sobota, 19 września 2026

Jak trwoga to do Boga

 Upatrując związek religii z myślami o umieraniu oraz o kresie życia i z uczuciami, które owe myśli wywołują, zdaję sobie sprawę, że także i ten mój pogląd nie jest odkrywczy ani odosobniony: wielu ludzi traktuje religię jako pomoc w rozpaczliwym i bezskutecznym szukaniu ratunku, ucieczki, obrony i ochrony przed śmiercią i przed wszystkim, co śmiercią zagraża, jak: nieuleczalne choroby, kataklizmy, zagłada, wielkie niebezpieczeństwa, katastrofy, wojny, ciężkie kalectwo, głód, nędza, cierpienie nie do zniesienia, zarówno moralne, jak fizyczne. Wraz z myślami o końcu własnego życia i uczuciami wyrastającymi na tym podłożu nawiedzają nas podobne: o wszelkiego rodzaju nieszczęściach zagrażających naszym najbliższym. Tym myślom i uczuciom towarzyszy dręczący niepokój oraz strach, połączone z nieziszczalnymi marze-niami i snami o nieograniczonym przedłużeniu własnego trwania, trwania w otoczeniu wszelkich bliskich nam i drogich istot oraz miejsc i momentów życia pieczołowicie przechowywanych w pamięci, o odzyskaniu na stałe, już teraz, za naszego życia: zmarłych ludzi i zwierząt, od dawna zwiędłych roślin i nieistniejących już rzeczy, jak tych wszystkich i tego wszystkiego, co choć nadal żyje, istnieje, ale dla nas jakby umarło, bo należy do naszej przeszłości.


Zapatrywania na związek między wszelką religią a strachem przed umieraniem i śmiercią potwierdza doświadczenie wyrażone w porzekadle ludowym, o którego trafności nieraz przyszło mi się przekonać: „jak trwoga, to do Boga”.

Oto przed wojną – ani na podwórzu naszego domu, ani domów odwiedzanych przeze mnie – nie było świętych figur. Odkąd pamiętam, lokatorzy nigdy się tam nie gromadzili wieczorami na wspólnych głośnych modłach i śpiewach.
Natomiast wraz z początkiem okupacji zaczęły wyrastać jedna po drugiej figury, przeważnie Matki Boskiej, a po godzinie policyjnej – w Warszawie była to godzina 20.00 – wokół nich zbierało się coraz więcej mieszkańców, przedtem nie zawsze sobie znanych choćby z widzenia (przy wejściu frontowym była w naszym domu winda, więc spotkania na schodach, chyba tylko kuchennych, należały do rzadkości). W czasie wieczornych modlitw stopniowo zadzierzgała się i zacieśniała więź społeczna między lokatorami. W zwyczaj poczęły wchodzić sąsiedzkie odwiedziny przed rozejściem się do mieszkań.

Podczas nich gość lub gospodarz wyciągał z buta lub zza skarpetki zwiniętą w rulonik małą karteczkę i z niej, przy świetle karbidówki i szklance sztucznej herbaty „Tonga” lub „Herbatorum”, odczytywał na głos spisane maczkiem wiadomości z nasłuchu radiowego sojuszniczych rozgłośni: angielskich, amerykańskich, francuskich. Za posiadanie lub słuchanie radia niejeden trafił do obozu i zapłacił życiem. W miarę jak rosła liczba „łapanek”, aresztowań, osób zesłanych do kacetów lub zamęczonych w więzieniach czy podczas przesłuchań i rozstrzelanych w egzekucjach ulicznych – potężniała fala powszechnej pobożności. Kościoły były pełne, nie tylko w czasie niedzielnych nabożeństw. Ludzie błagali Boga o pomoc, o ratunek.

Z kulminacją fali powszechnej pobożności zetknęliśmy się podczas Powstania Warszawskiego. Ale przedtem tak się złożyło, że w naszej szkole, Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, rekolekcje wielkanocne w 1939 roku prowadził o. Józef Warszawski, S.I. Wywarł na wszystkich wielkie wrażenie. W uniesieniu, z wypiekami na twarzy, w zapamiętaniu jakby nieświadom tego, że znajduje się w naszej sali gimnastycznej, podniesionym głosem przemawiał do młodych słuchaczy natchniony ksiądz Marek z kart poezji Słowackiego, a nie jezuita z ul. Rakowieckiej, delegowany do jednej ze szkół stołecznych. Po pięciu latach ten sam o. Warszawski, już jako „ojciec Paweł”, kapelan bohaterskiego batalionu Szarych Szeregów „Zośka”, przemierzał wraz z nim szlak bojowy aż do końca, na Czerniakowie. Niejednemu z uczestników tamtych rekolekcji szkolnych teraz, na gruzach, wśród zgliszczy, pod ostrzałem udzielał ostatnich sakramentów.

W czasach śmiertelnych niebezpieczeństw trwoga była stałym elementem życia, toteż apogeum uczuć religijnych występowało w wielu miejscach, nie tylko na ulicach i w piwnicach powstańczej Warszawy. Inni więc ludzie napotkali je gdzie indziej: jedni w partyzantce, drudzy w więzieniach czy kacetach, zawsze jednak tam, gdzie mało kto ocalał.
16 stycznia 2017 roku umarł na nieuleczalnego raka mózgu Tomasz Kalita, polityk SLD. Od wykrycia choroby przez siedem miesięcy kończył życie wśród wielkich cierpień. Wyznał, że choć trwa przy swych zapatrywaniach komunistycznych, uwierzył w Boga, czuje się pod Jego opieką, Bóg go prowadzi, obdarzył spokojem i siłami do ostatniej walki. Jej nieuniknione bliskie zakończenie, własne umieranie oraz śmierć, zdołał spożytkować – według słów Filozofa-ateisty – „na czyny zewnętrznie twórcze” dla dobra i ku pożytkowi innych chorych: do końca upominał się i zabiegał o legalizację stosowania marihuany jako leku uśmierzającego ból. Wierzący, być może, dostrzegą w tych zdarzeniach palec Boży, który grozi wykrzykującym „Komuniści i złodzieje!”.

Niewierzący zaś widząc, jak ginie to, co dobre, a nikczemność unika zagłady i trwa, powtórzą za tymże Filozofem słowa pełne goryczy i zwątpienia: „Bluźnierstwem jest posądzać Boga o istnienie”. Jedni i drudzy zaś potwierdzają opinię, że „jak trwoga, to do Boga”.

Jerzy Pelc z:
Rozmyślania o wierzeniu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.