poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Na Athos studiując książkę Moschosa

 Pierwszy klasztor na Athos założył w IX wieku święty Eutymiusz z Salonik, który wyrzekł się świata, mając osiemnaście lat, zaczął chodzić na czworaka i jeść trawę. Został później słupnikiem i gromił współbraci ze szczytu kolumny. Jakieś dwieście lat później – kiedy wokół pierwszego założenia monastycznego powstało już wiele innych klasztorów i skitów – do uszu cesarza bizantyjskiego doszły wieści, że mnisi deprawują córki pasterzy, które przychodziły na górę, by sprzedawać mleko i wełnę. Cesarz wydał więc dekret, że nic rodzaju żeńskiego – żadna kobieta, krowa, kobyła, suka – nie ma prawa wkroczyć na teren Świętej Góry.

Dziś ta reguła nie obowiązuje jedynie kotek. Podobno w średniowieczu sama Matka Boska nakazała nawet dwóm bizantyjskim cesarzowym zawrócić i oddalić się od Świętej Góry. Ale później Najświętsza Panienka nieco złagodniała: prawie sto pięćdziesiąt lat temu, w roku 1857, pozwoliła jednej z moich wiktoriańskich ciotecznych babek, Virginii Somers, na spędzenie dwóch miesięcy w namiocie na zboczu Athos razem z mężem i Couttsem Lindsayem, malarzem prerafaelitą o wątpliwej reputacji. Zachował się list, który Virginia napisała w czasie tamtej wizyty. Relacjonuje w nim, jak mnisi zabrali ją do ogrodu i nalegali, by przyjęła po jednym owocu z każdego drzewa, które mijali. Wspomina, że spróbowała wtedy granatu, cytronu i brzoskwini. To jedyny w tysiącletniej historii Athos pisany przekaz mówiący o przebywaniu kobiety na Świętej Górze i jedyny dowód na niezbyt bogobojne ménage-á-trois tam goszczące.

Zostawmy jednak ten pojedynczy incydent, bo Święta Góra jest nadal samorządną republiką klasztorną, gdzie obowiązują celibat, modlitwa i nienaruszalne zasady Kościoła prawosławnego. Na soborze florenckim w 1439 roku mnisi z góry Athos nie zgodzili się na unię Kościoła prawosławnego z Kościołem katolickim w zamian za pomoc militarną w obliczu zagrożenia ze strony Turków, skutkiem czego Konstantynopol wpadł w ręce Osmanów już po dwóch dziesięcioleciach, niemniej prawosławni doktrynalnie przetrwali bez szwanku. Ogromna duma Kościoła prawosławnego połączona z głęboką podejrzliwością wobec wszystkich innych wyznań pozostaje do dzisiaj na górze Athos postawą dominującą.

Na ląd zszedłem w Dafne, złapałem stary autobus do klasztornej stolicy w Karies, a potem po bruku wygładzonym tysiącami stóp i dalej przez wysokie do kolan krzaki szałwii, wśród chmar żółtych motyli, wolnym krokiem skierowałem się do Iwironu.

Mnisi zakończyli właśnie wieczorne nabożeństwo. Koniec dnia był cudownie ciepły, wielu z nich stało na dziedzińcu, rozkoszując się cieniem cyprysów rosnących obok katolikonu. Brat Jakowos, mnich zajmujący się gośćmi klasztoru, siedział na stopniach zwieńczonej kopułą osmańskiej fontanny i wsłuchiwał się w szmer wody spływającej do misy. Wstał, kiedy zobaczył, że wchodzę na dziedziniec.

– Witaj – powiedział. – Oczekiwaliśmy ciebie.

Jakowos okazał się gadatliwym, krępym, przysadzistym mnichem o brodzie godnej rozbójnika. Na głowie miał zawadiacko przekrzywioną czarną wełnianą czapkę. Wziął moje bagaże i zaprowadził mnie do pokoju gościnnego, gdzie nalał mi kieliszek ouzo i poczęstował rachatłukum o różanym zapachu. Jednocześnie opowiadał wesoło o swojej służbie w marynarce handlowej. Zimą 1959 roku odwiedził na pokładzie cypryjskiego statku Aberdeen i, jak mówił, nigdy nie zapomni tamtejszej mgły i dojmującego zimna. Zapytałem, gdzie znajdę bibliotekarza, brata Christoforosa. To właśnie list od brata Christoforosa – zwieńczony cesarskim godłem, dwugłowym orłem bizantyjskim – zwabił mnie na Athos. Dowiedziałem się od niego, że manuskrypt, którego szukałem, znajduje się w klasztornej bibliotece Iwironu. Tak, ocalał, a on obiecał, że postara się uzyskać dla mnie pozwolenie opata na jego obejrzenie.

– O tej porze Christoforos schodzi do arsenału – powiedział brat Jakowos, spoglądając na zegarek kieszonkowy – żeby nakarmić koty.

Znalazłem staruszka stojącego na molo z wiadrem pełnym rybich ogonów. Na nosie balansowały mu niepewnie wielkie okulary w czarnej oprawce. Wokoł niego kręciły się ze dwa tuziny kotów.

– No, chodź, Justynianie – wołał brat Christoforos. – Chodź Chryzostomie, kici, kici... Chodźcie, kochane, ela, chodźcie...

Podszedłem i przedstawiłem się.

– Myśleliśmy, że przyjedziesz w zeszłym tygodniu – powiedział mnich trochę naburmuszony.

– Przepraszam. Miałem kłopoty z uzyskaniem zezwolenia w Salonikach.

Koty nie przestawały ocierać się zalotnie o kostki Christoforosa, sycząc na siebie wzajemnie i chwytając rozrzucane kawałki płetw.

– Udało ci się, bracie, porozmawiać z opatem o udostępnieniu mi manuskryptu?

– Niestety – odparł Christoforos – opat wyjechał do Konstantynopola. Bierze udział w naradzie z patriarchą ekumenicznym. Ale możesz tu zostać do jego powrotu. Serdecznie zapraszam.

– A kiedy wróci?

– Powinien tu być na święto Przemienienia Pańskiego.

– Ale to – za ile? – za ponad dwa tygodnie.

– Cierpliwość to wspaniała cecha, w klasztorze jak znalazł. – Christoforos pokiwał filozoficznie głową w stronę Kallistosa, chuderlawego, starego kocura dachowca o krzywych nogach, któremu do tej pory nie udało się złapać ani kawałka płetwy.

– Moje pozwolenie kończy się pojutrze – powiedziałem. – Dali mi tylko trzydniową diamonitirion. Muszę odpłynąć poranną łodzią. – Popatrzyłem na starego mnicha. – Przejechałem taki kawał drogi tylko po to, żeby zobaczyć tę księgę.

– Bardzo mi przykro, ale opat zawsze chce najpierw przepytać osobę, która...

– Czy dałoby się coś na to poradzić?

Staruszek pociągnął się z wahaniem za brodę.

– Nie powinienem tego robić – westchnął. – Zresztą i tak w bibliotece nie ma światła.

– W pokoju gościnnym widziałem lampy naftowe – podszepnąłem.

Zastygł na chwilę w bezruchu, niezdecydowany. A potem się ugiął.

– Idź od razu – powiedział – i zapytaj brata Jakowosa, czy wypożyczy ci lampę.

Podziękowałem Christoforosowi i ruszyłem szybko z powrotem do klasztoru, zanim zmieniłby zdanie.

– I nie pozwól Jakowosowi opowiadać sobie życiorysu – zawołał za mną. – W przeciwnym razie nigdy nie zobaczysz manuskryptu.

O godzinie ósmej wieczorem spotkałem się z bratem Christoforosem przed katolikonem. Zmierzchało. Słońce zaszło już za Świętą Górę. W ręku trzymałem lampę naftową przyniesioną z pokoju gościnnego. Przeszliśmy przez dziedziniec do biblioteki klasztornej. Spomiędzy fałd habitu brat Christoforos wyciągnął pierścień z kluczami wielkimi jak do średniowiecznych kazamatów. Obrócił największy klucz w najwyższym z czterech zamków.

– W dzisiejszych czasach trzeba wszystko zamykać – wyjaśnił Christoforos. – Trzy lata temu w środku zimy w Wielkiej Ławrze zjawiło się kilku ludzi na motorówkach. Mieli ze sobą steny. Przypłynął z nimi były nowicjusz, wyrzucony przez opata. Dostali się do biblioteki i ukradli wiele najstarszych manuskryptów. Zabrali też złote relikwiarze, które były w cerkwi.

– Zostali złapani?

– Mnichom udało się podnieść alarm. Rabusiów aresztowano następnego ranka, kiedy próbowali przekroczyć bułgarską granicę. Ale zanim to się stało, narobili mnóstwo szkód: porżnęli relikwiarze na małe kawałki i wycięli najpiękniejsze iluminacje z manuskryptów. Niektórych stron nie udało się odtworzyć.

Trzy zamki otworzyły się bez problemów. W końcu i czwarty ustąpił z głośnym trzaskiem. Drzwi starej biblioteki stanęły przed nami otworem. Trzymając przed sobą lampy, weszliśmy do środka.

W środku panowały egipskie ciemności, powietrze wypełniał smród starego płótna introligatorskiego i rozkładającego się papieru welinowego. Manuskrypty leżały otwarte w niskich gablotach. Złoto użyte do malowania winiet i aureoli na iluminacjach w żywotach świętych połyskiwało w świetle lamp. W mroku na dalekiej ścianie zdołałem dostrzec oprawiony w ramę firman osmański, złocone esy-floresy monogramu sułtana są tam wyraźnie widoczne nad kaligrafowanym tekstem. Obok, niczym porzucona marynarka, wisiała wspaniała, choć trochę pognieciona jedwabna szata. Jej klapy zdobiły usytuowane naprzeciwko siebie smoki i feniksy.

– Co to jest? – zapytałem szeptem.

– To szata Jana Tzimiskesa.

– Bazyleusa Jana Tzimiskesa? Ależ on żył w dziesiątym wieku.

Christoforos wzruszył ramionami.

– Nie można tak po prostu wieszać byle gdzie czegoś takiego – oburzyłem się.

– No cóż – odezwał się Christoforos poirytowanym tonem. – A gdzie niby powiesiłbyś coś takiego?

W ciemności szliśmy wzdłuż rzędów regałów uginających się pod ciężarem oprawionych w skórę bizantyjskich manuskryptów, aż zatrzymaliśmy się przed gablotą w dalekim kącie pomieszczenia. Christoforos przekręcił klucz w zamku i uniósł przeszkloną pokrywę. W środku leżał Kodeks G.9 owinięty w biały płócienny pokrowiec.

Był to ogromny wolumin, ciężki niczym skrzynka wina. Na uginających się nogach przeniosłem go na stół do czytania. Christoforos szedł za mną z lampą.

– Wybacz, proszę – powiedział, gdy delikatnie opuszczałem manuskrypt na blat stołu – ale jesteś heretykiem czy prawosławnym?

Zanim odpowiedziałem, zastanawiałem się przez chwilę. Przyjaciel katolik, który odwiedził Athos kilka lat wcześniej, przestrzegł mnie, żebym przenigdy nie przyznawał się do tego, że jestem katolikiem. Sam popełnił ten błąd i opowiadał, że gdyby wyznał, iż choruje na trąd albo ma trzecie stadium syfilisu, nie zostałby tak zdecydowanie potępiony, jak po ujawnieniu wyznania. Podkreślał, że niewzbudzanie podejrzeń u mnichów jest w moim przypadku wyjątkowo ważne, jako że nie ufają oni żadnym gościom, szczególnie tym, którzy pytają o ich manuskrypty. Na Athos dobrze wszystko pamiętano – mnisi nigdy nie wybaczyli papieżowi zgody na grabież Konstantynopola w czasie czwartej krucjaty sprzed ponad ośmiuset lat, zwłaszcza jednak nie zapomnieli dziewiętnastowiecznych bibliofilów, którzy zdziesiątkowali biblioteki Świętej Góry zaledwie wiek wcześniej.

Angielski podróżnik, szacowny Robert Curzon, jest tam nadal uważany za najgorszego bluźniercę: po szybkim przeglądzie bibliotek na Athos pod koniec lat czterdziestych XIX wieku (w towarzystwie mojego stryjecznego pradziadka, co ze wstydem przyznaję) Curzon wyjechał ze Świętej Góry z kuframi zapełnionymi iluminowanymi manuskryptami i bizantyjskimi chrysobullami. W swojej książce Visits to Monasteries in the Levant [Wizyty w klasztorach Lewantu] opisuje kupowanie na wagę bezcennych manuskryptów od opatów, jakby to były figi albo granaty na tureckim bazarze. Jeszcze gorsze wspomnienia mnichów dotyczą niemieckiego bibliofila Constantina von Tischendorfa. Mniej więcej w dwadzieścia lat po odwiedzinach góry Athos przez Curzona Tischendorf opuścił greckokatolicki klasztor Świętej Katarzyny na górze Synaj, zabierając ze sobą Codex Sinaiticus – najwcześniejszy istniejący egzemplarz Nowego Testamentu – wetknięty w sakwy zawieszone na wielbłądzie. Tischendorf twierdził potem, że znalazł różne karty manuskryptu w koszu z drewnem opałowym i uratował je przed mnichami, którzy mieli zamiar je spalić, żeby ogrzać się zimą. Tymczasem mnisi do dzisiaj utrzymują, że Tischendorf upił bibliotekarza i podstępem przejął bezcenną księgę – która, podobnie jak łupy Curzona, znalazła się w zbiorach British Library – za butelkę dobrej niemieckiej wódki.

Christoforos zwrócił uwagę na moje milczenie i zapytał ponownie, czy jestem heretykiem, czy prawosławnym.

– Jestem katolikiem – odpowiedziałem.

– Mój Boże. Tak mi przykro. – Mnich pokręcił głową z zatroskaniem. – Szczerze mówiąc, opat nigdy nie pozwala nieprawosławnym oglądać świętych ksiąg. Zwłaszcza katolikom. Opat uważa obecnego papieża za Antychrysta, a jego matkę za Babilońską Nierządnicę. Mówi, że sprowadzą na nas dni ostatnie, tak jak zostało to opisane w Apokalipsie świętego Jana.

Christoforos zaczął mamrotać modlitwę.

– Proszę – powiedział w końcu – nie mów nikomu w klasztorze, że jesteś heretykiem. Gdyby opat się o tym dowiedział, musiałbym odbyć tysięczne pokuty.

– Nie pisnę o tym nikomu ani słowa.

Christoforos trochę się odprężył. Zdjął okulary i przetarł je fałdą habitu.

– Wiesz, że w tym roku odwiedził już nasz klasztor inny katolik?

– Kto to był? – zapytałem.

– Chórmistrz z Bawarii – odparł Christoforos. – Miał piękny głos.

Postawiłem księgę na pulpicie i zacząłem rozpinać pokrowiec.

– Powiedział, że w naszej cerkwi jest cudowna akustyka – Christoforos mówił dalej, ustawiając lampy na stole. – Zapytał nawet brata Jakowosa, czy może zaśpiewać Gloria w katolikonie, pod kopułą.

– I co brat Jakowos mu odpowiedział?

– Powiedział, że chyba nie może pozwolić heretykowi modlić się w cerkwi. Ale w końcu zgodził się na odśpiewanie krótkiego Alleluja w przedsionku.

Zdjąłem płótno ochronne. Przepięknie zdobiona złotem skórzana oprawa lśniła w płomieniach lamp.

Otworzyłem manuskrypt. Tekst w środku został napisany fioletowym atramentem na najprzedniejszym welinie – mocnym, sprężystym i woskowanym, ale tak cienkim, że aż przezroczystym. Kaligrafia odznaczała się cudowną klarownością i miała formę kursywy średniowiecznej uncjały. Zgodnie ze szczegółowym katalogiem, w tomie zebrano różne wczesnobizantyjskie teksty średniowieczne. Pierwsza stronica, na której otworzyłem księgę, była najwyraźniej napastliwym kazaniem świętego Hieronima potępiającego zażywanie kąpieli jako jego zdaniem pogańskiej praktyki: „Kto ukąpał się w Chrystusie – grzmiał święty – nie potrzebuje innych kąpieli”.

Dopiero pod koniec księgi na odwrocie strony dwieście osiemdziesiątej siódmej natknąłem się na pierwsze wersy tekstu, który przyjechałem zobaczyć. Jego autorem był wspaniały bizantyjski mnich-podróżnik Jan Moschos, a swoje dzieło napisał pod koniec życia, gdy przed tysiąc trzystoma laty szykował się do śmierci w klasztorze w Konstantynopolu.

„Według mnie łąki na wiosnę ukazują nam wyjątkowo zachwycający widok. Objawiają one oczom widza bogactwo różnorakiego kwiecia, które przykuwa jego uwagę swym powabem; pobudza ono bowiem do zachwytu jego wzrok, a swym zapachem raduje jego powonienie. Jedna część takiej łąki rumieni się różami, w innym miejscu przeważają lilie, zwracając na siebie jego uwagę, a odwracając ją od róż. Gdzie indziej niczym płomień wybucha barwa fiołków, przypominając kolor królewskiej purpury. Krótko mówiąc, różnorodność i wielość niezliczonych kwiatów z każdej strony cieszy zarówno zmysł wzroku, jak i powonienia.

W taki właśnie sposób spójrz na to dzieło, Sofroniosie, mój święty i umiłowany synu. Odkryjesz w nim bowiem cnoty świętych ludzi, którzy wyróżnili się w tych naszych obecnych czasach, ludzi, o których Psalmista powiada, że są «zasadzeni nad strumieniem». Byli oni wszyscy z łaski Chrystusa tak samo umiłowani przez Boga, choć cechowała ich ogromna różnorodność cnót, dzięki którym zyskali oni swe piękno i powab. Zerwałem spośród nich najpiękniejsze kwiaty i uplotłem z nich wieniec, który tobie, najwierniejszy synu, ofiaruję, a przez ciebie całemu światu”[2].


Podkręcając knot lampy, przewróciłem stronę.

Gdyby ktoś pewnego wiosennego dnia 578 roku naszej ery siedział na skalistej skarpie, skąd rozciągał się widok na Betlejem i jego okolice, zobaczyłby dwie postacie z kijami w dłoniach wyruszające na wędrówkę, mijające właśnie bramę okazałego monasteru Świętego Teodozjusza. Owa dwójka – stary mnich o siwej brodzie i jego wyprostowany, poważny z wyglądu i na pewno znacznie młodszy towarzysz – kierowała się przez bezdroża Judei na południowy wschód, ku Aleksandrii, bajecznie bogatemu portowi-metropolii.

Był to początek wyjątkowej podróży, która prowadziła Jana Moschosa i jego ucznia Sofroniusza Sofistę łukiem przez cały wschodni bizantyjski świat. Ich celem było gromadzenie wiedzy ojców pustyni, mędrców i mistyków bizantyjskiego Wschodu, zanim ich kruchy świat – już wtedy w widoczny sposób chylący się ku upadkowi – w końcu się rozpadnie i zniknie. Wynikiem było leżące teraz przede mną dzieło. Nawet jeśli dziś na Zachodzie ten tekst wydaje się do pewnego stopnia niezrozumiały, tysiąc lat temu uznawano go za jedną z najpopularniejszych ksiąg w całej wspaniałej literaturze bizantyjskiej.

Bizantyjskie karawanseraje miały opinię niebezpiecznych, a prowincjonalna grecka arystokracja nie lubowała się w rozrywkach: jak przedstawił to bizantyjski pisarz Kekaumenos: „Przyjęcia w domach są błędem, bo goście krytykują jedynie twoje gospodarstwo i próbują uwieść ci żonę”. Dlatego, dokądkolwiek się skierowali, dwaj wędrowcy zatrzymywali się w klasztorach, jaskiniach i zapomnianych przez Boga pustelniach, jadali skromnie z mnichami i ascetami. Moschos najwyraźniej spisywał wszystko, co usłyszał: wypowiedzi ojców, anegdoty i opowieści o cudownych wydarzeniach.

Jan Moschos kontynuował tradycję wędrujących mnichów Kościoła prawosławnego. Na Zachodzie, przynajmniej od początku VI wieku, od czasu wprowadzenia przez świętego Benedykta ślubu stałości miejsca, mnisi przejawiali skłonność do zamykania się w klasztornej celi, bo jak głosiło przysłowie: „Mnich poza celą jest jak ryba wyjęta z wody”. W Kościołach wschodnich, podobnie jak w hinduizmie i buddyzmie, od wieków istniał zwyczaj wędrowania mnichów od jednego guru do drugiego, od jednego ojca duchowego do innego i zbierania mądrości i rad od każdego z nich, tak jak do tej pory robią to hinduscy sadhu. Jeszcze dzisiaj współcześni mnisi prawosławni nie składają ślubu osiadłego trybu życia. Jeśli po jakimś czasie zakonnik zdecyduje, że chce siedzieć u stóp innego nauczyciela w innym klasztorze, nawet w zupełnie innej części Grecji (lub też na Synaju albo w Ziemi Świętej), wolno mu to zrobić.

Łąka duchowa to zbiór najpopularniejszych i najciekawszych powiedzeń, anegdot i opowieści religijnych, które Moschos zebrał w trakcie wypraw, napisany w tradycji apoftegmatów lub inaczej „powiedzeń ojców”. Niemniej pisarstwo Moschosa jest nieskończenie bardziej sugestywne, obrazowe i pełne humoru niż dokonania któregokolwiek z jego rywali lub współczesnych, niemal osamotnione w ocalałych przykładach tego gatunku, i nadal czyta się je z prawdziwą przyjemnością.

Zawarte w książce przesłanie jest wciąż aktualne, jednak na innym poziomie. Łąkę duchową spokojnie uznalibyśmy dzisiaj za fascynującą książkę podróżniczą. Moschos robił to, co współcześni pisarze-podróżnicy: przemierzał świat w poszukiwaniu dziwnych historii i niezwykłych opowieści. Jego książka to prawdziwy majstersztyk bizantyjskiej literatury podróżniczej. Bo nie dość, że Moschos był utalentowanym i obdarzonym poczuciem humoru pisarzem, to miał jeszcze do opowiedzenia wyjątkowe historie.

Między wierszami wspomnień Jana Moschosa widać wyraźnie, że wędrował z przyjacielem w niebezpiecznych czasach. Próby odbudowy cesarstwa przez Justyniana skończyły się niepowodzeniem. Bizancjum zostało zaatakowane od zachodu przez Awarów, Słowian, Gotów i Longobardów; od wschodu nękały je kolejne najazdy pustynnych nomadów i perskich legionów Sasanidów. Wspaniałe miasta środkowej części obszarów śródziemnomorskich upadały: w Antiochii na szerokich rzymskich alejach, przy których kiedyś kwitły handel i przemysł, pojawiały się jak grzyby po deszczu namioty uchodźców. Imponujące śródziemnomorskie porty – Tyr, Sydon, Bejrut, Seleucja – opustoszały; wiele z nich znów stało się nieco większymi wioskami rybackimi.

Świat materialny pogrążał się w rozkładzie, a tysiące ludzi – wśród nich Moschos i Sofroniusz – opuszczało rodziny i zostawało mnichami lub eremitami na pustyni. Zresztą nawet w wielkich monasterach nie było bezpiecznie: zdarzało się, że nasi dwaj wędrowcy docierali do wybranego miejsca i przekonywali się, że opactwo, w którym zamierzali przenocować, zostało spalone przez złoczyńców, a mnisi zmasakrowani lub uprowadzeni w ogromnych, wolno sunących karawanach na targi niewolników w Arabii. Nie miało to charakteru całkowitej zagłady: na terenach cesarstwa niedotkniętych wojnami perskimi klasztorne skryptoria i warsztaty pracowały pełną parą, tworząc jedne z najpiękniejszych bizantyjskich manuskryptów, przedmioty z kości słoniowej i ikony, jakie kiedykolwiek zaprojektowano. Niemniej te oazy zakonnego spokoju należały do wyjątków. W pisarstwie Moschosa wyraźnie odbija się przerażający, niemal apokaliptyczny obraz zniszczenia, jakie widział wokół siebie.

W roku 614 naszej ery monaster Świętego Teodozjusza, macierzysty konwent Moschosa i Sofroniusza, spaliła do gruntu grasująca w okolicy armia perska, a wszyscy ich współbraciszkowie – setki bezbronnych mnichów – dali gardła pod miecz. Niedługo potem padła Jerozolima, a ci, którzy ocaleli z rzezi – w tym patriarcha tego miasta – przetrzymywani byli jako niewolnicy w Ktezyfonie, stolicy Sasanidów. Od tamtego czasu Moschos i Sofroniusz wędrowali już i jako podróżnicy, i jako uchodźcy. Schronili się w Aleksandrii, a kiedy Persowie oblegli mury miasta, parze mnichów udało się dostać na pokład ostatniej galery opuszczającej port.

W następnym roku obaj pielgrzymi znaleźli ostatecznie dach nad głową w Konstantynopolu. Właśnie tam, zanim Moschos umarł z wyczerpania, dokończył spisywanie wspomnień z podróży. Łąka duchowa spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem w całym cesarstwie. W następnym pokoleniu lub dwóch przetłumaczono ją na łacinę, gruziński, aramejski, arabski i wiele języków słowiańskich. Do dzisiaj zawarte w niej anegdoty są przytaczane przez mnichów i chłopów w całym świecie prawosławnym.

Większość ocalałych tekstów bizantyjskich z tamtego okresu ma zadziwiająco mętną treść: czytamy w nich albo o przemykających cieniach setek cesarskich uzurpatorów, pojawiających się nagle w czasie pałacowych przewrotów i znikających równie szybko, w czym pomagał im sztylet zabójcy; albo o świętych tak bogobojnych, że praktycznie nie da się tego ogarnąć rozumem. Nawet hipnotyczne piękno sztuki bizantyjskiej nie pomaga w wyobrażeniu sobie świata, w którym ją tworzono. W Rawennie są wprawdzie wspaniałe mozaiki ze sławnymi medalionami Justyniana i Teodory oraz ich świty złożonej z eunuchów i admirałów, generałów i biskupów, dworzan i pochlebców – to ten sam słynący z intryg i spisków dwór, jaki znamy z pisemnych źródeł, niemniej sztuka bizantyjska była przede wszystkim religijna, ściśle transcendentna. We wszystkich apsydach i zburzonych nawach setek zniszczonych bizantyjskich cerkwi niemal identyczne, gładkie, zimne, neoklasyczne twarze świętych i apostołów spoglądają w dół niczym galeria głuchoniemych; może z powodu dudniącej ciszy, która je otacza, tak bardzo trudno wyobrazić sobie codzienne życie w bizantyjskich prowincjach. Religijna i arystokratyczna natura sztuki bizantyjskiej sprawia, że mamy jedynie blade pojęcie o tym, jak mogli wyglądać bizantyjscy chłopi albo sklepikarze; jeszcze mniej wiemy o tym, co myśleli, o czym marzyli, co kochali, a czego nienawidzili.

I tylko stronice Łąki duchowej zbliżają nas do zwykłego Bizantyjczyka bardziej niż jakiekolwiek inne źródło. Chociaż często książka wydaje się dość dziwaczna – to mieszanina nieprawdopodobnych anegdot, pobożności i niesłychanych cudów – jako tekst historyczny tworzy najbogatszy i najbardziej szczegółowy portret bizantyjskiego Lewantu, zanim wdarł się do niego islam. Na jej stronach powstają nagle z piachu zapomniane klasztory; nawet wielkie metropolie, jak bizantyjska Aleksandria – z której nie przetrwał kamień na kamieniu, poza jednym murem – wracają do życia, zaludniane postaciami z krwi i kości, łotrami i wariatami.

Najbardziej intrygujące są opowieści o skromnych ludziach, których losy zwykle przelatują przez sito historyków. Jedna z nich mówi na przykład o poganiaczu mułów z Rzymu, którego zwierzę stratowało w zajeździe na śmierć małe dziecko. Nieszczęśnik wsiadł na statek do Ziemi Świętej, uciekł na pustynię, a tam, nękany wyrzutami sumienia, próbował odebrać sobie życie. Dopiero kiedy lew nie chciał go pożreć, zrozumiał, że istnieje coś takiego, jak boskie wybaczenie. Spotykamy na stronicach Łąki duchowej skruszonego aleksandryjczyka, hienę cmentarną, twierdzącego, że zaatakował go trup, któremu chciał ukraść całun (i nie puścił wolno złodzieja, dopóki ten nie obiecał, że znajdzie sobie profesję bardziej godną szacunku); nowicjusza, który ogarnięty pożądaniem odwiedził lupanar w Jerychu (szybko dotknął go potem trąd); żonę kupca z Askalonu zmuszoną do prostytuowania się po zatonięciu statku męża.

Niektóre z tych postaci są dziwnie znajome. Jedna z opowieści to historia bizantyjskiej wersji brata Christoforosa, kochającego zwierzęta mnicha z podmiejskiego klasztoru w pobliżu Aleksandrii, który nie tylko karmił klasztorne psy, ale też dawał mąkę mrówkom i kładł na dachu rozmoczone ciastka dla ptaków. Innych bohaterów raczej nie spotkalibyśmy w dzisiejszym świecie, jak choćby mnicha Adolasa, który „zamieszkał w pustym pniu platanu. Wydłubał on sobie w tym drzewie małe okno, przez które mógł rozmawiać z ludźmi, kiedy przychodzili oni, by się z nim zobaczyć”.

Moschos to narrator nieprzewidywalny. Był zagorzałym wyznawcą ortodoksyjnego prawosławia w czasach, kiedy musiało ono zderzyć się z krążącymi w pełnych podróżnych miastach Wschodu różnorodnymi prądami heterodoksyjnymi, których liczba przyprawiała o zawrót głowy. Ten człowiek o tolerancji wobec innych wierzeń najwyraźniej równie ograniczonej, jak u jego następców na górze Athos, szybko i lapidarnie rozprawiał się z monofizytami, żydami, manichejczykami, zaratustrianami i gnostykami. Mimo to jest w Łące duchowej beztroska typowa dla badacza-cygana, a w zawartych w niej opowieściach wyczuwa się ujmującą lekkość i dobrotliwe poczucie humoru. Jedna z moich ulubionych historii opowiada o nowicjuszu z Antinoopolis w Górnym Egipcie, który był „bardzo lekkomyślny i nie dbał wcale o sprawy duchowe”. Kiedy nowicjusz umarł, jego nauczyciel obawiał się, że został strącony za grzechy do piekła, i modlił się, by ujawniono mu, co stało się z duszą ucznia. Nauczyciel wpadł wreszcie w trans, zobaczył rzekę ognia i ucznia zanurzonego w niej po szyję. Nauczyciel był przerażony, ale nowicjusz obrócił się do niego i powiedział: „Składam dzięki Bogu, mój ojcze, za to, że przynajmniej moja głowa doznała ulgi. Dzięki twoim modlitwom mogłem stanąć sobie na głowie biskupa”.

Oczywiście nam, współczesnym, wiele zjawisk ze świata opisanego w Łące duchowej wydaje się dziwnych. Powiem więcej: jego wierzenia i wartości są tak obce, że praktycznie niezrozumiałe. To był świat, w którym eunuchowie prowadzili do boju cesarskie armie; w którym grupy mnichów dokonywały samosądów i mordowały pogańskie damy niesione w lektykach przez modne aleksandryjskie bazary; w którym rozsierdzeni półnadzy słupnicy wrzeszczeli nad głowami przechodniów; w którym dendryci biorący literalnie słowa Chrystusa o naśladowaniu ptaków na niebie żyli na drzewach i budowali niewielkie gniazda na górnych konarach.

Jednak najbardziej chyba zaskakującą prawdą, jaka dociera do nas z kart książki Moschosa, jest to, że Bliski Wschód był wówczas obszarem całkowicie chrześcijańskim. W powszechnym wyobrażeniu Lewant właściwie bezpośrednio przechodzi od klasycznej starożytności do współczesnego islamu. Łatwo się zapomina, że przez ponad trzysta lat – od czasów Konstantyna na początku IV wieku do pojawienia się islamu w wieku VII – Bliski Wschód był niemal wyłącznie chrześcijański. W czasach, gdy chrześcijaństwo zapuszczało dopiero korzenie w Brytanii, kiedy nad brzegami Tamizy Anglowie i Sasi nadal składali ofiary Thorowi i Wodanowi, a na zachodzie kraju ostatni Brytowie służyli jako ariergarda pod rozkazami chrześcijańskiego przywódcy zwanego Arturem, Lewant był ośrodkiem chrześcijaństwa i centrum chrześcijańskiej cywilizacji. Bizantyjskie monastery to prawdziwe fortece; w ich bibliotekach i skryptoriach zgłębiano nauki klasyczne, filozofię i medycynę, nie zważając na nadciągające hordy najeźdźców i nomadów. Co więcej, mimo postępującego upadku Lewant nadal pozostawał najbogatszą, najgęściej zaludnioną – i to przez najlepiej wykształconych ludzi – częścią śródziemnomorskiego świata: trzy czwarte dochodów skarbu państwa pochodziło ze wschodnich prowincji. To tam znajdowały się główne ośrodki przemysłu. Doskonale pamiętano jeszcze czasy, gdy statki i karawany prowadziły niebywale zyskowny handel z Orientem. Ten handel nie zanikł nawet w latach chaosu pod koniec VI wieku. Na Zachodzie nie istniało nic, co dałoby się porównać z wysoko rozwiniętą kulturą wschodniego Bizancjum, które u schyłku VI wieku nadal pozostawało centrum całego obszaru eurazjatyckiego.

Jednak nie trwało to długo. Jan Moschos był niemal rówieśnikiem Mahometa. Kiedy w 619 roku Moschos umarł, cesarstwo ciągle posiadało we władaniu, choć bardzo chwiejnym, ziemie od Wenecji Euganejskiej po południowy Egipt. Kilka lat później Sofroniusz, młody towarzysz Jana, był już świadkiem rozpadu połowy wschodnich domen Bizancjum. Sofroniusz w podeszłym wieku został patriarchą Jerozolimy i na jego barkach spoczął obowiązek obrony Świętego Miasta przed pierwszym najazdem islamskiej armii przetaczającej się od Arabii i podbijającej wszystko, co stanęło jej na drodze.

Pochodzący z pustyni Arabowie nie mieli opanowanej sztuki oblężniczej: zatrzymana pod Damaszkiem wielka armia Proroka musiała pożyczać drabiny z pobliskiego klasztoru, żeby wspiąć się na mury. Niemniej wobec klęski cesarskich wojsk, które wpadły w zasadzkę nad rzeką Jarmuk, Jerozolima nie mogła już liczyć na pomoc. Po dwunastomiesięcznym oblężeniu Sofroniusz zaczął przygotowywać się do kapitulacji, pod jednym wszakże warunkiem: nie przekaże Jerozolimy żadnemu generałowi. Święte Miasto miało się poddać tylko samemu kalifowi.

Pewnego lutowego dnia w 638 roku naszej ery kalif Omar wjechał do Jerozolimy na białym wielbłądzie. Kalif miał na sobie brudny burnus, w którym prowadził całą kampanię; tymczasem patriarcha odział się we wspaniałe szaty z najlepszego jedwabiu. Sofroniusz oddał klucze do miasta i wyszeptał przez łzy: „Otom świadkiem obrzydliwości spustoszenia Jerozolimy, przepowiedzianej przez proroka Daniela”.

Zmarł z rozpaczy kilka miesięcy później. Pochowano go w ruinach klasztoru Świętego Teodozjusza; w niszy obok spoczywały szczątki jego przyjaciela, mistrza i towarzysza podróży Jana Moschosa. Sofroniusz wypełnił co do joty jego ostatnią wolę: zabalsamowane ciało Moschosa przewieziono z Konstantynopola i pochowano pośród tego, co zostało z macierzystego klasztoru obu mnichów na skraju pustyni Ziemi Świętej.

Po raz pierwszy przeczytałem o Janie Moschosie w świetnym trzytomowym dziele sir Stevena Runcimana Dzieje wypraw krzyżowych. Zaintrygowany odnośnikami do Łąki duchowej, napisałem do autora i otrzymałem odpowiedź wykaligrafowaną w edwardiańskim stylu. Historyk zapraszał mnie do średniowiecznego domu przy granicy ze Szkocją. Pewnego zimnego dnia w kwietniu jechałem więc pod stalowym niebem przez opustoszałe pastwiska Annandale i Eskdale.

Runciman zawsze był najbardziej nieakademickim spośród uczonych: osaczony przez mandżurskich watażków w mieście Tiencin uciekł, żeby grać duety fortepianowe z cesarzem Chin; zapoznawał Atatürka z historią Bizancjum i został wielkim mówcą kościoła Świętej Zofii w Stambule; palił sziszę z celebi effendi wirujących derwiszów i po rozłożeniu kart tarota trafnie przewidział śmierć greckiego króla Jerzego II i Fuada, króla Egiptu.

Był dobrze po dziewięćdziesiątce: wysoki, chudy starzec, nadal pewny siebie i w pełni możliwości intelektualnych, choć fizycznie już słabowity. Oczy zakrywały mu ciężkie powieki, głos miał zachrypnięty, mówił ze staromodnym akcentem z Cambridge. W czasie lunchu opowiadał o Lewancie, jaki znał z dni młodości: o Stambule zaledwie w miesiąc po usunięciu ostatniego Osmana, kiedy na ulicach widziało się wielbłądy, gdy w Anatolii nadal przebywały setki tysięcy Greków, a Turcy ciągle nosili czerwone fezy; o Libanie, „jedynym miejscu, gdzie widziałem książki oprawione w ludzką skórę”; o klasztorach w Palestynie, zanim syjoniści wyrzucili połowę Palestyńczyków i zaczęli zmieniać kraj w amerykańskie przedmieście; o Egipcie, kiedy Aleksandria nadal była najbardziej kosmopolitycznym miastem na wschód od Mediolanu.

Później, przy kawie, poruszyłem temat Jana Moschosa i jego podróży. Moją uwagę w Łące duchowej przyciągnęło przede wszystkim to, że Moschos i Sofroniusz byli świadkami początkowej fazy procesu, którego zakończenie dokonywało się właśnie teraz: pierwsze napaści na chrześcijański Bliski Wschód widziane przez dwóch mnichów wieńczył absolutny upadek chrześcijaństwa na ziemiach, gdzie się narodzili. Coraz intensywniejszy exodus ostatnich chrześcijan z Bliskiego Wschodu oznacza dzisiaj, że Łąkę duchową należy odczytywać w mniejszym stopniu jako książkę o zapomnianej historii, ale raczej jako prolog do rozgrywającej się tragedii, której finałowy rozdział nadal jest pisany.

Islam był tradycyjnie tolerancyjny wobec mniejszości religijnych: żeby się o tym przekonać, wystarczy zestawić stosunkowo dobre traktowanie chrześcijan pod rządami muzułmanów ze strasznym losem jedynej wyraźnie wyróżniającej się mniejszości religijnej w chrześcijańskim świecie, a mianowicie nieszczęsnych europejskich żydów. Niemniej ta islamska tolerancja jest dzisiaj znacznie bardziej ograniczona. Po wiekach pokojowego na ogół współistnienia z muzułmańskimi sąsiadami dla chrześcijan na Bliskim Wschodzie sprawy przybrały nagle niedobry obrót. Chrześcijanie wyjeżdżają niemal z całego Lewantu z wielu powodów – niekiedy w wyniku nacisków ekonomicznych, ale częściej przyczyną jest dyskryminacja i w niektórych przypadkach jawne prześladowania. Dziś stanowią niewielką, liczącą czternaście milionów mniejszość, z trudem utrzymującą się na powierzchni wśród stu osiemdziesięciu milionów niechrześcijan, a ich liczebność maleje z roku na rok. W czasie ostatnich dwudziestu lat Bliski Wschód opuściły co najmniej dwa miliony, żeby zacząć nowe życie w Europie, Australii i Ameryce.

Nieliczni już potomkowie Bizantyjczyków opuszczają Stambuł będący niegdyś stolicą chrześcijaństwa. Na wschodzie Turcji Syryjski Kościół Ortodoksyjny przestał praktycznie istnieć, a jego klasztory albo opustoszały, albo są w trakcie likwidacji. Ci, którym udało się dostać na Zachód, narzekali na wymuszanie pieniędzy za ochronę, na zajmowanie ziemi i częste morderstwa. Maronici w Libanie przegrali ostatecznie w długiej wojnie domowej, a ich polityczne znaczenie osłabło. Większość maronitów mieszka dzisiaj za granicą, na uchodźstwie. To samo dotyczy chrześcijan palestyńskich, trochę bardziej na południe: w niemal pół wieku od utworzenia Państwa Izrael mniej Palestyńczyków chrześcijan pozostaje w Palestynie, niż mieszka poza jej granicami. Według opinii palestyńskiego pisarza, chrześcijanina, z którym rozmawiałem w Londynie, sprawy przybrały tak fatalny obrót, że chrześcijan pozostających w Jerozolimie dałoby się ewakuować dziewięcioma jumbo jetami; mówi się, że w Sydney mieszka więcej chrześcijan urodzonych w Jerozolimie niż w samym Świętym Mieście. W Egipcie członkowie Kościoła koptyjskiego mają prawdziwe kłopoty i żyją w ciągłym strachu: muszą stawiać czoło dyskryminacji ze strony obecnej władzy i doskonale wiedzą, że najprawdopodobniej będzie jeszcze gorzej, jeśli prezydent Mubarak zostanie obalony, a islamska rewolucja da władzę fundamentalistom[3].

Krótko rzecz ujmując, żyjący potomkowie chrześcijańskich kupców, następcy mnichów i biskupów, których odwiedził Jan Moschos, znaleźli się teraz wszędzie pod ogromną presją. Choć kiedy rozpocząłem badania nad podróżami Moschosa, odkryłem, że wbrew masowemu exodusowi chrześcijan zaskakująca liczba klasztorów, w których stanęli Moschos i Sofroniusz – ledwie, bo ledwie – przetrwała.

Klasztory na górze Athos i w koptyjskim Egipcie prosperują najwyraźniej zupełnie dobrze. Gdzie indziej, jak wieść niesie, na południowym wschodzie Turcji, w Libanie i Palestynie, w tych zawieszonych w czasie reliktach Bizancjum, z ich dzwonami, czarnymi habitami i procesjami wśród płomieni świec, mieszka wciąż malejąca liczba starzejących się mnichów, których zarośnięte twarze przywodzą na myśl świętych z fresków na klasztornych ścianach. Szaty zakonników nie zmieniły się od czasów Bizancjum; ikony nadal pisze się zgodnie ze średniowiecznymi zasadami. Nawet zabobony przetrwały w niezmienionej formie: ciągle czci się tam relikwie w postaci fragmentów prawdziwego krzyża i łez Marii Dziewicy; diabły i demony tak jak dawniej czają się przed murami każdego klasztoru. Na początku V wieku biskup Parteniusz z Lampsakos skarżył się, że został zaatakowany przez Szatana, który przybrał postać czarnego psa. W trakcie mojej ostatniej wizyty stary grecki mnich z Bazyliki Grobu Świętego opowiedział mi niemal identyczną historię. Kilka lat wcześniej w koptyjskiej części Kairu zapanowało ogromne podniecenie, bo bez wątpienia zobaczono tam Matkę Boską unoszącą się nad wieżami kościoła Świętej Demiany.

Kiedy wracałem od sir Runcimana do domu, wiedziałem już, co chcę zrobić: spędzić mianowicie pół roku na podróżowaniu po Lewancie, w mniejszym lub większym stopniu śladami Jana Moschosa. Planowałem zacząć od Athos i wędrować szlakiem koptyjskich klasztorów w Górnym Egipcie. Chciałem dokonać tego, co przyszłym pokoleniom podróżników nie będzie dane: zobaczyć wszystko, co widzieli Moschos i Sofroniusz, spać w tych samych klasztorach, modlić się pod tymi samymi freskami i mozaikami, odkryć, co jeszcze pozostało, i być świadkiem coraz bardziej postępującego zmierzchu Bizancjum.

Z cerkwi rozległ się właśnie dźwięk simandronu. Poranne nabożeństwo miało się zacząć za dziesięć minut.

Wkrótce świt. Pierwsze migotliwe promienie ozłociły sylwetkę Świętej Góry. W mojej lampie skończyła się nafta, ja sam lecę z nóg. Pojutrze muszę opuścić Athos. Przede mną cztery albo pięć dni podróży przez Trację do Konstantynopola, wspaniałej stolicy Bizancjum, gdzie Jan Moschos dokończył Łąkę duchową.

Głos simandronu zabrzmiał po raz drugi. Muszę zamknąć notes i iść do cerkwi, żeby dołączyć do modlących się mnichów.

Williama Dalrymple

Ze świętej góry. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.