
Z traktierni Ciekłego Błękitu -

Gdy Szynkarz pijaną Pszczołę
Wyrzuca za drzwi Koniczyny -
Gdy się Motyl od Kielicha odsuwa -
Ja - pić dopiero zaczynam!

Aż Serafy schylą śnieżne Kaptury -
Aż tłum Świętych - do okien podbiegnie -
Aby ujrzeć małego Pijaczka -
O Słońce wspartego chwiejnie -

* * * * *

Kosztuję płynu dotąd nie warzonego
z drążonego w perłach kufla;
od żadnej kadzi pośród winnic nadreńskich
taki alkohol nie bucha.

Jestem pijanicą powietrza
na rozpustnych z rosą przygodach
i zataczam się przez długie letnie dni
po szafirowych gospodach.

Gdy szynkarz wyprosi wstawione pszczoły
za naparstnicy wrota,
gdy motyl głębszych zaniecha łyków,
będę piła z tym większą ochotą.

Aż serafy swe białe podrzucą cylindry,
i święci z okien wychyną,
by oglądać wspartego o słońce
szczęśliwego pijaczynę.


Dickinson

Korni uczestnicy Zmartwychwstania



216

Bezpieczni w swych Komnatach z Alabastru -
Przez Świt ani Południe
Nie niepokojeni -
Śpią korni uczestnicy Zmartwychwstania -
Pod Pułapem z Atłasu - pod Dachem z Kamieni!

Nad nimi - Firmamenty - wydęte Kopuły
Światów - rozległe Lata
W półkolistym biegu -
Poddają się - Książęta - spadają - Korony -
Cicho jak Krople - które - cętkują Krąg Śniegu -

* * * * *

Bezpieczni w swych komnatach z alabastru,
nieczuli na południe, niepomni na brzask
potulni udziałowcy ZMARTWYCHWSTANIA
śpią... stropem ich - atłas, zamiast dachu - głaz.

Śmieje się powiew w pałacu słonecznym;
brzęk pszczół uderza o nieczuły słuch;
ptak muzykuje kadencję najprostszą:
ach, jakiż bystry tu zamarł duch!

W półkrąg nad nimi wyniosłe mkną lata,
wiosłuje firmament, gdzie świat łukiem legł,
kapitulują doże, walą się tiary
głucho jak płatki padające w śnieg.



Dickinson

Podoba mi się w Agonii to - że jest zawsze prawdziwa


241

Podoba mi się w Agonii
To - że jest zawsze prawdziwa -
Nie symuluje się Konwulsji,
Ataku Bólu - nie odgrywa -

Oczy się zaszklą raz - Śmiercią -
I nie do podrobienia
Są Paciorki na Czole - nizane
Przez pospolitość Cierpienia.


* * * * *

Lubię widzieć agonię,
bo wiem, że to nie fałsz;
nikt nie symuluje konwulsji,
nie udaje skurczu ciał.

Oczy szklą się raz tylko - w śmierci.
Nie może to być skłamane,
ani paciorki potu na czole
przez szczerą mękę nizane.


Dickinson

sobota, 3 maja 2014

Brodzić w Nieszczęściu - umiem - przez każdy jego strumień


252
Gotowam brnąć przez bólu
niejedną toń
- to zwykła rzecz -
gdy najlżejszy radości wiew
zbija mnie z nóg
i chwieję się jak pijana.
Niech nie szydzi kamień pod nogą
napój był nowy,
nic więcej!

Siła to tylko ból
idący posłusznie w dół
z ciężarem szal.
Olbrzymy od ukojenia
jak ludzie tracą moc.
A dać im Himalaje
- udźwigną!

* * * * *

Brodzić w Nieszczęściu - umiem -
Przez każdy jego Strumień
Albo Bagno przechodzę -
Ale prztyczek Radości -
I już na równej drodze
Potykam się - pijana -
Na uciechę Kamykom -
Nie śmiejcie się - tak działa
Na mnie ten Nowy Likwor!

Moc jest to Ból - jedynie
Balastem Dyscypliny
Trzymany na Mieliźnie -
Dać Balsam - Gigantowi -
Opadnie z sił, jak Człowiek -
Zwalić nań Himalaje -
Podźwignie!


Dickinson

Zimą - w Szary Dzień


258

Bywa światła Pochylenie -
Zimą - w Szary Dzień -
Które zgniata nas jak Brzemię
Katedralnych Brzmień -

Niebiańsko nas rani -
Nie uświadczysz blizn,
Tylko wewnątrz zmiany -
Tam, gdzie Znaczeń błysk -

Na nic Wiedza niedorzeczna -
To Pieczęć Rozpaczy -
Cios udręki, co z Powietrza
Spada na nas - władczy -

Gdy się zjawia - tuż przed zmierzchem -
Cichnie Cień i Śnieg -
Gdy odchodzi, jest jak Przestrzeń,
Skąd spogląda Śmierć -

Dickinson

Naoddychałam się dość ...


272

Naoddychałam Się dość, aby
Dziś - gdym Powietrza pozbawiona -
Symulować Oddech tak łudząco -
Że jeśli chce się Ktoś przekonać

O Płuc bezruchu - musi zstąpić
W dół - w komórki Chytrego Ciała -
Własnoręcznie dotknąć Pantomimy
Pary Miechów - co nie czuje nic - zdrętwiała!

Dickinson

Jeśli rozbiję bramy ciała


277

A gdybym czekać nie zechciała!
Jeśli rozbiję bramy ciała -
Do Ciebie umknę - ocalona!

Jeśli śmiertelny zewłok odłożę -
Ile wycierpiał - dość spojrzeć -
I w wolności zatonę!

Nie mogą wziąć mnie - po raz wtóry!
Wołanie dział, więzienne mury
Niczym są dla mnie teraz -

Jak przed godziną - śmiech nic nie znaczył -
Koronki - lub wędrowny teatrzyk -
Jak i to - kto wczoraj umierał!

* * * * *

A może dłużej nie będę zwlekała,
może rozsadzę tę przegrodę z ciała
i ku tobie pomknę - zbieg?
Kto wie, może gdy to śmiertelne oderwę,
dojrzę - co mnie tak uwierało bez przerwy,
i dobrnę po wolność na tamten brzeg?

Już nas przenigdy nie pochwycą...
Niech nalegają działa, groźnie błagają ciemnice:
wszystko to - bez znaczenia dziś,
jak śmiech, co przed godziną nic nie znaczył,
jak koronki, jak scena w wędrownym teatrze
albo wieść, kto też wczoraj zmarł.


Dickinson

Nie troszczę się ja o mosty ani o bliskość mórz


279

Uwiąż sznur, Panie, do mego życia,
a będę gotowa iść:
Niech tylko spojrzę na koniec...
Dalej! To starczy na dziś!

Posadź mnie po bezpiecznej stronie,
żebym nie spadła w piach,
bo jedziemy na Sąd Ostatni
i z górki wiedzie szlak.

Nie troszczę się ja o mosty
ani o bliskość mórz,
przytrzymana w wieczystym wyścigu
przez ciebie, wybrańca dusz.

Żegnajcież, dni moje zwyczajne,
żegnaj, świecie, w którym zwykłam być...
Jeszcze za mnie te wzgórza pocałuj,
a teraz już mogę iść!


Dickinson

Człowiek - który ma umrzeć - jutro - gwizd ptaka uchem łowi


294

Skazanym - blask Jutrzenki sprawia
Nie taką samą Przyjemność -
Bo nie są pewni - czy nazajutrz
Ujrzą coś więcej niż Ciemność -

Człowiek - który ma umrzeć - jutro -
Gwizd Ptaka uchem łowi -
Bo jest w tym Śpiewie - świst Topora
Żądnego jego głowy -

Radość - to kiedy blask Jutrzenki
Jest Bramą w Dzień rozległy -
Radość - to kiedy Ptak ma dla nas
Cokolwiek - prócz Elegii!


Dickinson

Nie, nie znam samotności ...


298

Nie, nie znam samotności -
Odwiedzają mnie goście -
Nieprzeliczone zastępy -
Drwią sobie z drzwi zamkniętych -

Nie mają szat ani imion -
Almanachów - ni krajów -
Lecz nieokreślone domy
Jak gnomy -

Kurierzy w moim wnętrzu
Dają znać, że są w drodze -
Odejścia nie ogłaszają -
Bo nigdy nie odchodzą -



Dickinson

Tylu zranionych w smutku - jednak - cóż z tego?


301


Rozważam - ziemia tak krótko -
Cierpienie - absolutne -
Tylu zranionych w smutku -
Jednak - cóż z tego?

Rozważam - śmierć - nie ma rady -
I największa Żywotność
Nie zwycięży Rozkładu -
Jednak - cóż z tego?

Rozmyślam - tam, przed Panem -
Z innymi na równi stanę -
Zrównanie będzie dane -
Jednak - cóż z tego?

* * * * *

Wiem - niedługo nas Ziemia
Absolutem Cierpienia
Ogłusza i oniemia
Ale co z tego?

Wiem - w końcu jest Agonia -
I moc Życia ogromna
Rozkładu nie pokona -
Ale co z tego?

Wiem - w Niebie to się stanie
Słuszne - będzie nam dane
Jakieś nowe Równanie -
Ale co z tego?




Dickinson

wtorek, 29 kwietnia 2014

Pomiędzy Trwogą a Rozpaczą


305

Różnica między rozpaczą
A strachem - jest taka sama
Jak między momentem rozbicia
A tym, gdy już stał się dramat -

Umysł - w błogim bezruchu -
Spokojny jak oczy w twarzy
Popiersia - które wie -
Że nic nie może zobaczyć -

* * * * *

Pomiędzy Trwogą a Rozpaczą
Różnica - jest ta sama -
Co między chwilą Katastrofy
A czasem, gdy już się stała -

Myśl trwa bez Ruchu - i bez Potrzeb -
Jak Oko bez Źrenicy
Na twarzy marmurowej Rzeźby -
Co wie - że nic nie widzi -



Dickinson

A wtedy królewski obedrze piorun duszę z jej osłon do naga


315

On gmera w twojej Duszy
Jak Muzyk - co trąca dla próby
Klawisze - nim Muzyką spadnie -
Stopniowo ogłuszać lubi -
Przygotowuje twą kruchą
Naturę - na Cios z Eteru -
Słabszym Młotem - słyszalnym wpierw z dala -
Potem bliżej - i Wtedy dopiero -
Tak wolno, że Dech zdąży zamrzeć -
Mózg kipiący - ostygnąć - przez powietrze
Spuści - Jeden - monarszy - Piorun -
Który Duszę z nagiej skóry obedrze -

Gdy Wiatr bierze Las w swoje Łapy -
Wszechświat trwa nieruchomo - bezwietrznie -


* * * * *

Po omacku trąca ducha,
jak muzyk trąca klawisze,
nim pełnią dźwięku wybuchnie
- odrętwia, stopniowo przycisza.

Umacnia kruchość człowieka,
dostraja ją do ciosu
coraz słabszymi młoteczkami,
bliższymi, to dalszym głosem,

aż się wyrówna oddech,
na mózg spłynie równowaga...
A wtedy królewski obedrze piorun
duszę z jej osłon do naga.


Dickinson

Nasza pogoń za Niebem


319

Najbliższe z Marzeń znika - niespełnione -
Pogoń za Niebem nasza
Jest jak ten Pościg - do którego
Pszczoła Chłopca zaprasza -
Przysiada - na kwiat Koniczyny -
Umyka - droczy się znowu -
By wznieść się - pod Obłoków Tron -
Strzelistym Masztem wzlotu -
Nie bacząc na Chłopca - który
Patrzy w niebo - przez nie wyśmiany -
I śni smak niezawodnego Miodu -
Ale żadna latająca Pszczoła
Nie wytwarza tej rzadkiej odmiany!


Dickinson

Gdy straci władzę Grób


322
 
U szczytu Lata nastał Dzień
Cały wyłącznie dla mnie -
Sądziłam, że się tylko Świętym
To zdarza - gdy Zmartwychwstanie -

Słońce jak zwykle wzeszło - kwiaty
Kwitły z przyzwyczajenia,
Jakby nie minął przełomowy
Moment, co wszystko zmienia -

Słowo nie śmiało profanować
Tego dnia - znaki mowy
Były mu zbędne tak jak Szaty
Pana - Sakramentowi -

Każdy Zamkniętym był Kościołem,
Gdzie tylko tego ranka
Komunię wolno było przyjąć -
Przed Wieczerzą Baranka.

Godziny mknęły - jak to one -
W garść wzięte chciwą - tak w tył biegną
Spojrzenia z ruf dwóch statków, które
Płyną ku przeciwległym brzegom -

Aż, gdy czas wszystek się wysączył
I cały wokół świat był ciszą,
Przyrzekliśmy nawzajem sobie
Na krzyże w dłoniach - innych przysiąg

Nie trzeba było - że gdy straci
Władzę Grób - każde z nas powstanie
I nowy Ślub nam wynagrodzi
Kalwarię - jaką jest Kochanie -


* * * * *

Nadszedł jeden dzień pełni lata
mnie darowany łaskawie...
Sądziłam, że tylko świętym
dane takie dni dla objawień ...

Słońce zwyczajnie sobie wzeszło,
zwyczajnie kwiat się plenił,
jak gdyby żadna dusza
nie odradzała się w przesileniu.

Chwili nie kalał żaden głos,
zbędny był symbol słowa,
jak zbędną bywa w świętej hostii
postać i twarz Chrystusowa.

Jak w opieczętowanych kościołach
- wolno nam było choć raz
komunikować, by Baranek
za obcych nie poczytał nas.

Godziny znikały szybko
z rąk chciwie uczepionych,
jak twarze na pokładach dwóch statków
w przeciwne płynących strony.

Aż kiedy uszedł wszystek czas,
wśród niezmąconej ciszy
krzyżeśmy zamienili wraz
nie żądając innych przysiąg.

Krzyże - zadatek zmartwychwstania...
Abdykuje wreszcie grób.
Po tej golgocie miłowania
nowy nas złączy ślub.


Dickinson

Dla mnie najlepszą świątynią - sad, gdzie drozdy wiodą śpiew


324

Inni święta obchodzą w kościele -
A ja w domu - i jaka radość -
Gdy kos prowadzi chór -
Pod sklepieniem sadu -

Inni w święta wkładają komże -
Ja tylko skrzydła przypinam -
I nie zakrystian bije w dzwon,
A chrabąszcz buczeć zaczyna.

Bóg naucza, znamienity duchowny -
A kazanie nigdy nie jest długie -
I zamiast kiedyś dostać się do nieba -
Cały czas tam sobie wędruję.


* * * * *

Chociaż niejeden w święta rad
kościelnych trzymać się stref,
dla mnie najlepszą świątynią - sad,
gdzie drozdy wiodą śpiew.

I choć niektórzy komże kładą,
ja wkładam loty z piór,
a zamiast dzwonów na modlitwę
słychać ptaszęcy chór.

Znamienity kapłan, sam dobry Bóg,
ma do nas kazanie krótkie...
Nie spieszno mi więc za niebieski próg
i żyję pomalutku.



Dickinson

Zanim straciłam wzrok



327

Zanim straciłam wzrok - ceniłam
Ten zmysł jak każde Stworzenie -
Które ma Oczy i nie myśli
Nawet - że mogłoby nie mieć -

Lecz gdyby ktoś mi Dziś powiedział -
Że mogę mieć niebo całe
Dla siebie - Serce by mi pękło
Pod tak radosnym ciężarem -

Łąki - na własność -
Góry - Lasy -
Gwiazdy - bez Ograniczeń -
Tyle Dnia, ile zmieszczę między
Dwie skończone źrenice -

Ruch Skrzydeł Ptaka, gdy Lot Zniża -
Bursztynowy Gościniec
Poranku - dla mnie - dla mych oczu -
Ta Wieść zabiłaby mnie -

Bezpieczniejsze chyba - próby duszy
Przez Szybę przenikającej
Domysłem - jak Inni - okiem
Niebacznie wpatrzonym - w Słońce -


Dickinson