Kapitalizm rodzi się w komunizmie, zaświadczy Jewgienij Popow, dawniej wojskowy, dziś biznesmen. Handlu nauczył się w Polsce.
– W domu w Uljanowsku było nas dziesięcioro. Na naukę pieniędzy brakowało, więc poszedłem tam, gdzie dawali dach nad głową, ubranie i gdzie nakarmili. W kamasze. W Bornem Sulinowie okazało się, że jedzenia z przydziału jest więcej, niż mi potrzeba. Po moją kaszę i mięso ciągle ustawiali się jacyś chętni Polacy. Co zarobiłem, to zaraz wydawałem. Kupowałem dżinsy, skajowe kurtki i zestawy naczyń. Porcelanę z serii Miłosna z wymalowanymi przy brzegach różami. Piękna rzecz! Sprzedawałem potem to wszystko z zyskiem w ZSRR.
Podpułkownik Rustam, który służył w Legnicy, Świdnicy i Kołobrzegu, ostatni komplet radzieckiej pościeli sprzedał kilka dni przed wycofaniem armii.
– Na bazarze sprzedawałem też wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach.
Igor Alejnikow, mówi, że gdy przejeżdżał przez wsie wokół Kłomina, to na wszystkich sznurach do prania suszyły się wojskowe gacie.
– Palce w tym maczał nasz kierownik zaopatrzeniowiec. Były ścisłe zasady, jak długo należy nosić każdą część garderoby, od majtek po buty. Buty na przykład miałem wymieniać co pół roku. Ale jeśli nie były całkiem dziurawe, palce nie wystawały, to kierownik zaopatrzeniowiec mówił: „No weź pochodź jeszcze”. Więc chodziłem dalej, rok albo półtora, zanim całkiem się nie zdarły. A tymczasem kierownikowi zwalniała się przydziałowa para. Sprzedawał je na wsi.
Ciągnik, truskawki, świnia
Jeździmy po Polsce i pytamy o transakcje sprzed kilku dekad.
– Ciągniki rolnicze, samochody, ale najwięcej to paliwo – opowiada Sławomir Moskalewicz ze Szczecinka. Z żołnierzami radzieckimi handlował przez szwagra. – Cała rodzina szwagra handlowała, a ja mu pomagałem. Ale nie podobało mi się to.
– Dlaczego?
– Moja rodzina, która była w AK na Wołyniu i chowała się w lesie pod Kowlem, walczyła z Niemcami, walczyła z Ukraińcami, ale to od Ruskich zginęli. Ciotka chciała zobaczyć, czy dom jeszcze stoi. Złapali ją, zgwałcili i zabili. Potem ojciec się ujawnił i komuniści wsadzili go do Wronek. Starszy stryj, który został w lesie, wcześniej uratował życie jednemu czerwonemu. Dowiedział się, że tamten pracuje teraz w Ministerstwie Bezpieczeństwa. Przebrał się w mundur polskiego sierżanta, pojechał do Warszawy i załatwił ojcu uniewinnienie. A potem wrócił do lasu i też go Ruscy zabili. Ojciec wyszedł z aresztu w 1946 roku i przyjechał do Szczecinka. „Ty! Jak się nazywasz?”, zaczepili go Rosjanie, którzy mieli już tu garnizon. „Moskalewicz”. „O, dobrze! To będziesz naczelnikiem stacji”. Potem został jeszcze kierownikiem masarni, a wtedy to był ktoś. Przychodzili więc do nas radzieccy i lała się wódka. Ojciec musiał ich przyjmować, choć złość w nim kipiała. Po pijaku zdejmowali medale z Leninem i oddawali mi. Nie znosiłem ich, ale korzyści z sąsiedztwa czerpaliśmy. Ale nikt ich tu nie lubił, no choćby przez to masło.
– Jakie masło?
– Przyjeżdżali do mleczarni po parę ton masła, a z zakładów mięsnych wyprowadzali mięso na paki. Tymczasem w polskich sklepach brakowało jedzenia. Czego nie przejedli, to zakopywali jak wiewiórki. A potem poznałem szwagra. Handlowaliśmy trochę paliwem i jedzeniem. To było ryzyko. Raz szwagier pojechał do nich i nie wrócił. Szukaliśmy dwa dni, przepadł jak kamień w wodę. Ruscy mówili: „Nic nie wiemy”. Dopiero jak matka szwagra wysupłała całe złoto i im zawiozła, wypuścili. Siedział w piwnicy, bo podobno za mocno się targował. Ale jak chcecie się dowiedzieć czegoś o handlu z Sowietami, to jedźcie do Liszkowa. Bo wszystko szło przez Liszkowo, które leżało najbliżej garnizonu. Czegoś ci trzeba, benzyny czy silnika, to jechałeś do Liszkowa i tam zamawiałeś.
Żywej duszy. Jakby całe Liszkowo wyparowało. Idziemy pytać w sklepie, bo wiejski sklep jest jak turystyczny punkt informacyjny, o każdej porze udzielą tam potrzebnych wskazówek.
Sklep w Liszkowie jednak również zamknięty.
– Co to za apokalipsa? – pytamy.
– Msza święta – tłumaczy mężczyzna w siatkowej czapce z daszkiem. Też czeka na otwarcie. Ledwie to mówi, drzwi małego białego kościoła na placu pośrodku Liszkowa otwierają się i ze środka wylewają się ludzie.
Sklepowa wysyła nas do sołtyski Renaty Komorowskiej. U sołtysowej ujadają psy. Komorowska ćmi papierosa na ganku ceglanego domu.
– Czym żeśmy handlowali? – powtarza nasze pytanie. – O Jezus, wszystkim żeśmy handlowali. Życia mi nie starczy, jak zacznę teraz wymieniać. Właściciel skupu złomu opowiadał mi, że pod koniec pobytu armii chłopaki z Kręgów przynieśli mu nawet na sprzedaż kabinę pilota z myśliwca. Poszedł do garnizonu, bo się wystraszył. „Wsio w poriadkie”, powiedzieli. I czołgowe gąsienice w skupie widziałam.
Do Liszkowa z Poznania Renata Kaczorowska sprowadziła się z mężem w latach osiemdziesiątych.
– Nie miałam pojęcia, że obok jest radzieckie miasto. Na mapach tu wszędzie były lasy. Trzeciego dnia poszliśmy na grzyby, nosy do ziemi, szukamy podgrzybków. I tak trafiliśmy na szlaban. Zza drzew wyszedł Rosjanin: „Dalej nie wolno”. Miałam uczyć matematyki i chemii w szkole w Łubowie. Ja uczyłam o liczbach i pierwiastkach, a dzieci mi tłumaczyły, jak wygląda karabin maszynowy. Przyzwyczaiłam się, że przynoszą naboje. Ale jak jeden chłopiec przyniósł granat, pobiegłam z krzykiem do dyrektora. A ten zaśmiał się: „Ale to bez zapalnika”. Zostało nam po nich więcej tych prezentów, jak się rurę kładzie na działce, to obowiązkowo trzeba wzywać saperów. A wiecie, szkoda mi ich było! Na wartowni zawsze stali najmniejsi i najchudsi. Przywalił mróz minus dwadzieścia, to wysłałam dzieciaki z gorącą zupą. Wsuwali i patrzyli tylko, czy oficer nie idzie. I wesoło było. Wychodzę raz przed dom, a tu transporter opancerzony zaparkowany na podwórku. Poszli pić do sąsiada. A sąsiadce w nocy czołgiem raz wjechali w dom. Narobiła awantury, ale sprawnie jej tę ścianę naprawili, jeszcze w nocy. A z rzeczy, które od nich się kupowało, to jeszcze były świnie.
– Świnie? Skąd te świnie?
– Mieli świniarnię po drugiej stronie kanału. Potem łatwo się poznawało, który gospodarz we wsi ma świnie sowieckie, bo były biało-czarne, a nie takie jak nasze biało-różowe. Na polską edukację też mieli wpływ. Dyrektor szkoły kupował od Rosjan farbę do malowania szkoły. Zapłatę najchętniej brali w gotówce albo wódce. Za pół litra beczka benzyny. Podjeżdżali pod kościół cysterną, a ludzie tankowali syrenki. Ryby też od nich braliśmy. Mieli fajne urządzenia do łapania ryb, nazywaliśmy to „Nataszą”. Razili ryby prądem i wypływało tyle, że nie mieli, co z tym robić. Zamrażarki do mleka ludzie brali. Złoto i obrączki – wylicza sołtysowa.
Jeden chłopak z Liszkowa wziął obrączkę i nie zapłacił. Przyjechali na ciężarówce, żeby go odszukać. Pod sklepem stał siedemnastoletni Andrzej. Radziecki żołnierz, mocno wypity, przystawił mu karabin do klatki i strzelił. Pomylił się, bo to nie Andrzej wziął obrączkę.
Zdzisiek Redosz, Janek Turowski i Józek Pańczyk z Liszkowa poszli na wartownię mścić się za Andrzeja. Poturbowali pięciu żołnierzy, zabrali im pistolety i bagnety. Zdzisiek zakopał broń w ogródku, więc dostał najwięcej, siedem lat więzienia. Janek nie miał jeszcze siedemnastu lat, więc dostał pięć lat. Tak samo Józek, w więzieniu nazywali go „Ruskobójcą”.
– Ja najczęściej kupowałam produkty dla dzieciaków, u nas w sklepach takich nie było. I kosmetyki za papierosy. Pralkę też wzięłam, dobrą, automatyczną, ale to trzeba było się pilnować i nie powiedzieć „awtomat”, co znaczy kałasznikow. „Sti-ral-na-ja ma-szy-na”, tak jest poprawnie.
– Zostało coś pani jeszcze?
– Mundur czołgisty i dwa granaty ćwiczebne – mówi sołtyska i pokazuje.
– A po co to pani?
– A przydały się, jak robiliśmy przedstawienia z dzieciakami.
We wsi Nietoperek obok Kęszycy Leśnej, dawnego garnizonu Gródek, mieszka sołtys Wacław Nycz, który dzięki sprzedaży truskawek wylądował w Stalingradzie. Oprowadza nas po domu wypełnionym pamiątkami i zdjęciami z Kresów, skąd pochodzi. Przeglądamy artykuły z czasów pożegnania armii, które sołtys przechował.
– Na początku pobytu to jednak mieli rygor – mówi, spoglądając na pożółkłe fotografie. – Ale potem im się dyscyplina rozluźniła. A to zhandlować zwój kabla przychodzili albo co innego zwędzili z poligonu. Jak przy bocznicy rozładowywali węgiel, to i we wsi był węgiel. Przywozili go ciężarówką, zawsze we dwóch, jeden pilnował drugiego. Paliwo oficer podrzucał tu samochodem, a szeregowy pieszo przynosił w kanistrach. W zamian najchętniej chcieli pieniądze albo wino. Ja pod garnizonową bramę woziłem Sowietom truskawki. Którymś razem się trochę spóźniłem, podjeżdżam, a tam czeka już kilkudziesięciu, takie łasuchy. Jak się lepiej poznaliśmy, to jeden podoficer przyjechał mi sprzedać lodówkę. Pogadaliśmy trochę i zaczęli przychodzić już do nas często, bo w garnizonie im się nudziło. Potem my pojechaliśmy z żoną do nich w odwiedziny pod Wołgograd, czyli dawny Stalingrad – opowiada sołtys Nycz.
W Wołgogradzie zwiedził kurhan Mamaja, w którym pochowanych jest trzydzieści sześć tysięcy radzieckich żołnierzy i nad którym wznosi się ogromna statua Matki Ojczyzny – z wyciągniętym mieczem wzywa „synów do walki z najeźdźcą”. Przywiózł sobie też słoje miodu gryczanego.
– A tuż przed samiutkim odjazdem przyszedł do mnie jeden chłopak i gorąco namawiał, żebym wziął od niego wintówkę, ale nie chciałem.
– Jaką wintówkę?
– Karabin wyborowy Dragunowa.
Jad żmii, freon, cukierki, maść Mumijo
Na handel mówi się „potlacz” (potlacz to ceremonia Kwiakiutlów, rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej; wodzowie Kwiakiutlów oddawali w obrzędzie swoje dobra, aby podnieść swój status społeczny). Polacy mają rzeczy i radzieccy żołnierze mają rzeczy. Po Legnicy Sowieci chodzą z bańkami do mleka. W środku – freon, który sprzedają majstrom od naprawy lodówek. Mieszkańcy Legnicy sprzedają żołnierzom polskie dżinsy z Zakładu Przemysłu Odzieżowego „ELPO”, wcześniej doszywają do nich napis „Levi’s”. W Świdnicy za owczarka niemieckiego można dostać strzelbę. W puszkach po farbie jadą do ZSRR polskie balerony. Bronisław z Lubina wozi na potlacz żonom oficerów łódzkie biustonosze. Matka Andy Rottenberg, przyszłej historyczki sztuki, szyje im sukienki za kawior, a pani Władzia za kapelusze robione żonom oficerów pobudowała domy dzieciom. Rolnicy ze wsi pod Legnicą sadzą trochę więcej kapusty – w zamian dostaną olej napędowy i śledzie z Morza Białego.
Im dłużej trwa PRL i im dłużej stoją radzieckie garnizony, tym handluje się więcej i śmielej.
Handluje się paliwem. W Kłominie żołnierze wynoszą je z bazy w kanistrach. A z Bornego Sulinowa wywożą nocami w beczce ciężarówką. Beczkę zrzucają kupcowi do ogródka, odbierają ją kolejnego dnia, z przyklejonymi w środku pieniędzmi. Pod Legnicą, w Bartoszowie sprzedają benzynę z pontonu desantowego. Ponton nie budzi podejrzeń dowództwa. Leją prosto do wiader, a potem wracają ponton napełnić. Na lotnisku w Krzywej po benzynę do helikopterów zgłaszają się właściciele motorowerów Komar.
Handluje się alkoholem. W Białogardzie pod mury ludzie przywożą żołnierzom wino własnej produkcji, a radzieccy piloci z Krzywej oszczędnie spryskują przed startem szyby śmigłowców, bo na zaoszczędzony spirytus szybko znajdzie się kupiec.
Handluje się złotem, biżuterią, radzieckimi zegarkami.
W Legnicy radzieckie złoto sprzedawane jest na targowisku pod zamkiem, interesów pilnują tu „bociany” – wysocy mężczyźni, którzy patrzą ponad głowami, czy nie idzie milicja. Podczas ucieczki trzeba czasem złoto wyrzucić. Zbierają je dzieci ze szkoły numer 3, gdy wychodzą z lekcji.
Handlować najlepiej z radzieckimi patrolami i z oficerami, którzy mają dużą rodzinę. Duża rodzina to duży pajok, czyli przydział.
Handluje się pod murami garnizonów. W Białogardzie mieszkańcy przynoszą pod mury zdjęcia z rozebranymi dziewczynami i torby z Madonną.
W Bornem Sulinowie wystającym pod płotem chłopom żołnierze wyrzucają metalowe części, które można opchnąć w warsztatach albo na złomie.
Ale można też handlować w miejscach pokątnych.
Koniec lat osiemdziesiątych, okolice Świdnicy. W lesie niedaleko Modliszowa milicjant Janusz Bartkiewicz poszukuje sprawcy zabójstwa. Przypadkiem natyka się na zaskoczonych radzieckich żołnierzy, którzy przy drodze sprzedają kierowcom bagnety, noktowizory i benzynę.
Handluje się na targach. Na bazarze w Szczecinku można dostać uszankę (czapkę) i moczałkę (myjkę), zegarek i konserwę. Suszoną rybę, aparat fotograficzny, jad żmii kaukaskiej, maść Mumijo, papierosy Krasnaja Zwiezda i Biełomorkanał kupisz na targu w Legnicy.
Handluje się także nieuczciwie. Zamiast kołnierza z lisa – kołnierz z królika, zamiast wódki – woda z karbidem. Koperty zegarków Pobieda wypchane są watą.
– „Są zielone!” Tak krzyczeli Polacy, podtykając mi pod nos serdeczne palce. Obrączki kupili od naszych przedsiębiorczych żołnierzy, którzy zrobili je z miedzi berylowej, a sprzedawali jako złoto. Produkowali je taśmowo, w garażu zamontowali maszynę do metalu, a podróbki stemplowali próbą złotniczą – opowiada Tatiana Niedźwiedzka.
Handluje się za murami.
Marzenie mieszkańców Legnicy: zakupy w największym sklepie w radzieckim Kwadracie – magazynie numer 5. Czego tam nie ma: gruzińskie koniaki, mołdawskie szampany, kawior, mięso, perfumy Maska.
Przy ladzie stoją radzieckie ekspedientki w białych fartuchach, przebierają palcami po drewnianych liczydłach. Polak, który chce wejść do Kwadratu po te rarytasy, potrzebuje imiennej przepustki. Przepustka to nie tylko przepustka, to dowód przyjaźni, dostają ją więc milicjanci, oficerowie, partyjni. Z zewnątrz sklep obserwuje SB, a w środku panują sztywne zasady: generałowa kupuje przed pułkownikową, a pułkownikowa przed podpułkownikową. Do innych radzieckich sklepów można przedostać się przez dziurę w płocie. Da się czasem przekupić strażników. Kobiety czeszą się jak Rosjanki i wtapiają w tłum. Dzieci przechodzą „na pewniaka” (a nuż nikt się nie zorientuje), na „ruskie dziecko” (trzeba być bardziej przy kości, ubrać na jaskrawo, we włosach zawiązać kokardę) albo „ruską mamę” (przed bramą biorą sympatyczną Rosjankę za rękę i proszą, żeby wprowadziła do środka). Andzie Rottenberg, która wtedy ma dopiero dziesięć lat, matka wiąże pod szyją czerwoną pionierską chustę i wysyła do radzieckiego Kwadratu po mięso.
Kto handluje? Kto może.
Handluje nawet państwo, PRL, tyle że oficjalnie. Radzieckie garnizony zaopatruje – tak zostało to zapisane w umowie z 1956 roku – polskie przedsiębiorstwo państwowe PHZ „Marko”. Do towarów dla radzieckiego wojska są dopłaty z polskiego budżetu. Ale Marko naciąga bratnich żołnierzy, jak potrafi, do garnizonów śle produkty z przekroczonym terminem ważności. A Armia Radziecka nabiera Marko – zwleka z zapłatą, a dofinansowane przez Polskę produkty sprzedaje z powrotem Polakom na czarnym rynku.
Handlują radzieccy konduktorzy pociągów, którymi żołnierze przyjeżdżają do Polski.
Ci z „Iwana” (tak pociąg z Moskwy do Świdnicy nazywają mieszkańcy miasta) wstawiają do polskich butików radzieckie buty. Do Kraju Rad zabierają z kolei skajowe kurtki i sukienki z krempliny.
Ci z „Prawosławnego Ekspresu” (tak pociąg Kijów–Legnica z wagonami z Moskwy nazywają legniczanie) przywożą złoto i zegarki.
Handluje polska opozycja. Papier na podziemną bibułę u radzieckich żołnierzy załatwia w latach osiemdziesiątych działacz Solidarności Marek Jakubiec. Z żołnierzami spotyka się dyskretnie, nad brzegiem Odry. Sowieci przywożą ciężarówką papier w jednej ogromnej beli. Tymczasem Jakubiec przyjechał małym fiatem. Trzeba sprowadzić jakiś większy wóz. Działacze Solidarności jak żuki wtaczają papier w beli na pakę, a potem tną go na mniejsze kawałki na tyłach Milicyjnego Klubu Sportowego „Gwardia”.
Handlują dzieci. Przez dziury w murze przemykają codziennie do radzieckich sklepów w Kwadracie po biełki (cukierki z wiewiórką na opakowaniu), maczki (z kwiatem maku) i kara-kumy (z wielbłądem).
Nieśmiało handluje Kościół. W latach osiemdziesiątych pod Świętoszowem umowę handlową z Armią Radziecką zawiera proboszcz – wierni dają armii mięso, w zamian żołnierze remontują kościół.
Ale najwięcej handluje się tuż przed wyjazdem armii.
Prześcieradło, telewizor Elektron, słodkie mleczko, wołga
– Zanim nasze wojska zaczęły się zwijać z Polski, nikt broni nie sprzedawał – tłumaczy Igor Alejnikow. – Rozliczali nas z niej. Zginął karabin, to pułk nie kładł się spać, dopóki nie znalazł. Kiedyś spadł nam z czołgu źle zamontowany karabin maszynowy. Trzy dni szukaliśmy, prawie nie mrużąc oczu. Co innego amunicja. Dowódcom bardzo nie chciało się chodzić na strzelanie, a jak opuścili dzień, to zwalniało się kilka tysięcy nabojów. Co z nimi zrobić? Przecież dowódca nie pójdzie zameldować, że przyoszczędził.
– To co robił?
– Wzywał mnie i kazał zakopać. Szedłem do lasu, znajdowałem zaciszne miejsce w rowie i zasypywałem. Ale potem wojsko zaczęło się wynosić. I się zaczęło.
– Wszyscy powariowali przy wycofywaniu – woła Jelena Władimirowna, medyk z Legnicy. – Wyprzedawali, co się da. Z powodu inflacji w ZSRR wartość nabywcza żołdu spadła trzykrotnie. Brakowało pieniędzy nawet na pensje oficerów. Chłopcy przeskakiwali przez płot i handlowali słodkim mleczkiem kupionym w garnizonowym sklepie. Brali za to piwo i wódkę, bo w bufecie nie mogli dostać. Ale głównie pieniądze, żeby się lepiej dożywić, bo słabo było też z prowiantem. W ZSRR wprowadzono kartki, a nam ograniczono dostawy. Żołnierze pisali do rodzin z prośbą o „przesyłkę z zegarkiem”. Zegarek był rejestrowany „na użytek własny”, ale zaraz się go zhandlowało na targowisku z kilkukrotnym przebiciem.
– Moim najlepszym kumplem był Arek – opowiada podpułkownik Rustam. – Poszedłem kiedyś na bazar sprzedać wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach. Arek się zainteresował. A potem ja od Arka kupiłem magnetofon i tak nawiązaliśmy stałą radziecko-polską współpracę handlową. Dobrze się dogadywaliśmy. Uczył mnie biznesu, woził na bazary. „Idą nowe czasy, Rustam, wystarczy tylko sięgnąć”, mówił. I rzeczywiście szły. Na początku woziłem jedynie lornetki, a on opychał je dalej, potem ze Lwowa telewizory Elektron, potem trzysta butelek wódki. Arek wyprzedawał na pniu. Z Polski do ZSRR woziłem z kolei perfumy Być Może. Po dwadzieścia sztuk, dziesięć rozdawałem w prezencie, a dziesięć sprzedawałem. Na Święto Zmarłych przywiozłem z kolei z domu trzy walizki świec, bo Arek powiedział, że Polacy mają zwyczaj, że palą świeczki na grobach. Wszystko przy okazji urlopu i podróży służbowych. Odwoziłem na remont sprzęt pod Leningrad i jechałem na zakupy. Prosiłem specjalnie o kolejne delegacje, żeby Arkowi dowieźć towaru. Pociągiem Moskwa–Wünsdorf jeździłem z granatowym paszportem służbowym, celnicy tylko zerkali i stawiali pieczątkę. Ale czasem zampolit, pieprzony komunista, łapał mnie na punkcie kontrolnym i dawał karę za handel.
– Jaką miałeś karę?
– W weekend stawiał mnie na warcie. Cholera, a wiadomo, że w weekend utarg największy. Zampolici to zawsze były wredne jełopy. Co innego dowódca. Ustawił nas w szeregu i powiedział: „Towarzysze piloci! Do wyprowadzki zostało pół roku. Wasza ostatnia szansa. Kto ma możliwości, niech handluje!”. Każdy kręcił, jak mógł. W kraju zaczęła się inflacja. W 1989 roku, ja, młody lejtnant, miałem na książeczce oszczędnościowej dwanaście tysięcy rubli. Ogromne pieniądze, można było kupić dwa samochody. A już po chwili było to zupełnie nic niewarte. Niedaleko Kołobrzegu działała fabryka konserw rybnych. Mieli braki kadrowe. Polacy nie chcieli się zatrudniać, bo śmierdziało. Niektórzy oficerowie wysłali tam do pracy swoje żony albo sami szli po godzinach. Stali w gumiakach w wodzie, na rękach mieli gumowe rękawice i tak przebierali rybę, żeby mieć za co żyć, kiedy wrócą do kraju. Ja u Arka miałem konfitury. Wspierałem też polskich przedsiębiorców. Pod garnizon podjeżdżał po nas małym fiatem jeden Polak, wiózł nas do swojego mieszkania, gdzie puszczał nam na VHS pornografię. Słono sobie za to liczył. Pod koniec tak się z biznesem rozkręciłem, że kupiłem sobie wołgę. „Rustam, po co ci radziecki samochód? Kup sobie japoński. Albo BMW!”, gadał mi Arek. On miał japoński, bardzo ładny, ale wołga do mnie bardziej przemawiała. Wołga w Rosji to było coś, można było ją wymienić na mieszkanie. A BMW? Pfff, o tym nikt nawet u nas nie słyszał. Nie miałem prawa jazdy, ale musiałem jakoś moją nowo zakupioną wołgę zawieźć do Rosji. To był dziewięćdziesiąty pierwszy, może dziewięćdziesiąty drugi rok. Jechał ze mną kolega, który też nie umiał prowadzić. Ale siedział obok i cały czas mnie instruował: „Dwójka, jak jedziesz! Drugi raz czerwone!”. Za Brześciem odkręciliśmy tablice rejestracyjne. Jakby mafia zobaczyła zagraniczne blachy, mielibyśmy przekichane. Przed Moskwą macha milicjant. „Tablice gdzie?” Nie ma. „Prawo jazdy!” Nie ma. Zerka ostrożnie. „Wojskowy?” Tak, oficer. A on: „A może chociaż dolary masz?”. Dałem mu pięć, w banknotach po jednym. Uczciwy był, powiedział, że pięć to za dużo, i wziął trzy. I tak powoli dojechaliśmy do Samary. Odstawiłem wołgę, nakupiłem prześcieradeł i wróciłem z nimi do Polski pociągiem. I szybciutko je posprzedawałem, bo zaraz w kwietniu mój pułk opuszczał Polskę już na stałe. Meble w kawalerce były służbowe, zapłaciłem kierownikowi zaopatrzenia batalionu, żeby skreślił je z listy magazynowej. I po kolei, stół za krzesłem, opychałem Arkowi. Pierwsza poszła kuchenka, bo żywiłem się w stołówce. Miałem tylko grzałkę, żeby zaparzyć sobie czasem herbaty. Sam ją zrobiłem, dwie brzytwy przedzielone zapałkami związałem drucikiem i podłączyłem do prądu. Gdy wyjeżdżałem, pokój był pusty, a ja spałem na materacu położonym na podłodze. Wracałem z dwoma tysiącami dolarów w kieszeni i butlami z gazem pieprzowym. Zostały w magazynie i można było zabrać. W Krasnodarze, dokąd nas wyprowadzili, szybko je zhandlowałem.
Biznes, fax, krucyfiks
W celu przekwalifikowania odchodzących do rezerwy oficerów, żołnierzy – internacjonalistów, ich skutecznego działania w gospodarce narodowej, aktywnego włączenia ich w system stosunków rynkowych, przekwalifikowania zawodowego oraz w celu zabezpieczenia należytego poziomu socjalnego oraz adaptacji kadry oficerskiej w warunkach życia cywilnego rozkazuję: powołać […] szkołę menedżerów legnickiego garnizonu […]. Dowódca PGWAR gen. płk Dubynin.
(rozkaz nr 152 z 3 listopada 1991 roku)
Do niedawna radzieccy, a teraz rosyjscy oficerowie mają się uczyć handlu od polskich profesorów. Szkoła menedżerów mieści się w byłym Muzeum Chwały Wojennej i Braterstwa Broni z Armią Radziecką w Legnicy. Sala wykładowa jest w Sali Zwycięstwa: sztukateria, plafon, nad drzwiami krzyż.
Na oficjalnym otwarciu szkoły zjawiają się wojewoda, generał garnizonu, kardynał i ambasador ZSRR. Generał Dubynin w przemówieniu zaznacza, że oficerowie będą się tu uczyli „myślenia po nowemu”.
Chętnych było trzystu, wybrano sześćdziesięciu oficerów. Zaplanowano dla nich łącznie trzysta sześćdziesiąt godzin zajęć – cztery godziny dziennie po służbie, nie wyłączając niedziel.
Czterdziestosześcioletni pułkownik Walentin Sytnik zapisał się na kurs, bo „wcześniej czy później i tak zajmie się interesami”. W wojsku liznął trochę ekonomii – musiał się zmagać z problemami z zaopatrzeniem.
Lekcje zaczynają się o szesnastej. Studenci – czterech generałów i reszta (pułkownicy, majorzy, porucznicy) – siadają w trzech rzędach szkolnych ławek. Patrzą w tablicę, na której docent z Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu pisze powoli, stukając kredą: „Business plan”. Potem słuchają, jak opowiada o UNIDO, uniwersalnej metodzie prowadzenia biznesu.
„Podstawowe pytanie, jakie musicie sobie zadać, panowie – tłumaczy docent – brzmi: »Czy na tym można zarobić?«”.
Profesor Bogumił Bernaś wykłada o „czynnikach efektywności i formach transakcji z zagranicą”, a rektor Akademii Ekonomicznej profesor Józef Kaleta w pięciogodzinnym wykładzie ocenia przebudowę polskiej gospodarki.
Na kolejnych zajęciach studenci oglądają komputer i odświeżają angielski, wkuwają podstawy rachunkowości oraz przedzierają się przez przekształcenia własnościowe.
Przerwy spędzają w drink barze, w dawnej Sali Pamięci Bojowej Chwały. Wyniesiono już stąd popiersie marszałka Rokossowskiego. Zostały marmur i stary informator w kącie: „Żołnierze PGWAR godnie kontynuują pełne chwały tradycje swoich poprzedników. W procesie szkolenia bojowego i politycznego doskonalą się ich moralno-polityczne zalety i wojskowe umiejętności”.
Szkołę biznesu wymyślił Piotr Krzywiecki, przedsiębiorca budowlany z Kochlic i właściciel firmy Rembud. Wyremontował sale, zapłacił za sprzęt i pokrył pensje dla wykładowców. W zamian Rosjanie obiecali mu okazyjne ceny na garnizonowe paliwo i złom oraz pomoc w kontaktach handlowych ze Wschodem. Krzywiecki chciałby tam niedługo eksportować żywność. Wyliczył, że jeśli przeprowadzi cztery kursy biznesu, to za rok będzie miał na Wschodzie dwustu pięćdziesięciu ewentualnych współpracowników.
„To zabawne – mówi reporterowi »Polityki« – zawsze byłem antysowiecki”.
Pułkownik Walerij Gonczarow, redaktor „Znamia Pobiedy”, tłumaczy dziennikarzowi: „Nasi ludzie umieją kierować kolektywem. Jeśli dodać im wiedzę menedżerską, staną się po powrocie gotowymi biznesmenami. Już dziś wymieniamy wizytówki. Założymy klub biznesu, żeby utrzymać znajomości, będziemy telefonować i faksować”.
Po kilku miesiącach studenci biznesu dostają jednak lekcję ekonomii od życia. Meble w szkole zdobią paski z pieczęciami komornika. Krzywiecki ma ogromne długi. „Mnie inni też są winni pieniądze. Ale zamiast się sądzić, wolę zarobić nowy milion. To moja filozofia” – opowiada w „Polityce”.
Armia Radziecka w Legnicy chce ratować Krzywieckiego z finansowego dołka, który wynikł po części z inwestycji w szkołę. Przekazuje mu nielegalnie tysiąc ton paliwa. Kilka cystern zatrzymuje policja. Krzywiecki ma mieć za to sprawę karną (siedział już wcześniej).
W szkole menedżerów odbyły się w sumie trzy kursy trzymiesięczne, a ukończyło ją ponad dwustu radzieckich oficerów.
Mieszkanie, lotnisko, granat, siedemnastowieczny obraz
Na radzieckich lotniskach robią się dziury w niebie. Samoloty codziennie zabierają tony bagażu bez kontroli, a inne przylatują z towarami bez zapłaconego cła.
Paliwo, sprowadzane jako zaopatrzenie dla wojsk, jest szybko sprzedawane. Szeregowi, oficerowie i generałowie – wszyscy nim handlują.
– Kiedy się wyprowadzaliśmy, miejscowi mi powiedzieli, że pierwszy raz od bardzo dawna byli na stacji benzynowej. Zdziwili się, gdy zobaczyli, ile kosztuje benzyna – mówi Igor Alejnikow.
Na oczach żołnierzy i wartowników „trzej żołnierze i oficer napełnili pięć beczek paliwem i załadowali na traktor polskiego obywatela” (pisze „Znamia Pobiedy” w lutym 1992 roku).
Naczelnik legnickiego oddziału celnego Jan Bogdanowicz idzie rankiem do pracy. Widzi, jak polną drogą w kierunku wyrwy w ogrodzeniu lotniska jedzie siedem cystern. Dzwoni na policję. Na lotnisko wjeżdżają radiowozy, a radziecki oficer, który tankuje właśnie cysternę, pokazuje faktury. Są wystawione na polską firmę Faktor. Tylko że takiej firmy nie ma w żadnym rejestrze.
Murów lotniska w Krzywej pilnują policja i straż miejska. Codziennie, pisze historyk Wojciech Kondusza, zatrzymują samochody, które wyjeżdżają z benzyną. Mały fiat z sześcioma kanistrami i zwojem przewodów, żuk z ośmioma dwudziestolitrowymi kanistrami, cysterna jelcz, wartburg ze stu sześćdziesięcioma litrami. Rosjanie denerwują się, że policja psuje im interes, i strzelają do nich zza ogrodzenia. Zanim w trasę wyruszy cysterna z paliwem, puszczają na drogę gaziki z patrolem. Czasem dochodzi do pościgów. Cysternie z czterdziestoma tonami etyliny trzeba było zablokować drogę radiowozem. Policjantów i celników biorących udział w zatrzymaniach Rosjanie próbują przekupić albo – zdarza się – przejechać samochodem.
Przez dziurę w niebie na lotnisku dostają się do Polski turyści. To obywatele ZSRR, którzy za łapówkę wsiadają w Moskwie na pokład samolotu poczty wojskowej. Na bazary w Polsce wiozą kawior, papierosy Kosmos i piły spalinowe Tajga. Śpią na dworcach, w parkach, opuszczanych mieszkaniach, bo chcą oszczędzić na hotelach. W lipcu 1992 roku policja zatrzymuje dwóch żołnierzy, którzy sprzedają noktowizory czołgowe Cyklop, oraz troje turystów handlujących ikonami i miedziorytami.
W sierpniu policja zatrzymuje dwóch Rosjan, którzy sprzedają zawory wodociągowe, a potem kolejnych dwóch – ze słomą makową w reklamówkach.
W październiku do Legnicy przyjeżdża koleją dwadzieścia sześć tysięcy półlitrowych butelek piwa Burg i Pils. Transport zatrzymują celnicy. Odbiorcą ma być zarząd zaopatrzenia garnizonu. Rosjanie nie chcą płacić cła. Najpierw powołują się na ustalenia z 1956 roku (o braku cła dla towarów dla wojska), a potem zaprzeczają, by zamawiali piwo.
Na dziurach w niebie nad radzieckimi lotniskami korzystają polscy biznesmeni. Na przykład zlecają wschodniej firmie zakup wódki z dostawą do garnizonu. Produkt przeznaczony na eksport zwolniony jest z podatku obrotowego. Kontenery jednak nigdy nie opuszczają kraju.
Po wymianie rubli na złotówki armii nie starcza na utrzymanie żołnierzy, więc prowiant kupuje się czasem za pieniądze z nieoclonego handlu.
Rosjanie sprzedają: samochody wojskowe, zbiorniki na paliwo, smary, rury, silniki, agregaty prądotwórcze, kostkę granitową wyrwaną z chodników, broń i amunicję.
We wrześniu 1993 roku u proboszcza ze wsi Pielgrzymka policja znajduje wyposażenie willi Dom Prioma. Wojskowymi kamazami żołnierze zwieźli księdzu na plebanię: ozdobne kafle, rzeźbiony stół bilardowy, fortepian, żyrandole, kinkiety, marmurową umywalkę, rzeźbione drzwi, zegar, marmurowy kominek, a także obrazy: Karla Wendela z 1904 roku, nieznanego autora z przełomu XVIII i XIX wieku i Paula Weimanna z pierwszej połowy XX wieku. Sto czterdzieści przedmiotów. Proboszcz przyznał się do zakupu bez pokwitowania.
Luty 1993. Czas patriotów i Zabójcza broń – pirackie kasety VHS rekwiruje kontrola w wypożyczalni w Strzelcach Opolskich. Zostały wyprodukowane przez firmę Emcid Legnica, która nie istnieje w rejestrze. Adres prowadzi za mur, na teren garnizonu – do radzieckiego studia telewizyjnego.
Handlują materiałami niebezpiecznymi.
W 1991 roku na bazarach i targowiskach policja konfiskuje broń automatyczną, pistolety i granaty. W listopadzie zatrzymuje czterech obywateli Wspólnoty Niepodległych Państw, którzy przewożą w samochodzie sto kilogramów płynnej rtęci oraz cztery kilogramy sproszkowanej. W 1992 roku zostaje udaremniona próba sprzedaży trzydziestu kilogramów rtęci i siedmiu kilogramów tlenku rtęci. Pośrednikiem transakcji był oficer Komendy Wojewódzkiej Policji w Legnicy.
Telewizyjne Wiadomości informują, że w Legnicy można kupić cztery głowice nuklearne po milion dolarów za sztukę.
Wśród mieszkańców Legnicy krąży anegdota: znany biznesmen prowadził skup złomu, w 1992 roku kupił od Rosjan stary czołg za grosze. Chciał go pociąć na złom. Podjechał rosyjski gazik wojskowy. Wysiedli polski cywil, rosyjski kierowca i pułkownik. Cywil mówi: „Pan tu podobno kupił czołg?”. „Nigdy w życiu, jaki czołg?”, wystraszył się właściciel. „Kupiłeś czołg, wiemy”. „Nigdy!” Wtedy wtrąca się rosyjski pułkownik: „My znajem, czto wy kupili. Jeszcze dwa kupisz?”.
Sprzedają samochody z Niemiec.
„Gazeta Wyborcza” pisze, że „w czasie policyjno-celnych kontroli w garnizonach wojsk b. ZSRR w Legnicy oraz w bazie morskiej w Świnoujściu wykryto cywilne samochody osobowe niewiadomego pochodzenia. Wozy mają zmienione numery silników”. Samochody sprowadzane są z NRD. Żołnierze wpisują w dokumentach „tranzyt” i nie płacą podatku. Ale auta nigdy nie jadą dalej.
Sprzęt RTV i AGD.
W grudniu 1991 roku na lotnisku w Kluczewie pod Stargardem radzieccy żołnierze organizują giełdę towarową, na której można kupić telewizory, radia i pralki. Na bazarach w innych miastach można znaleźć jeszcze: lunety snajperskie, bagnety, hełmofony, siatki maskujące, noktowizory. A także broń myśliwską (łatwo ją wykreślić z ewidencji).
Handlują nieruchomościami.
Polska spółka Arpol kupuje od pułkownika Iliczowa bazę z trzema halami przy pasie startowym lotniska. Spółka chce tu budować linie produkcyjne i magazyny. Nie wie, że w momencie wyprowadzki umowa wygaśnie, a baza trafi do prawowitego właściciela, czyli Skarbu Państwa.
W Jankowie Żagańskiej Rosjanie sprzedają za dwieście osiemdziesiąt tysięcy dolarów bazę paliw (też własność Skarbu Państwa). Budynki i mieszkania w innych garnizonach również wystawiają na sprzedaż. W sprawie nielegalnego handlu mieszkaniami toczy się w roku 1992 dwieście siedemdziesiąt postępowań przygotowawczych.
Sprzedają wszystko inne.
Jeszcze kilka lat po wyjściu Rosjan żołnierze wracają kończyć transakcje. W 1994 roku podczas przeszukiwania budynków garnizonowych policja znalazła zapasy kawioru, zakopane lotnicze zbiorniki z paliwem i ukrywającego się rosyjskiego oficera z wojskowym paszportem. Rok później służby celne likwidują nielegalne giełdy samochodowe. Cinkciarzom w Świdnicy trzykrotnie spadają obroty.
– To Polska nauczyła mnie biznesu. Polacy potrafili pracować przez całą dobę, byle zadowolić klienta. Od Polaków nauczyłem się staranności, punktualności i jakości – tłumaczy Jewgienij Popow. Były radziecki oficer po wyjeździe z Polski za biznes zabrał się po amerykańsku.
– Czyli jak?
– Od pucybuta. Przed wyjazdem kupiłem wiśniową wołgę i pojechałem do Kaliningradu. Najpierw jeździłem w niej jako taksówkarz. Potem dwa lata kelnerzyłem. Pojawiali się tam czasem Polacy, którzy szukali w Kaliningradzie okazji na rynku. A ja dzięki służbie rozmawiałem trochę po polsku. To dobry moment, pomyślałem, żeby wsiąść w końcu do pociągu „Biznes”. Skończyłem akurat trzydzieści lat. Jeden znajomy Polak stawiał na bazarze knajpy z szaszłykami. Było też czterech innych, którzy handlowali szaszłykami w mieście. Woziłem im mięso z upadających rzeźni. Inny znajomy Polak woził banany, więc brałem je od niego i opychałem w Kaliningradzie. A potem sprzedawałem wodę gazowaną w butelkach, u nas tego jeszcze nie było. W Rosji cieszyła się też popularnością granulowana cytrynowa herbata. Dla Polaków załatwiałem drelichy i bawełnę do odzieży specjalnej, i farbę do metalu. Patrzyłem, czego potrzebują jedni, czego drudzy. I krążyłem, organizowałem transport. Co zarobiłem, włożyłem w firmę, którą mam do dziś – mówi.
Trzon zatrudniającej osiemdziesiąt pięć osób firmy Popowa to jego koledzy z armii. Zamiast wojskowych krazów przez Polskę jeżdżą dziś jego dwadzieścia cztery ciężarowe scanie.
Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska
Długi taniec za kurtyną
Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.