Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tocqueville. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tocqueville. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 kwietnia 2016

Jestem z instynktu arystokratą


Tocqueville był przeświadczony, że stać go na całkowity obiektywizm w ocenie tej demokratycznej przyszłości świata. Zacytować z pewnością warto fragmenty jego listu do Reeve’a z 1837 roku: «Przypisuje mi się alternatywnie przesądy demokratyczne lub arystokratyczne: miałbym może jedne lub drugie, gdybym się urodził w innym wieku i w innym kraju. Ale okoliczności moich urodzin bardzo mi ułatwiły obronę przed jednymi i drugimi...

Gdy zacząłem życie, arystokracja była już martwa, demokracja zaś jeszcze nie istniała; instynkt mój nie mógł więc pociągać mnie ślepo ani ku jednej, ani ku drugiej... Należałem do starej arystokracji mego kraju i nie żywiłem nienawiści czy też naturalnej zazdrości wobec arystokracji. Ale ta arystokracja była już zniszczona, więc nie czułem też wcale do niej naturalnej miłości, bo przywiązać się mocno można tylko do tego, co żyje. Byłem dość blisko, by ją dobrze poznać, i dość daleko, by ją oceniać beznamiętnie... Żaden rodzaj wspomnień rodzinnych ani osobisty interes nie stwarzał u mnie naturalnej i koniecznej skłonności do demokracji. Ale nie doznałem od niej osobiście żadnej krzywdy; nie miałem żadnych szczególnych motywów, by ją kochać lub nienawidzić... Nie wymagało więc ode mnie wielkiego wysiłku rzucanie spokojnych spojrzeń na obie strony.»

Nie należy chyba przeceniać tej bezstronności. Pouczające będzie skonfrontowanie dwóch wypowiedzi Tocqueville’a: z cytowanego wyżej listu do Reeve’a i z udostępnionego już polskiemu czytelnikowi dzieła Dawny ustrój i rewolucja. Cytat pierwszy: «Przypisuje mi się namiętności, a ja mam jedynie opinie.» I drugi: «Jest się przede wszystkim człowiekiem swojej klasy, a dopiero potem swojej opinii.» Alexis de Tocqueville był również «człowiekiem swojej klasy».

Widać to nie tylko w szczerości niemal naiwnej, z jaką ujawniał niekiedy swą pogardę dla ludu («Jestem z instynktu arystokratą: to znaczy, że pogardzam tłumem i obawiam się go»; «Z ludem francuskim należy postępować jak z obłąkanym, któremu nie można wiązać rąk z obawy, aby nie wpadł w szał»). Ważniejsze jest to, że Tocqueville zwraca się do tradycji arystokratycznej po system wartości, do którego przymierzać będzie społeczeństwo egalitarne.

Bo Tocqueville to nie tylko arystokrata, który zdecydował się zaakceptować demokrację «bez entuzjazmu i bez słabości». To także arystokrata, który ocenia demokrację ze swej klasowej perspektywy. Obraz społeczeństwa arystokratycznego, który można odtworzyć z rozsianych po całej książce refleksji autora, malowany jest ciepłymi barwami. Arystokracja była depozytariuszem wolności i godności ludzkiej, kultury politycznej, doświadczeń w rządzeniu. Rozwijała wyrafinowane formy cywilizacji: naukę, sztukę, dobre maniery. Jej hierarchia społeczna rekompensowała nierówności między ludźmi i brak mobilności socjalnej poczuciem stabilizacji i bezpieczeństwa: każdy dobrze znał swe miejsce w społeczeństwie...

Jest to obraz ujmujący; Tocqueville sugeruje przy tym, iż takie społeczeństwo arystokratyczne było historyczną rzeczywistością. W istocie to już nie typ idealny arystokracji: obraz ten zbyt jest odległy od realiów. To już, jak pisze amerykański politolog Andrew Hacker, «utopia przebrana w historyczny kostium».

Arystokratyczny charakter wyliczanych wyżej wartości został bez wątpienia wyidealizowany. Ale przecież nie wynika z tego wcale, że same wartości były pozorne. Łatwo kwestionować ideę, że więzi społeczne właściwe «społeczeństwu arystokratycznemu» (rodzinne, korporacyjne, stanowe) dawały ludziom szczęście dzięki poczuciu tożsamości i bezpieczeństwa. Jednakże czy w nowym, burżuazyjnym porządku nie stawało się problemem to, co przeczuwał już Monteskiusz a konstatował Tocqueville: izolacja ludzi w zatomizowanym społeczeństwie? Czy nie odczuwano naprawdę ciężaru anonimowości i zastępowania więzi społecznych — jak to określali Marks i Engels — przez zimny rachunek pieniężny? Jeśli zaś dostrzeżemy nawet u Tocqueville’a arystokratyczną nostalgię, to przecież rozumiał on dobrze — i explicite to stwierdzał — iż problem nie może polegać na jakimś powrocie do arystokracji, lecz na przetransponowaniu pewnych «arystokratycznych» wartości do systemu demokratycznego.

Jan Baszkiewicz
Ze wstępu do Demokracji w Ameryce

środa, 13 kwietnia 2016

Majestatyczne władanie większości


Nie znam kraju gdzie generalnie jest mniej intelektualnej niezależności i mniej swobody wypowiedzi niż w Ameryce. … W Ameryce większość tworzy nieprzenikniony mur wokół procesu myślenia.
Inkwizycja nigdy nie zdołała zapobiec w Hiszpanii cyrkulacji książek oponujących religii wyznawanej przez większość. Majestatyczne władanie większości działa sprawniej w Stanach Zjednoczonych; usunęło nawet myśl o ich publikacji.


Tocqueville O demokracji w Ameryce

sobota, 1 marca 2014

O subiektywności odczuć


W ostatnich dniach przed walką wyborczą odwiedziłem moją biedną i ukochaną Tocqueville, wracałem tu po raz pierwszy od rewolucji i być może po raz ostatni! Gdy wyjeżdżałem ogarnął mnie smutek tak dotkliwy, że zachowałem o nim pamięć do dzisiaj, jego wspomnienie rysuje się ostro pośród odprysków wydarzeń, jakie z tamtego czasu zapamiętałem. Przybyłem niezapowiedziany. Puste pokoje, obluzowane okna, meble spiętrzone i zakurzone, zgasłe kominki, zatrzymane zegary, stęchłe powietrze, wilgotne mury, zewsząd ziało opuszczeniem i ruiną. Ów cichy zakątek, jakby zgubiony pośród żywopłotów i pastwisk normandzkiego krajobrazu, który tyle razy wydał mi się najwdzięczniejszą samotnią, ukazywał się teraz moim oczom jako niszczejące pustkowie, lecz spod jego obecnego wyglądu, jakby z głębi grobowca, wyzierały ku mnie słodkie i uśmiechnięte obrazy mego życia. Podziwiam doprawdy, jak u człowieka wyobraźnia potrafi być barwniejsza i bardziej przejmująca od rzeczywistości. Widziałem niedawno jak upadła monarchia, przyglądałem się krwawym i okropnym scenom. I cóż! Twierdzę, iż ani jeden z tych wielkich widoków nie wywołał we mnie uczuć tak głębokich i dojmujących, jak widok starożytnego domostwa moich ojców i wspomnienie spokojnych dni i szczęśliwych godzin, jakie w nim spędziłem nieświadom ich ceny. Mogę rzec, że tam właśnie i tego dnia najlepiej zrozumiałem gorycz rewolucyj. Mieszkańcy wioski byli mi zawsze życzliwi, lecz tym razem okazywali mi serdeczność i nigdy nie doznałem od nich takiego szacunku jak wówczas, gdy równość była brutalnie afiszowana na wszystkich murach.

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

piątek, 28 lutego 2014

Ludzie żałujący własnej uczciwości ...


Gdy przybyłem, na czele pochodu gotowego wyruszyć na ucztę spostrzegłem mego byłego kolegę, deputowanego Havina*, który przyjechał specjalnie z Saint-Lo, ażeby przewodniczyć uroczystości. Spotykałem go po raz pierwszy od 24 lutego. Tamtego dnia widziałem go jak podawał ramię księżnej Orleańskiej, a nazajutrz rano dowiedziałem się, że jest komisarzem republiki w departamencie la Manche. Nie zaskoczyło mnie to, ponieważ znałem go jako jednego z tych wykolejonych ambicjuszy, którzy przez dziesięć lat musieli popasać w opozycji żywiąc przekonanie, że znaleźli się w niej przejazdem. Iluż to wokół siebie oglądałem owych ludzi żałujących własnej uczciwości i popadających w rozpacz z tego powodu, że czuli jak najpiękniejsze lata ich życia upływają na krytykowaniu wad u innych wobec niemożności folgowania wadom własnym i sycenia się nadużyciami inaczej niż w wyobraźni! Przez ten długi okres wstrzemięźliwości większość z nich nabawiła się takiego apetytu na posady, honory i pieniądze, że łatwo można było przewidzieć, iż przy lada okazji rzucą się do władzy z łapczywością, która im nie pozwoli wybierać ani momentu, ani kąska. Tego typu człowiekiem był Havin.


* Leonor-Joseph Havin (1799 —1868) — deputowany od 1831 r., związany z opozycją dynastyczną, brał udział w kampanii bankietów. Był wiceprzewodniczącym w Konstytuancie i od 1851 r. do śmierci dyrektorem republikańskiego dziennika «Le Siècle».

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

czwartek, 27 lutego 2014

Politycy - ci co potrafią dość uczciwie robić rzeczy mało uczciwe


Nadeszła chwila, gdy należało zdecydować czy się chce obserwować tę osobliwą rewolucję jako osoba prywatna, czy też wziąć udział w wydarzeniach. W tej materii dawni przywódcy stronnictw byli podzieleni, a sądzić było można, że każdy z osobna też był wewnętrznie podzielony, czego dowodziły zamęt w ich wypowiedziach i zmienność poglądów. Owi politycy, z których większość uczyła się publicznej działalności w uregulowanym i spokojnym nurcie wolności konstytucyjnej i których wielka rewolucja zaskoczyła pośród ich zwyczajnych rozgrywek, upodobnili się w mych oczach do flisaków, którzy nie przyzwyczajeni do innej żeglugi niż rzeczna znaleźliby się nagle na pełnym morzu. Umiejętności, jakich nabyli w trakcie swych małych podróży, bardziej im teraz przeszkadzały, niż pomagały w wielkiej przygodzie i popadali teraz w osłupienie i niepewność łatwiej niż pasażerowie.

Pan Thiers kilkakrotnie był zdania, że należy kandydować i dać się wybrać, kilkakrotnie też bronił poglądu, że należy się trzymać na uboczu. Nie wiem czy jego wahania wynikały z obawy przed niebezpieczeństwami, jakie mogły zagrozić mu po wyborze, czy z lęku, że nie zostanie wybrany. Remusat, który zawsze widzi jasno, co by można, a niejasno co należy uczynić, przedstawiał trafne argumenty za schronieniem się w prywatność, i argumenty równie trafne na rzecz publicznej działalności. Duvergier stracił głowę. Rewolucja zniweczyła tę równowagę sił, której jego umysł trzymał się przez tyle lat w bezruchu i wydawało mu się, że wisi w próżni. Co do księcia de Broglie5, to od 24 lutego nie wychylił on głowy spod płaszcza, oczekując w tej pozycji końca świata, bardzo jego zdaniem bliskiego. Jeden pan Mole, choć był najstarszy spośród dawnych przywódców w Parlamencie, a może właśnie dlatego, zajął zdecydowane stanowisko, że trzeba wziąć udział w zdarzeniach i dążyć do pokierowania rewolucją. Bądź dlatego, że jego długie doświadczenie nauczyło go, iż w niepewnym czasie rola widza jest niebezpieczna, bądź dlatego, że nadzieja, iż znowu będzie mógł czymś kierować, dodała mu wigoru i przesłoniła niebezpieczeństwo przedsięwzięcia, bądź w końcu dlatego, że wbrew sobie tyle już razy musiał ulegać pod przeróżnymi rządami, stał się on bardziej stanowczy i zarazem giętki, a także obojętny na gatunek władzy. Ja z kolei, jak można się domyślać, długo się zastanawiałem nad decyzją.

Racje, które mną wówczas powodowały, chciałbym tu dokładnie sobie przypomnieć i przedstawić je bez osłonek, lecz jakżeż jest trudno mówić dobrze o sobie samym!

Zauważyłem, że większość spośród tych, którzy pozostawili nam swe wspomnienia dobrze odmalowała swoje złe czyny lub skłonności tylko wtedy gdy zostały one przez nich przypadkowo wzięte za świadectwo dzielności czy dobroci, co czasem im się przytrafiło. Tym to na przykład sposobem kardynał de Retz6, ażeby zyskać sobie sławę dobrego konspiratora, wyznaje nam swój zamiar zamordowania kardynała de Richelieu7, i żeby nie wypaść na człowieka niezręcznego opowiada o swych obłudnych modłach i aktach dobroczynności. Wówczas wcale nie miłość do prawdy każe mówić, lecz ułomności umysłu zdradzają bezwiednie skazy serca.

Atoli wtedy nawet, gdy chce się być szczerym, rzadko udaje się taki zamiar doprowadzić do końca. Przeszkadza w tym najpierw publiczność, która lubi, gdy ktoś sam siebie gani, lecz nie cierpi, by ktoś sam siebie chwalił, nawet przyjaciele miłym poczciwcem nazywają tego, co złe mówi o sobie, zaś tego, co mówi dobrze — nieprzyjemnym pyszałkiem. Dlatego szczerość staje się zajęciem wielce niewdzięcznym na którym można stracie niczego nie zyskawszy. Ale główna trudność tkwi w samym temacie zbyt sobie jesteśmy bliscy, żeby dobrze się widzieć, łatwo się gubimy pośród poglądów, interesów, idei, upodobań i skłonności, które popchnęły nas do działania. Ta plątanina małych ścieżek, źle znanych tym nawet, którzy nimi chadzają, przeszkadza w odnalezieniu głównego traktu, jakim szła wola, ażeby dojść do najważniejszych postanowień.

Chce jednak spróbować odnaleźć siebie w tym labiryncie. Sprawiedliwie będzie, gdy siebie potraktuję z równą swobodą, na jaką sobie pozwoliłem i będę jeszcze pozwalał z innymi.

Powiem więc, że gdy zacząłem uważnie spoglądać w swoje serce, odkryłem z niejakim zaskoczeniem pewną ulgę, rodzaj radości pomieszanej z wszystkimi troskami i obawami, do jakich rewolucja dała powód. Tyczyły one jednak mojego kraju i jasno widziałem, że nie tyczą mnie samego. Przeciwnie, wydawało mi się, że oddycham swobodniej niż przed katastrofą. W obrębie tego parlamentarnego świata, który został zburzony, było mi zawsze ciasno i ciężko. Spotkały mnie w nim różnego rodzaju rozczarowania związane z innymi i ze mną samym. Co do tych ostatnich, to prędko odkryłem, że brakuje mi danych do odegrania błyskotliwej roli, o jakiej marzyłem, przeszkadzały temu moje zalety i moje wady. Nie miałem w sobie dość szlachetności, żeby budzić respekt, a zbyt byłem uczciwy, ażeby zgadzać się na małe kombinacje, jakie wówczas były niezbędne dla szybkiego sukcesu. Na tę uczciwość nie było sposobu, jako że wynika ona tyleż z mego temperamentu, co z moich zasad, tak że bez niej niewiele potrafię z siebie wykrzesać. Gdy się zdarzyło, że musiałem przemawiać w jakiejś złej sprawie, albo iść fałszywą drogą, natychmiast opuszczały mnie talent i żarliwość. Wyznaję, że wobec niepowodzeń, jakie odnosiła moja uczciwość, nic tak mnie nie pocieszało jak pewność, która mi zawsze towarzyszyła, że łajdak ze mnie byłby wielce niezręczny i bardzo mierny. Sądziłem błędnie, że na trybunie odnajdę powodzenie, z jakim spotkała się moja książka8. Lecz warsztat pisarza i mówcy bardziej sobie szkodzą niż pomagają. Dobre przemówienie wcale nie jest podobne do dobrego rozdziału. Spostrzegłem to wkrótce i doszedłem do przekonania, że należę do oratorów poprawnych, pomysłowych, czasem głębokich, lecz zawsze chłodnych i tym samym bez siły przekonywania. W tej materii nie potrafiłem nigdy poważnie się zmienić. Nie brak mi żywych uczuć, lecz na trybunie przygaszała je zawsze słabość do pięknego wysłowienia. Doszedłem również do wniosku, że całkowicie brakowało mi umiejętności niezbędnych do skupiania ludzi w grupy i kierowania nimi. Zręczność wykazywałem wyłącznie wobec pojedynczego rozmówcy, w tłumie stawałem się skrępowany i milczący. Owszem, bywają chwile, że potrafię działać i mówić zgodnie z jego oczekiwaniami, ale jest to dalece niewystarczające, w rozgrywce politycznej takie wielkie okazje zdarzają się bardzo rzadko. Od przywódcy stronnictwa wymaga się przede wszystkim, żeby umiał bezustannie obcować ze swoimi, a nawet z przeciwnikami, żeby bez przerwy pokazywał się i występował, zniżał się i wznosił na przemian do poziomu różnych umysłów, żeby dyskutował, niezmordowanie argumentował, setki razy powtarzał to samo w innej formie i ciągle zapalał się tym samym tematem. Do tego wszystkiego jestem głęboko niezdolny, rozmowa o rzeczach, które mnie nie interesują, sprawia mi przykrość, a o tych które interesują mnie żywo — cierpienie. Prawda jest dla mnie rzeczą tak rzadką i cenną, że gdym raz ją znalazł, nie lubię jej wystawiać na przypadek debaty, jest światłem, które boję się zgasić wymachując nim. Zaś z ludźmi nie umiałbym spotykać się regularnie i często, bo znam ich niewielu. Gdy ktoś nie sprawi na mnie wrażenia czymś wyjątkowym w myśleniu lub uczuciach, przestaję go prawie dostrzegać. Wiem, że zarówno ludzie mierni jak i wybitni posiadają nos, oczy i usta, lecz nigdy nie zapadały mi w pamięć ich rysy. Zapytuję ciągle o nazwiska nieznajomych, których widuję codziennie i ciągle je zapominam, a przecież wcale nimi nie pogardzam, lecz uważając ich za pospolitych nie umiem z nimi obcować. Oddaję im cześć, bo kierują światem, lecz głęboko mnie nudzą. Tym, co przesądziło o mej niechęci, była mierność i monotonia parlamentarnych zdarzeń mego czasu, a także małość uczuć i banalne zepsucie osób, które wierzyły, że te zdarzenia tworzą lub nimi kierują.

Wydawało mi się czasami, że jeśli społeczeństwa różnią się obyczajami, to moralność polityków jest wszędzie taka sama. Jedno jest pewne, że we Francji wszyscy przywódcy stronnictw, jakich znałem w mym czasie, w równym stopniu wydali mi się niegodni przewodzenia, jedni skutkiem ułomności charakteru lub umysłu, zaś większość dla braku jakichkolwiek przymiotów. W żadnym nie mogłem prawie nigdy dostrzec owej bezinteresownej troski o dobro ludzi, jaką, zda mi się, odkrywam w sobie mimo mych ułomności i słabości. Było mi zatem równie trudno wiązać się z innymi, jak pozostawać samemu, słuchać, jak rozkazywać i skończyło się na tym, że przebywałem w ponurej izolacji, skutkiem czego oglądano mnie z daleka i osądzano nietrafnie. Czułem każdego dnia, że przypisywano mi zalety i wady urojone. Posądzano mnie o zręczność manewrowania, o głębokość poglądów i wyrafinowanie ambicji, których jako żywo byłem pozbawiony, z kolei zaś moje niezadowolenie z siebie, znudzenie i rezerwę brano za wyniosłość, grzech, który przysparza więcej wrogów niż najgorsze wady. Sądzono, że jestem przebiegły i skryty, ponieważ byłem milczący. Uchodziłem za surowego, skłonnego do uraz i zgryźliwego, choć cech tych nie posiadam, bo między dobrem a złem przechodzę z miękką pobłażliwością, która graniczy ze słabością, o doznanych krzywdach zapominam tak pospiesznie, że podobna niepamięć o zadanym mi cierpieniu świadczy raczej o chwiejności duszy, niezdolnej przechować wspomnienie zła, niż o wspaniałomyślnym wysiłku wybaczania.

Owe bolesne nieporozumienia powodowały nie tylko moje cierpienie, lecz spychały mnie poniżej poziomu moich możliwości. Na nikogo aprobata nie działa bardziej kojąco, nikt bardziej niż ja nie potrzebuje pomocy w postaci jawnego szacunku i zaufania, ażeby zdobyć się na czyny, do których jest zdolny. Skąd bierze się owo skrajne wątpienie we własne siły, potrzeba jaką odczuwam, by znajdować ciągle potwierdzenie samego siebie w myślach innych? Ze skromności? Sądzę raczej, że z dumy, która miota się i niepokoi tak samo jak mój umysł.

Lecz podczas tych dziewięciu lat publicznej działalności najbardziej męczyła mnie i pozbawiała ducha nieustannie mi towarzysząca niepewność co do najlepszego użytku, jaki należało uczynić z każdego dnia, która dziś jeszcze pozostaje najokropniejszym wspomnieniem tamtych czasów. Wydaje mi się, że chwiejność mego charakteru bierze początek raczej w ospałości inteligencji niż w słabościach serca, bez wahań bowiem i bez skrupułów obieram najbardziej śliską drogę, gdy jasno widzę dokąd mnie doprowadzi. Lecz pośród owych małych stronnictw dynastycznych, tak mało różniących się celem, a tak podobnych w wyborze niskich środków, jakaż ścieżka wyraźnie prowadziła do tego, co uczciwe, a przynajmniej pożyteczne? Gdzie była prawda? Gdzie fałsz? Po której stronie źli? Po której dobrzy? Nie potrafiłem wówczas rozstrzygnąć, a prawdę powiedziawszy me umiałbym tego zrobić i dzisiaj. Ludziom partii tego rodzaju wątpliwości nie odbierają na ogół ani wiary, ani energii, większość z nich nigdy ich nie przeżywała, albo już nie przeżywa. Oskarża się ich często o działanie bez przekonania, moje doświadczenie mówi mi, że zdarza się to rzadziej, niż można sądzić. Posiadają oni bowiem zdolność, w polityce cenną, a czasem nawet niezbędną, budowania sobie przekonań chwilowych, zgodnych z ich aktualnymi interesami i ambicjami, i w ten sposób potrafią dość uczciwie robić rzeczy mało uczciwe. Na nieszczęście nie umiałem nigdy wspomagać swej inteligencji takim osobliwym i sztucznym światłem, ani też wyobrażać sobie, że to, co korzystne dla mnie jest zgodne z dobrem ogólnym.

Ów świat parlamentarny, w którym przeżyłem opisane tu niedole, został przez rewolucję zburzony. Połączyła ona i wymieszała dawne partie we wspólnej ruinie, strąciła ich przywódców, zniszczyła ich tradycję i dyscyplinę. Zrodziło się z niej, co prawda, społeczeństwo rozprzężone i skłębione, lecz w którym zręczność stawała się mniej potrzebna i ceniona niż bezinteresowność i odwaga, w którym charakter był ważniejszy niż sztuka krasomówcza lub umiejętność manewrowania ludźmi, i w którym nade wszystko nie było już miejsca na wahania tu — ocalenie kraju, tam — jego zguba. Nie było już mowy o pomyłce w wyborze drogi, trzeba było nią iść w świetle dnia, wraz z tłumem wspierających i dodających ducha. Trakt wydawał się niebezpieczny, lecz z moim usposobieniem mniej lękam się niebezpieczeństwa niż zwątpienia. Czułem ponadto, że jestem jeszcze w sile wieku, nie miałem dzieci, a przede wszystkim w domu odnajdowałem tak rzadkie i cenne w czasach rewolucyjnych oparcie w oddanej żonie, której trzeźwy i przenikliwy umysł, wrodzona wzniosłość ducha pozwalały mierzyć się bez trudu z każdą sytuacją i godnie znosić wszelkie porażki.

Zdecydowałem się więc wkroczyć na arenę i podjąć obronę nie takich czy innych rządów, lecz praw, którymi stoi samo społeczeństwo, moja fortuna, mój spokój i moja osoba. Na początek należało dać się wybrać, wyjechałem więc natychmiast do mojej Normandii, ażeby przedstawić się wyborcom.

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

środa, 26 lutego 2014

Ludzka próżność, ta sama co do istoty, objawia się na różne sposoby


Chociaż rewolucja lutowa była najkrótszą i najmniej krwawą z naszych rewolucyj, to umysły i serca zwyciężonych wypełniała świadomością i poczuciem swej wszechwładzy jak żadna inna. Sądzę, że wynikało to głównie z tego, że owe serca i umysły zostały wymiecione z przekonań i pasji politycznych, że po tylu zawiedzionych rachubach i daremnych zabiegach pozostało w nich tylko upodobanie do dobrobytu, uczucie wielce uporczywe i wielce absorbujące, lecz bardzo łagodne, które z łatwością przystosowuje się do wszelkiego rodzaju rządów, pod warunkiem, że umożliwiają one jego zaspokojenie.

Dostrzegałem więc powszechny wysiłek przystosowania się do wydarzenia, jakie zgotowała fortuna i do oswojenia nowego pana. Wielcy posiadacze chętnie przypominali, że zawsze byli nieprzyjaciółmi klasy mieszczańskiej i sprzyjali klasom ludowym, księża w Ewangelii odnaleźli dogmat równości i zapewniali, że zawsze go tam dostrzegali, sami zaś mieszczanie przypominali sobie z niejaką dumą, że ich ojcowie byli robotnikami, a kiedy z powodu nieuniknionych niejasności genealogicznych nie umieli wskazać prawdziwego robotnika, który pracowałby swymi rękami, usiłowali przynajmniej wywieść ród od jakiegoś nieokrzesańca, który wzbogacił się własnym przemysłem. Obnoszono się z takim z równą troskliwością z jaką niedawno jeszcze by go ukrywano, albowiem ludzka próżność, ta sama co do istoty, objawia się na różne sposoby. Różne ma strony, lecz jest to wciąż ten sam medal.


Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

wtorek, 25 lutego 2014

Lud jest niezdolny i niegodny żyć w wolności


Pamiętam, że powiedziałem mu między innymi: „Z tego, co się dzieje niczego pan nie rozumie, wydaje pan sądy paryskiego gapia lub poety. Nazywa to pan zwycięstwem wolności, a jest to jej ostateczna klęska. Ten lud, który tak naiwnie pan podziwia, dowiódł ostatecznie, że jest niezdolny i niegodny żyć w wolności. Proszę mi pokazać, czego nauczyło go doświadczenie? Jakich nabył nowych cnot, jakich dawnych wad się wyzbył? Nie, powiadam, jest ciągle taki sam niecierpliwy, nierozsądny, występujący przeciw prawu, słaby wobec dobrych przykładów, zuchwały wobec niebezpieczeństwa — zupełnie jak jego ojcowie. Czas niczego w nim nie zmienił i pozostawił go równie lekkomyślnym w sprawach poważnych jak dawniej w drobnostkach".

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

poniedziałek, 24 lutego 2014

Politycy i historycy


Obcowałem z ludźmi pióra, którzy opisywali historię nie mieszając się do polityki i z politykami, którzy zajmowali się wyłącznie tworzeniem wydarzeń, bez zamiaru ich opisywania. Uderzało mnie zawsze, że ci pierwsi dopatrywali się wszędzie przyczyn ogólnych, a ci drudzy — żyjąc w plątaninie codziennych faktów - skłonni byli sobie wyobrazić, że wszystko należy przypisywać drobnym incydentom i że światem poruszają takie same małe sprężynki, jakie naciskają oni swymi rękami. Sądzę, że w błędzie są jedni i drudzy.

Ze swej strony żywię odrazę do owych absolutnych systemów, które uzależniają wszystkie historyczne wydarzenia od wielkich przyczyn sprawczych powiązanych między sobą w fatalistyczny łańcuch, które — by tak rzec — wykluczają człowieka z historii ludzkiego rodzaju. Znajduję, że są ciasne mimo ich rzekomej wielkości i fałszywe pod pozorami matematycznych prawd. Choć nie spodoba się to twórcom, którzy wymyślili te wzniosłe teorie, aby sycić własną próżność i ułatwić sobie pracę, jestem przekonany, że wielu ważnych faktów historycznych nie da się wytłumaczyć inaczej jak przypadkowymi okolicznościami i że wiele innych pozostaje niewytłumaczalnymi, że wreszcie przypadek — czy raczej kombinacja przyczyn wtórnych, którą tym mianem określamy nie potrafiąc ich rozwikłać — liczy się bardzo w tym, co oglądamy na teatrze świata. Lecz równie mocno jestem przekonany, że przypadek nie czyni niczego, co uprzednio nie byłoby przygotowane. Dawniej zaszłe fakty, natura społecznych urządzeń, charakter umysłów, stan obyczajów są materiałem, z którego układa on owe improwizacje, które tak nas dziwią i przerażają.

Rewolucja lutowa jak wszelkie tego rodzaju ważne wydarzenia wynikła z przyczyn ogólnych, zapłodnionych — jeśli można tak rzec — przez drobne wypadki. I byłoby równie powierzchowne wywodzić ją koniecznie z tych pierwszych, jak przypisywać jej wybuch wyłącznie tym drugim.

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

niedziela, 23 lutego 2014

Panowie: nie w porę zasypiamy na wulkanie …


Jaśniej i bardziej ponaglająco wyrażałem się w swoim przemówieniu do Izby Deputowanych 29 stycznia 1848 roku, zamieszczonym w «Monitorze» z 30 stycznia 16. Oto najważniejsze ustępy:

„...Mówi się, że nie ma niebezpieczeństwa, bo nie ma rozruchów, mówi się, że ponieważ na powierzchni społeczeństwa nie ma nieporządku w sensie materialnym, to rewolucje są od nas daleko.

Panowie, pozwólcie sobie powiedzieć, że sądzę, iż się mylicie. Bez wątpienia, nieporządek nie przejawia się w faktach, lecz wdarł się głęboko w umysły. Spójrzcie, co się dzieje w łonie tych klas pracowniczych które dziś, przyznaję, są spokojne. Prawdą jest, że nie targają nimi namiętności czysto polityczne w takim stopniu, jak niegdyś, lecz czyż nie widzicie, że namiętności z politycznych przemieniły się w socjalne? Czyż nie widzicie, że rozprzestrzeniają się w ich łonie poglądy, idee, które nie prowadzą wcale do obalenia wyłącznie tej ustawy, tego ministerium, tego nawet rządu, lecz do obalenia społeczeństwa, do wstrząśnienia podstawami, na których dziś ono się wspiera? Czyż nie słyszycie jak ciągle wśród nich się powtarza, że wszystko, co znajduje się ponad nimi, jest niezdolne i niegodne nimi rządzić, że dotychczasowy rozdział dóbr w świecie jest niesprawiedliwy, że własność opiera się na podstawach, które nie są sprawiedliwymi? I czyż nie sądzicie, że kiedy podobne poglądy się zakorzeniają i stają się prawie powszechne, że kiedy głęboko schodzą w masy, to muszą wówczas prędzej czy później doprowadzić, nie wiem kiedy, nie wiem jak, lecz muszą wcześniej czy później doprowadzić do najgroźniejszych przewrotów? Takie jest, Panowie, moje najgłębsze przekonanie sądzę, że nie w porę zasypiamy na wulkanie, jestem o tym głęboko przekonany.

Powiedziałem wam przed chwilą Panowie, że to zło doprowadzi wcześniej czy później, nie wiem kiedy, nie wiem jak, nie wiem skąd przyjdą, lecz wcześniej czy później doprowadzi do najpoważniejszych w tym kraju rewolucyj, bądźcie o tym przekonani.

Kiedy przychodzi mi szukać w różnych epokach, u różnych ludów, jaka była rzeczywista przyczyna, która doprowadziła do ruiny rządzące klasy, dostrzegam oczywiście takie czy inne zdarzenie, człowieka, przypadkową lub powierzchowną przyczynę lecz wierzcie mi, że przyczyną rzeczywistą, przyczyną sprawczą, która powoduje utratę władzy przez ludzi jest to, że stali się oni niegodni by ją sprawować. Pomyślcie Panowie o dawnej monarchii, była ona silniejsza niż wy silniejsza swymi początkami, lepiej niż wy wspierała się na dawnych zwyczajach, na starych obyczajach, na starodawnych wierzeniach, była silniejsza niż wy, a jednak obróciła się w proch. Dlaczego? Sądzicie może, że sprawił to jakiś szczególny przypadek? Myślicie, że było to dzieło jakiegoś człowieka deficytu przysięgi w sali Jeu de Paume, La Fayette'a, Mirabeau?17 Nie Panowie, jest inna przyczyna ta, że klasa, która wtedy rządziła, przez swą obojętność, przez egoizm, przez swoje wady stała się niezdolna i niegodna rządzić. Oto prawdziwa przyczyna.

Panowie! Jeśli jest słuszne żywić patriotyczną troskę w każdej epoce, to jakże słuszne jest żywić ją w naszym czasie! Czyż nie czujecie Panowie jakąś instynktowną intuicją, której nie da się uzasadnić, lecz która nie zawodzi, że w Europie znowu drży ziemia? Czy nie czujecie w powietrzu wiatru rewolucji? Tego wiatru, o którym nie wiadomo gdzie się rodzi, skąd przychodzi i kogo porwie. I w taką porę pozostajecie spokojni wobec zepsucia publicznych obyczajów, a to słowo nie jest zbyt mocne.

Mówię teraz bez goryczy, zwracam się do was, jak sądzę, wyzbyty stronnego ducha partyjności, atakuję ludzi, wobec których nie czuję gniewu, lecz wreszcie mam obowiązek powiedzieć mojemu krajowi to, co jest moim głębokim i ustalonym przekonaniem. Otóż moim przekonaniem głębokim i ustalonym jest to, że psują się obyczaje publiczne, że zepsucie publicznych obyczajów was doprowadzi w krótkim, być może bliskim czasie do nowych rewolucji. Czyż nici królewskiego żywota są mocniejsze, trudniejsze do przecięcia niż u innych ludzi? Czy w godzinie, która właśnie wybija, macie pewność jutra? Czy wiecie, co może się stać z Francją za rok, za uchwałą dla królestwa francuskiego konstytucji „na trwałych podstawach opartej". Marie-Joseph Motier markiz de La Fayette (1757-1834) - polityk i generał. Zyskał sławę w walkach o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Przedstawiciel stanu szlacheckiego w Stanach Generalnych 1789 r., inicjował opracowanie Deklaracji praw człowieka i jako liberalny rojalista brał udział w Rewolucji Francuskiej. W czasach Restauracji był jednym z przywódców stronnictwa liberalnego, miesiąc, może za dzień? Tego nie wiecie, lecz macie świadomość, że nad horyzontem jest burza, że do nas nadciąga. Czy pozwolicie jej się zaskoczyć?

Nie pozwólcie Panowie, błagam was! — nie proszę, a błagam. Padłbym przed wami na kolana, tak poważna i rzeczywista wydaje mi się groźba, tak bardzo jestem przeświadczony, że przed nią przestrzegać nie jest pustą formą retoryczną. Tak! groźba jest wielka! Zażegnajcie ją, gdy jest jeszcze na to czas. Naprawcie zło skutecznymi środkami, atakując je nie w symptomach, lecz w jego istocie. Mówiono o zmianach w ustawodawstwie. Skłonny jestem sądzić, że zmiany te są nie tylko pożyteczne, lecz konieczne, wierzę w potrzebę reformy prawa wyborczego, w pilność reformy parlamentarnej, lecz Panowie, nie jestem na tyle nierozsądny, ażeby nie wiedzieć, że to nie prawa przesądzają o losach ludów, nie, to nie prawny mechanizm tworzy wielkie zdarzenia, lecz sam duch rządów. Jeśli pragniecie, zachowajcie prawa, choć myślę, że to błąd, ale zachowajcie je, jeśli taka wasza wola, zachowajcie nawet ludzi co do mnie, nie wnoszę żadnego sprzeciwu, ale — na Boga — odmieńcie ducha rządów, albowiem — powtarzam to raz jeszcze — duch rządów dzisiejszych prowadzi was w przepaść" l8

Na ławach większości te ponure przepowiednie przyjęto obraźliwymi śmiechami. U opozycji zyskały żywy poklask, lecz bardziej przez ducha partyjności niż z przekonania. Tak naprawdę, nikt jeszcze nie wierzył poważnie w niebezpieczeństwo, które zapowiadałem, choć tak bliscy byliśmy upadku. Zwyczaj ubarwiania ponad miarę wyrazu swych uczuć i niepohamowanej przesady w wypowiadaniu myśli, zwyczaj zastarzały, jakiego ci wszyscy politycy nabyli w trakcie długiej komedii parlamentarnej, pozbawił ich także umiejętności oceny tego, co rzeczywiste i prawdziwe. Od wielu lat większość twierdziła, że opozycja wystawia kraj na niebezpieczeństwo, a opozycja powtarzała bez przerwy, że ministrowie gubią monarchię. Jedni i drudzy czynili to tyle razy, nie bardzo w zagrożenie wierząc, że w końcu przestali w nie wierzyć zupełnie w chwili, gdy wydarzenia miały przyznać rację obu stronom . Nawet moi bliscy przyjaciele sądzili, że w mojej mowie było nieco retoryki. Pamiętam, że gdy schodziłem z trybuny, Dufaure 19 wziął mnie na stronę i powiedział mi z owym wyczuciem parlamentu, które u niego stanowi jedyny rys geniuszu: „Udało się panu lecz udałoby się znacznie lepiej, gdyby Pan nie wzniósł się tak ponad poglądy zgromadzenia i nie chciał nas tak wystraszyć". Teraz zaś twarzą w twarz ze sobą, gdy we wspomnieniach szukam odpowiedzi czy rzeczywiście byłem tak przerażony, jak wyglądałem — znajduję, że nie, i bez oporu przyznaję, że wydarzenia potwierdziły mój pogląd szybciej i pełniej niż przewidywałem . Nie, nie spodziewałem się takiej rewolucji, jaką mieliśmy zobaczyć, zresztą, kto mógł się jej spodziewać. Dostrzegałem, jak sądzę, jaśniej niż inni ogólne przyczyny, które ściągały monarchię lipcową ku ruinie. Nie widziałem jednak bieżących wypadków, które miały ją obalić. A tymczasem szybko mijały dni, które dzieliły nas jeszcze od katastrofy.

16 «Le Moniteur Universel» dziennik założony w 1789 r. w Paryżu, zamieszczał sprawozdania z obrad parlamentu. Staje się oficjalnym dziennikiem rządowym w r. 1800, od r. 1869 zmienia tytuł na «Journal officiel». Tocqueville pomylił daty — przemówienie wygłaszał 27 stycznia, zostało opublikowane w «Monitorze» z 28 stycznia.
17 Mowa o faktach i ludziach potocznie uznawanych za przyczyny wybuchu Rewolucji Francuskiej, deficyt — chodzi o olbrzymie niedobory w budżecie państwa i zarazem jeden z powodów zwołania Stanów Generalnych, od których minister finansów chciał uzyskać uchwalenie reformy podatkowej, przysięga — deklaracja uchwalona przez przedstawicieli stanu trzeciego 20 czerwca 1789 w
sali Jeu de Paume, w której przysięgli sobie nie rozstać się zanim nie opracują i nie uchwałą dla królestwa francuskiego konstytucji „na trwałych podstawach opartej".
Marie-Joseph Motier markiz de La Fayette (1757-1834) - polityk i generał. Zyskał sławę w walkach o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Przedstawiciel stanu szlacheckiego w Stanach Generalnych 1789 r., inicjował opracowanie Deklaracji praw człowieka i jako liberalny rojalista brał udział w Rewolucji Francuskiej. W czasach Restauracji był jednym z przywódców stronnictwa liberalnego, Honore- Gabriel Riqueti hrabia de Mirabeau (1749—1791) — polityk, przedstawiciel trzeciego stanu w Stanach Generalnych, rzecznik monarchii konstytucyjnej i jeden z najlepszych mówców rewolucyjnych.
18 Fragmenty tego przemówienia zostały włączone do Wspomnień przez ich pierwszego wydawcę Christiana de Tocqueville, autor zostawił w swym rękopisie puste miejsce.
19 Jules-Armand Dufaure (1798-1881) - adwokat, członek stronnictwa liberalnego, od 1834 deputowany do Zgromadzenia. Dwukrotnie był ministrem spraw wewnętrznych II Republiki. Wokół niego i Tocqueville'a skupiała się grupa młodych neokonserwatystów, zwolenników umiarkowanych reform.

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum

Upodobanie do funkcji publicznych i pragnienie życia z podatków nie są u nas wcale chorobą właściwą jakiejś jednej partii, jest to wielka i stała ułomność całego narodu


„Opuszczać rząd, porzucać w takich okolicznościach swoich politycznych przyjaciół — powiadają — to niesłychana nikczemność". Inni wykrzykują, że należy udać się razem do Tuilerii i zmusić króla, aby odwołał tak zgubne postanowienie. Owa rozpacz nie zaskoczy nikogo, jeśli pomyśleć, że większość tych ludzi poczuła się dotknięta nie tylko w swych politycznych przekonaniach, lecz w najczulszych punktach prywatnego interesu. Zdarzenie obalające gabinet wystawiało na szwank to fortunę jednego, to posag córki drugiego, to znów karierę syna jeszcze innemu. Dzięki temu trzymano ich w garści prawie wszystkich. Większość z nich nie tylko poszła w górę dzięki sprzedajności, ale rzec można wręcz z niej żyła, żyła z niej ciągle jeszcze i spodziewała się żyć z niej nadal, skoro bowiem gabinet przetrwał osiem lat, przywyknięto do myśli, że trwać będzie zawsze, przywiązano się do niego tym poczciwym i niezachwianym przywiązaniem, jakie chłop żywi do swego pola. Z mojej ławy patrzyłem na ten falujący tłum. Dostrzegałem, jak na tych wystraszonych obliczach malowały się pomieszane przebłyski zaskoczenia, złości, lęku i pożądliwości zmąconych zanim zdążyły się nasycić. W duchu porównywałem tych wszystkich ustawodawców do sfory ogarów oderwanych od zdobyczy z na wpół pełnymi pyskami.

Trzeba zresztą zauważyć, że aby spora ilość członków opozycji zrobiła z siebie podobne widowisko, wystarczyłoby wystawić ją na podobną próbę. Jeśli wielu konserwatystów broniło rządu tylko dla zachowania różnych gratyfikacji i stanowisk, to muszę powiedzieć, że wielu opozycjonistów zdawało się go atakować wyłącznie po to, by się ich dochrapać. Faktem jest bowiem, faktem godnym pożałowania, że upodobanie do funkcji publicznych i pragnienie życia z podatków nie są u nas wcale chorobą właściwą jakiejś jednej partii, jest to wielka i stała ułomność całego narodu, jest to łączny produkt demokratycznej konstytucji naszego społeczeństwa obywatelskiego i nadmiernej centralizacji naszego aparatu władzy, jest to ukryta choroba, która trawiła wszystkie dawne rządy i która tak samo trawić będzie wszystkie nowe.

Alexis de Tocqueville, Wspomnienia
Aleksander Wit Labuda
Ossolineum