Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Evola. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Obojętny wobec zabobonu i "wyprzedaży samego siebie"

Dzisiaj liczy się wyłącznie i jedynie dzieło tego, kto potrafi utrzymać się na linii szczytów grani: niezłomny w zasadach, niedostępny dla jakichkolwiek ustępstw, obojętny wobec gorączki i konwulsji, obojętny wobec zabobonu i wobec „wyprzedaży samego siebie”, w rytm których tańczyły ostatnie generacje. Liczy się tylko milczące wytrwanie niewielu, których nieporuszona obecność (…) służy temu, aby tworzyć nowe miary, nowe więzi i nowe wartości, nowy biegun, który nawet jeśli na pewno nie przeszkodzi temu światu zbłąkanych i niespokojnych być tym, czym jest, to jednak da temu lub owemu przeżycie prawdy, przeżycie, które być może będzie początkiem wyzwalającego kryzysu.

Julius Evola

wtorek, 19 kwietnia 2016

„Cywilizacja” amerykańska

Niedawno tragicznie zmarły John Dewey obwołany został przez amerykańską prasę osobowością najbardziej reprezentatywną dla cywilizacji amerykańskiej. Całkiem słusznie. W jego teoriach odnajdziemy wizje człowieka i egzystencji stanowiącą podstawę amerykanizmu i tamtejszej „demokracji”. 

Istota jego rozważań polega na założeniu, że każdy w granicach wyznaczonych przez środki technologiczne, jakimi dysponuje, może stać się tym, kim chce być. Zatem jednostka nie jest zdeterminowana przez prawdziwą naturę swej osobowości; nie istnieją różnice między ludźmi, a jedynie różnice w ich kwalifikacjach. Z teorii tej wynika, że można zostać kim się chce pod warunkiem odpowiedniego przeszkolenia.

Właśnie tak przedstawia się koncepcja self-made-mana (człowieka samokreującego się – przyp.tłum.); w społeczeństwie, które zerwało wszelkie więzi z tradycją, motyw kariery osobistej przejawia się w każdym aspekcie ludzkiej egzystencji, posiłkując się egalitarną doktryną totalnej demokracji. Jeśli przyjąć zasadnicze elementy tej idei, konieczne jest zanegowanie wszelkiej naturalnej różnorodności. Każda jednostka może wówczas rościć pretensje do przejęcia potencjału kogokolwiek innego, a pojęcia „lepszy” i „gorszy” tracą znaczenie; traci sens wszelki dystans i szacunek, dopuszczalny jest wybór każdego stylu życia. Koncepcjom organicznym ludzkiego życia Amerykanie przeciwstawiają koncepcje mechanicystyczne. W społeczeństwie, które „zaczynało od zera”, wszystko nosi znamiona sztuczności. W społeczeństwie amerykańskim o wizerunku nie stanowi twarz, lecz maska. Jednocześnie wielbiciele amerykańskiego stylu życia są wrogo nastawieni wobec osobowości.

Przypisywana Amerykanom jako zaleta „otwartość umysłu” stanowi odbicie ich wewnętrznej nijakości. Podobnie sprawa wygląda z ich „indywidualizmem”.

Indywidualizm i osobowość to dwie różne rzeczy: ten pierwszy należy do bezkształtnego świata ilości, zaś osobowość znajduje się w domenie jakości i hierarchii. Amerykanie są żywym zaprzeczeniem kartezjańskiego „myślę, więc jestem”: nie myślą, a mimo to są. Ich prymitywnym umysłom brak charakterystycznego rysu, co sprawia, iż podatni są na wszelkie formy standaryzacji.

W cywilizacjach wyższego rzędu, na przykład w indoaryjskiej, istotę pozbawioną własnej osobowości i przynależności kastowej (w prawdziwym znaczeniu tego terminu) zaliczono by nawet nie do sług czy siudrów, lecz do szeregu pariasów.

W pewnym sensie Ameryka jest ojczyzną pariasów. Jednak pariasi mają też swoją rolę. Jest nią podporządkowanie się istotom posiadającym osobowość i kierującym się ściśle określonymi prawami. Tymczasem nasi współcześni pariasi uzurpują sobie prawo do dominacji i rozciągają swą władzę nad całym światem.

Szeroko rozpowszechniony jest pogląd, jakoby Stany Zjednoczone były „młodym państwem z wielką przyszłością”. Oczywiste ułomności składa się na karb „młodzieńczych błędów” i „porodowych bólów”. Nietrudno dostrzec jak znaczącą rolę w takich osądach odgrywa mit „postępu”. Zgodnie z przekonaniem, iż to, co nowe, musi być lepsze, mówi się o kluczowej roli Ameryki pośród cywilizowanych państw. Stany Zjednoczone wystąpiły zatem w I wojnie światowej w imieniu „cywilizowanego świata” par excellence.

„Najbardziej rozwinięty” naród ma przecież nie tylko prawo, ale i obowiązek interweniowania w sprawach innych ludów.

Jednak dzieje ludzkości przebiegają nie w sposób ewolucyjny, lecz cykliczny. Najmłodsze cywilizacje nie są więc, bynajmniej, „najlepsze”. W praktyce mogą być nawet starcze i zepsute. Pomiędzy najbardziej zaawansowanymi a najprymitywniejszymi etapami dziejowego rozwoju istnieją określone zależności. Ameryka obrazuje schyłkową epokę wspólczesnej Europy. Guenon określił Stany Zjednoczone mianem „Dalekiego Zachodu”, pragnąc zaznaczyć, iż reprezentują one reductio ad absurdum najbardziej negatywnych i starczych aspektów cywilizacji zachodniej. Zaczątki symptomów rozkładu, kulturowego i człowieczego regresu występującego w śladowej formie w Europie, odnaleźć można w dużym powiększeniu i stężeniu w Ameryce. Mentalność amerykańska to nic innego, jak przykład procesu regresji objawiającej się atrofią zainteresowania dziedziną ducha i niezrozumieniem wyższych poziomów percepcji. Umysł amerykański ogranicza swe horyzonty do spraw doczesnych i elementarnych, co prowadzi do postrzegania świata w sposób banalny, uproszczony i przyziemny, aż do zaniku życia duchowego. Istnienie redukowane jest do kategorii czysto mechanicznych. Samoświadomość sprowadza się wyłącznie do wymiaru cielesnego. Typowy Amerykanin nie zna duchowych rozterek i dylematów: jest „urodzonym” klakierem i konformistą.

Porównanie prymitywnego umysłu amerykańskiego do umysłu młodego jest z gruntu fałszywe. Amerykańska umysłowość charakteryzuje się cechami społecznego regresu, o czym już wspominałem.

Amerykańska moralność 

Ukazywany w filmach, dokumentach i reklamówkach, głoszony wszem i wobec powab amerykańskich kobiet polega w dużej mierze na fałszu. Przeprowadzone niedawno w Stanach Zjednoczonych badania lekarskie dowiodły, iż tamtejsze młode przedstawicielki płci żeńskiej pozbawione są seksualnego pożądania; miast zaspokojenia swego libido, uciekają w narcystyczny ekshibicjonizm, próżność oraz kult zdrowia i siły w bardzo sterylnym wydaniu. Amerykańskie dziewczyny „nie mają zahamowań w sprawach seksu”; są „łatwe” wobec mężczyzn, dla których stosunek płciowy jest celem samym w sobie i nie wiąże się z niczym więcej. To dlatego po wizycie w kinie czy na potańcówce dziewczyna bez oporów pozwala się całować – nic to dla nie znaczy. Amerykanki charakteryzują się niebywałym chłodem uczuć i materializmem. Mężczyzna, który „wiąże się” z którąś z nich, zobowiązuje się do jej utrzymania. Materia to domena kobiety! Oto dowody. W przypadku rozwodów amerykańskie prawo zdecydowanie faworyzuje kobiety. Dlatego chętnie występują one o rozwód, gdy tylko dostrzegą perspektywę większego zysku. Często zdarza się, że planująca zamążpójście kobieta jest już „zaręczona” z następnym przyszłym mężem, którego ma zamiar poślubić po intratnym rozwodzie z poprzednim.

„Nasze” amerykańskie media 

Amerykanizacja w Europie zatacza coraz szersze kręgi i nie da się jej zakwestionować. W powojennych Włoszech jej fala gwałtownie rośnie i spotyka się z entuzjazmem, a przynajmniej z akceptacją, większości społeczeństwa. Pisałem już kiedyś, że z dwóch wielkich niebezpieczeństw zagrażających Europie – amerykanizmu i komunizmu – pierwsze z nich jest bardziej zdradliwe. Zagrożenie komunistyczne przybiera bowiem formę brutalną i katastrofalną; oznacza bezpośrednie przejęcie władzy przez komunistów. Tymczasem amerykanizacja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji, wiążącej się ze zmianami mentalności i przekształceniami na poziomie drugorzędnej sfery obyczajowości, czego skutkiem jest zasadniczy przewrót i rozkład, którym przeciwdziałać można tylko prowadząc walkę wewnętrzną.

Właśnie ta wewnętrzna batalia kończy się dla większości Włochów przegraną. Zapominając o własnym dziedzictwie kulturowym, zwracają się ku Stanom Zjednoczonym widząc w nich opiekuńczego przewodnika po świecie. Każdy, kto chce uchodzić za nowoczesnego, powinien przystawać do amerykańskich standardów. Widok tak poniżającego się kraju europejskiego jest żałosny. Ów podziw dla Ameryki nie ma przecież nic wspólnego z kulturalnym zainteresowaniem sposobem życia innych ludzi. Przeciwnie, serwilizm wobec Stanów Zjednoczonych prowadzi do przekonania, że żaden inny styl życia nie może równać się amerykańskiemu.

Nasze rozgłośnie radiowe uległy amerykanizacji. Nie zważając na jakiekolwiek kryteria wartościowania, podążają za modnymi tematami chwili i badają rynek zagadnień „akceptowanych” – preferowanych przez najbardziej zamerykanizowaną część odbiorców, a zatem zbiór najgorszych degeneratów.

Pozostałym nie zostawia się możliwości wyboru. Amerykanizacji uległ nawet styl radiowych prezenterów. „Czy po wysłuchaniu amerykańskiej audycji w radiu można uniknąć przerażenia, gdy nagle zdajemy sobie sprawę, że jedynym ratunkiem przed komunizmem jest amerykanizowanie się?” Nie są to słowa jakiegoś europejskiego obserwatora, lecz amerykańskiego socjologa, profesora Uniwersytetu w Princeton, Jamesa Burnhama. Takie zdanie wypowiedziane przez Amerykanina powinno okryć włoskich radiowców rumieńcem wstydu.

Skutkiem demokracji po hasłem „pilnuj swoich interesów” jest zaczadzenie większej części społeczeństwa, które nie potrafi dokonywać samodzielnych wyborów, i które, gdy brak mu przewodniej siły ideału, niezwykle łatwo traci poczucie tożsamości.

Ład przemysłowy w Ameryce 

W swej klasycznej rozprawie o kapitalizmie Werner Sombart określił późne stadium formacji kapitalistycznej przysłowiem fiat producto, pareat homo. W tej skrajnej formie kapitalizm sprowadza wartość człowieka wyłącznie do wartości produkowanych przez niego dóbr, bądź wynalezionych przezeń środków produkcji. Doktryny socjalistyczne wyrosły właśnie z uwagi na ten brak uwzględnienia czynnika ludzkiego.

Początek nowego etapu miał miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie pojawił się wzrost zainteresowania tzw. stosunkami pracy. Choć mogło się wydawać, iż przyniesie to poprawę sytuacji, w rzeczywistości było to zjawisko szkodliwe. Przedsiębiorcy i pracodawcy zwrócili uwagę na znaczenie czynnika ludzkiego w ekonomii produkcji; doszli do wniosku, że błędem jest nieprzywiązywanie wagi do jednostki stanowiącej część systemu industrialnego; do jej motywacji, uczuć, dnia powszedniego. W ten sposób pojawiła się odrębna dyscyplina naukowa badająca reakcje międzyludzkie w przemyśle w oparciu o behawioryzm. Zwięzłej analizy zachowań i motywacji pracowników dostarczyła m.in. praca B.Gardnera i G.Moore’a pt. „Stosunki międzyludzkie w przemyśle” (ang. „Human Relations in Industry), której wyraźnym celem było określenie skutecznych środków prowadzących do wyeliminowania przeszkód na drodze do maksymalizacji produkcji. Publikacje takie z pewnością pojawiły się z inspiracji menedżerów, wspomaganych przez akademickich ekspertów. Analizy socjologiczne uwzględniają nawet nastroje społeczne pracowników. Badania te mają znaczenie praktyczne; rola psychicznego komfortu pracownika jest równie istotna, jak zachowanie jego dobrej kondycji fizycznej. W przypadku, gdy pracownik wykonuje pracę monotonną, która nie wymaga od niego większej koncentracji, nauka przestrzega przed „zagrożeniem”, że jego myśli mogą pójść w kierunku, który niekorzystnie odbije się na wynikach pracy.

Nie zapomina się też o życiu prywatnym pracownika – pojawiło się tzw. doradztwo personalne. Do zadań specjalistów należy rozwiewanie lęków i obaw, rozwiązywanie problemów psychicznych i „kompleksów utrudniających adaptację”, a nawet doradztwo w sprawach najbardziej osobistych. Do wykorzystywanych technik psychoanalitycznych należy nakłonienie pacjenta do „otwartej rozmowy”, której wynikiem ma być swoiste katharsis zwieńczone ulgą.

Wszystko to nie ma związku z duchowym doskonaleniem czy jakimikolwiek rzeczywistymi ludzkimi problemami w rozumieniu Europejczyka, nawet obecnego „wieku ekonomii”. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny człowiek traktowany jest jak dzika bestia, a posłuszeństwo wymusza się terrorem i głodem. W Stanach Zjednoczonych człowiek jest również postrzegany w kategoriach pracy i konsumpcji, przy czym nie pomija się aspektów jego życia wewnętrznego – wszystko znajduje się pod pełną kontrolą. Na tej „ziemi obiecanej” każdemu, nawet przeciętnemu człowiekowi sugeruje się, iż osiągnął stopień szczęśliwości, o którym marzyły całe pokolenia. W ten sposób zapomina kim jest, skąd pochodzi, i zatapia się bez reszty w teraźniejszości.

Amerykańska demokracja przemysłowa 

Pomiędzy deklarowanymi zasadami dominującej ideologii politycznej, a rzeczywistymi strukturami gospodarczymi Stanów Zjednoczonych występuje znaczna i stale powiększająca się rozbieżność. Powyższe zjawisko należy do dziedziny „morfologii gospodarczej”. Wyniki badań wskazują, że amerykańska gospodarka daleka jest od modelu lansowanego przez propagandę; ideału demokratycznego. Gospodarka Stanów Zjednoczonych ma strukturę „piramidy”. Posiada określoną hierarchię. Wielkie przedsiębiorstwa są kierowane i zorganizowane w sposób podobny, jak rządowe ministerstwa. Posiadają ciała koordynacyjne i kontrolne, które izolują warstwę kierowniczą od mas pracowniczych. Zamiast dążyć do większej elastyczności w dziedzinie społecznej, „elita menedżerska” (Burnham) staje się coraz bardziej autokratyczna – rzecz nie bez związku z amerykańską polityką zagraniczną.

Taki jest zmierzch kolejnej amerykańskiej iluzji. Ameryka: „kraj równych szans”, gdzie każdy może dojść do wymarzonej pozycji, kraj, w którym z nędzarza można stać się bogaczem. Na początku była to „ziemia otwarta po horyzont” dla każdego, kto chciał na nią przybyć. Gdy jej zabrakło, nową granicą ekspansji stał się pozornie nieograniczony potencjał przemysłu i handlu. Jak twierdzą Gardner, Moore i wielu innych, potencjał przestał być nieograniczony, a pole manewru staje się coraz skromniejsze. Biorąc pod uwagę stale rosnącą specjalizację pracy w procesie produkcyjnym i wzrastający nacisk na kwalifikacje, ugruntowana dotąd w Amerykanach wiara, że każde kolejne pokolenie „zajdzie wyżej” niż poprzednicy, staje się coraz bardziej bezpodstawna. Oznacza to, iż w tzw. politycznej demokracji amerykańskiej siła i potencjał ziemi, czyli gospodarka i przemysł, zarządzane są w sposób niedemokratyczny. Rodzi się zatem pytanie: czy rzeczywistość ma być kształtowana zgodnie z oczekiwaniami ideologii, czy vice versa? Do niedawna przeważała pierwsza z tych opcji; niektórzy nawołują do przywrócenia „prawdziwej Ameryki” nieskrępowanej przedsiębiorczości i autonomii jednostki wobec władz centralnych. Są wszakże tacy, którzy woleliby ograniczenia demokracji i przystosowania rzeczywistości politycznej do realiów gospodarczych. Jeśli w ten sposób opadłaby maska amerykańskiego „demokratyzmu”, stałoby się wreszcie jasne, do jakiego stopnia ta „demokracja” była tylko narzędziem w rękach oligarchii stosującej niejawną strategię, zapewniając sobie w ten sposób pole do nadużyć i oszustw na wielką skalę wobec tych, którzy akceptują system, gdyż dostrzegają w nim sprawiedliwość. Kwestia „demokracji” w Stanach Zjednoczonych może w przyszłości doprowadzić do paru interesujących wniosków.

Julius Evola

(źródło: „Civilta americana”, 1945
tłumaczenie: pismo „Odala” nr VI)

czwartek, 30 października 2014

Dokładne przeciwieństwo starożytnej europejskiej tradycji


Ameryka... stworzyła "cywilizację", która reprezentuje dokładne przeciwieństwo starożytnej europejskiej tradycji. Wprowadziła religię działania i produktywności; postawiła za cel zysk, wielką przemysłową produkcję i mechaniczne, widoczne i ilościowe osiągnięcia ponad wszystko inne. Stworzyło to bezduszną wspaniałość czysto technologicznej i kolektywnej natury, pozbawioną wszelkiego transcendentalnego tła, wewnętrznego świata i czystej duchowości. Ameryka zbudowała społeczeństwo, gdzie człowiek staje się zaledwie instrumentem produkcji i materialnej produktywności wewnątrz konformistycznego społecznego konglomeratu.


Juliusz Evola

piątek, 21 lutego 2014

Etyka Aryjska: wierność własnej naturze



Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, należy uświadomić sobie, że także problemy społeczne pozostają zawsze, w swej istocie, związane z problemami etycznymi i z ogólną wizją życia. Jeśli ktoś chce rozwiązywać problemy społeczne na bazie czysto technicznego planu, przypomina w swym działaniu lekarza, który zamierza jedynie zwalczać zewnętrzne objawy choroby, zamiast badać i likwidować najgłębsze przyczyny. Większość kryzysów, zaburzeń i nierówności, które charakteryzują współczesne społeczeństwa zachodnie, zależy, w części, od czynników materialnych, jednakże w równej mierze jest efektem milczącego zastąpienia pewnej ogólnej wizji życia przez inną - przez nową postawę względem siebie i swego przeznaczenia. Ten cichy proces przedstawiany jest jako zdobycz cywilizacji, gdy tymczasem nie jest niczym innym jak tylko dewiacją, wynaturzeniem i upadkiem.

Dla zrozumienia rzeczy o których tutaj traktujemy szczególne znaczenie ma uwypuklenie opozycji istniejącej pomiędzy „aktywistyczną” i indywidualistyczną etyką współczesną a tradycyjną aryjską doktryną odnoszącą się do „własnej natury”.

We wszystkich cywilizacjach tradycyjnych - które próżna zarozumiałość „historiografii” uznaje za „przeżytki”, a ideologia masońska osądza jako „obskuranckie” - zasada fundamentalnej równości natury ludzkiej była zawsze ignorowana i uważana za oczywistą aberrację. Każdy byt uzyskuje, wraz ze swymi narodzinami, swoją „własną naturę”, innymi słowy swoje własne oblicze, własną osobowość i własny charakter, mniej lub bardziej zróżnicowane. Według najstarszych nauk aryjskich oraz wiedzy antycznej nie jest to bynajmniej wynik „przypadku” ale efekt swego rodzaju wyboru i wcześniejszego określenia pewnego stanu ludzkiej egzystencji. W każdym razie ustalenie „własnej natury” nie było nigdy dziełem losu. Rodzimy się bez wątpienia z pewnymi tendencjami, z pewnymi nastawieniami i skłonnościami, jedne z nich są wyraźne i określone, inne utajone i ujawniają się tylko w szczególnych okolicznościach i warunkach. W obliczu tych elementów wrodzonych, związanych z narodzinami, jeśli nie - jak to utrzymują wspomniane starożytne nauki - pochodzącymi wręcz z okresu jeszcze dawniejszego, poprzedzającego narodziny, każdy posiada pewien margines wolności.

I tutaj właśnie objawia się opozycja pomiędzy dwiema drogami i dwiema etykami: tradycyjną i nowoczesną. Podstawą etyki tradycyjnej jest być sobą i pozostać wiernym samemu sobie. Należy rozpoznać i chcieć tego czym jesteśmy, zamiast próbować realizować coś odmiennego. Nie oznacza to absolutnie pasywności i kwietyzmu. Bycie sobą jest zawsze, w pewnej mierze, zadaniem do spełnienia, stałym dążeniem. Zakłada pewną siłę, pewien kierunek, pewien rozwój. Lecz ta siła, ten kierunek, ten rozwój mają swoją bazę, stanowią kontynuację wrodzonych dyspozycji, związane są z charakterem, ujawniają rysy harmonii, spójności wewnętrznej, organiczności. Człowiek jawi się jako „wykuty z jednej bryły”. Cała jego energia skierowana jest na umacnianie i doskonalenie swej natury i charakteru oraz na obronę przed wszelkimi obcymi nastawieniami, przed wszelkimi niszczącymi wpływami.

W tym właśnie sensie starożytna mądrość formułowała maksymy, podobne do tej: „Jeśli ludzie tworzą sobie normę działania niezgodną z ich naturą, to nie powinna być ona uznawana za normę działania”. Lub też: „Lepszy własny obowiązek, nawet niedoskonale wypełniony, aniżeli cudzy obowiązek dobrze wykonany”. „Lepsza jest śmierć przy spełnianiu własnej powinności, aniżeli pokonanie wielkich niebezpieczeństw przy wypełnianiu powinności cudzej”. Owa wierność własnemu sposobowi bycia przybiera nawet wartość religijną: „Człowiek osiąga doskonałość - stwierdza starożytny tekst aryjski - oddając cześć temu, od kogo pochodzą wszyscy żyjący i którym cały wszechświat jest przenikniony, poprzez wypełnianie własnego sposobu życia”. I jeszcze: „Czyń zawsze to co powinno być wykonane (w zgodzie z własna naturą), bez uczuciowego zaangażowania, gdyż człowiek, który działa z zimna obojętnością i bezinteresownie osiąga Najwyższego”.

Dzisiaj stało się niestety zwyczajem, że zaledwie wspomni się o ustroju kastowym, wszyscy wpadają w przerażenie. „Kasty?”. Ależ dzisiaj nie mówi się nawet o „klasach”, zaledwie wspomina się o „kategoriach”! Dzisiaj porzuca się „zamknięte kręgi” i „wychodzi do ludu”! Podobne uprzedzenia są owocem ignorancji i tłumaczą się w większości wypadków hołdowaniem skrzywionym, pozbawionym sensu, zdegenerowanym zasadom systemu liberalnego. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że „kasta” w sensie tradycyjnym nie ma absolutnie nic wspólnego z „klasami”. Klasy są jedynie sztucznie wydzielonymi tworami, opartymi na czysto materialistycznych podstawach, podczas gdy kasty są związane z teorią własnej natury i etyką wierności własnej naturze. Z tego powodu istniały często ustroje kastowe „de facto”, powstałe w sposób naturalny, bez jakiegokolwiek ustawodawstwa pozytywnego, w których nie było nawet używane słowo „kasta”, jak miało to miejsce chociażby w pewnym stopniu w okresie Średniowiecza.

Poznając swoją własną naturę człowiek tradycyjny poznawał także swoje miejsce w społeczeństwie, swoją funkcję i właściwe relacje wyższości i niższości. Kasty, lub ekwiwalenty kast, z zasady, w pierwszym rzędzie określały funkcje, typowe style bycia i zachowania, a nie grupy społeczne. Fakt zgodności wrodzonych i zaakceptowanych nastawień jednostki, zgodności własnej natury, z tymi funkcjami determinował jej przynależność do odpowiedniej kasty. W ten sposób w obowiązkach właściwych dla swej kasty każdy mógł rozpoznać naturalne spełnienie własnej istoty. Z tego względu w świecie tradycyjnym ustrój kastowy pojawia się często jako naturalny porządek instytucjonalny, oparty na czymś co było oczywiste dla wszystkich, a nie na ekskluzywiźmie, ucisku lub dominacji nielicznych. W gruncie rzeczy znana rzymska zasada sum cuique tribuere odnosi się dokładnie do tej samej idei: każdemu co jego. Ponieważ ludzie nie są równi, jest absurdem aby wszystko było dostępne dla wszystkich, i każdy, z zasady, mógł pełnić wszystkie funkcje. Stanowi to jakąś potworną deformację, wynaturzenie.

Trudności, jakie pojawiają się u każdego, kto ma na względzie aktualne warunki, tak odmienne od systemu o którym mówiliśmy, wiążą się z faktem występowania przypadków, w których jednostka przejawia nastawienia i zdolności różniące się od przynależnych grupie w której znalazła się przez urodzenie i tradycję. Jednakże w świecie normalnym podobne przypadki stanowiły zawsze wyjątek, z tej prostej przyczyny, iż w owych czasach wartość krwi, rasy i rodziny była w sposób naturalny uznawana i tą drogą realizowana była w dużej mierze ciągłość tak biologiczno-dziedziczna, jak i ciągłość powołań, kwalifikacji i tradycji. Właśnie to jest druga strona etyki bycia sobą: redukuje do minimum możliwość, aby narodziny były naprawdę przypadkiem i jednostka czuła się wykorzeniona, znajdowała się w niezgodzie ze swoim środowiskiem, ze swoją rodziną, a nawet z samym sobą, z własnym ciałem i własną rasą. Ponadto należy podkreślić, ze czynnik materialistyczny i utylitarny był w cywilizacjach i społeczeństwach tradycyjnych wyraźnie zredukowany na rzecz wartości wyższych, głęboko przeżywanych. Nic nie jawiło się rzeczą bardziej godną, niż postępowanie zgodne z własną naturą, niż działanie zgodne z własnym sposobem bycia, jakkolwiek skromny i prosty by on nie był. Zatem każdy, kto trzymał się praw i zasad swego stanu oraz wypełniał gorliwie i z pokorą powinności z jego stanem związane, posiadał taką samą godność jak osoba przynależąca do którejkolwiek z kast „wyższych”: rzemieślnik w równym stopniu jak członek arystokracji rycerskiej czy książę.

Stąd wywodzi się również owo poczucie godności, honoru i rzetelności, które ujawniało się we wszystkich organizacjach i profesjach tradycyjnych; stąd ów styl, dzięki któremu zarówno kowal, jak stolarz czy szewc jawili się nie jako ludzie, których upokarzałaby ich pozycja społeczna, ale niemalże jako „panowie”, jako osoby, które swobodnie wybrały i wykonują taką właśnie formę aktywności, z miłością, pozostawiając w niej znamię własnej osobowości i swoich uzdolnień, dalecy od zwyczajnej żądzy zysku i troski o profity.
Świat nowoczesny jednakże, w maksymalnym stopniu, podąża drogą wprost przeciwną, drogą pomijania własnej natury, droga indywidualizmu, „aktywizmu” i karierowiczostwa. Ideałem nie jest już bycie tym kim się jest lecz „konstruowanie siebie”, przymierzanie się do każdego rodzaju działalności, na zasadzie przypadku lub z przyczyn całkowicie utylitarnych. Ideałem przestało już być realizowanie, z prawdziwym zamiłowaniem, wiernością i żarliwością, własnej istoty, lecz angażowanie wszystkich sił aby stać się tym czym się nie jest. Indywidualizm, będący podstawą takiego światopoglądu, stwarza człowieka wyalienowanego, pozbawionego imienia, tradycji i rasy. Indywidualizm jest logicznie rozwiniętym dążeniem do równości, do uzyskania prawa bycia tym czym może być każdy inny, oraz odmową uznania jakichkolwiek prawdziwych i słusznych różnic, poza tymi, które mogą być osiągnięte sztucznie, zgodnie z zasadami tej lub innej formy zmaterializowanej i zsekularyzowanej współczesnej cywilizacji.

Jak wiadomo dewiacja ta przekroczyła wszelkie granice w krajach anglosaskich i purytańskich. Wraz z nią wspólny front tworzą: masoński iluminizm, demokracja i liberalizm. Doprowadziły one do tego, że dla wielu każda wrodzona i naturalna różnica jawi się jako zły i niepożądany fakt „naturalistyczny”, że światopogląd tradycjonalistyczny jest osądzany jako anachroniczny i obskurancki, oraz, że nikt nie odczuwa już absurdalności idei, że wszystko jest otwarte dla wszystkich, że wszyscy mają jednakowe prawa i jednakowe obowiązki, że obowiązuje jedyna moralność mająca w tej samej mierze jednakową wartość dla wszystkich, przy całkowitym zignorowaniu różnic pomiędzy jednostkami, różnic charakteru i godności. Tutaj właśnie ma swe źródło tzw. antyrasizm, negacja wartości krwi i tradycyjnie pojmowanej rodziny. Tak więc mamy pełne prawo mówić tutaj, bez eufemizmów, o najprawdziwszej „cywilizacji antykastowej”, cywilizacji pariasów gloryfikujących swe cechy.
Właśnie w ramach takiej pseudo-cywilizacji pojawiają się klasy, które nie mają nic wspólnego z kastami, będąc pozbawione wszelkiej organicznej i naprawdę tradycyjnej postawy. Klasy stanowią zbiorowiska społeczne całkowicie sztuczne, wyznaczone przez czynniki zewnętrzne i prawie zawsze materialistyczne. Powstają prawie zawsze na bazie indywidualistycznej, można by rzec, że są „miejscem” w którym zbierają się ci wszyscy, którzy usilnie o to zabiegając, zdołali osiągnąć taką samą pozycję społeczną, zupełnie niezależnie od tego czym naprawdę są ze swej natury. Te sztuczne zbiorowiska mają później tendencję do utrwalania się, wywołując wszelkiego rodzaju napięcia. W istocie pośród rozkładu charakterystycznego dla tego typu „cywilizacji” dokonuje się także degradacja „sztuki” do poziomu zwykłej „pracy”. Dawny rzemieślnik lub rękodzielnik przekształcił się w robotnika - proletariusza, dla którego jego zajęcie stanowi wyłącznie środek uzyskiwania dochodów, który myśli jedynie o „płacach” i „godzinach pracy” i który stopniowo rozbudza w sobie sztuczne potrzeby, ambicje i resentymenty, zdając sobie sprawę z tego, ze „klasy wyższe” nie mają ostatecznie żadnego uzasadnienia dla swej wyższości i dysponowania wielką obfitością dóbr materialnych. Dlatego walka klas jest jedną z konsekwencji skrajnego wynaturzenia współczesnego społeczeństwa i uznania tegoż zwyrodnienia, zanegowania własnej natury i tradycji, za osiągnięcie i postęp.

W procesie tym można również dostrzec wyraźne tło rasowe. Etyka indywidualistyczna odpowiada niewątpliwie stanowi wymieszania ras i narodowości, w takim samym stopniu jak etyka bycia sobą odpowiada stanowi dominującej czystości rasowej. Tam gdzie występuje krzyżowanie krwi, mieszają się dziedziczne nastawienia, jest bardzo trudne odnalezienie swej istoty, wzrasta wewnętrzna chwiejność - oznaki wykorzenienia i zaniku tradycji. Mieszanie krwi powoduje pojawienie się i umocnienie świadomości człowieka jako „indywiduum”; wzmacnia także wszystko to, co jest „wolnym działaniem kreatywnym” w sensie anarchistycznym, przebiegłość i „zdolności” przestępcze, „inteligencję” w sensie racjonalistycznym lub jałowo - krytycznym. Wszystko to kosztem właściwości charakteru, kosztem osłabienia poczucia godności, honoru, prawości, szlachetności, lojalności. W ten sposób utrwala się także sytuacja zamętu i chaosu duchowego, która jednak dla wielu naszych współczesnych wydaje się normalna. Przypadki jednostek pełnych wewnętrznych sprzeczności, pozbawionych sensu życia, nie wiedzących czego chcą, poza pragnieniem dóbr materialnych, skłóconych z własną tradycją, własna naturą i naturalnymi skłonnościami, takie przypadki nie są traktowane jako anomalie lub zjawiska patologiczne, lecz jako naturalny porządek rzeczy. Wszelkie ograniczenia wynikające z tradycji, rasy i urodzenia są zwalczane i przedstawiane jako sztuczne, absurdalne i opresyjne.

Na tą fundamentalną opozycję w dziedzinie etyki i ogólnej wizji życia winni zwracać uwagę w większym stopniu niż to miało miejsce dotychczas, wszyscy którzy zajmują się dzisiaj problemami społecznymi i mówią o „sprawiedliwości społecznej” jeśli rzeczywiście chcą ujrzeć prawdziwe oblicze zła z którym walczą w dobrej wierze. Zasady ulepszenia systemu społecznego można wprowadzać tam gdzie absurdalna idea klasowa została przezwyciężona poprzez powrót do etyki wierności własnej naturze. Mówiliśmy już często, że marksizm w większości przypadków nie zrodził się ponieważ istniała rzeczywista nędza „proletariacka”, ale wprost przeciwnie: to marksizm przez swoje wynaturzenie stworzył „proletariacką” klasę robotniczą, pełną resentymentów i nienaturalnych ambicji. Najbardziej zewnętrzne formy zła mogą być leczone przez zastosowanie „sprawiedliwości społecznej”, rozumianej jako bardziej wyrównana dystrybucja dóbr materialnych; ale nigdy nie zwalczy się najgłębszych wewnętrznych przyczyn, jeśli nie zacznie się działać energicznie w sferze ogólnej, wizji życia, jeśli nie rozbudzi się ponownie miłości dla osobowości, dla jakości, dla własnej natury; jeśli nie ustanowi się ponownie poszanowania dla zasady, nieznanej tylko w czasach „nowoczesnych”, sprawiedliwej nierówności, zgodnej z rzeczywistością, i jeśli z tej zasady nie zostaną wyciągnięte słuszne konsekwencje we wszystkich dziedzinach życia, zwłaszcza tych pozostających w ścisłym związku z typem cywilizacji dominującym we współczesnym świecie.


Julius Evola

Źródło →


(źródło: „La Vita Italiana”, III 1943
tłumaczenie: Bogdan Kozieł
„Etyka Aryjska”, wyd. Parzival)




poniedziałek, 17 lutego 2014

Rodzaje heroizmu


Problem, na który często zwracaliśmy uwagę, i który posiada szczególne znaczenie w rozważaniach na temat „rasy wewnętrznej”, wiąże się z faktem, że oprócz samego zagadnienia śmierci i walki, należy również rozpatrywać odmienny „styl”, odmienną postawę względem śmierci i odmienne znaczenie przypisywane walce i bohaterskiemu poświęceniu. Tak więc, ogólnie rzecz biorąc, należałoby mówić raczej o pewnej skali, rożnej w poszczególnych przypadkach, zgodnie z którą mierzona jest wartość ludzkiego życia.

Właśnie wydarzenia wojenne obnażają przed naszym wzrokiem wszystkie kontrasty i różnice w tej kwestii, i będziemy się starali objaśnić je w dalszej części tej pracy. Ograniczymy się jedynie do rozpatrywania dwóch przypadków modelowych - odnoszących się do Rosji i do Japonii.

Subosobowość bolszewicka 
 
Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że Rosja Sowiecka prowadząc wojnę nie liczy się w najmniejszym stopniu z życiem ludzkim i ludzką osobowością. Walczący zostali zredukowani do poziomu zwykłego „materiału ludzkiego”, w najbardziej brutalnym i złowrogim sensie tego wyrażenia, wciąż jeszcze niestety królującego w literaturze militarnej; „materiału”, dla którego nie ma się żadnych względów i od którego wymaga się poświęceń w najbardziej bezlitosny sposób, póki nie zostanie wyczerpany. W ogóle Rosjanin, jak to zostało niedawno potwierdzone, potrafi zawsze z łatwością iść na spotkanie śmierci, motywowany szczególnego rodzaju wrodzonym ponurym fatalizmem, a życie ludzkie już od dawna miało w Rosji bardzo niską cenę. Ale w obecnym brutalnym użyciu żołnierza rosyjskiego jako „mięsa armatniego” przejawia się także logiczna konsekwencja bolszewickiej koncepcji człowieka. Koncepcja ta jest przeniknięta najgłębszą pogardą dla wartości ludzkiej osobowości, chce „wyzwolić” jednostkę z owego „burżuazyjnego przesądu”, uwolnić od pojęć „ja” i „moje”, zredukować człowieka do roli mechanicznej części kolektywu, bowiem tylko kolektyw uznawany jest za ważny i wartościowy.

Na takiej bazie rysuje się pewna forma poświęcenia i heroizmu, którą możemy nazwać "telluryczną” subpersonalną: pod znakiem pozbawionego oblicza, wszechogarniającego człowieka kolektywnego. Śmierć na polu walki człowieka bolszewickiego stanowi szczytową fazę procesu depersonalizacji i destrukcji wszelkich walorów jakościowych i wartości osobowości, procesu stanowiącego podstawę bolszewickiego ideału „cywilizacji”. Tu właśnie przejawia się naprawdę to, co w swej smutnej sławy książce Erich Maria Remarque tendencyjnie przedstawił jako kompleksowy wyróżnik wojny: tragiczne zdławienie jednostki przez wydarzenia, w których nagie instynkty, rozpętane siły elementarne i pierwotne impulsy przeważają nad wszelkimi wartościami i wszelkimi ideałami. Owa tragedia nie jest nawet odczuwana, gdyż poczucie osobowości w bolszewizmie zostało zniszczone, wszelkie szersze horyzonty zamknięte, kolektywizacja duchowa zapuściła głębokie korzenie wśród nowej generacji fanatyków wychowanych na słowie Lenina i Stalina. W ten sposób powstała konkretna postać, niemal niezrozumiała dla naszej europejskiej mentalności, gotowości do śmierci i poświęcenia, bliska jakiejś opętańczej radości z niszczenia siebie i innych.

Japońska mistyka walki 
 
Ostatnie epizody wojny japońskiej pozwoliły poznać „styl umierania” bliski z pozoru „stylowi” człowieka bolszewickiego, świadczący o podobnej pogardzie dla wartości jednostki i osobowości. Znane są wyczyny japońskich lotników, którzy dobrowolnie spadają z ładunkiem bomb na cel, ludzi-min przeznaczonych do śmierci w akcji, a nawet docierają informacje, że od pewnego czasu organizowany jest w Japonii specjalny korpus tych „ochotników śmierci”. Znowu mamy do czynienia z czymś niezrozumiałym dla mentalności zachodniej. Jednakże, jeśli spróbujemy poznać najgłębszy sens tej szczytowej formy heroizmu, znajdziemy tu wartości, które stanowią doskonałe zaprzeczenie mrocznego „heroizmu tellurycznego” człowieka bolszewickiego. U źródeł heroizmu japońskiego znajdujemy bowiem przesłanki o charakterze ściśle religijnym, ascetycznym i mistycznym. Nie można ich jednak rozpatrywać w oderwaniu od czynnika zewnętrznego, gdyż w Japonii idea religijna i idea imperialna stanowią jedność. Tak więc służba Cesarzowi równoznaczna jest ze służbą Bogu, a poświęcenie dla Tenno i dla Państwa ma tę samą wartość co poświęcenie misjonarza lub męczennika, tyle że posiada sens całkowicie aktywny, walczący. Takie są aspekty polityczno-religijnej idei japońskiej, jednakże ostatecznych i najgłębszych punktów odniesienia musimy poszukiwać gdzie indziej - w wizji świata i życia właściwej dla buddyzmu, a zwłaszcza dla szkoły Zen, która jest słusznie definiowana jako „religia samurajów”, to znaczy kasty japońskich wojowników.

Tego rodzaju wizja świata i życia w istotny sposób przesuwa poczucie własnej osoby na poziom transcendentny, relatywizując w ten sposób znaczenie jednostki i jej życia ziemskiego.

Punkt pierwszy: poczucie „przybywania z daleka” - życie doczesne jest tylko epizodem, nie kończy się ani nie zaczyna tutaj, lecz ma odległe przyczyny i źródła, jest natężeniem siły, która rzutuje również na inne losy, aż do najwyższego wyzwolenia.

Drugi punkt: w związku z powyższym neguje się realność „ja”, jako prostego bytu ludzkiego. „Osoba” przybiera znaczenie, które termin ten miał pierwotnie w języku łacińskim (persona), gdzie oznaczał maskę aktorów, to jest pewien sposób ukazywania się, pewną manifestację. Poza nią, według Zen, tj. wedle religii samurajów, jest coś nieuchwytnego i nieposkromionego, nieskończonego, zdolnego przybierać nieskończoną ilość form, coś co symbolicznie oznaczane jest jako Cnya (próżnia), w opozycji do wszystkiego co jest materialne i uwikłane w konkretne kształty.

Na takiej podstawie rysuje się poczucie heroizmu, który można by nazwać „nadosobowym” - w przeciwieństwie do „subpersonalnego” („podosobowego”) heroizmu bolszewickiego. Można poświęcić własne życie, u szczytu jego intensywności, z poczuciem nadmiaru, z pewnością niezniszczalności i wiecznego bytu tego, co nie mając początku, nie może też mieć końca. Coś co wydawać by się mogło dziwne dla mentalności zachodniej, staje się tutaj naturalne, jasne, oczywiste. Nie można nawet mówić tutaj o tragedii, ale w sensie przeciwnym niż w przypadku bolszewizmu. Nie można mówić o tragedii właśnie z powodu oczywistego poczucia błahości jednostki i pojmowania znaczenia siły, która przenikając życie, sięga jednocześnie daleko ponad życie. Jest to heroizm, który można by nazwać „olimpijskim”.

I tutaj, mimochodem, zaznaczyć należy dyletancką banalność stwierdzenia, że podobna postawa, wprost przeciwna do tej, która ujmuje życie ziemskie jako jedyne i nieodwołalne, wywiera zabójczy wpływ na wszelką ideę Państwa i służby Państwu. Japończyk stanowi najbardziej oczywiste zaprzeczenie podobnych bredni. Zaciekłość z jaką japończycy prowadzą heroiczną i zwycięską walkę u naszego boku, ukazuje natomiast olbrzymi potencjał bojowy i duchowy pochodzący z oczywistego poczucia transcendencji i omówionej wyżej heroicznej „nadosobowości”.

Rzymskie „devotio” 
 
Należy podkreślić, że jeśli cechą charakterystyczną współczesnego Zachodu jest uznanie wartości osoby ludzkiej, to jest nią też prawie zabobonne akcentowanie znaczenia życia ziemskiego, które później, demokratyzując się, dały początek słynnym „prawom człowieka” oraz całej serii przesądów społecznych, demokratycznych i humanitarnych. Jako druga strona zagadnienia, pojawia się również silne przywiązanie do koncepcji „tragicznej”, można by rzec „prometejskiej”, świadczące o upadku poziomu naszych ideałów.

Powinniśmy przeciwstawiając się temu, przypomnieć ideały „olimpijskie” naszej najczystszej i najstarszej tradycji antycznej. Tą drogą możemy również zrozumieć właściwy naszym przodkom arystokratyczny heroizm, wolny od pasji, charakterystyczny dla bytów, których centrum życia sytuuje się na wyższym planie; heroizm, który jawi się jako nieodparta siła, ponad wszelkimi tragediami, wszelkimi wzruszeniami i ponad wszelkimi więzami uczuciowymi.

Musimy poczynić teraz krótkie odwołanie do historii. Niewielu ludziom jest wiadomo, że nasze starożytne tradycje rzymskie, prezentują motywy pokrewne tym, które przejawiają się w japońskiej mistyce walki: bohaterski dar złożony z własnego życia dla Państwa i dla zwycięstwa. Mam tu na myśli tzw. devotio. Przesłanki tej koncepcji mają również charakter sakralny. Występuje tu ponadto ogólne przeświadczenie ludzi Tradycji, że siły niewidzialne działają poza widzialnymi, i że człowiek, ze swej strony, może na nie wywierać wpływ.
Zgodnie ze starożytnym rytmem devotio, wojownik, a przede wszystkim Wódz, mógł umożliwić zwycięstwo poprzez tajemnicze rozpętanie sił wskutek dobrowolnego poświęcenia własnej osoby, działając tak, by nie wyjść z własnej woli żywym z bitwy. Przypomnijmy tu spełnienie owego rytuału przez konsula Decjusza w wojnie z Latynami (340 rok p.n.e.), oraz podobne zachowanie dwóch innych członków tego samego rodu, przytoczone przez Cycerona (Fin.II,19,61; Tusc.I,37,39). Ryt miał swój szczegółowy ceremoniał świadczący o doskonałej świadomości i czystości bohaterskiego poświęcenia. Zgodnie z porządkiem hierarchicznym przywoływane były najpierw bóstwa Państwa Rzymskiego, Janus, Jowisz, Kwirynus, wkrótce potem bóg wojny, Pater Mars, później bogowie miejscowi, „bogowie - jak jest powiedziane - którzy mają władzę nad bohaterami i wrogami”; w imię poświęcenia, które ma się dokonać, bogowie wzywani są aby „obdarzyli siłą i zwycięstwem lud rzymski Kwirytów i zniszczyli przerażeniem, grozą i śmiercią wrogów naszego ludu” (Liwiusz VIII,9). Słowa formuły przedstawione przez kapłana (pontifex) były wygłaszane przez wojownika, ubranego w praetesta i trzymającego stopę postawioną na oszczepie. Po ceremonii wojownik ruszał do walki, aby zginąć.

Na marginesie zaznaczmy zmianę sensu słowa devotio. Zastosowane pierwotnie na oznaczenie heroicznego czynu, wzniosłego poświęcenia, w okresie późnego Imperium zmieniło swe znaczenie, odnosząc się do zwykłej lojalności obywatela względem państwa a nawet skrupulatność w płaceniu danin (devotio rei annonariae). Zgodnie ze słowami Bouche Lequerqa, w końcu „gdy Cezara zastąpił Bóg chrześcijański, devotio oznacza po prostu religijność, wiarę i gotowość do wszystkich poświęceń, a później, wskutek ostatecznej degeneracji wyrażenia, oznacza dewocję w powszechnym znaczeniu tego słowa, to jest nieustanne zabieganie o zbawienie połączone z drobiazgowym i bogobojnym spełnianiem praktyk kultowych”.

Wracając do tematu, w starożytnym rzymskim devotio odnajdujemy precyzyjne oznaki świadomej mistyki heroizmu i poświęcenia, oraz ścisły związek pomiędzy poczuciem ponad-naturalnej i ponad-ludzkiej rzeczywistości a walką i całkowitym poświęceniem się dla swego Wodza, swego Państwa i swej rasy. Nie brak świadectw dotyczących „olimpijskiego” poczucia walki i zwycięstwa właściwego naszej tradycji antycznej. Zajmujemy się tym obszernie gdzie indziej. Tutaj chcemy jeszcze tylko przypomnieć, że w starożytnej ceremonii triumfu zwycięski wódz rzymski przybierał insygnia boga olimpijskiego, aby wyrazić prawdziwą siłę, która działając poprzez niego zapewniła zwycięstwo. Przypomnijmy też, że bardziej niż Cezara śmiertelnego Rzym wielbił Cezara jako „wiecznotrwałego zwycięzcę”, to jest jako przejaw ponadosobowej siły rzymskiego przeznaczenia.

Zatem, chociaż następne wieki przyniosły dominacje innych idei, starożytne tradycje świadczą, że ideał „olimpijskiego” heroizmu był także naszym ideałem, że również nam nie było obce absolutne poświęcenie, przekształcenie swego bytu w siłę rzuconą przeciw wrogom, przywołanie najgłębszych i najtajniejszych niewidzialnych mocy. Także my traktowaliśmy zwycięstwo jako przejaw działania potęg ponadosobowych, „fatalnych”. Również na tle naszego dziedzictwa jawią się punkty odniesienia pozostające w radykalnej opozycji wobec zaprezentowanego wyżej subpersonalnego „heroizmu” kolektywistycznego, jak też wobec każdej innej tragicznej i irracjonalnej wizji, ignorującej istnienie czegoś co jest silniejsze niż ogień i żelazo, niż życie i śmierć.



Julius Evola

(źródło: „Diorama Mensile”, 19 IV 1942
tłumaczenie: Bogdan Kozieł
„Etyka Aryjska”, wyd. Parzival)
Źródło →



*

sobota, 15 lutego 2014

Porzucili niebo pod pretekstem zdobywania ziemi


Evola: Niestety to, co definiuje współczesny świat europejski to nie działanie, ale imitacja działania, tj. aktywne dążenie pozbawione jakiegokolwiek fundamentu oraz zorientowane na cele czysto materialne. ‘Porzucili niebo pod pretekstem zdobywania ziemi’ do tego stopnia, że nie są już zdolni dostrzec na czym polega prawdziwe działanie.

Pytający: Wydaje się, że posiada Pan raczej negatywną opinię o nauce i technologii. Jakie są tego powody? Czy nie wierzy Pan, że materialne zdobycze oraz wyeliminowanie głodu i ubóstwa pozwolą na zajmowanie się problemami duchowymi z większą energią?

W odpowiedzi na drugie wspomniane zagadnienie powiedziałbym, że tak samo jak istnieje stan zniechęcenia z powodu ubóstwa, istnieje również stan zniechęcenia spowodowany bogactwem i dobrobytem. ‘Zamożne społeczeństwa’, wolne od głodu i ubóstwa, dalekie są od sprzyjania autentycznej duchowości; przeciwnie, wśród nowych pokoleń zaobserwować można gwałtowną i destruktywną rewoltę przeciwko systemowi jako całości oraz przeciwko swego rodzaju bezsensownej egzystencji (por. USA, Anglia, Skandynawia). Jest to raczej kwestia ustalenia odpowiedniej granicy poprzez powściąganie gorączki kapitalistycznej ekonomii kreującej sztuczne potrzeby, oraz wyzwalanie osoby z potęgującej się zależności od społecznego i produkcyjnego mechanizmu. Tym, co należy ustanowić jest pewien typ równowagi. Japonia do niedawna posiadała taką równowagę: ulegała modernizacji i dotrzymywała kroku Zachodowi w dziedzinie nauki i technologii, jednocześnie chroniąc właściwe sobie tradycje. Dziś stan rzeczy uległ zmianie.

Jest jeszcze jedno zagadnienie, które chciałbym podkreślić: dla cywilizacji trudne jest ograniczone posługiwanie się nauką i technologią traktowanymi po prostu jako materialne metody i narzędzia, tzn. posługiwanie się nauką i technologią w sposób oderwany. Jest niemal nieuniknione, iż tego rodzaju użycie doprowadzi do przyjęcia światopoglądu, na którym oparta jest nowoczesna, profańska nauka - światopoglądu, który zasadniczo został wpojony naszym duszom przez zwykłą edukację, oraz który ma destruktywny wpływ na poziom duchowy. W ten sposób sama idea prawdziwej wiedzy ulega zniekształceniu.


tłumaczenie z ang. MR)

piątek, 14 lutego 2014

Tam, gdzie nie ma prawdziwych zasad, prawdziwych wartości duchowych, nie można mówić o prawdziwej klasie rządzącej ...


Większość ludzi dzisiaj przez posiadanie zdolności politycznych rozumie w istocie fundamentalny brak zasad, jeśli wręcz nie brak charakteru, giętkość i elastyczność względem zmiennych czynników zewnętrznych, realizm najniższego rzędu. My natomiast jesteśmy przekonani, że tam, gdzie nie ma prawdziwych zasad, prawdziwych wartości duchowych, nie można mówić o prawdziwej klasie rządzącej, także w sensie politycznym. Prawdziwa arystokracja w prawdziwym państwie powinna nadawać wszystkiemu sens, stanowić pewną "terra ferma", niewzruszone centrum stojące ponad zmiennymi i przypadkowymi czynnikami, którym to czynnikom nie powinna dać się porwać, lecz nad którymi powinna zapanować, aby pokierować nimi, za pomocą odpowiednich środków, w pożądanym kierunku. Bez tego nie można wzbudzić zaufania w narodzie, nie można rozwinąć żadnego dzieła wychowawczego i formacyjnego w wyższym sensie. Nie wystarczy w tym celu jedynie posługiwanie się "mitami", tj. ideami, które posiadają wartość nie ze względu na ich istotną treść, lecz z uwagi na ich irracjonalną i subracjonalną moc sugestywną.
Poprzez uczestnictwo reprezentantów prawdziwego ducha arystokratycznego w politycznej klasie rządzącej, wartości etyczne i duchowe, zharmonizowane i umocnione, winny zrównoważyć wartości materialne i socjalne. Owe wartości wyższego rzędu winny przenikać całego człowieka, nadawać orientację wszystkim jego działaniom i umożliwiać formację oraz nieprzerwane zachowanie cech "rasowych", których przykład polityczna klasa rządząca powinna dawać jako pierwsza. Wartości te to wierność, szczerość, poczucie honoru, odwaga - nie tylko fizyczna, ale także intelektualna i moralna, zdecydowanie. Lecz ponad tym wszystkim dominować winna tendencja do stylu ascetycznego, braku próżności, godnej i mężnej bezosobowości.

Julius Evola

Tłumaczenie: Bogdan Kozieł