Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2016

Samo sedno sprawy


Tylko poniższy podpis brzmi trochę socjaltycznie. To normalne, że ten kto się zajmuje jakimś interesem, nastawiony jest na zysk i nie jest to społecznie szkodliwe. To co istotne, to jasna definicja tego, jakimi metodami można ten zysk osiągnąć. Tego zresztą nie trzeba tłumaczyć wierzącymu biznesmenowi, no bo cóż to za interes, trafić do piekła. Jeżeli jednak idzie on na kompromis etyki ze swą chciwością, to po prostu nie jest zbyt głęboko wierzący.

13 tajemnic korporacji farmaceutycznych

13 tajemnic korporacji farmaceutycznych …, o których nie chcą byś wiedział! Reklamy boskich specyfików. Są obecne w telewizji, gazecie, Internecie, na bilboardach i w radiu. Mówią o nich specjaliści, gwiazdy, sąsiedzi. Obiecują rewelacyjne skutki, poprawę zdrowia i lepsze życie.

Ślepo wierzymy, że uratują nas przed bólem, cierpieniem i milionami dolegliwości. Łykamy je garściami, bo dostaliśmy je od lekarzy – profesjonalistów w dziedzinie medycyny, często nazywanymi cudotwórcami… A czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad skutkami ubocznymi fenomenalnych leków? Czy na ulotkach są wyłącznie prawdziwe informacje? Czy lekarze naprawdę tak dobrze znają się na wszystkim? Czy myśleliście o tym, że możecie być zdrowi bez łykania tych wszystkich kolorowych pigułek?


Obalamy medyczne mity, które są nam wpajane od lat! Masz prawo wiedzieć.

MIT 1: „Leki są bezpieczne”


Działania niepożądane leków są trzecią przyczyną zgonów, zaraz po chorobach serca i raku.

Benoksaprofen – preparat przeciw reumatyczny i przeciw zapalny. Miał być światowym bestsellerem. Masowo przepisywany przez lekarzy w Danii, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Dopóki nie ujawniono ofiar skutków ubocznych. Poważne uszkodzenia wątroby i śmierć.

Lek został wycofany z rynku amerykańskiego w 1982 roku, gdy bilans wynosił 27 zgonów i 200 niewydolności wątroby i nerek. W 1985r. firma farmaceutyczna Eli Lilly, która wypuściła owy lek na rynek dobrowolnie przyznała się do ukrywania faktów odnośnie zgonów. Kara? 25 000 $.

Nie powstrzymało to jednak firmy Merck do wypuszczenia w 1999r na rynek tego samego leku ze zmodyfikowaną zaledwie jedną cząsteczką i nową nazwą – Vioxx® (rofekoksyb). Trzyletnie badanie APROVE wykazało, iż 25mg rofekoksybu, które miało zapobiegać nawrotom polipów jelita grubego – podwyższało częstotliwość występowania zawałów serca i udarów mózgu wśród badanych. Preparat został ponownie wycofany z rynku 30 września 2004r. Pozostał jednak w organizmach 80mln osób na świecie, którym trwale uszkodził układ krwionośny przyśpieszając twardnienie naczyń krwionośnych, powodując wylewy i wzrost ciśnienia krwi. Firma musiała pożegnać się z 11% dochodów i 2,5mld $ obrotu na rok w skali globalnej. Mimo tego, iż skandalicznie zachowywała się przed wycofaniem leku z rynku chcąc uciszyć jednego z naukowców, grożąc skończeniem jego kariery, firma wypłaciła 4,85 mld $ odszkodowania.

Czy to wyjątek od reguły? Niestety nie.

Według badań, działania niepożądane leków są trzecią przyczyną zgonów, zaraz po chorobach serca i raku. W Anglii liczba zgonów spowodowanych skutkami ubocznymi leków jest, aż 3 razy większa od liczby ofiar wypadków drogowych.

Najbardziej niepokojąca jest jednak nagminna praktyka koncernów farmaceutycznych, które usuwają z rynku niebezpieczne leki dopiero wtedy, gdy przyniosą odpowiedni zysk i gdy uzbiera się spora liczba pozwów sądowych. Na tym się nie kończy. Substancja chemiczna powraca do obiegu.

Pod inną nazwą, z innym wskazaniem leczniczym i inną grupą docelową.

MIT 2: „Leki są skuteczne”

Na 78 „nowych””zarejestrowanych leków tylko 17 zawierało całkowicie nowy składnik aktywny. Zwiększoną skuteczność miało zaledwie 7 z nich.

Prawie każdy z nas spotkał się zapewne z sytuacją gdy lek, który pomógł jednej osobie był całkowicie bezużyteczny dla drugiej. Odpowiedzialne za to są nasze geny. Na szczęście istnieje dziedzina zwana farmakogenetyką, która bada skuteczność działania leku w zależności od genotypu pacjenta. Pozwala ona za pomocą łatwego testu DNA ustalić czy pacjent odniesie jakiekolwiek korzyści z przyjmowania danego leku. Dr Rosses, genetyk i były wiceprezes ds. genetyki międzynarodowego koncernu GSK, uważa, że 90% leków działa w zaledwie 30-50% przypadkach pacjentów.

Obecnie skuteczność poszczególnych grup lekarstw wynosi:

alzheimer – 30%,
astma – 60%,
arytmia – 60%,
depresja (SSRI) – 62%,
cukrzyca – 57%,
nietrzymanie moczu – 40%,
migrena (ostra) – 52%,
migrena (profilaktyka) – 50%,
onkologia – 25%,
reumatoidalne zapalenie stawów – 50%,
schizofrenia – 60%.

Naukowcy z Adelphi University w Gaden City przeprowadzili badanie, które pokazało, że alternatywne metody leczenia mogą mieć większą skuteczność niż współczesna medycyna. Mianowicie, zorganizowali trzy grupy pacjentów cierpiących na depresję. Pierwsza przyjmowała lek przeciwdepresyjny (sertralinę), druga dwa razy w tygodniu przez miesiąc uczęszczała na psychoterapię, natomiast trzecia zażywała placebo (substancję obojętną, nie mającą wpływu na stan zdrowia pacjenta). Gdy po 8 tygodniach sertralina i placebo nie przynosiło efektów zmieniano na inne. Po 16 tygodniach efekty terapeutyczne wszystkich grup były bardzo zbliżone, przez co nie mogły być istotne statystycznie.

Lekarze często przekonują o zwiększonej skuteczności nowych leków. Jednak Raport FDA z 2002r. ujawnił, że na 78 „nowych” zarejestrowanych leków, tylko 17 zawierało całkowicie nowy składnik aktywny. Zwiększoną skuteczność miało zaledwie 7 z nich.

MIT 3: „Badania kliniczne są wiarygodne”

Przypadki zgonów w czasie badań klinicznych są traktowane jako tajemnica handlowa firmy i z tego powodu nie muszą być ujawniane odpowiednim urzędom.

Gdy firma farmaceutyczna stara się wprowadzić nowy lek na rynek, zawsze musi określić grupę docelową pacjentów oraz potencjalne schorzenie, na które będzie pomagał dany lek. Czasami ludzie chorzy stanowią zbyt mały rynek zbytu, dlatego zmienia się działanie niepożądane na wskazanie terapeutyczne, by zwiększyć zyski i móc przepisywać lek dzieciom i osobom starszym. Nowy hit rynkowy ma zapewnić olbrzymi zbyt, a sama choroba staje się sprawą drugorzędną.

Eli Lilly stworzyła kolejny niebezpieczny lek. Początkowo leki przeciwdepresyjne były stosowane jedynie w szpitalach. Mały rynek zbytu posunął firmę farmaceutyczną do wykorzystania efektu ubocznego – utratę wagi – jako pożądany efekt fluoksetyny. Otyli zawsze stanowili interesującą grupę docelową. Zawsze znajdą się osoby, które uważają się za grube, a innym można to wmówić za pomocą reklam. Jedynym problemem w rejestracji fluoksetyny jako środka do walki z nadwagą był brak udokumentowanych badań klinicznych. Dlatego Eli Lilly postanowiła zarejestrować lek jako środek przeciwdepresyjny, by po dopuszczeniu do obrotu rozszerzyć wskazania o dodatkowe schorzenia. W taki sposób stworzono Prozac, który paradoksalnie odbijał się na zdrowiu pacjentów w postaci myśli i prób samobójczych. Firma skutecznie ukrywała śmiertelne skutki przyjmowania leku. Jak?

Metoda „upiększania” badań klinicznych jest prosta. Polega głównie na zastąpieniu drastycznych faktów innym, delikatniejszym sformułowaniem. Przykład? Jeżeli 5 osób próbuje popełnić samobójstwo, z czego dwóm się to udaje, to w protokole badań może pojawić się określenie, że „5 osób doświadczyło reakcji niespecyficznych”.

Istnieje jeszcze inny sposób – staranny i długotrwały proces doboru osób do badań klinicznych. Eli Lilly w zredagowanej dla lekarzy ulotce na temat leku informowała, iż „11 000 osób brało udział w badaniach, z czego 6 000 było leczonych fluoksetyną”. Tak naprawdę udział w badaniu brało 1730 pacjentów. Należałoby jeszcze sprecyzować, co oznacza stwierdzenie „brało udział”. Osoby, które brały udział w badaniu, to te, które zażywały lek przez co najmniej jeden dzień. Zostawały odsuwane ze względu na działania niepożądane lub brak widocznych efektów.

W sumie z 11 000 osób zaledwie 286 ukończyło 4 tygodniowe badania, a 86 osób przyjmowało lek dłużej niż 3 miesiące. Efekty uboczne dotykały 90% pacjentów, a w 15-20% fluosketyna powodowała depresję. Przypadki zgonów w czasie badań klinicznych są traktowane jako tajemnica handlowa firmy i z tego powodu nie muszą być ujawniane odpowiednim urzędom. Oznacza to, iż obecnie jesteśmy bardziej chronieni przed wadliwymi samochodami, niż przed lekami, które bardziej szkodzą, niż leczą.

MIT 4: „Rządowi eksperci są niezależni”

75% czołowych naukowców jest opłacana przez branżę medyczną.

Branża medyczna jest doskonałym przykładem zależności od autorytetów. Osoby nazywane „liderami opinii” to eksperci z wieloletnim doświadczeniem i ugruntowaną opinią zawodową. Ich zadaniem jest pisanie pozytywnych artykułów na zamówienie, a wynagrodzenie to oficjalnie stała pensja za doradzanie, konsultacje bądź funkcję rzecznika prasowego.

Inni lekarze poprą opinię autorytetów, swoich bardziej doświadczonych kolegów. O osobach krytykujących takie opinie prawie się nie słyszy – dbają o to „liderzy opinii”.

Obecnie uważa się, że 75% czołowych naukowców jest opłacana przez branżę medyczną.

Udowadnia to przykład rządu z Wielkiej Brytanii, który zasięgał porady u naukowców odnośnie skuteczności szczepionek oraz zagrożeń świńską grypą. Każdy wierzył, że informacje decydujące o wydaniu milionów funtów będą bezstronne. Rok później okazało się, że większość doradców miało silne powiązania finansowe z producentami szczepionek.

MIT 5: „Lekarze są dobrze poinformowani”

Idąc do lekarza wierzymy, że postawi dobrą diagnozę i przepisze skuteczny lek. Jednak to producent leku decyduje, jakie informacje upublicznić a jakie zataić. Mimo szczerych chęci lekarza nie jest on w stanie podać nam w 100% bezpiecznego leku. Potwierdza to Instytut Medycyny, który przeanalizował 175 ulotek skierowanych do lekarzy. Aż 94% zawierało mylące bądź fałszywe informacje o produkcie.

MIT 6: „Nie ma ludzi zdrowych, są tylko ludzie źle zdiagnozowani”

W latach 50-tych istniało 100 różnych postaci depresji, w 1994 roku było ich już ponad 300.

We współczesnym świecie granica miedzy dolegliwością, schorzeniem a chorobą jest mocno rozmyta. Jesteśmy przekonani, że w każdym z nas ukryta jest pewna choroba. I koniecznością jest łykanie magicznych pigułek.

W Diagnostycznym i Statystycznym podręczniku zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego przedstawione jest to na przykładzie depresji. W latach 50tych istniało 100 różnych postaci depresji, natomiast w 1994r. było ich już ponad 300. Obecnie ludzie szczęśliwi są mocno podejrzani: „Mówi pan, że nic pana nie trapi, śpi pan spokojnie i ma pan hobby? Hmm, chyba mamy tu do czynienia z mechanizmem wyparcia. Proszę się nie martwić, są specjalne techniki, które wydobędą z Pana ten ukryty smutek. Na razie przepiszę nowy lek przeciwdepresyjny, który z pewnością Panu pomoże. Tylko proszę uważać, bo może Pan się stać agresywny lub popełnić samobójstwo.”

[ tak jak 7go lutego 2004 r. zrobiła to zdrowa 19to letnia studentka w czasie badań klinicznych nad fluoksetyną ]

Z pewnością nie ma osoby, która nigdy nie odczuwałaby przygnębienia. To normalne. Obniżenie nastroju, zmiana samopoczucia to stan fizjologiczny i nie wymaga leczenia. Błędne jest myślenie, że ta „magiczna pigułka” to rozwiązanie wszystkich problemów i potrzebna jest każdemu. To wina przemysłu farmaceutycznego, który reklamuje choroby, a nie leki.

Największym oszustwem jest upowszechnianie nieistniejących schorzeń. Takich jak ADD (zaburzenia koncentracji uwagi), lub ADHD (zespół nadpobudliwości ruchowej z deficytem uwagi). Sfrustrowany rodzic okłamany przez reklamy faszeruje dziecko pochodnymi amfetaminy zapakowanymi w małą pigułkę o ładnej nazwie. Żądne zysku firmy wykorzystują naiwność rodziców. Niestety nie są znane konsekwencje stosowania tak silnych związków psychotropowych na mózg rozwijającego się dziecka, ponieważ nie przeprowadzono żadnych długoterminowych badań na nieletnich.

Na nadpobudliwość dzieci wpływ mogą mieć sztuczne barwniki, dodatki smakowe i zapachowe oraz konserwanty. Potwierdza to czasopismo medyczne The Lancet, które w 1985r. opublikowało wyniki badań mówiące o poprawie u 79% nadpobudliwych dzieci. Wystarczyło wyeliminować z diety wyżej wymienione składniki.

Nasza młodzież jest zdegenerowana i brakuje jej dyscypliny. Młodzi ludzie już nie słuchają swoich rodziców, koniec świata jest blisko. – zapis z tabliczek klinowych z miasta Ur – 2000 r. p.n.e.

MIT 7: „Pracujemy dla dobra naszych pacjentów”

Dla firmy farmaceutycznej nazwa potrafi być ważniejsza od samego leku.

Patent – magiczne słowo, które napędza cały przemysł farmaceutyczny. Z finansowego punktu widzenia, rzecz nie dająca się opatentować jest bezużyteczna. Patent zapewnia nieprzerwany zysk przez 20 lat, o ile lek nie zostanie wcześniej wycofany z powodu piętrzących się działań niepożądanych popartych pozwami sądowymi.

Historia wprowadzenia insuliny ludzkiej jest typowym przykładem na to, że dla firmy farmaceutycznej ważniejsza jest nazwa niż lek.

Pierwszy zastrzyk insulinowy podano w 1922 roku 14-letniemu Leonardowi Thomsonowi. Rok później odkrywcy sprzedali patent na insulinę uniwersytetowi w Toronto za przysłowiowego dolara.

Świńska insulina nie miała konkurencji przez ponad 60 lat. Była tania w produkcji i mało kosztowała, co dla osób uzależnionych od jej przyjmowania do końca życia, było dość korzystne.

W 1982 roku pojawiła się na rynku nowa, syntetyczna insulina, która przebadana była jedynie na 17 osobach. Otrzymywana jest za pomocną inżynierii genetycznej i dla odmiany nazwano ją insuliną ludzką.

W ciągu trzech lat Brytyjskie Stowarzyszenie Diabetologiczne nazbierało ok. 3000 listów od skarżących się na skutki uboczne pacjentów. Była tu mowa głównie o alergii i utracie przytomności. Mimo to wycofano insulinę świńską nie pozostawiając diabetykom wyboru. Była ona dobra dla pacjenta i systemu opieki zdrowotnej, ale zła dla zysku firm farmaceutycznych. Każdy mógł ją produkować a wykupienie praw patentowych nie kosztowało dużo, co przekładało się na niski koszt leku.

MIT 8: „Jesteśmy o krok od przełomowego odkrycia”

Tak naprawdę jesteśmy dla nich tylko „ludzkim towarem” – nasze dzieci, rodzice, dziadkowie są dla nich tylko „dojnymi krowami” (…)

W 1971 roku rozpoczęto wojnę z rakiem. Okazało się jednak, że 25lat badań i 39mld$ to za mało by wynaleźć pomoc dla chorych. Nadal okres przeżywalności 5 lat dla pacjentów po chemio- i radioterapii oscyluje na poziomie 5%.

Największe zyski firmom farmaceutycznym przynoszą osoby przewlekle chore. Nieprzydatne są osoby zdrowe lub martwe. Stały i wysoki dochód przynoszą osoby cierpiące między innymi na artretyzm, astmę, cukrzycę, raka, nadciśnienie.

W przeciągu 23 lat zaobserwowano wzrost zachorowań na białaczkę (o 17%), nowotwory mózgu (o 26%), raka piersi (o 25%) i raka jąder (o 41%). Dopóki leczenie będzie przynosiło 200mld$ rocznie, skuteczny lek nie zostanie wynaleziony…

Najprawdziwszą opinię o rynku farmaceutycznym wystawiła Gwen Olsen, która przez 15 lat pracowała jako reprezentant dla gigantów farmaceutycznych a w 2007 roku uzyskała nagrodę Human Rights Award za swoją działalność humanitarną:

„Chcę obalić mit, że przemysł farmaceutyczny ma na celu poprawę zdrowia i leczenie. W rzeczywistości jego celem jest utrzymywanie chorób i zarządzanie objawami. Przemysł ten nie jest zainteresowany leczeniem raka, Alzheimera czy chorób serca, ponieważ gdyby tak było, to działali by na własną szkodę – utraty biznesu, a to nie ma sensu. (…)

Musimy się więc oprzeć na naszym zdrowym rozsądku i zrozumieć, że przemysł farmaceutyczny zarabia 5-6 razy więcej niż jakakolwiek inna kompania spośród największych Fortune 500 w USA. I nie dadzą łatwo sobie odebrać tego zarobku. Tak naprawdę jesteśmy dla nich tylko „ludzkim towarem” – nasze dzieci, rodzi- ce, dziadkowie są dla nich tylko „dojnymi krowami”, na których żerują reprezentanci firm farmaceutycznych, jakim i ja byłam. Są oni zainteresowani tylko zdobywaniem rynku, bez uwzględniania konsekwencji jakie to przyniesie pacjentom. Nie interesuje ich to, że sieją dezinformację, że dane z badań klinicznych są ukrywane czy też fałszowane, że skutki uboczne są minimalizowane czy też prezentowane w niewłaściwy sposób.

Pracowałam przez 15 lat w tym biznesie, byłam jedną z najlepszych. Mówię wam, że ten przemysł oszalał.”

MIT 9: „Dodatki spożywcze są bezpieczne”

Sztuczne słodziki mogą powodować m.in.: syndrom przewlekłego zmęczenia, epilepsję, chorobę Parkinsona, Alzheimera, depresje itp.

W 1965 roku chemik pracujący nad nowym lekiem na wrzody żołądka, przez przypadek odkrył sztuczny słodzik – aspartam (E951), substancję 200 razy słodszą od cukru. Trafił on na rynek dopiero po 16 latach. Najpierw był sztucznym słodzikiem, substytutem cukru, później pojawił się w napojach i środkach dietetycznych. W 1983 roku ujawniono, że aspartam zwiększa łaknienie na węglowodany co powoduje zwiększenie masy ciała. W 1991 r. zarejestrowano 167 działań niepożądanych, a w 1994 udokumentowano 88 toksycznych symptomów. Były to między innymi defekty noworodków, syndrom przewlekłego zmęczenia, epilepsja, Parkinson, Alzheimer, depresje…

Obecnie głównym dodatkiem polepszającym smak i zapach większości potraw, włączając w to produkty dla niemowląt jest glutaminian sodu (E621, MSG). Odkryto go w 1908 roku ale dopiero badania z 1950 roku ujawniły, że już jedna dawka glutaminianu powoduje u badanych szczurów uszkodzenia neuronów w wewnętrznej warstwie siatkówki, uszkodzenia podwzgórza oraz zaburzeń układu dokrewnego. Ponadto, tak jak sztuczny słodzik, powoduje wzrost masy ciała co kończy się chorobliwą otyłością.

Zarówno aspartam jak i glutaminian sodu to dodatki spożywcze więc nie muszą być tak dokładnie przebadane jak leki. Są obecne w dietetycznych napojach, gumach do żucia, mrożonkach, przyprawach i zupach w proszku. A nieświadomi klienci spożywają je każdego dnia.

Dr Russel Blaylock uważa, że dodatki spożywcze takie jak aspartam, MSG, cysteina, kwas asparaginowy należą do substancji zwanych ekscytotoksynami. Są to toksyny stymulujące neurony aż do śmierci, powodując różnorakie uszkodzenia mózgu.

Wszyscy powinniśmy wystrzegać się tych substancji, tym bardziej jeśli cierpimy na schorzenia neurologiczne lub nadwagę.

W przypadku MSG (glutaminian sodu) wystrzegaj się rożnych polepszaczy smaku, symbolu E621, hydrolizowanych białek roślinnych. Wybieraj producentów, którzy informują, że ich produkty są wolne od MSG. W celu zmniejszenia wchłaniania MSG możesz używać izoleucyny i lizyny, natomiast kurkumina, sylimaryna i ginko biloba blokują jego działanie.

W przypadku aspartamu wystrzegaj się dietetycznych środków spożywczych, symbolu E951 i napisów ostrzegających, że dany produkt jest źródłem fenyloalaniny (składnik aspartamu) i nie może być spożywany przez chorych na fenyloketonurię.

MIT 10: „Nie potrzebujesz suplementów diety”

Coraz częściej zdarza się, że dobrze się odżywiamy, dbamy o zróżnicowaną dietę, a mimo to nie dostarczamy swojemu organizmowi wszystkich niezbędnych składników.

Dzieje się tak ponieważ produkty jakie spożywamy mają coraz mniejszą wartość odżywczą. Mąka pszenna, biały cukier, biały ryż, żywność puszkowana to wyłącznie puste kalorie bez witamin, soli mineralnych, enzymów i tłuszczów roślinnych.

Dodatkowo zły wpływ na naszą żywność ma jałowość gleby. Obecnie szacuje się, że jałowych jest:

85% obszarów rolnych Ameryki Północnej,

76% Ameryki Południowej i Azji,

74% Afryki – 72% Europy.

Jałowa gleba rodzi słabe i chore rośliny. W przypadków niektórych warzyw spadek zawartości np. witaminy C wynosi prawie 90%.

Nawożenie gleby niestety nie jest rozwiązaniem tej sytuacji, ponieważ spośród 52 różnych minerałów do gleby wracają zaledwie trzy: azot, potas i fosfor. Konieczne jest więc stosowanie suplementów witamin i minerałów.

MIT 11: „Przyczyny większości alergii jest nieznana”

Wszystkie choroby przewlekłe, choroby skóry, alergie, zespół przewlekłego zmęczenia mogą mieć wspólną przyczynę. Są to zakażenia pasożytnicze niekiedy zwane helmintozami. Szacuje się, iż obecnie 95% dorosłych jest zakażonych nawet 5 pasożytami, a w przypadku właścicieli zwierząt nosicielstwo wynosi 99,9%! Pokolenie występujące po zakażonych rodzicach żyje o 10-15 lat krócej, a zachwianie psychiki może występować aż do trzeciego pokolenia.

Skuteczność obecnie dostępnych metod diagnostycznych w wykrywaniu zakażeń pasożytniczych jest dość zachwiana. Analiza kału wynosi zaledwie 12% – 20% skuteczności. Badania serologiczne, czyli wykrywanie specyficznych antygenów powala wykryć 55-60% zakażeń, głównie już w zaawansowanych stadiach.

Najbardziej wiarygodną metodą wykrywania pasożytów we wszystkich stadiach rozwoju jest badanie rezonansowe za pomocą Vega testu, który w ciągu godziny wykrywa pasożyty, grzyby, pleśnie i metale ciężkie. Są one przebiegłe, ponieważ przez długie lata mogą nie powodować żadnych objawów. A jeśli się zdarzają to są to objawy najczęściej występujących dolegliwości: bóle głowy, anemia, alergia, utrata apetytu, spadek wagi, zgrzytanie zębami w nocy, zespół przewlekłego zmęczenia, impotencja, torbiele macicy, bolesne miesiączkowanie itd.

Przewlekłe uszkodzenie wątroby wynikające ze spożywania alkoholu, leków i żywności wysoko przetworzonej również może powodować alergię. Niewydolność wątroby powoduje wzrost stężenia toksyn we krwi, które w normalnych warunkach były przez nią eliminowane. W tej sytuacji organizm stara się zasygnalizować obecność patogenu za pomocą reakcji alergicznej w celu ograniczenia kontaktu z alergenem. Gdy fizjologiczne drogi wydalania są niewystarczająco sprawne, alergen może zostać wydalony przez skórę powodując różnego rodzaju wypryski i liszaje. Najbardziej popularnym testem wątroby jest badanie specyficznych enzymów wątrobowych (ASPAT, ALAT) oraz bilirubiny.

MIT 12: „Mleko to podstawa zdrowych kości i zębów”

Próchnica jest spowodowana brakiem równowagi i niedoborem składników odżywczych wynikających ze spożywania nadmiernie przetworzonej żywności.

Wszyscy wiemy, że zdrowie zębów i dziąseł jest odbiciem stanu zdrowia całego organizmu. Ale czy wiemy, że próchnica spowodowana jest brakiem równowagi i niedoborem składników odżywczych wynikających ze spożywania nadmiernie przetworzonej żywności?

Gdy w 1936 r. dr Price prowadził systematyczne badania odnośnie próchnicy, zauważył, że rdzenni Aborygeni nie mieli żadnych problemów dentystycznych. Jednak po przejściu na typową dietę współczesnego człowieka, 70% z nich zaczęło cierpieć na próchnicę. Dr Price wyszczególnił wówczas 3 klasy związków, których brakuje nam we współczesnej diecie: witaminy rozpuszczalne w tłuszczach typu A i D (brak ich w chudym mleku podczas gdy Aborygeni spożywają 10 razy więcej witaminy A niż przeciętny Amerykanin), sole mineralne (zwiększone zapotrzebowanie występuje przy spożyciu leków, kawy, narkotyków), enzymy czyli katalizatory reakcji chemicznych ułatwiające trawienie pokarmów (zostają zniszczone podczas gotowania).

Właśnie tych 3 grup składników brakuje w chudym, pasteryzowanym mleku. Podczas procesu pasteryzacji (ogrzaniu go do temperatury 100 °C w ciągu 1 minuty lub do 85 °C w ciągu 30 minut) giną wszystkie enzymy i większość witamin, a jony wapnia organicznego przechodzą w nieprzyswajalną nieorganiczną postać. Chude mleko jest całkowicie pozbawione witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, a to właśnie 2% dodatek tłuszczu jest warunkiem niezbędnym do wchłaniania wapnia w jelicie cienkim.

Dobrą alternatywą może być mleko kozie, lub mleko niskolaktozowe o zawartości tłuszczu min 2%. Wiele osób także zapomina, iż do wchłaniania wapnia potrzebna jest obecność magnezu. Niedobór magnezu powoduje zaburzenie 300 reakcji enzymatycznych oraz procesów wytwarzania energii.

MIT 13: „Pozytywne myślenie nie uchroni Cię przed chorobą”

Dzięki medytacji, diecie i wysiłkowi fizycznemu można odwrócić bieg choroby.

Zapadamy na choroby częściej, gdy jesteśmy pod wpływem negatywnych emocji. Nieprawdopodobne, a jednak to prawda potwierdzona badaniami naukowymi.

Dr Simons w 1998 roku ujawnił zaskakujące wyniki swoich badań. Okazało się, że depresja, częściej niż cholesterol, powodowała wylew krwi do mózgu. Od lat psychiatrzy uważają, że wiele chorób układu immunologicznego może najpierw manifestować się objawami psychicznymi. Jest to związane z zaburzeniami snu, ruchu, procesów myślowych oraz pamięci. Dzięki medytacji, diecie i wysiłkowi fizycznemu można odwrócić bieg choroby niedokrwiennej mięśnia sercowego. Udowodnił to Dean Ornish.

Kolejnym przykładem na to, że pozytywne myślenie pomaga jest grupa pacjentów z zaawansowaną chorobą nowotworową, którzy podlegali psychoterapii jako uzupełnienie standardowego leczenia i żyli dwa razy dłużej w porównaniu do pacjentów leczonych tylko konwencjonalnymi metodami.

Obecnie głównym czynnikiem napędzającym stres są nasze emocje, a raczej sposób w jaki interpretujemy fizjologicznie neutralne zdarzenia. Zmiana myśli i przekonań na zdrowsze pozwala na zmianę emocji, a co za tym idzie na poprawę jakości życia. Równie ważne jest uwolnienie się od długotrwale skrywanych negatywnych emocji takich jak żal, gniew, nienawiść. Pozwala to na zrzucenie niepotrzebnego balastu emocjonalnego i przyśpiesza powrót do zdrowia.

Podsumowanie

Współczesna medycyna stworzyła mit, że pogorszenie zdrowia jest czymś niepożądanym i szkodliwym. Lepiej byłoby, gdybyśmy patrzyli na to jak na lekcję, informację zwrotną mówiącą, że nasze postępowanie nie jest zgodne z naturą i przynosi to szkodę dla organizmu.

Społeczeństwo jest uzależnione od rozwoju współczesnej medycyny. Skarbem byłyby szpitale wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt, zaopatrzone w najbardziej skuteczne leki i obsługiwane przez doskonale wyszkolony i opłacony personel.

Nie każę Państwu wyrzucić wszystkich leków i przestać korzystać z opieki lekarskiej, ale chciałbym zwiększyć Państwa uwagę na efekty uboczne, które posiadają wszystkie medykamenty. Uzmysłowić Państwu, że oszustwa, takie jak zatajanie skutków ubocznych i fałszowanie badań medycznych, jest codziennością. Natomiast wpychanie nieświadomym pacjentom uzależniającej, zabójczej „pigułki szczęścia” ociera się o zabójstwo.

Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości lekarze, farmaceuci, psycholodzy i dietetycy będą skutecznie współpracować, by zapobiegać chorobom a nie tylko je leczyć.

Moim zadaniem jest uświadomienie Państwa i pokazanie, że jesteśmy w stanie sami sobie pomóc w każdej sytuacji. Nawet jeśli mowa jest o tak poważnej sprawie jaką jest nasze zdrowie.

Najważniejsza jest praca zarówno z ciałem jak i umysłem. Bo z takich perspektyw powinien być rozpatrzony każdy problem. Daje to największe szanse na wyzdrowienie bez zażywania garści zbędnych tabletek i wyniszczających ciało kuracji.

Drogi Czytelniku, jeśli pragniesz powrócić do zdrowia, odnaleźć harmonię swojego ciała i umysłu to mogę pomóc Ci to osiągnąć. Więc jeśli chcesz wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie i polepszyć jakość życia – jestem do Twojej dyspozycji.


mgr farm. Piotr Orliński

www.coachingzdrowia.pl

Za https://www.nwo.report/nwo/13-tajemnic-korporacji-farmaceutycznych.html

środa, 25 maja 2016

Apostołowie degradacji




No cóż, przypuszczam, iż to musiało się zdarzyć. I przypuszczam, że jest to rzecz, którą Willi Munzenberg, inspiracja Szkoły Frankfurckiej, miał na myśli, kiedy zachęcał swoich towarzyszy: „musimy zorganizować intelektualistów i użyć ich tak, by cywilizacja Zachodu zaczęła śmierdzieć. Tylko wtedy, po tym jak zniszczą wszystkie jej wartości i uczynią życie niemożliwym, będziemy mogli narzucić dyktaturę proletariatu”.

 
  
Lub co były szef KGB Ławrientij Beria myślał, gdy przemówił do przybywającej
delegacji Amerykańskich Komunistów. “Degradacja i podbój są towarzyszami. Atakując charakter i morale .. przez zaprowadzenie, w oparciu o zatrucie młodzieży, ogólnego poczucia degradacji, w znacznym stopniu ułatwia się panowanie nad populacją. Przez deprawację instytucji narodu i doprowadzenie do ogólnej degradacji … populacja może być psychologiczne rzucona na kolana”.

Szkoda, że obaj zostali przedwcześnie wyeliminowani przez ich byłych towarzyszy, ponieważ ich instrukcje zostały wypełnione w stopniu przewyższającym ich najdziksze oczekiwania jako że zachodnie społeczeństwo pogrąża się do niewyobrażalnych poziomów moralnej degradacji i socjalnej dezintegracji.

Może myślisz, że nie mogłoby już być gorzej? No cóż, może być gorzej i będzie. Jaka jest najbardziej plugawa perwersja którą możesz sobie wyobrazić? Seks ze zwłokami a la Jimmy Saville? Czy ze zwierzętami? Lub z własną matką? No cóż, dla mnie seks z dziećmi, gwałty na dzieciach muszą być zdecydowanie czymś najgorszym. Jeżeli nie z innego powodu, to choćby z tego, że ofiary kończą z nieusuwalną psychiczną raną. Ich życie jest dosłownie zniszczone. Dlatego też to podlegało całkowitemu tabu w większości społeczeństw. Ale zauważ, że nie we wszystkich.

Obecnie zauważam wyłaniający się bardzo konkretny trend, podążający za klasycznym rozwojem Kulturowego Marksizmu. KM wie, że jeżeli kontrolujesz język, panujesz nad debatą. Dlatego też PC było takie udane. Mając to na uwadze, rozpoznałem ten sam trend jaki widzieliśmy z homoseksualizmem: pełzające przemianowanie pedofilii na jeszcze jedną formę „różnorodności” i „życiowego wyboru”. Wiesz o co chodzi.

Obecnie pedofile rozpoczęli dążenie do uzyskania podobnego statusu prawnego jak homoseksualiści, argumentując że ich seksualne pożądanie dzieci jest po prostu naturalną „orientacją seksualną” która wkrótce będzie również uznana i zaakceptowana. Nazwiesz kogoś brudnym zboczeńcem? To mowa NIENAWIŚCI, i musi być zabroniona.

To już wystarczająco złe. Ale tak samo jak Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zrezygnowało z klasyfikowania homoseksualizmu jako mentalnego zaburzenia w połowie lat siedemdziesiątych, ci sami mili ludzie teraz uznali termin pedofil, zgadłeś, jako “obraźliwy”. Obecnie musimy odnosić się do tych plugawych zboczeńców jako minor-attracted. Nie żartuję. Z pewnością możemy oczekiwać, że ci, którzy nie zaaprobują tego przemianowania zostaną odprawieni jako Naziści i pedofobowie. Ci sami ludzie wydali również raport ogłaszający “negatywny potencjał seksu dorosłych z dziećmi jako wyolbrzymiony”, i że przeważająca większość zarówno mężczyzn jak i kobiet nie zgłaszała negatywnych rezultatów wynikłych z doświadczeń seksualnego nadużycia w dzieciństwie”.

W międzyczasie pewien Jackie Speiers przedstawia projekt ustawy, który definiuje pedofilię jako “seksualną orientację” która nie powinna wymagać lekarskiej konsultacji.

.

I oto źródło wszystkich naszych dolegliwości, uniwersyteckie departamenty “nauk humanistycznych” cwałują (że się tak wyrażę) z odsieczą, na ratunek. Pedofilom oczywiście. Dr Milton Diamond (z pewnością zaskoczony cię informacja, iż jest on Żydem) z Uniwersytetu Hawajskiego jako część tej misji, wyszedł z dogłębną systematyką “praw seksualnych”. Tak, znów słowo “prawa”.

Wśród tych praw jest takie, że nikt nie powinien być “poszkodowany” z uwagi na wiek. Zgadza się, jestem pewien, że twoja normalna siedmioletnia córka po prostu nie może się doczekać bycia wykorzystaną przez jakiegoś pięćdziesięcioletniego zboczeńca. Podobne oczywistości pojawiły się również na licznych kanadyjskich uniwersytetach.

I tak, w rzeczy samej jesteśmy przygotowywani do znormalizowania całkowitej degradacji. Z czasem posiadanie ośmioletniej partnerki będzie postrzegane jako cool. I oczywiście małżeństwo – i adopcja – te prawa nieuniknienie za tym nastąpią. W końcu, tylko “hejtersi” mogą przeciwko temu zaprotestować.

Beria, Munzenberg i inni KMiści, smażąc się w Siódmym Kręgu Piekła, mogą doznać pewnej pociechy płynącej z powodzenia ich dzieła.

The Irish Savant →


PS tu pewne dodatkowe interesujące linki


http://hat4uk.wordpress.com/2013/04/09/the-paedofile-are-paedophilephiles-simply-daft-or-is-there-something-else-going-on/

http://hat4uk.wordpress.com/2013/04/10/the-paedofile-did-david-cameron-refer-to-gay-smears-in-order-to-protect-tory-elm-house-paedophiles/

http://blogs.telegraph.co.uk/news/damianthompson/100196502/guardian-paedophiles-are-ordinary-members-of-society-who-need-moral-support/

http://elliotlakenews.wordpress.com/2007/09/18/german-govt-promoting-incest/

czwartek, 19 maja 2016

„Żydzi, którzy chcą być przyzwoitymi ludźmi, muszą odrzucić swoją żydowskość” – prof. Kevin McDonald


Tematem, który nie jest omawiany, a krzyczy prosto w twarz, jest wroga agresja, którą ludzie muszą znosić, gdy odważą się nadepnąć na żydowską wrażliwość.

Nie mówimy tu o wyrafinowanej racjonalizacji, widzianej w artykułach redakcyjnych na stronach mediów głównego nurtu, a nawet o technikach oczerniania przez organizacje takie jak ADL lub SPLC. Mówimy o agresji interpersonalnej. Jest to coś absolutnie podstawowego.

Mamy odświeżająco szczery blog należący do Karin Friedemann, etnicznie żydowskiej anty-syjonistki. Zauważa zaciekłą nietolerancję, wykazywaną przez obrońców Izraela, w stosunku do ludzi mających inne opinie.

Amerykańscy Żydzi są rzeczywiście od dzieciństwa szkoleni w kontaktach z nie-Żydami w sposób podstępny i arogancki, w koordynacji ze sobą, aby niszczyć emocjonalnie nie-Żydów i krytyków Izraela, oprócz rujnowania ich kariery i ingerencji w relacje społeczne. Jest to rzeczywiście celowe, nikczemne i zaplanowane zachowanie, motywowane narcystyczną, zadufaną furią. …

Problem polega na tym, że nie-Żydzi są nauczani, przez nacisk emocjonalny i przemoc w mediach i systemie szkolnym, że mają być bardzo wrażliwi na cierpienie Żydów, więc gdy syjonista oburza się na nich za kwestionowanie jego poglądów, nie-Żyd naprawdę musi toczyć wielką bitwę przeciwko swojemu „wewnętrznemu Żydowi,” czyniąc się nieadekwatnym i zastraszanym. Ale Żyda nie obchodzi jak bardzo rani innych. Żyda obchodzi tylko to, co dobre dla Żydów.

Kiedyś doprowadziłam 50-letniego mężczyznę do histerycznego płaczu, bo powiedziałam mu, delikatnie i czule, że Żydzi nie są unikalni. Powiedziałam, że Żydzi, tak jak wszyscy inni, mieli dobre i złe czasy. Czasy, gdy ich mordowano, a innym razem, gdy oni mordowali innych. Tak jak każdy inny. Zgadnij, co wtedy zrobił. On mnie emocjonalnie wykorzystał w obelżywy sposób, a następnie zerwał wszelkie dalsze kontakty ze mną. Żydowskie zachowanie jest tak przewidywalne, że to naprawdę przeraża.

Jeśli wspomnisz odcięcie pieniędzy lub możliwy kompromis z Palestyńczykami, życie jak równy z równym w jednym państwie, stają się bardzo źli i stosują taktykę zastraszania, chyba że mają jakiś powód by się ciebie bać, w tym przypadku unikają cię i narzekają do władz, próbują byś został zatrzymany lub spróbują zniszczyć ci karierę, czy status społeczny poprzez oczernianie.

Wszyscy syjoniści wierzą w mit „1000 lat żydowskiego cierpienia” i czują, że świat jest im winien odszkodowanie za „wyjątkowe” cierpienia ich przodków. Jest to zbrodniczo obłąkany pogląd. Radzą sobie ze sprzecznościami między ich wiarą, że są dobrzy i tym co faktycznie robią swoim sąsiadom, zarówno na Bliskim Wschodzie, jak i w Stanach Zjednoczonych, opracowują wymyślone zagadnienia nt. zdrowia psychicznego. Większość syjonistów to funkcyjni schizofrenicy.

Moja opinia:

– Te taktyki nie ograniczają się tylko do krytyków syjonizmu. Jako jeden z tych, którzy doświadczyli ataku wrogich emaili od moich kolegów na uczelni, mogę to zdecydowanie potwierdzić. Jeden z moich korespondentów ostatnio przysłał mi następującą wiadomość:

Spotkałem wielu liberalnych, politycznie poprawnych Żydów, którzy reagują głośno (prawie gwałtownie), na najbardziej niewinne uwagi na każdy temat związany z Izraelem i Żydami. Jeden Żyd, kiedy wspomniałem, że moja żona i ja byliśmy w Rosji, przez kilka minut mówił o Rosjanach praktycznie z pianą na ustach. Inny, kiedy usłyszał, że sympatyzuję z problemami Palestyńczyków, chciał się dowiedzieć kim jestem i jak śmiem mówić coś takiego. Często zero tolerancji dla odmiennego zdania.

– Media stale pokazują obrazy żydowskiego cierpienia, ostatnio niekończący się przesyt filmów o holokauście. Ale media ignorują przypadki, takie jak wczesne dziesięciolecia ZSRR, a teraz w Wielkim Izraelu, gdzie Żydzi zadawali straszne cierpienia. Obecnie czytam The Jewish Revolutionary Spirit and Its Effect on History [Żydowski duch rewolucyjny oraz jego wpływ na historię] E. Michaela Jonesa. Uderzające są opisy żydowskiej przemocy wobec nie-Żydów w starożytności, zwłaszcza prześladowanie chrześcijan, gdy Żydzi mogli to zrobić.

Na długo zanim chrześcijanie mieli jakiś wpływ na politykę Rzymian, skargi chrześcijan na Żydów nie były stereotypowe, oparte na pamięci historycznej, lecz wynikały z bezpośredniego doświadczenia z Żydami: „Orygenes uważał, że żydowskie oszczerstwa pomogły wywołać prześladowania chrześcijan, oraz że żydowska nienawiść była faktem w życiu chrześcijan, i trwała niesłabnąco po wielokrotnych porażkach polityki mesjanistycznej” (tzn. porażki żydowskich rebeliantów z rąk Rzymian w 70 i 135 AD) (s. 69). To jest podstawą moich obaw, co stanie się z białymi, kiedy Żydzi staną się częścią wrogiej elity w Ameryce, z białą mniejszością.

– Nie-Żydzi absorbują te obrazy medialne, w wyniku czego czują się nieadekwatni i zastraszani emocjonalnie. W końcu identyfikują się z agresorem, podobnie jak przymuszani zakładnicy albo, jak sugeruje Friedemann, doświadczająca przemocy małżonka. Albo podtrzymują przyjaźń, ale starannie unikają mówienia o czymkolwiek związanym z Izraelem. Nie-Żydzi robią to co każą im ich wewnętrzni Żydzi, ponieważ mają umiędzynarodowione obrazy żydowskiego cierpienia. W związku z tym pomagają żydowskiej brutalności i agresji.

Nie-Żydom, którzy kontynuują krytykę zorganizowanej społeczności żydowskiej, grozi się utratą środków do życia i ostracyzmem społecznym. Jak napisałem w poprzednim artykule, zorganizowana społeczność żydowska nie wierzy w wolność słowa. Ważne jest, aby pamiętać, że kiedy Żydzi dominowali w pierwszych dziesięcioleciach ZSRR, rząd kontrolował media, antysemityzm był wyjęty spod prawa, oraz były masowe mordy chrześcijan i zniszczenie chrześcijańskich kościołów i instytucji religijnych.

Jak zauważa Friedemann, sytuacja jest niczym innym jak oznaką poważnej sprawy psychicznej wśród społeczności żydowskiej głównego nurtu.: „Większość syjonistów to funkcyjni schizofrenicy.”

Myślę, że tak się dzieje, gdy ludzie, którzy zajmują się tematyką żydowską w końcu zrozumieją, że nie ma nadziei na dialog i zaczną myśleć, co robić dalej. Uczciwi ludzie w końcu zrozumieją, że jeśli chodzi o krytyczne sprawy, takie jak Izrael i wielokulturowa Ameryka, podziały wśród Żydów są złudzeniem. (Friedemann wyrzekła się swojej tożsamości żydowskiej.) Mąż Friedemann, Joachim Martillo zauważa, że „Żydzi, którzy chcą być przyzwoitymi ludźmi, nie mają wyboru, tylko zrezygnować z żydowskiego pochodzenia i wziąć udział w antysyjonistycznej walce (już teraz).”

Dowodem A na ‚już teraz’, jest mordercza inwazja izraelska w Strefie Gazy. Wiemy (zob. artykuł Johna Mearsheimera w The American Conservative), że ta inwazja nastąpiła po dłuższym okresie, kiedy Izrael ograniczał dostawy do Strefy Gazy, a następnie zaatakował tunele pomiędzy Gazą a Egiptem. Wiemy, że jej celem było „zadawanie ogromnego bólu Palestyńczykom po to, by pogodzili się z faktem, że są narodem pokonanym, oraz że Izrael będzie w dużej mierze odpowiedzialny za kontrolowanie ich przyszłości.”

Ton artykułu Mearsheimera sugeruje dramatyczną zmianę w postawie, gdzie zwykłe zahamowania w dyskursie publicznym, w końcu zaczynają opadać, nawet w przypadku szacownych naukowców:

Jest … niewielka szansa, by ludzie na całym świecie, którzy śledzą konflikt izraelsko-palestyński, szybko zapomnieli przerażające karę, jaką Izrael wymierza w Strefie Gazy. … Dyskurs o tym od dawna trwającym konflikcie uległ zmianie na Zachodzie w ostatnich latach, i wielu z nas, którzy kiedyś byli całkowicie życzliwi wobec Izraela, teraz widzą, że to Izraelczycy są represjonerami, a Palestyńczycy są represjonowanymi.

Zdejmuje się rękawice. Tak się dzieje, gdy inteligentni i uczciwi ludzie, którzy ciężko pracują, aby uzyskać stypendium, są jednak oczerniani jako antysemici, winni najgorszych występków. Nic dziwnego, że Abe Foxman – główny obrońca rasowego syjonistycznego status quo w Izraelu – poświęcił całą książkę oczernianiu Mearsheimera i Walta. Po prostu nie ma sensu rozmawiać z takimi ludźmi, ani poważnie traktować tego, co o nas mówią.

Wiemy, że rząd Izraela jest mocno w rękach rasowych syjonistów, „zwolenników Wladimira Żabotyńskiego i jego opinii na temat rasowej odrębności i wyższości narodu żydowskiego. Rzeczywiście, jedynym pytaniem w izraelskich wyborach, jest, która odmiana rasowego syjonizmu stanowić będzie następny rząd.

Wiadomo, że rasowy syjonizm całkowicie wygrał dziś w Izraelu, gdy Kadima – partia Ariela Szarona, Ehuda Olmerta, Tzipi Livni i inwazja Gazy – jest opisana przez Benjamina Netanyahu jako partia lewicy. (LA Times sumiennie nazywa ją „centrową”, ale, jak pisze izraelski działacz pokojowy Uri Avnery, Livni „nawołuje do sprzeciwu wobec dialogu z Hamasem. Ona sprzeciwia się wspólnie uzgodnionemu zawieszeniu broni. Ona próbuje konkurować z Netanjahu i [Avignor] Liberman w nieograniczonych przekazach nacjonalistycznych.”) Faktycznie, jedynym zmartwieniem Netanjahu jest to, że otwarcie rasistowski Liberman, „uczeń notorycznego Meira Kehane’a – zabierze zbyt wiele głosów Likudowi.

Sytuacja jest analogiczna do wyborów w USA, gdzie Pat Buchanan jest kandydatem skrajnej lewicy. (Mogę sobie pomarzyć).

Avnery przyrównuje wybory do żartu, gdy sierżant mówi do swoich ludzi: „Mam dobre wiadomości i złe. Dobrą wiadomością jest to, że zmienicie swoje brudne skarpetki. Zła wiadomość jest taka, że macie je wymienić między sobą.”

Po raz kolejny widzimy działanie ogólnej zasady, że w społeczności żydowskiej, najbardziej ekstremalne elementy rządzą i pociągają za sobą resztę społeczności żydowskiej. Jak napisałem w Zionism and the Internal Dynamics of Judaism [Syjonizm i wewnętrzna dynamika judaizmu], „w czasie, kiedy bardziej wojowniczy, ekspansywni syjoniści (Żabotyńscy, Partia Likud, fundamentaliści i osadnicy z Zachodniego Brzegu) wygrali i nadal będą dążyć do terytorialnej ekspansji w Izraelu. Doprowadziło to do konfliktu z Palestyńczykami i powszechnego przekonania wśród Żydów, że to Izrael jest zagrożony. Doprowadziło to do wyższej świadomości grupowej wśród Żydów i wreszcie wsparcia dla syjonistycznego ekstremizmu wśród całej zorganizowanej amerykańskiej społeczności żydowskiej.”

Fanatycy wykraczają poza dotychczasowe granice, zmuszając innych Żydów, by albo zgodzili się na ich program, albo przestali być częścią społeczności żydowskiej. Złowieszczo, jeżeli zostanie wybrany, Netanjahu obiecuje, że priorytetem będzie „wykorzystanie administracji USA, aby powstrzymać zagrożenie” ze strony programu nuklearnego Iranu.

Nawiasem mówiąc, E. Michael Jones (Żydowski duch rewolucyjny i jego wpływ na historię, s. 42ff) rozszerzył ten argument do starożytnego świata. Pokazuje jak społeczność żydowska została wciągnięta w kierunku fanatyzmu przez zelotów, którzy wypędzili wyznawców Jezusa z synagogi i przyjęli katastrofalną drogę rewolucji przeciwko Rzymowi, co doprowadziło ostatecznie do porażki w 70 i 135 AD.

Dobry przykład schizofrenii opisanej przez Friedemann pokazuje fakt, że około 80% amerykańskich Żydów głosowało na Obamę, a ten sam procent obwinia Hamas za eskalację przemocy i uważa, że izraelska reakcja była „odpowiednia”. Te wyniki ankiety na temat inwazji Gazy dumnie ogłosił Abraham Foxman z ADL, organizacji, która jest jedną z głównych sił promujących post-europejską Amerykę. Żydowska lewica jest filarem wielokulturowym Ameryki, ale silnie wspiera rasowy syjonizm w Izraelu.

Tę samą schizofrenię pokazano na ostatniej wystawie w Hammer Museum w Los Angeles, Chrisa Hedgesa i Marka Potoka – z SPLC. Program zajął się zwykłymi straszakami zorganizowanej społeczności żydowskiej: chrześcijańskimi fundamentalistami, skinheadami, Davidem Dukem, i (jestem zadowolony z tego) The Occidental Quarterly.

W komentarzu na temat sojuszu między chrześcijańskimi konserwatystami i syjonistami, ktoś z publiczności wspomniał (przy stłumionych oklaskach), że „są żydowscy faszyści”. Ale moderator, Ian Masters, uratował sytuację kiedy stwierdził, że „większość amerykańskich Żydów jest świecka i liberalna” – komentarz, który przyniósł wiele oklasków, prawdopodobnie dlatego, że zapewnił wielu Żydów wśród publiczności, że oni nie byli jak ci Żydzi. Ze swojej strony, Potok, ten dzielny wojownik w walce z białą Ameryką, wyraził swoje poparcie dla tego, kogo widzi jako oblężony Izrael na skraju apokalipsy z rąk Arabów. Rzeczywiście schizofrenia.

Politycy rządzący Izraelem są większymi rasistami i nacjonalistami od wszystkiego, co było na horyzoncie w amerykańskiej czy europejskiej polityce. Jak pisze Avnery:

W każdym innym kraju, program Libermana byłby nazywany faszystowskim, bez żadnego cudzysłowu. Nigdzie w świecie zachodnim nie istnieje duża partia, która odważyłaby się na takie żądanie [unieważnienie obywatelstwa Arabów]. Neofaszyści w Szwajcarii i Holandii chcą wyrzucać cudzoziemców, a nie unieważniać obywatelstwo tam urodzonych. …

Kiedy do austriackiego rządu wszedł Joerg Haider, Izrael w proteście odwołał swojego ambasadora z Wiednia. Ale w porównaniu z Libermanem, Haider był oszalałym liberałem, podobnie jak Jean-Marie Le Pen. Teraz Netanjahu zapowiedział, że Liberman będzie ważnym ministrem w jego rządzie, Livni dała do zrozumienia, że on będzie w jej rządzie także, a Barak nie odrzucił takiej możliwości.

Optymistyczna wersja mówi, że Liberman okaże się przemijającym curiosum. … Istnieje również wersja pesymistyczna: faszyzm stał się poważnym graczem w izraelskim życiu publicznym. Trzy główne partie teraz go usankcjonowały. Zjawisko to należy przerwać zanim będzie za późno.

Więc mam propozycję dla Foxmanów, Potoków, neokonserwatystów i świeckich żydowskich liberałów na świecie: Jeśli chcecie zwalczać rasizm i nacjonalizm, zacznijcie od własnego podwórka. A moja propozycja dla reszty z nas jest taka, by pozbyć się tego, co Friedemann nazywa „wewnętrznym Żydem”. Wiem, że to trudne do zrobienia. Ale gdy wyłączysz się z wrzaskliwej wrogości (i zakładając, że nie obawiasz się utraty pracy), będzie proste. Nie spodziewaj się przyjemnej czy racjonalnej rozmowy.

Kevin MacDonald
„Jews, who want to be decent human beings, have to renounce being Jewish”
Źródło: http://www.radioislam.org/gaza/macdonald.htm
Tłumaczenie: Ola Gordon

niedziela, 15 maja 2016

Na czym można opierać zachowanie etyczne


1. Wiara w nauczyciela. Każdy prawdziwy nauczyciel wykłada o prawie działania i odpowiedzialności za własne czyny. W największym skrócie to idea albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie. Pewnych rzeczy nie powinniśmy robić, gdyż są niekorzystne, inne znowu działania wiodą do naszego szczęścia, a zatem są korzystne. Rola wiary bywa często niedoceniana. Patrz tu →
O braniu własnej wiary za wiedzę. Patrz tu →
Wiara a zachowanie prawdy. Patrz tu →
Czy saddhā znaczy wiara? Patrz tu →

2. Gdy komuś brakuje takiej wiary, może bazować swą etykę na tak zwanym złotym środku, opierając się o empatię.

3. Można też kierować się wstydem i obawą przed błędnym zachowaniem.

4. Nie wiedząc czy zasada co człowiek sieje, to i żąć będzie, jest obowiązującą w matrix świadomego istnienia, można oszacować tylko i wyłącznie za pomocą logicznego myślenia potencjalne „zyski i straty” płynące z wiary bądź niewiary w tą zasadę.

5.Memento mori. Pamiętając o śmierci umysł naturalnie skłania się ku szukaniu dóbr nie z tego świata, a te mogą być osiągnięte właśnie przez dobre uczynki i unikanie złych.

6. Po rozpoznaniu szkodliwości chciwości, nienawisci i złudzenia, prowadzimy się odpowiednio do naszej wiedzy. 
[Patrz tu → i tu]
7. Po rozpoznaniu dobroczynnego wpływu przyjaznego nastawiania, rozwijamy umysł odpowiednio. (To samo z innymi boskimi przebywaniami jak współczucie, radość z sukcesu innych, rownowaga).
Więcej o przyjaźńości

wtorek, 3 maja 2016

Hiri-ottappa Wstyd i obawa przed błędnym działaniem


Choćby ludzie byli nie wiem jak źli, nie ośmieliliby się głosić wrogami cnoty; to też kiedy ją chcą prześladować, udają, że uważają ją za fałszywą lub też pomawiają ją o zbrodnie.
La Rochefoucauld

Trafne spostrzeżenie, ludzie nawet najgorsi, nie lubią się przyznawać do tego, że są złymi ludźmi i usiłują znaleźć rozmaite wytłumaczenia dla swoich niemoralnych działań, by wyglądały one na dobre, albo przynajmniej by zostały w jakiś sposób usprawiedliwione. Ale są też ludzie, którzy nie podejmują pewnych działań, dokładnie z tego powodu, że uważają je za niemoralne. Co ich powstrzymuje? Hiri-ottappa, wstyd i obawa przed błędnym działaniem. 

Mnisi, te dwie jasne zasady strzegą świata. Jakie dwie? Wstyd i obawa przed błędnym działaniem. Jeżeliby, mnisi, te dwie jasne zasady nie strzegły świata, nie dałoby się dostrzec szacunku dla matki czy ciotecznej matki, czy żony wuja, czy żony nauczyciela, czy żon innych honorowanych osób, i świat popadłby w promiskuizm, tak jak to jest u kóz, owiec, kurczaków, świń, psów i szakali. Ale ponieważ te dwie jasne zasady strzegą świat, da się dostrzec szacunek dla matki czy ciotecznej matki, czy żony wuja, czy żony nauczyciela, czy żon innych honorowanych osób”. Itv 42

Widzimy zatem, że wstyd i obawa przed błędnym działaniem mają korzystny wpływ na harmonijne relacje międzyludzkie. Nie jest to jednak główna przyczyna dla której powinniśmy u siebie rozwijać te cechy. Sprzyjają one utrzymaniu wysokich moralnych standardów, a te przede wszystkim pozwalają nam uniknąć bólu, który nieuchronnie spotyka łamiących pięć wskazań. Co więcej, wpływają oczyszczająco na umysł usuwając jego skalania i ułatwiając praktykę koncentracji.

Wstyd i obawa przed błędnym działaniem, zapobiegają temu, byśmy zostali rozpoznani jako głupcy oraz uniknęli problemów z jakimi głupiec spotyka się tutaj i teraz:

Mnisi, są trzy charakterystyki głupca, atrybuty głupca. Jakie trzy? Tu głupiec jest tym który myśli złe myśli, mówi złe słowa i czyni złe działania. Gdyby głupiec nie był taki, jak mądry człowiek poznałby go w ten sposób: „Ta osoba jest głupcem, nieprawdziwym człowiekiem”? Ale ponieważ głupiec jest tym który myśli złe myśli, mówi złe słowa i czyni złe działania, mądry człowiek wie o nim w ten sposób: „Ta osoba jest głupcem, nieprawdziwym człowiekiem”.

Głupiec odczuwa ból i smutek tutaj i teraz na trzy sposoby. Jeżeli głupiec siedzi w zgromadzeniu, czy idzie ulicą czy skwerem i ludzie dyskutują pewne stosowne i mające znaczenie sprawy, wtedy jeżeli głupiec jest tym, który zabija żywe istoty, zabiera to co nie dane, błędnie prowadzi się co do zmysłowych przyjemności i zadowala winem, likierami i środkami oszałamiającymi, które są podstawą zaniedbania, myśli on: „Ci ludzie dyskutują pewne stosowne i mające znaczenie sprawy, te rzeczy są do znalezienia u mnie i jestem widziany jako angażujący się w te rzeczy”. To jest pierwszy rodzaj bólu i smutku który głupiec odczuwa tutaj i teraz.

I znów, kiedy winny bandyta jest złapany, głupiec widzi wiele rodzajów tortur stosowanych na nim przez króli: po wychłostaniu go biczami, pobiciu laskami, pobiciu pałkami, odcinają mu ręce, odcinają mu stopy, odcinają mu ręce i stopy, odcinają mu uszy, odcinają mu nos, odcinają mu uszy i nos, stosują na nim 'naczynie na kaszę', 'wypolerowana muszlę', 'usta Rahu', 'ognisty gniew', 'płonące ręce', 'źdźbła trawy'. 'ubranie z kory', 'antylopę', 'mięsne haki', 'monety', 'kręcącą się szpilę', 'toczący się materac' i chlapią go wrzącym olejem i rzucają go psom na pożarcie, lub nabijają żywcem na pal i odcinają głowę mieczem. Wtedy głupiec myśli w ten sposób: „Z uwagi na takie złe działania kiedy winny bandyta jest złapany, królowie stosują na nim wiele rodzajów tortur: po wychłostaniu go biczami, pobiciu laskami, pobiciu pałkami, odcinają mu ręce, odcinają mu stopy, odcinają mu ręce i stopy, odcinają mu uszy, odcinają mu nos, odcinają mu uszy i nos, stosują na nim 'naczynie na kaszę', 'wypolerowana muszlę', 'usta Rahu', 'ognisty gniew', 'płonące ręce', 'źdźbła trawy'. 'ubranie z kory', 'antylopę', 'mięsne haki', 'monety', 'kręcącą się szpilę', 'toczący się materac' i chlapią go wrzącym olejem i rzucają go psom na pożarcie, lub nabijają żywcem na pal i odcinają głowę mieczem. Te rzeczy są do odnalezienia u mnie i jestem widziany jako angażujący się w te rzeczy”. To jest drugi rodzaj bólu i smutku który głupiec odczuwa tutaj i teraz.

I znów, kiedy głupiec siedzi na swym krześle czy łóżku, czy odpoczywa na ziemi, wtedy złe działania które wykonał w przeszłości – jego cielesne, werbalne i mentalne błędne zachowania – przykrywają go, rozchodzą się po nim i obejmują go. Tak jak cień wielkiej góry wieczorem przykrywa, rozchodzi się i obejmuje ziemię, tak też kiedy głupiec siedzi na swym krześle czy łóżku, czy odpoczywa na ziemi, wtedy złe działania które wykonał w przeszłości – jego cielesne, werbalne i mentalne błędne zachowania – przykrywają go, rozchodzą się po nim i obejmują go. Wtedy głupiec myśli: „Nie robiłem tego co dobre, nie robiłem tego co korzystne, nie uczyniłem sobie schronienia od niepokoju. Robiłem to co złe, robiłem to co okrutne, robiłem to co niegodziwe. Kiedy umrę, pójdę do destynacji tych którzy nie robili tego co dobre, nie robili tego co korzystne, którzy nie uczynili sobie schronienia od niepokoju. Robili to co złe, robili to co okrutne, robili to co niegodziwe". Żali się, smuci i lamentuje, płacze bijąc się w piersi i staje się zaniepokojony. To są trzy rodzaje bólu i smutku które głupiec odczuwa tutaj i teraz. M 129

W odróżnieniu od głupca, inteligentny człowiek, przy podejmowaniu decyzji bierze także pod uwagę swe własne sumienie i nie chce się narażać na dyskomfort wyrzutów sumienia.

„Mnisi są dwie rzeczy powodujące wyrzuty sumienia. Jakie dwie? Tu ktoś nie uczynił tego co dobre, nie uczynił tego co korzystne, nie uczynił tego co pożyteczne, ale wykonał złe, okrutne, niesprawiedliwe czyny. Ma wyrzuty sumienia gdy myśli: 'Nie uczyniłem tego co dobre', ma wyrzuty sumienia gdy myśli: 'Uczyniłem zło'. Te, mnisi, są dwie rzeczy powodujące wyrzuty sumienia”. Itv 30

Nie jest to bynajmniej jakaś specyficznie buddyjska postawa i dotyczy raczej każdego inteligentnego człowieka: Jeszcze ciągle bardziej boję się własnego sumienia niż świata. Marai 

Jeżeli twoje czyny są szlachetne, niech wiedzą o nich wszyscy; jeżeli podłe, to cóż z tego, że nikt o nich nie wie, skoro wiesz ty sam? Żal mi cię, jeśli lekceważysz takiego świadka! Seneka

Jednak praktykujący Naukę Buddy znajduje się w odmiennym położeniu niż starający się postępować etycznie ateista. Dochodzi u niego bowiem czynnik obawy przed zejściem do niższych światów, takich jak piekła, świat zwierząt czy królestwo duchów. Innymi słowy, praktykujący Dhammę ma znacznie więcej powodów by wypracować i rozwinąć u siebie wstyd i obawę przed błędnym działaniem niż inni ludzie. Nawet chrześcijanin może liczyć na łaskę i wybaczenie Boga, podczas gdy zgodnie z Dhammą, nie ma ucieczki przed bólem, który zadaliśmy innym czującym istotom.

Pewnego razu Zrealizowany przebywał w pobliżu Savatthi w Gaju Jeta w parku Anathapindiki. Przy tej okazji liczni chłopcy męczyli ryby w stawie. Wtedy Zrealizowany po ubraniu szaty i zabraniu miski i płaszcza, udał się do Savatthi na żebraczy obchód i wtedy zobaczył tych chłopców pomiędzy Savathi i Gajem Jeta męczących ryby. Widząc to podszedł do nich i powiedział: „Chłopcy, czy boicie się bólu? Czy nie lubicie bólu?” „Tak, czcigodny panie, boimy się bólu. Nie lubimy bólu”. Wtedy, rozumiejąc tego znaczenie, Zrealizowany wygłosił przy tej okazji taką wypowiedź:

Jeżeli boisz się bólu, jeżeli obawiasz się bólu,
Nie podejmuj się złych działań otwarcie czy ukrycie.
Jeżeli podjąłeś się złych działań, czy robisz je teraz,
Nie unikniesz bólu, choćbyś próbował uciec. U5:4

Ale sprawa z wstydem i obawą przed błędnym działaniem nie jest tak prosta i obejmuje też inne aspekty, niż powyższy przykład. Znęcanie się nad czującymi istotami może być odrzucone choćby dzięki empatii. Są jednak działania przed którymi nie powstrzymuje nas ani empatia ani też wzorce kulturowe; to działania które w danej społeczności są tolerowane i uważane za normalne, a których jednak zgodnie z Dhammą nie powinniśmy podejmować, wstydząc się przed ariya którzy powstrzymują się od takich działań i obawiając się przyszłych rezultatów tych działań. Klasycznym przykładem takiego działania jest picie alkoholu. Wypicie dwóch piw wieczorem jest uważane u nas za coś całkiem normalnego, podczas gdy zgodnie z Nauką Buddy powinniśmy się wstydzić i obawiać takiego działania, gdyż jest to oczywiste łamanie pięciu wskazań. Budda określa sprawę dość prosto i jednoznacznie:

Picie alkoholu gdy utrzymywane przy istnieniu i praktykowane, prowadzi do odrodzin w piekle, świecie zwierząt lub świecie duchów. Najłagodniejszy rezultat wynikający z picia alkoholu, jest taki, że gdy pojawia się jako człowiek, wiedzie to do szaleństwa. AN 8.40

Jak widzimy jest się czego obawiać. Może powstać pytanie czy takie straszenie piekłem nie prowadzi do nerwicy eklezjogennej? Bez wątpienia u głupców którzy nie przestrzegają jako świeccy pięciu wskazań a jako mnisi wskazań mnicha, może wystąpić taka nerwica. Ale i tak ci głupcy są w znacznie lepszej sytuacji od głupców którzy ani nie boją się łamać wskazań ani też nie przeżywają z tego powodu większych rozterek duchowych. Człowiek w samsarze idzie wąską ścieżką na skraju przepaści i jeden nierozważny krok może spowodować jego upadek. Jeżeli naprawdę boimy się piekła, to jest szansa, że zaczniemy zachowywać się odpowiednio. Problem z głupcami niestety jest taki, że nie mają wstydu i obawy przed błędnym działaniem i zaczynają się bać gdy jest już za późno. Jeżeli ktoś chciałby wyrobić u siebie nerwicę eklezjogenną, która powstrzyma go od błędnego działania polecam lekturę dwóch sutr M129 i M 130, kończąc obserwacją Nanamoli Bhikkhu: We wszystkich piekłach jakie wszystkie religie opisały, jednakowość i brak oryginalności jest rzeczą najbardziej uderzającą.

Aborcja - Zdjęcia zamordowanych dzieci









Za →

poniedziałek, 2 maja 2016

Witkacy - przedmowa do "Narkotyków"

Ponieważ tzw. „swobodną twórczością”, to jest tzw. „śpiewaniem ptaszka na gałęzi”, nic dla społeczeństwa i narodu zrobić nie mogłem, postanowiłem po szeregu eksperymentów zwierzyć się ogółowi z moich poglądów na narkotyki, zaczynając od najpospolitszego: tytoniu, a kończąc na najdziwniejszym chyba peyotlu (któremu rezerwuję osobne miejsce), w celu choćby małego wspomożenia dobrych potęg w walce z tymi najstraszniejszymi, poza wojną, nędzą i chorobami, wrogami ludzkości. Może i ta praca (z powodu pewnego tonu w sformułowaniu gorzkich prawd) potraktowana będzie humorystycznie lub negatywnie, jak moja estetyka, filozofia, sztuki sceniczne, istotne portrety, dawne kompozycje itp. „swobodne wytwory”. Oświadczam oficjalnie, że piszę poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać, a na idiotów i ludzi nieuczciwych sposobu nie ma, jak to w ciągu mojej dość smutnej działalności miałem sposobność przekonać się. Mówi się komuś: „Jesteś głupi, ucz się, a może zmądrzejesz” — nic nie pomoże, bo człowiek głupi jest przy tym zarozumiały i to, nawet jeśliby mógł przy usilnej pracy zmądrzeć, uniemożliwia mu wybrnięcie z błędnego koła. Mówi się draniowi: „To nieładnie być taką świnią, zastanów się, popraw się” — próżne gadanie: nie rozumiemy tego, że większość draniów jest świadomie właśnie draniowata — oni wiedzą o tym i nie chcą być innymi, o ile tylko mogą draniowatość tę dobrze zamaskować. „Czy można patykowi przebaczyć, że jest patykiem” — jak mówił Tadeusz Szymberski — i miał rację.

Byłem niegdyś „fighting manem” — człowiekiem bojowym par excellence1, miałem idee i chciałem o nie walczyć — nie było gdzie i z kim. Bynajmniej nie sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w malarstwie i w teatrze i reforma artystycznej krytyki), tylko przyszedłem do przekonania, że są one w każdym razie obecnie nie na czasie i że może w ogóle minął dla nich ich czas. To, co twierdziłem jeszcze przed wojną, a co wyraziłem w czwartej części książki pod tytułem Nowe formy w malarstwie..., że sztuka ginie, dzieje się na naszych oczach, a wobec tego, czy będzie i jaka będzie krytyka artystyczna w moim znaczeniu, to jest krytyka formalna, jest bez znaczenia. Co innego, jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę — tam jest jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na ten temat wypowiem. Obecnie jestem stosunkowo pogodnym osobnikiem lat średnich, który o żadnych „wyczynach” w wielkim stylu już nie marzy i pragnie jako tako skończyć to życie, którego dotąd przynajmniej mimo klęsk i niepowodzeń nie żałuje. Co będzie, to będzie. Zaznaczyć tylko muszę, że „dziełko” niniejsze będzie nosić charakter wysoce osobisty, a więc niejako pośmiertny. Nie jest to megalomania i chęć zaprzątania swoją (nikomu dotąd niepotrzebną) osobą ludzi zajętych czym innym i daleko przyjemniejszym. Ale pisząc o moich osobistych przeżyciach nie mogę pominąć siebie. W każdym razie będzie tu podana w sposób przystępny część prawdy o mnie, i to prawdy bezpośrednio dla ogółu pożytecznej.


Czymże to jest wobec potwornych plotek, które o mnie krążą. Pod tym względem w naszym już i tak wyjątkowo plotkarskim i lubiącym bawić się oszczerstwami społeczeństwie spotkało mnie zdaje się wyróżnienie. Mimo całego braku megalomanii, co z całą uczciwością podkreślam, mam wrażenie, że doborem bzdur i kłamstw, jakie o mnie mówiono i mówi się jeszcze, nie każdy przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może. Nie będę wchodził tu w przyczyny tego zjawiska, ale sądzę, że pewną rolą w wytworzeniu się niechęci ogólnej w stosunku do mnie była trudność w zgłębieniu mnie intelektualnym przez ludzi bez odpowiednich do tego kwalifikacji, a po wtóre, pewne niezwracanie przeze mnie uwagi na opinię publiczną, przez co czyny, które u innego przeszłyby bez zwrócenia uwagi (np. wypicie aż trzech wódek w jakimś barze), w stosunku do mnie wywoływały niekorzystne dla mnie oburzenie, nieproporcjonalne do ich wartości. Mniejsza z tym.


A więc: zaczynam pisać dziś (6 II 1930 r.) tę książkę „na P”, to znaczy w stanie palenia. Jutro, jak zwykle, przestaję palić — sądzę, że tym razem definitywnie lub na czas bardzo długi — i rozdział o nikotynie będę pisał w miarę odzwyczajania się od papierosów, przy czym jest możliwość, że w środku pisania zapalę znowu i „nie omieszkam zwierzyć się” z tego faktu przed ewentualnymi czytelnikami. 


Tyle razy się to zdarzało! Z nikotyną walczę już od lat dwudziestu ośmiu i mimo częstych okresów abstynencji (do kilku tygodni) nie zdołałem całkowicie jej przezwyciężyć. Możliwe to jest i teraz, mimo zaczęcia niniejszej pracy. Zbliża się jednak chwila, w której staje się to koniecznym, o ile nie miałbym zrezygnować z wszelkich wyższych aspiracji w stosunku do siebie samego. Detale na ten temat później. Sądzę, że ten sposób opisu — to znaczy na NP12, czyli w stanie niepalenia — będzie dość istotny, ponieważ jednocześnie pragnąc ulubionego i znienawidzonego narkotyku ostatniego chyba rzędu (niech będą przeklęci Indianie i ci, którzy to świństwo do nas zawlekli) będę mógł lepiej zanalizować ogarniające nałogowego palacza pokusy i podać sposoby ich odparcia na tle wspomnień ohydnego samopoczucia (często maskowanego przed sobą i innymi) przy powrocie do tej świńskiej, bezpłodnej i ogłupiającej trucizny. Właśnie niedawno nie paliłem aż cztery dni (a wiadomo, że drugi dzień jest najgorszy i że trzeciego zaczyna się poprawa) — aż tu „trach” i zapaliłem na nowo (zanalizuję mechanizm tego faktu później), i wszystko „fajt” od początku. Oczywiście nie wytrzymałem i zapaliłem dziś rano — po prostu, żeby zobaczyć, jak to tam wszystko wygląda na P. Nie żebym „znowu już tak” nie mógł wytrzymać, tylko tak sobie: jeszcze raz na świat spojrzeć z „tamtej strony” (upadku, ogłupienia, zniechęcenia itp.), a potem już definitywnie „szlus”. Tak to się tłumaczy przed sobą te historie. Nie — najgorszą rzeczą jest słabość — durchhalten3 — a jak, o tym napiszę w rozdziałku o nikotynie. Zapaliłem — to jest ponury fakt (kogoż to właściwie obchodzi, ale chodzi o innych, o tysiące, miliony zaczadziałych, otępiałych, sflaczałych) — i piszę dalej tę przedmowę w stanie zupełnego otumanienia. Właśnie chciałem się zająć dalej moją filozoficzną pracą (bardzo ryzykowna historia i jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie), ale okazało się to absolutnie niemożliwym: tępota, brak tego, co dr mat. Stefan Glass nazywa „igriwost’ uma4”, brak możności jakiego takiego skupienia się. To tylko zwierzenia tymczasowe — wszystko będzie opisane z „detajlami” później. Zacząłem pisać tę przedmowę z rozpaczy, nie mogąc się zabrać z powodu zatrucia nikotyną do czegoś lepszego, chcąc raz zacząć to „dziełko”, usprawiedliwić przed sobą własną swą egzystencję. Czy wszelka „twórczość” nie pochodzi z tych źródeł?

Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem, walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych okresach za nałogowego pijaka, o ile za takiego (różne są standardy — wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną jedyną w życiu pięciodniówkę (á propos5 pewnej premiery scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek, i który nigdy nie chlał wódy rano przy goleniu się. Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie może być właśnie dowodem za, a nie przeciw6. O ile można by mnie nazwać okresowym pijakiem, ,,Wochensaufer7”, na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę „Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem kokainę na trzeźwo i zaraz postarałem się zapić to świństwo. Inne wypadki zażywania tego drogu8 (z czym się nigdy nie kryłem, podpisując rysunki robione w tym stanie odpowiednią marką Co) połączone były zawsze z wielkimi „popojkami a la maniere russe9”. Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję10 do tego specyfiku (raz w życiu miałem zastrzyk minimalny i o mało nie umarłem), ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i przez wdychanie. Rysunki, owszem, były dość ciekawe i przy wdychaniu uczucie ginięcia świata i ciała, a potem „metafizycznego osamotnienia w przestrzennej pustyni” zabawne, ale jakoś to nie przemawiało nigdy do mego przekonania. Innego zdania jest dr Dezydery Prokopowicz, który opracuje w „dziełku” tym część eteryczną. Bohdan Filipowski, okultysta i długoletni nałogowy morfinista, zajmie się swoim ulubionym drogiem, na myśl o którym mnie robi się wprost zimno — tak straszne rzeczy przeżyłem wtedy w Petersburgu, gdy przez cztery godziny walczyłem ze śmiercią wśród torsji i zamierania serca. Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania wyżej wymienionych preparatów, przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny, pierwszego wyrobu dr Rouhier, a drugiej fabrykacji wspaniałej firmy „Merck”. Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy; jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką, Schyzią (Schizofrenią, Isottą, Sabiną, którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne; jakobym miał stragan portretowy na Wystawie Poznańskiej i robił dziesięciominutowe portrety po dwa złote (czego te dranie nie wymyślą!); jakobym był blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności; jakobym uwodził mężów żonom, chodził we fraku (nigdy nie miałem fraka w ogóle) na Giewont, pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby, kretynów i idiotów, a nade wszystko przez draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki i z góry te wszystkie, które krążyć jeszcze o mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.


Jeszcze jedna rzecz: może kto pomyśleć, że piszę tę książkę dla autoreklamy. Otóż nie: będą tam opowiedziane rzeczy, które mi wcale zaszczytu nie przynoszą, a głównym celem jej jest uchronienie dalszych pokoleń od dwóch najpotworniejszych „ogłupjansów” (stupefiants): tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona. Narkotykami „białymi” wyższej marki zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne — to arystokracja narkotyzmu. 


Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne, demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może.

Metoda moja jest czysto psychologiczna. Chodzi mi o zwrócenie uwagi na skutki psychiczne trucizn tych, skutki, które każdy, nawet początkujący, może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przed tym, nim całkowicie opanowanym zostanie. Ja nie będę przed wami rozbijał jaj (kurzych) i wrzucał ich do spirytusu, abyście zobaczyli, jak ścina się białko pod wpływem „przezroczystego płynu” (jak to czynił za mojej pamięci śp. książę Giedroyć); ja nie będę wam pokazywał w przezroczach zakopconych płuc i rozdętego serca palacza ani zdegenerowanej wątroby pijaka, ani zanikłego, wielkości piąstki, żołądka kokainisty — „ja nie będę grał Wam pieśni smutnej, o cienie, lecz dam tryumf dumny i okrutny...” itd. — chcę wam ukazać drobne psychiczne przesunięcia, które w ostatecznym swym rozwinięciu dają obraz zupełnie innych niż w punkcie wyjścia osobowości, duchowo zdeformowanych, pozbawionych wszelkiego tzw. „geistu” (słowo polskie „duch” nie oddaje tego, co niemieckie „Geist” i francuskie „esprit” — dryg, mknik, wyskrzyk, wybłysk, wypęd itp.), siły twórczej i tego rozpędu w Nieznane, do którego konieczna jest odwaga i beztroska, zabijana systematycznie przez ohydny nałóg. Mnie od skutków nikotyny, od której dotąd całkowicie wyzwolić się nie zdołałem, uratowało to, że często i czasem na dość długo (kilka tygodni) przestawałem palić, tak że w sumie pół lub jedną trzecią roku faktycznie nie paliłem. Oczywiście działanie takiej abstynencji par intermittence11 nie mogłoby być tak korzystne, jak wielkie ciągłe okresy wyrzeczenia się zupełnego — ale i to zrobiło swoje. Ale ci, którzy palą stale, a w 90% wypadków muszą palić coraz więcej, popełniają systematycznie duchowe samobójstwo ratami, nieznacznie, sami o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i blasków i niszcząc rzecz najcenniejszą: intelekt, za cenę przyjemności prawie żadnej. Bo czyż nałogowy palacz ma w ogóle jakąś przyjemność? Tylko negatywną — zaspokojenia wstrętnej, nienaturalnej potrzeby. Tak jest podobno ze wszystkimi narkotykami, o ile dany osobnik doprowadzi się do dostatecznie wysokiego stopnia znałogowania.


Jeśli młodzieńcowi lat szesnastu pokażecie wątrobę czterdziestoletniego alkoholika, przerośniętą i zdegenerowaną, czy przestanie pić na ten widok? Nie — zbyt daleko jest od niego ten rok czterdziesty, jest czymś niewyobrażalnym — wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy mówi: „E — czy będę żył o kilka lat dłużej, czy krócej, to jest «ganc Wurst und Pomade12» — chodzi o tę chwilę”. A potem, jak przyjdzie te ostatnie pięć lat, których się taki nieszczęśnik lekkomyślnie wyrzekł i które mogą być mu faktycznie odjęte, to na głowie staje taki, aby przedłużyć to życie, którego w większej ilości wypadków przedłużać już nie warto. Żyje potem taki osobnik po własnej istotnej śmierci, zidiociały, wewnętrznie, a często i zewnętrznie zniedołężniały, niezdolny do wydatnej pracy, zhipokondryczały, liczący tylko puls co pięć minut i zażywający tony lekarstw, które nie mogą już odrodzić zdegenerowanych komórek. Trzeba ukazać skutki psychiczne, doraźne, których powolnego postępu („schleichender Vorgang13” — brrr! Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co używa danego narkotyku stale, bez przerwy. Wyższe narkotyki dają wściekłe reakcje — zaraz widać ich szkodliwość. Chęć pokonania tych reakcji, a nie pragnienie pozytywnych skutków, jest często przyczyną popadania ludzi w nałogi. Nikotyna nie daje wyraźnej „glątwy” („katzenjammer14”) i tym jest niebezpieczniejsza dla ogółu. Oddać się kokainie czy morfinie bez zastrzeżeń mogą w większości wypadków tylko osobniki już jakby predysponowane, degeneraci i tak niewiele co warci. Tytoń zaczadza, a alkohol spala powoli najlepsze czasem mózgi. Są tacy, co mówią: „Palę i piję, nic mi to nie szkodzi i doskonale się czuję” — oczywiście do czasu. Całe masy drobnych niedomagań psychofizycznych kumulują się powoli, ażeby potem nagle wybuchnąć w postaci zupełnie określonej choroby psychicznej lub fizycznej. Ale pomyśl, o osobniku nieszczęsny, jak byś świetnie się czuł, gdybyś tego wcale nie robił, jeśli organizm twój jest tak silny, że nawet przy ciągłym zatruwaniu go może jeszcze znośnie funkcjonować. Jakim byś był, gdybyś tego nie robił, nie dowiesz się nigdy. Szkody tej niepodobna15 zmierzyć i ocenić. Wiedzą o niej trochę ci, którzy przestawali i zaczynali znowu. Cóż bym ja dał, żeby odwrócić te dwadzieścia osiem lat palenia, i to z przerwami. A dziś, kiedy mi to szkodzi stokroć więcej niż wtedy, gdy miałem lat osiemnaście, jest mi również stokroć trudniej rzucić wstręnymi alkoholikami i kokainistami, do jakich zaliczyć się mimo wielkiej chęci moich „wrogów” nie mogę — strach pomyśleć.


Tak więc zaczynamy: jutro jest bal, urzynam się i pojutrze koniec. Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby „glątewki” poalkoholowej.

piątek, 26 czerwca 2015

By wydobyć jednostkę ze stanu umniejszenia intelektualnego, moralnego i fizjologicznego

Chodzi o to, aby wydobyć jednostkę ze stanu umniejszenia intelektualnego, moralnego i fizjologicznego, wywołanego przez warunki współczesne życia; aby rozwinąć w niej wszystkie jej czynności ukryte; aby jej dać zdrowie; aby jej zwrócić naprzód jedność, a następnie osobowość. Aby rosła tak, jak na to pozwalają właściwości dziedziczne tkanek i świadomości. Aby potrzaskać formy, w których wychowanie i społeczeństwo zdołały ją zamknąć. Aby odrzucić wszystkie systemy. I żeby dojść do tego rezultatu, musimy wpływać na procesy organiczne i umysłowe, które tworzą jednostkę. Jednostka jest ściśle związana ze swym środowiskiem. Nie posiada egzystencji niezależnej. Odnowimy ją tylko w tej samej mierze, w jakiej zmienimy świat, który ją otacza.

Trzeba więc przetworzyć otoczenie materialne i umysłowe. Ale formy społeczeństwa są sztywne. Nie możemy ich już dzisiaj zmienić. Odbudowa człowieka musi się jednak rozpocząć natychmiast w warunkach obecnych życia. Każdy z nas może zmodyfikować swój tryb egzystencji, stworzyć własne środowisko w tłumie bezmyślnym, narzucić sobie pewną dyscyplinę fizjologiczną i umysłową, pewne prace, pewne przyzwyczajenia, stać się swoim panem. Jeśli jest samotny, niepodobna mu niemal oprzeć się otoczeniu materialnemu, umysłowemu i ekonomicznemu. Aby zwalczać zwycięsko otoczenie, winien łączyć się z innymi jednostkami o tym samym ideale. Rewolucje bywają często zapładniane przez małe grupy, w których fermentują i wzrastają tendencje nowe. Takie właśnie grupy w XVIII wieku przygotowały upadek monarchii we Francji. Rewolucję francuską przygotowali bardziej encyklopedyści niż jakobini. Dziś zasady cywilizacji przemysłowej winniśmy zwalczać z tą samą zapalczywością, z jaką encyklopedyści zwalczali ład dawny. Ale walka będzie trudniejsza, gdyż sposoby egzystencji stworzone przez technologie są równie przyjemne jak alkohol, opium lub kokaina. Jednostki ożywione duchem buntu będą zmuszone do stowarzyszenia się, do organizowania się i do pomocy wzajemnej. Ale jak chronić dzieci przed obyczajami nowoczesnego Miasta-Olbrzyma? Naśladują one nieuchronnie przykład swych kolegów i przyjmują przesądy obiegowe z dziedziny lekarskiej, pedagogicznej i społecznej, choćby je nawet rodzice inteligentni od tego wyzwalali. W szkole muszą one wszystkie dostosować się do przyzwyczajeń stada. Odnowa jednostki wymaga więc stowarzyszenia się z grupą dość liczną na to, aby się odosobnić od tłumu, aby sobie narzucić prawidła nieodzowne i aby posiadać własne szkoły. Gdy takie grupy i takie szkoły zaczną istnieć, być może niektóre uniwersytety porzucą formy ortodoksyjne wychowania i zdecydują się przygotować młodzież do życia jutrzejszego przez metody zgodne z jej prawdziwą naturą.

Grupa, choć drobna, może wymknąć się spod wpływu szkodliwego społeczeństwa przez ustanowienie wśród swoich członków reguły przypominającej dyscyplinę wojskową lub klasztorną. Środek to nie nowy. Ludzkość przeszła już przez okresy, w których zespoły mężczyzn lub kobiet musiały sobie narzucić, dla osiągnięcia jakiegoś ideału, reguły bardzo odrębne od przyzwyczajeń pospolitych. W średniowieczu cywilizacja rozwijała się właśnie dzięki zgrupowaniom tego rodzaju, jak na przykład: zakony klasztorne, zakony rycerskie i korporacje rzemieślnicze. Wśród zakonów religijnych jedne odosabniały się w klasztorach, inne pozostawały w zetknięciu ze światem. Ale wszystkie poddały się ścisłej dyscyplinie fizjologicznej i umysłowej. Rycerze mieli reguły zmieniające się w zależności od zakonu. Reguły te nakładały na nich w pewnych okolicznościach obowiązek poświęcenia życia. Co się tyczy rzemieślników, ich stosunki między sobą i z ogółem ustalało drobiazgowe prawodawstwo. Członkowie każdej korporacji mieli swoje obyczaje, ceremoniały i święta religijne. Słowem, ludzie ci porzucali mniej lub bardziej zwykłe formy egzystencji.

Czyż nie potrafimy w innej postaci powtórzyć tego, co zrobili mnisi, rycerze i rzemieślnicy średniowiecza? Odosobnienie i dyscyplina – oto dwa warunki postępu jednostki. Każda jednostka może dziś, nawet w zgiełku wielkich miast, poddać się tym warunkom. Wolno jej wybierać przyjaciół, nie iść do teatru, do kina, nie słuchać programów radiowych, nie czytać pewnych gazet i pewnych książek, nie posyłać dzieci do pewnych szkół. Ale odbudować się zdołamy przede wszystkim przez regułę intelektualną, moralną i religijną i przez odmowę przyjęcia obyczajów tłumu. Grupy dostatecznie liczne zdołałyby prowadzić życie jeszcze bardziej osobiste . (...)

Nie trzeba grupy dysydenckiej nazbyt licznej, aby zmienić poważnie społeczeństwo nowoczesne. Jest to dawno znany z obserwacji fakt, że dyscyplina daje ludziom wielką siłę. Mniejszość ascetyczna i mistyczna zdobyłaby szybko wpływ nieodparty na większość używającą i bezwolną. Zdołałaby perswazją lub może siłą narzucić jej inne formy życia. Żaden z dogmatów społeczeństwa nowoczesnego nie jest nienaruszalny. Ani fabryki olbrzymie, ani wieżowce wspinające się wysoko, ani wielkie zabójcze miasta, ani moralność przemysłowa, ani mistyka produkcji nie jest konieczna dla naszego postępu. Kultura bez komfortu, piękno bez zbytku, maszyna bez niewolnictwa fabrycznego, nauka bez kultu materii, pozwoliłaby ludziom rozwijać się nieograniczenie i zachowywać inteligencję, zmysł moralny i męskość.

Alexis Carrel.  „L’Homme, cet inconnu”, tłumaczenie: Ryszard Świętochowski