piątek, 3 kwietnia 2026

Paul Claudel, Dziennik, 1904–1955,

 

przekład z francuskiego, wybór i słowo wstępne Juliana Rogozińskiego (serdeczne pozdrowienia!), PAX, Warszawa 1977 Czytanie czyjegoś dziennika, o którym nie wiadomo, czy był pisany z myślą o druku, to czynność zawsze nieco paskudna, tak jak podsłuchiwanie, podglądanie, grzebanie w cudzych manatkach i listach.

Tutaj sprawę komplikuje jeszcze to, że Paweł Claudel nie należy do najbardziej u nas znanych pisarzy francuskich, i zdarzyć się może, że wielu czytelnikom przedstawi się po raz pierwszy nie jako poeta czy dramaturg, ale jako autor tych właśnie luźnych notatek. Nie będzie to z pewnością najwłaściwszy początek znajomości, ale kto wie, czy nie najbardziej skuteczny. Już po kilkunastu kartkach Claudel wciągnie nas w świat swoich apodyktycznych sądów i sprzeczności, którymi był, że tak powiem, miotany. Wprawdzie w samych sprzecznościach nie ma jeszcze nic osobliwego, każdy je w sobie nosi, ale u Claudela stopień ich natężenia był rzeczywiście niepospolity. Na jednej stronie będziemy obcować z poetą, na drugiej z buchalterem. Na innej z głęboko wierzącym chrześcijaninem, na dalszej z małodusznym bigotem, który teoretycznie kochał bliźniego swego, ale praktycznie bardzo go nie lubił. Aż czytać hadko, co wypisuje Claudel o różnych innowiercach. Duch ekumenizmu nie oświecał jeszcze tego gwałtownika. Zresztą i dla swoich kolegów, pisarzy katolickich, niewiele miał wyrozumienia. A w ogóle to całej niemal literatury nie znosił, choć kochał ją po swojemu, a trzeba wiedzieć, że należał do najbardziej oczytanych pisarzy swego pokolenia. No i wreszcie sprawa, którą śledziłam w Dzienniku z niemałym zaciekawieniem. To życie, pełne wewnętrznego niepokoju – jakież ono było na zewnątrz uładzone i spokojne… Krzepkie zdrowie, brak trosk materialnych, żadnych rodzinnych kataklizmów. Nawet historię udało się Claudelowi utrzymać w pewnym dystansie od własnej osoby. Pierwszą wojnę światową przesiedział na placówkach dyplomatycznych z dala od okopów nad Marną. Drugą przeżył bez osobistych nieszczęść w swojej wiejskiej posiadłości, pisząc i wydając książki, wystawiając swoje sztuki w teatrach. Nikt z jego szeroko rozgałęzionej rodziny nie ucierpiał w tych potwornych przecież czasach. Po wojnie niczego nie zamierzał odbudowywać, zaczynając „od dymu z komina”. Ta przenośnia, wypowiedziana ustami dalekiego, nie znanego mu poety, brzmiałaby w jego uszach przesadnie, może dziwacznie, może wręcz niezrozumiale…

Wisława Szymborska
Wszystkie lektury nadobowiązkowe

***
Dziennik czyta się bardzo przyjemnie. Chyba dalej można go kupić na allegro za parę złotych.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.