sobota, 26 września 2026

Żadnej stałej przystani poza przystanią nieukojonych wątpliwości

 Nikt chyba poza Tomaszem Mannem nie zwrócił uwagi na gadatliwość Hamleta. „Ale czy nie uważa pani, Lizaweto, że je­ stem dziś gadatliwy jak Hamlet” — mówi Tonio Kroger do swojej rosyjskiej przyjaciółki. Trudno określić, skąd bierze się rzeczywiście owa nadmierna gadatliwość Hamleta. Może w tej gadatliwości kryje się lęk człowieka przed pozostaniem sam na sam z furią niewypowiedzianych uczuć i myśli. Milczenie jest dla Hamleta synonimem śmierci, której wprawdzie pragnie, ale równocześnie boi się („reszta jest milczeniem”).

Tomasz Mann swoiście rozwiązuje to ciekawe zagadnienie. Według niego Hamlet jest typowym literatem. Jeżeli tak jest rzeczywiście, to nie dziwi nas już furia słów, z takim impetem wyrzucana przez Hamleta. Hamlet chce się wypowiedzieć.
Mówi? Pisze? To obojętne. Chce wypowiedzieć swój niepokój.

Czy tylko niepokój? To, co Hamlet przeżywa, nie może go za­ prowadzić do poznania, bo właściwie nie ma takiej drogi, która by mogła zaprowadzić naszego bohatera do jakiejkolwiek stałej przystani poza przystanią nieukojonych wątpliwości. Hamlet stworzył sobie filozofię o ohydzie poznania i smutku świata.

Tomasz Mann, piewca zmierzchającej klasy, tak mówi ustami Tonią Krógera o typowym literacie Hamlecie: „Nie dawać się smutkowi świata, obserwować, notować, robić uwagi, nawet najboleśniejsze, i być poza tym dobrej myśli, choćby w poczu­ciu moralnej wyższości nad ohydnym wynalazkiem istnienia — to ma swą wartość, oczywiście! Jednak niekiedy wszystko to, mimo całej przyjemności wyrazu, przerasta trochę człowieka.

Wszystko zrozumieć — to wszystko przebaczyć? Nie wiem. Ist­nieje coś, co nazwałbym ohydą poznania, Lizaweto. Jest to stan, kiedy człowiekowi wystarczy przejrzeć jakąś rzecz, by uczuć śmiertelny wstręt, bezwzględnie wrogi pojednaniu — przykładem Hamlet, ten duński książę, ten typowy literat. Wie­dział, co to znaczy być powołanym do wiedzy, a nie być do niej stworzonym. Widzieć jasno nawet jeszcze poprzez łzawą za­słonę uczucia, poznawać, zauważać, obserwować i być zmuszo­nym ciułać swe spostrzeżenia nawet w chwilach, gdy dłonie się ściskają, usta się znajdują, gdy gaśnie wzrok ludzki, oślepiony uczuciem — to bezecność, Lizaweto, to podłość, to oburza, ale cóż pomoże oburzenie”

Tak mówił Tonio Kroger, mieszczański Hamlet z pogranicza dwóch światów, upatrujący w swej słabości — swoją godność i siłę. „Stoję na granicy dwóch światów, w żadnym nie czuję się u siebie, stąd jest mi trochę ciężko” — pisał Tonio w liście do swojej przyjaciółki Lizawety po burzliwej nocy, podczas której uświadomił sobie tragiczne sprzeczności swojego życia. Każdy słaby Hamlet ma swojego mocnego Fortynbrasa, który pragnie być lub przynajmniej marzy o tym, by znaleźć u niego sympatię i zrozumienie. Z Fortynbrasami zazwyczaj rozmijamy się, chociaż wciąż jesteśmy w ich pobliżu. Czujemy do nich swoistą sympatię, gdyż są naszym przeciwieństwem, obdarzamy ich czę­sto niekłamanym uczuciem i podziwem, a najczęściej — za­zdrością. Zazdrościmy im ich radości życia, ich żywiołowości, wspaniałej, zdobywczej postawy wobec świata i ludzi i już... już — wydaje się nam, że losy połączą nas z sobą, gdy nagle widzimy, że oddalamy się od nich, gdyż są nam w rzeczywisto­ści obcy i dalecy. Bardzo obcy i bardzo dalecy. Mieszczań­ski Hamlet, Tonio Kroger, miał takich dwóch Fortynbrasów w swoim życiu: Janka Hansena i Ingeborgę Holm. Janek Hansen nie pisał wierszy, był solidny i mierny, jasny i mocny i my­ślał tylko „o rzeczach, o których właśnie powinno się myśleć i które można głośno wypowiedzieć”. Wielkie misterium mier­noty wzbudzało zazdrość w zbuntowanym Toniu Krógerze, skłonnym do analitycznych rozważań i filozoficznych medytacji nad sensem życia. Janek Hansen nie rozcinał włosa na czworo ani nie czytał Don Carlosa Schillera. Był dlatego szczęśliwy i silny. Przecież i Hamlet obdarzał Fortynbrasa sympatią, gdyż imponował mu prosty, nieskomplikowany, łatwy i mocny charakter norweskiego księcia, który chociaż był postacią duchowo nikłą, to jednak prostym trybem swojego życia i zdecydowanym postępowaniem wzbudzał żarliwą zazdrość w duszy smut­nego filozofa. Z czasem ów „kompleks Fortynbrasa” przerzucił Tonio Kroger z Janka Hansena na Ingeborgę Holm, w której również wszystko było proste i jasne, i mocne, i tak bardzo da­lekie od tych zamiłowań, którym Tonio Kroger poświęcił swoje życie. Po wielu latach, w duńskim nadmorskim kąpielisku, spo­tkał Tonio swojego przyjaciela z czasów pierwszej młodości, Janka Hansena. Ale nie podszedł do niego. Rozminęli się. „Czyś już przeczytał Don Carlosa — medytuje Tonio, patrząc z dala na jasnowłosego Janka Hansena — jak obiecałeś mi przy furcie ogrodowej? Nie rób tego, nie żądam już tego od ciebie. Cóż cię obchodzi król, który płacze, gdyż jest samotny? Nie zasmucaj i nie ogłupiaj swych jasnych oczu ślęczeniem nad wierszami i melancholią... O, gdyby być takim jak ty!” Jest w tym rozmi­janiu bezbrzeżny smutek i żal człowieka świadomego swoich wielkich wewnętrznych wartości, który zawsze pragnął być pro­sty i mocny, a upatrując w tych walorach smak szczęścia, nigdy go nie doznał, bo nigdy nie umiał głębi swojego ducha zrównać z miernotą swoich — Fortynbrasów. „Spoglądam w nie urodzo­ny schematyczny świat — medytuje Tonio Kroger na ostatnich kartach swojego opowiadania — który pragnie, aby go stwo­rzyć i ukształtować, spoglądam w rojowisko cieni postaci ludz­kich, które kiwają ku mnie, abym je zaklął i wyzwolił, cienie tragiczne i śmieszne i śmieszno-tragiczne. I jestem do nich bar­dzo przywiązany. Ale najskrytsza miłość moja należy do jasno­włosych i błękitnookich, do jasnych, żywych, szczęśliwych i mi­łych, i zwyczajnych. Niech pani nie gani tej miłości, Lizaweto. Jest ona dobra i owocna. Tkwi w niej tęsknota i smutna za­zdrość, i odrobina pogardy, i zgoła niewinna szczęśliwość”.

Tak pisał mieszczański Hamlet o mieszczańskich Fortynbrasach.

I jeszcze jedna ciekawa cecha, która łączy Tonią z Hamletem. Matka. Ten motyw raz po raz wraca w opowiadaniu To­masza Manna i brzmi ciemną, durową tonacją. „Wszelako matka Tonią — pisze Tomasz Mann — jego piękna, ognista mat­ka, która tak przedziwnie grała na fortepianie i mandolinie i której wszystko było obojętne, wyszła po roku znów za mąż, i to za muzyka, wirtuoza o włoskim nazwisku, z którym poje­chała w błękitną dal. Tonio Kroger uznał to poniekąd za łaj­dactwo, ale czyż był powołany bronić jej tego?”

To „łajdactwo” brzmi jak hamletowe whored, wyrzucone z głębi zbolałego serca.

Mieszczański Hamlet oskarża mieszczańską Gertrudę.

Przypadki mojego życia
Roman Brandstaetter 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.