Pörkölt z Bulcsú i Lehela
Emil Cioran w Zeszytach 1957–1972 przywołuje powiedzenie, że „Węgier znajduje szczęście w swoim płaczu” i bardzo mu się to podoba, bo sam w swoim dzienniku wciąż zaznacza usilną potrzebę popłakania sobie. Płacz jest czystą fizjologią; niektórzy mają płaczowe zatwardzenie, inni cierpią na biegunkę. Prawdziwej acedii nie da się ukoić łzami, bo oryginalna węgierska depresja nie prowadzi do łez (choć chętnie się o łzach mówi), lecz do czegoś gorszego – do przewlekłej rozpaczy.
Nieuleczalny smutek węgierskiej prowincji pokazują filmy Béli Tarra. Nakręcone według powieści László Krasznahorkaia Szatańskie tango i Harmonie Werckmeistera stoją tak bardzo w poprzek współczesnego kina, że nie można oderwać od nich oczu, mimo że właściwie nic takiego się w nich nie dzieje. Powolne, czarno-białe ujęcia ciemnych wsi i miasteczek, w których pozornym spokoju czai się szaleństwo i zbrodnia – bliźniacze dzieci rozpaczy. Te długie filmy (Szatańskie tango trwa siedem godzin, Harmonie – dwie i pół), w których bohater przez ciągnące się nie do wytrzymania dla odbiorcy kina popularnego minuty idzie zabłoconą drogą, są jak lewatywa ze stężonego wywaru węgierskości. Tej węgierskości wegetującej z dala od budapeszteńskich mód, zupy gulaszowej w czardzie dla turystów, hucznych obchodów narodowych świąt. Książki Krasznahorkaia pokazują świat lat osiemdziesiątych, świat sprzed unijnych dotacji i promocji w hipermarketach. To planeta błota i beznadziei, a nie kolorowa Europa reklam. Ale ten świat wciąż podskórnie istnieje, jak czarne liczby ukryte pod kolorową zdrapką.
Anegdota mówi, że Węgrzy nie lubią siebie nawzajem, bo jeszcze nie oswoili się z tym, że skończył się nomadyzm i zaczął czas, gdy muszą żyć obok siebie, bez możliwości przemieszczenia się. Siedzą w gęstym dymie spowijającym tanie winiarnie i piwiarnie i płaczą bezgłośnie. Są jak konie ze spętanymi pęcinami. Co by jednak zrobili, gdyby ktoś im te pęta przeciął? Galopowaliby w miejscu?
Słynne Zajęcie Ojczyzny przez plemiona madziarskie przybyłe znad Dniepru i Dniestru stało się praprzyczyną większości węgierskich nieszczęść. Węgrzy bez ojczyzny nadal byliby tragiczni, ale może potrafiliby ze sobą współżyć. Jednak zamknięci na nizinie otoczonej górami przestali się już nawet miotać, tylko siedzą, głośno dyskutując. Od czasu klęski w 955 roku, którą zadał Madziarom Otton I, Węgrzy stali się zdecydowanie mniej mobilni.
Bitwa pod Augsburgiem, w której cesarz rozgromił wreszcie madziarskie utrapienie wczesnośredniowiecznej Europy, to pierwsza wspaniała węgierska klęska, a wodzowie pobici przez cesarza to pierwsi honorowi członkowie madziarskiego panteonu męczenników. Wodzowie polegli bądź straceni po bitwie dorobili się swoich ulic – jak choćby powieszeni na rozkaz cesarza Bulcsú i Lehel (lodówki marki Lehel jeszcze do niedawna, zanim nie wyparły ich siemensy i elektroluksy, dumnie chłodziły wino we wszystkich węgierskich domach).
W telewizji Duna w samo południe biją dzwony. Codziennie słyszymy dzwony kościoła z innej miejscowości i widzimy, skąd biją. Zazwyczaj z Siedmiogrodu. To dźwięk rozpaczliwej tęsknoty za ojczyzną. Dzwony Transylwanii biją jak węgierskie serca – na pohybel rumuńskiej okupacji. Na zdjęciach towarzyszących dźwiękowi dzwonów widać błotne drogi, osypujące się, zmurszałe ściany domostw, zgarbionych staruszków drepczących wiejskimi drogami i wózki zaprzężone w osiołki. Smutek prowincji i smutek dzwonów, choć przecież ich dźwięk miał nieść radosną nowinę, być po kres świata pamiątką wiktorii nad potężnym wrogiem. A jednak w telewizji Duna radosna pieśń zwycięstwa zamienia się w lament z powodu klęski. Dzwony biją w Lueta, w Sancrai, w Dealu, w Petricani, Sanpaul, a każda z tych wiosek i miasteczek ma swoją węgierską nazwę. Metaliczny dźwięk przypomina w samo południe, że „Okrojone Węgry to nie kraj, całe Węgry to raj”. I dopóki Węgry znów nie będą Wielkie, dopóty ludzie nie będą szczęśliwi.
Dzwony biją też w MTV 1 i MTV 2 na tle obrazów przedstawiających zwycięską obronę Nándorfehérvár w 1456 roku. Ta bitwa pod dzisiejszym Belgradem to największe węgierskie zwycięstwo, odniesione przez Jánosa Hunyadiego. Właśnie po tej wiktorii papież nakazał bić w dzwony ku chwale zwycięzców. Tak przynajmniej uważa się do dziś, choć podobno kazał bić wcześniej, by wezwać chrześcijan do walki z muzułmanami. Ale dziś dźwięk dzwonu bijącego w samo południe jest dla węgierskich uszu melodią żałobną, a nie zwycięską.
Węgierski los jest tak tragiczny, ponieważ nie interesuje na świecie nikogo prócz samych Węgrów. Ze swojego historycznego nieszczęścia Węgrom nie udało się zrobić sprawy światowej. Czwarty listopada, dzień żałoby narodowej, jest wewnątrzwęgierską porą nieszczęścia, upamiętniającą wkroczenie Sowietów do Budapesztu w 1956 roku. Czasami wydaje mi się, że wielu Węgrów jeszcze nie zauważyło, że Sowieci już dawno opuścili Węgry. Sprawiają wrażenie, jakby dla nich bolszewickie rządy wciąż trwały. Dobrze, że wiedzą przynajmniej, iż przegoniono już z budziańskiego zamku Turków. A pozostałe po nich łaźnie z gorącymi źródłami i nowo powstałe tureckie kebab-bary mają niewiele wspólnego z militarną i polityczną okupacją.
Dzień żałoby to najczęstsze święto nad Dunajem; obchodzi się je w rocznice narodowych klęsk, takich jak stłumienie rewolucji 1956 roku czy powstania 1848 i rozstrzelania przez Austriaków trzynastu powstańczych generałów, którzy od tego czasu nazywani są męczennikami z Aradu.
W każdym większym mieście znajduje się ulica Męczenników. Są też ulice Kalwarii i Golgoty, tak jak w VIII dzielnicy Budapesztu, w Segedynie i Peczu (można tu przenocować w miłym pensjonacie „Kalwaria” na ulicy Kalwarii, która przechodzi potem płynnie w Drogę Męczenników z Aradu). Choć nazewnictwo nie zawsze jest bezpośrednio związane z ofiarami węgierskich zrywów, dobrze pasuje do klimatu narodowego męczeństwa.
Autorzy nazw węgierskich ulic wykazują się imponującym ograniczeniem tematycznym. Centrum miast składa się zazwyczaj z placu św. Stefana, placu Wolności, ulicy Széchenyiego, alei Kossutha, placu Bohaterów (w Nyíregyháza obok placu Bohaterów jest od razu plac Męczenników). Trochę dalej od ścisłego centrum, choć nadal w obrębie śródmieścia, znajdują się ulice i place generała Bema, króla Macieja Korwina i Jánosa Hunyadiego – nie załapali się na centrum, bo odnieśli zbyt duże sukcesy – ich nazwiska kojarzą się ze zwycięstwami. Męczennicy z Aradu są dużo lepsi, bo kojarzą się ze słodką klęską.
W Segedynie znajduje się miejsce kultu męczeństwa, które lubię najbardziej. Gdy tylko jestem w tym mieście, parkuję samochód gdzieś przy placu Męczenników z Aradu i idę pod Porta Heroum, Bramę Bohaterów. To brama, pod którą przejeżdża tramwaj numer jeden, przecinający miasto na linii od dworca kolejowego na północ, wzdłuż Cisy, główna oś komunikacyjna Segedynu. Na Porta Heroum umieszczono kolorowe freski przedstawiające bohaterów pierwszej wojny światowej. Jest w tych freskach jakiś bazarowy nadmiar, plastyczne rozbuchanie, w którym ginie tragiczny przekaz, ustępując miejsca kiczowi, a patos zamienia się w śmieszność. Na tablicach po bokach bramy wymieniono nazwiska poległych w latach 1914–1918 segedyńczyków. Długa lista obywateli miasta, którzy w okopach Europy oddali życie za Cesarza i Monarchię, przypomina już tylko mało widoczny spis konserwantów na butelce oranżady – każdy i tak widzi jedynie pstrokatą etykietę. Freski wyglądają, jakby namalował je ktoś czerpiący inspirację z obrazów Franciszka Maśluszczaka: duże, trochę wybałuszone albo wywrócone do góry oczy, świecące się, uduchowione twarze – to prawdziwe malarstwo naiwne. Doskonały patriotyczny odpust – aż dziwne, że pod bramą nie sprzedaje się waty cukrowej i baloników na druciku. Pędzący huzarzy w czerwonych spodniach i błękitnych kurtkach wyglądają jak figurki z karuzeli; z niezrozumiałych powodów ich szable odwrócone są ostrzami w stronę ich samych, a nie wrogów, jakby to siebie mieli zamiar unicestwić w bitewnym szale, jakby straceńcza szarża była doskonałym pretekstem do popełnienia zbiorowego seppuku. Nad nimi falujący pergamin z wypisanymi nazwami miejsc bitew: Gorlice, Kamionka Strumiłowa, Limanowa, Pripiaty, Kuchorka Wola. Umierający w okopach piechurzy nie przypominają dzielnych honwedów, ale raczej upitych do nieprzytomności chłopów w jakiejś alföldzkiej knajpie, którzy resztką sił, bełkocząc, intonują rzewną pieśń i pokładając się jeden na drugim, nurkują w deliryczny sen, a nie wieczne odpoczywanie. Kiedy już umrą, zamienią się w armię duchów idącą ku nam ze sklepienia bramy: spomiędzy dłoni Chrystusa, skrwawionych od ran zadanych gwoździami, wyłaniają się przezroczyste postacie w hełmach i z czarnymi oczodołami. Nad tymi wszystkimi umierającymi, już umarłymi i idącymi na śmierć unoszą się aniołowie o licach wiejskich chłopców, intonujący poległym żałobne psalmy, a tym, którzy wciąż dzierżą w ręku broń, śpiewający do boju. Najciekawszy w tym segedyńskim sądzie ostatecznym jest jednak obraz prezentujący żołnierzy idących do szturmu na bagnety. Nie ma w nim takiej dramaturgii jak w pozostałych freskach, bo ci żołnierze przedzierający się przez zasieki z drutu kolczastego wciąż żyją i być może nawet odniosą za chwilę jakieś zwycięstwo. Oto cel ataku wskazuje im szablą (tym razem skierowaną ostrzem w odpowiednim kierunku) przystojny mężczyzna w admiralskim mundurze, obwieszony orderami, na białym koniu, z charakterystycznym sępim (turulowym wręcz) nosem. Nie ma żadnych wątpliwości, to sam Horthy zszedł właśnie z pokładu okrętu wojennego, by poprowadzić do szturmu piechotę. Nad Horthym i jego żołnierzami lecą oczywiście wielcy aniołowie w czerwonych szatach, z aureolami i dmąc w trąby, zagrzewają honwedów do walki.
Może więc Porta Heroum nie jest poświęcona, wbrew temu, co sugeruje, wyłącznie Wielkiej Wojnie? Oto po wielkiej śmierci nastąpiło zmartwychwstanie wszystkich poległych, którzy znów mocno chwycili karabiny w dłoń. Może to już rok 1919 i admirał prowadzi swoją Armię Narodową na Budapeszt, by pogonić Bélę Kuna i jego rewolucyjne czerwone wojsko? Może ci maśluszczakowi żołnierze idą ginąć nie za króla Węgier i cesarza Austrii Franciszka Józefa, ale za Kraje Korony Świętego Stefana? Wskazuje na to postać świętego króla na sąsiedniej ścianie bramy: legendarny władca (naturalnie przewracając oczami) z siwą patriarszą brodą spływającą na złote szaty stoi dumnie, dzierżąc królewskie insygnia, na tle konturów Wielkich Węgier, a nad nim unosi się błagalny napis: „Niech znowu będzie tak, jak było w imperium Świętego Stefana”.
Historia węgierskiej kultury to historia samobójstwa. Odbieranie sobie życia jest nieodłącznym składnikiem, a właściwie konsekwencją węgierskiej nostalgii; nie da się wytrzymać tęsknoty nie wiadomo za czym – zamienia się ona w bezdenną depresję, prowadzącą do pozbawienia się życia. Samobójstwo poprzedzone obłędem popełnił hrabia István Széchenyi, dziewiętnastowieczny antychryst, ten o którym opowiada film Bereményiego. Twórca Węgierskiej Akademii Nauk, pomysłodawca pierwszego mostu łączącego Peszt i Budę, przeciwnik rewolucyjnej linii Kossutha, zwolennik ugody z Wiedniem, autor fundamentalnego węgierskiego dzieła z zakresu ekonomii Kredyt. Gdy umierał z własnej ręki, miał sześćdziesiąt dziewięć lat. W wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat strzelił sobie w głowę Sándor Marái, jeden z największych węgierskich pisarzy dwudziestego wieku, autor wstrząsających Dzienników i o wiele mniej wstrząsających mieszczańskich powieści. Nie chciał wrócić z amerykańskiej emigracji, dopóki na Węgrzech stacjonowali sowieccy żołnierze. W 1937 roku nad Balatonem pod pociąg rzucił się József Attilla, czołowy poeta tamtych czasów. Kilkadziesiąt lat później jego gest w tym samym miejscu powtórzył aktor Zoltán Latinovits, największy amant powojennego węgierskiego kina, który zasłynął dzięki nostalgicznemu filmowi Szindbád.
Samobójstwa popełnili słynni politycy László Teleki i Pál Teleki. Ten pierwszy w 1861 roku, nie mogąc unieść odpowiedzialności za swoją decyzję zerwania z dworem austriackim, a ten drugi jako premier, w 1941 roku, protestując przeciwko proniemieckiej polityce Horthyego.
Samobójstwa popełniali tu nawet idole kultury masowej, gwiazdy estrady – jak piosenkarz Pál Szécsi, który wsławił się szlagierem o fryzjerze Gedeonie, ulubieńcu kobiet, albo rockman występujący pod pseudonimem Jimmy Zambó, wykonawca namiętnych pościelówek. Samobójstwo popełniła Csilla Molnár, Miss Węgier z 1985 roku. Ma do dziś swoje fankluby w internecie.
Latinovits i Szécsi skończyli ze sobą w latach siedemdziesiątych. Byli nadwrażliwi i depresyjni, na pewno mieli swoje powody, ale nie sposób pominąć faktu, że popełnili samobójstwo w apogeum kádáryzmu, w szczycie dobrodziejstw gulaszowego komunizmu. Umieli zejść ze sceny w najlepszym momencie.
Kádáryzm zabijał po cichu, jak czad. Nie prześladował masowo, bo nie było kogo – Węgrom po 1956 roku odechciało się antykomunistycznych zrywów. Opierał się na niepisanej umowie społecznej, zgodnie z którą towarzysz Kádár dawał żyć, a obywatele Kovácsowie nie wpieprzali się w sprawy państwowe, tylko ciężko pracowali na dwóch etatach. Ta praca na dwóch etatach, oprócz tego, że procentowała zawałami serca, przynosiła profity w postaci samochodu albo działki rekreacyjnej.
Węgrzy cierpią na chroniczne poczucie wyjątkowości. Nie należąc ani do Słowiańszczyzny, ani do Bałkanów, ani do kultury germańskiej, nie mogą odwołać się do żadnej wspólnoty prócz tej z Węgrami żyjącymi w sąsiednich krajach. Najbliżsi krewni, Finowie i Estończycy, są zbyt daleko. Należą do innej kultury – chłodnej Północy, polarnych zim, ekonomicznego dobrobytu. Ostatnie wspólne spotkanie miało miejsce grubo ponad kilka tysięcy lat temu, dziś nie udałoby się już znaleźć wspólnych tematów do rozmowy. Już nie ten sam język, nie ci sami bogowie, została tylko wspólna namiętność do samobójstw i nadużywania alkoholu. I jeszcze węgierski dowcip o tym, że kiedy kilka tysięcy lat temu ugrofińscy nomadowie szli na Zachód, w pewnym momencie zobaczyli drogowskaz: „Mądrzy na południe, głupi na północ” i wtedy Węgrzy skręcili na południe, a Finowie na północ.
Zatopieni w Basenie Karpackim, jedyni i niepowtarzalni w swojej inności, z innym językiem, innym pochodzeniem, są skazani na bycie Innymi. Człowiek skazany nie może być jednak szczęśliwy. Wciąż czuje się zagrożony, widzi wokół siebie prześladowców. Węgrzy więc ze swojej inności czerpią dumę, ale jest to duma nieszczęśliwa. Dlatego bycie Węgrem jest przekleństwem.
Samobójstwo jest największym sukcesem eksportowym węgierskiej kultury. Żaden węgierski pisarz, malarz ani aktor nie odniósł takiego sukcesu, jak piosenka Szomorú Vasárnap – hymn samobójców całego świata, jedyny węgierski hit na skalę światową, utwór, którego słowa przełożono na kilkadziesiąt języków, kilkudziesięciu światowej sławy piosenkarzy włączyło go do swojego repertuaru, a osób, które po wysłuchaniu tej łzawej piosenki skończyły ze sobą, nie sposób zliczyć. Smutną niedzielę skomponował w 1933 roku Rezső Seress, pianista żydowskiego pochodzenia (naprawdę nazywał się Spitzer), występujący w knajpie „Kulacs”. Tekst napisał reporter kryminalny gazety „8 Órai Újság” László Jávor. Doprawdy – był to perfekcyjny duet zabójców. Żaden Sherlock Holmes ani Hercules Poirot, dysponując nawet tak mocnymi poszlakami, nie potrafiłby im udowodnić tej doskonałej zbrodni dokonanej za pomocą muzyki. Tak oto dźwięk pianina stał się trucizną straszniejszą niż cyjanek i arszenik razem wzięte.
Tak, Rezső Seress miał większy wpływ na ludzkość niż muzyka Franciszka Liszta i filmy Istvána Szabó. Nawet Dziewczyna o perłowych włosach Omegi nie podbiła świata tak jak Smutna niedziela. GloomySunday śpiewali Marianne Faithfull, Björk, Louis Armstrong, Serge Gainsbourg, Sinead O’Connor, Frank Sinatra, Billie Holiday, Kronos Quartet. No i Erika Marozsán w filmie Rolfa Schübela Gloomy Sunday.
To nie jest film o Rezső Seressie, choć czerpie z jego życia inspirację. To film o miłosnym czworokącie: Erika Marozsán i trzech mężczyzn, którzy ją kochają i którzy będą musieli przez nią umrzeć, choć jeden z nich umrze o wiele za późno, a dwóch zdecydowanie za wcześnie. Ten, który umrze za późno, zejdzie gwałtownie w pierwszej scenie filmu: osiemdziesięcioletni Hans Wieck wraca po pół wieku do Budapesztu, by świętować swoje urodziny. Był tu jeszcze przed wojną, młody, nieśmiały aryjczyk, trochę niezborny, trochę pokraczny, który dopiero jakieś dziesięć lat później, w mundurze SS Standartenführera będzie wyglądał dorośle. Wtedy był zafascynowany geniuszem fotograficznej techniki niemieckiej (i w ogóle wszystkim co niemieckie) oraz piękną karczmarką Iloną. Teraz jest osiemdziesięcioletnim starcem, który na komodzie w restauracji, w której przeżył młodzieńcze uniesienia, spostrzega zdjęcie Ilony (Marozsán). Zdjęcie zrobione jego niezawodną niemiecką leiką, w czasie gdy robił jeszcze zdjęcia pięknym kobietom, a nie podpisywał rozkazy eksterminacji węgierskich Żydów. Znów mocniej bije mu serce; tak mocno, że pada trupem na podłogę. A potem cofa się czas i mamy lata trzydzieste: zaradny restaurator żydowskiego pochodzenia László Szabó wraz z ukochaną Iloną zatrudniają w swojej restauracji nowego pianistę. Pianista jest piękny i pochmurny, nazywa się András Aradi i właśnie skomponował otwierającą dusze (i portfele) melodię, którą nazwał Szomorú Vasárnap. Do restauracji walą tłumy, by wysłuchać rzewnej melodii, obroty rosną, ukazuje się płyta z piosenką Aradiego, samobójcy biorą się do roboty: skaczą do Dunaju, wieszają się, zabijają się nawet w taksówkach. Podobno naprawdę przypominało to epidemię. W listopadzie 1935 roku w europejskiej prasie ukazało się dwieście siedemdziesiąt osiem artykułów opisujących fenomen „hymnu samobójców”. Tak przynajmniej obliczyli maniakalni badacze problemu.
Co było tak hipnotyzującego w tej piosence o prostej linii melodycznej i dość pretensjonalnym tekście, będącym prośbą samobójcy, by ukochana przyszła na jego pogrzeb? Dlaczego uruchamiała w ludziach impuls do autodestrukcji? Co powoduje, że po obejrzeniu tego filmu przez kilka dni z upiornym natręctwem powracała do mnie i nuciłem ją w myślach, a czasem łapałem się na tym, że nucę ją na głos? Że miałem ochotę urżnąć się na smutno i wiedziałem, że nie mogę tego zrobić, bo nie wiem, co wpadłoby mi w takim stanie do głowy? I towarzyszyła mi prawie pewność, że gdybym żył wtedy i usłyszał ją te siedemdziesiąt lat temu, mógłbym sobie zrobić krzywdę?
W dołączonych do filmu materiałach dokumentalnych podkreśla się, że ta Smutna niedziela trafiła idealnie w swój czas. Początek lat trzydziestych, kryzys gospodarczy, bezrobocie, całe pokolenie wysadzonych z siodła, którzy jednocześnie mają świadomość nieuchronnego zbliżania się katastrofy, przewidują, że wkrótce i tak będą musieli umrzeć, więc lepiej zrobić to już teraz, i to z fasonem. Tak jak śliczna siostra młodego żydowskiego bogacza, Mendla, którą brat zaprosił do restauracji Szabó. Dziewczyna grana przez zjawiskową Dorkę Gryllus (grała w Irinie Palm dziwkę wprowadzającą Marianne Faithfull w tajniki brandzlowania mężczyzn, a także w bardzo marnym węgierskim filmie Mix, w którym też zresztą wcieliła się w kurewkę o złotym sercu) pojawia się na ekranie tylko na chwilę. Swoimi wielkimi czarnymi oczami wpatruje się ze smutnym uwielbieniem w pianistę grającego Szomorú Vasárnap. Następne ujęcie pokazuje ją leżącą na łóżku z podciętymi żyłami, a adapter kończy właśnie odtwarzać płytę z feralną piosenką.
Wróćmy więc do filmu: właśnie następuje melodramatyczny splot, Ilona zakochuje się w pianiście, László zgadza się na trójkąt, szanując nowe zaangażowanie uczuciowe kobiety swojego życia. Ten mężczyzna, który w imię miłości przystaje na bycie oficjalnym rogaczem, wcale nie jest żałosny, ale wzniosły. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Herr Wieck, który po usłyszeniu piosenki – mimo że stara się być twardym Niemcem – rzuca się do Dunaju z Mostu Łańcuchowego. Na swoją zgubę ratuje go László – potem, gdy Wieck, już jako ważny esesman, będzie mógł uratować swego dawnego wybawcę z transportu do Oświęcimia, nie zrobi tego. Aradi też już nie będzie żył – zastrzeli się z pistoletu Wiecka po tym, jak po raz pierwszy usłyszy Ilonę śpiewającą Szomorú Vasárnap.
Prawdziwego kompozytora Szomorú Vasárnap Rezső Seressa przed zagładą uratował niemiecki oficer, który pamiętał go sprzed wojny z knajpy „Kulacs”, w której Seress grał. Historia jak z Pianisty Szpilmana. Ach, ci subtelni, wrażliwi naziści, wzruszający się przy dźwiękach fortepianu, sami niewolni od artystycznych ciągot! Traktujący swoją pracę nad unicestwieniem całych narodów też jak sztukę, choć tylko buchalterii.
Szomorú Vasárnap to piękny film z pięknymi aktorami, perfekcyjnymi kadrami i soczystymi kolorami. To powoduje, że wzrusza, ale chyba nie wstrząsa. Jest w wielu filmach jakaś dziwna potrzeba estetyzacji Holokaustu. Los utracony, film Lajosa Koltaia (nadwornego operatora Istvána Szabó) na podstawie książki Imre Kertésza jest tak piękny, że nawet Auschwitz wygląda w nim jak nostalgiczna pocztówka, a więźniowie w pasiakach niczym modele z nowej kampanii reklamowej Benettona, oczywiście bardzo kontrowersyjnej, ale jakże ładnej. Jeśli dzisiejszy widz oczekuje głosu kina w sprawach traum wojennych, to żąda ładnego opakowania. Nie chce się przemęczać okropnościami. Okropności są zarezerwowane dla horrorów o masakrowaniu piłą przez psychopatę – wtedy wiadomo, że to wszystko na niby.
Poznałem kiedyś Erikę Marozsán – smutną Ilonę – i znałem ją przez chwilę, przez może dwie, trzy minuty, gdy rozmawialiśmy na patio knajpy „Potkulcs” na Csengery utca, po jej koncercie, na którym promowała swoją płytę. Chyba powiedziałem jej wtedy, że jestem pisarzem, a więc powiedziałem coś, czego nigdy nie mówię. Chciałem się popisać? Zainteresować sobą? Myślałem, że będzie chciała się ze mną umówić? Pożegnała się grzecznie i wróciła do swoich znajomych.
Nie może to być przypadek, że jedyna znana na całym świecie węgierska piosenka traktuje o samobójstwie i podprogowo do niego zachęca. Sam Seress też zresztą rzucił się z balkonu swojego mieszkania w VII dzielnicy. Był styczeń 1968 roku, kompozytor miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Chorował na raka. Aż do śmierci grał na pianinie w restauracji „Kispipa”. Czy grał tam swój szlagier – nie wiem. Wiem, że po wojnie, przez dwadzieścia pięć lat, granie Szomorú Vasárnap było na Węgrzech zabronione, zapewne w trosce o życie obywateli republiki ludowej. Obywatele mieli pracować i się rozmnażać, a nie pozbawiać się życia. Pozbawiać mieli się niezależności, wolności, tęsknoty o ucieczce, choćby ucieczce w śmierć. Smutna niedziela była więc nielegalna, tak jak Lili Marleen – piosenka tych, którzy wcale nie chcieli umierać, a żeby nie umrzeć, musieli zabijać.
Krzysztof Varga
Gulasz z turula
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.