Kiedy Umberto Eco jeden z felietonów z 2013 roku rozpoczynał ironiczną deklaracją: „Nie korzystam ani z Twittera, ani z Facebooka. Pozwala mi na to konstytucja” (Eco 2016: 38), to nie pisał tego w celu taniej prowokacji i arystokratycznie brzmiącej koterii. Wielcy twórcy wiedzą jak mało kto, że praca myślenia, zawsze oparta na selekcji świadomości i filtrach wiedzy, potrzebuje dystansu od naporu „bodźców”. W wypowiedzi autora „Imienia róży” nie ma tu zatem technofobii czy naiwnej retoryki pięknoduchostwa – to rozsądna, stara kalkulacja wyniesiona z rzetelnej twórczości mającej ambicje spłodzić dzieło, które oddziała dłużej niż ranking miesiąca. Przygnieciony nadmiarem umysł staje się nietwórczy, zamyka się w niedającym się zorganizować sensownie przesycie. Zamiast niezbędnej twórczości przestrzeni autonomii zaabsorbowany kolażem bodźców interaktywny umysł staje się reaktywny, coraz częściej spalając swój twórczy potencjał w autoironicznych gestach, będących w istocie reakcjami drugiego rzędu. Eco, „pracowity Włoch” umiejący twórczo oswoić niejeden oksymoron i sprawnie korzystać z nudy (to częsta cecha u wielkich pisarzy, którą Balzac i Flaubert wynieśli do rangi wirtuozerii), żyjąc przez lata w medialno-społeczno-politycznym kokonie postprodukcji Berlusconiego, dobrze wiedział, o czym mówi. Jego ironicznym uwagom wymierzonym w aprobujące zmedializowany spektakl społeczeństwo włoskie wtóruje ton Slavoja Žižka uznającego proces zlewania się życia publicznego i prywatnego za obopólny regres, z widocznym wskazaniem na istotę pierwszego. Faktycznie, w społeczeństwie spektaklu, gdzie wszystko w życiu prywatnym może pozostać otwarte dla innych –widzów, a zatem dla mediów, nie ma już starego pola życia publicznego, w którym występować może aktor symboliczny – polityk. Zanikanie sfery publicznej z nieodłącznymi od niej rytuałami dystansu sprawia, że polityka staje się coraz bardziej sprywatyzowana, przenosząc się do intymnych zaciszy domowych, a cynicznie zniesmaczona publiczność, zamiast słyszeć argumenty i programy, porusza tematy związane z osobistymi cechami i temperamentem notabli.
Niestety istnieje niebezpieczny rewers cynicznej postawy strukturyzującej spektakularną, rozdrobnioną masę – publiczna sfera zostaje coraz częściej odbierana za domenę chłodu i nieprzyjazne nie-miejsce, w którym rządzą wyłącznie niskie instynkty, podejrzane pobudki i prywatne interesy, co konsekwentnie odciąga wpatrzonych w spektakl widzów od publicznej aktywności i rozbicia status quo. Sprzyja to nasilającemu się zjawisku selekcji negatywnej, której przykładem jest polska polityka, odstręczająca od siebie najzdolniejszych ludzi, których talenty wysyła na wolny rynek, zagraniczny albo rodzimy. W tym sensie późna nowoczesność w rozumieniu posthistorycznej krainy After Theory to nieustanna machina podtrzymywania marazmu i fabryka własnych porażek. Masowe wykształcenie wyższe to realny program oświecenia i krytycznego stosunku do rzeczywistości? Wręcz przeciwnie, umasowione wykształcenie, w którym wykładowca nie ma nawet szans nawet na sprawdzenie uważnie każdej pracy zaliczeniowej, nie jest żadną egalitaryzacją, lecz upozorowaniem reżimu akademii, minimalizującym jej potencjał rozwojowy. Ktoś, kto chciałby w obliczu 400 studentów pozostać pedagogiem krytycznym i poświęcić czas na samo rzetelne sprawdzanie semestralnych egzaminów, musi wykazać się – jak mówi Piotr Zamojski – fuzją donkiszoterii i cynizmu. „Nie widzę smoków tam, gdzie są wiatraki, wiem że naczytałem się ksiąg rycerskich, które nie przystają do rzeczywistości, wiem, że moje wysiłki nikogo nie obchodzą, nie liczą się do dorobku naukowego i awansu zawodowego (mogą raczej w nim przeszkodzić), nie są istotne przy rozważaniu przedłużenia umowy o pracę; wiem, że pewna część studentów moje wysiłki odbiera za przejaw sadyzmu, obłąkania, donkiszoterii właśnie. Nie mam jednak niczego oprócz tych ksiąg, muszę być fantastą, jak dalece to możliwe, muszę nie przystawać do świata, w którym żyję” (Zamojski 2009: 178-179). Polityka to narzędzie i wynik realnej walki idei? Kto w niej zatem wygrywa wybory? Oś miękkiego środka, hybryda wszystkiego ze wszystkim, w której despotycznie szuka się kompromisów i postaci bez charakteru, unikających formułowania jasnych poglądów. „Dziś natomiast kpi się ze wszystkiego, co jednostronne i wyraziste, upatrując w tym niezdolność do uświadomienia sobie warunkowego i zapośredniczonego charakteru każdego stanowiska. Bycie-tu-oto (Da-sen) i bycie-w-środku (In-der-Mitte-Sein) znaczą dziś to samo. Jak by powiedział Heidegger: egzystować znaczy być wystawionym w przeciętność (Hineingehaltensein in die Mittel-Mäβigkeit)” (Sloterdijk 2011: 208). Premier, jeszcze jako były szef dużego zachodniego banku, przyznaje się na nieoficjalnie nagranych taśmach do liberalizmu, zaś po objęciu teki szefa rządu publicznie chwali się wprowadzaniem nowych programów socjalnych i podatków dla najbogatszych. A to tylko pierwszy przykład z brzegu, bowiem nie jest istotne, czy sięgamy do ław opozycji, czy spoglądamy na obecnie sprawujących władzę.
Taka mieszanka to doskonały grunt dla cynizmu, który jest coraz częściej wybierany jako naturalna odpowiedź na rynkową ofertę kulturowego samorozumienia. Spektakl konserwuje tym sposobem swoją widowiskową stagnację, skrywając marazm za obliczem rozproszonych konsumpcją nieaktywnych, znużonych widzów. Lecz tu, gdzie rośnie niebezpieczeństwo, wzrasta także szansa na ratunek. Istnieje niemierzalny, lecz dopuszczalny społecznie stan zalewu cynizmu, po którego przekroczeniu oficjalny dyskurs władzy podkopuje własną demokratyczną legitymizację jako siły współorganizującej dobro wspólne, a rzucane z ust prominentów sformułowania, na skutek rosnącej inflacji treści, stają się osią rekrutującą oddziały oponentów i wrogów. Późnonowocześni wciąż są głęboko przekonani, że przyszłość nadejdzie, ale warunki kulturowego fetyszu przeżywania tego-co-w-bezpośredniości, po wygaśnięciu horyzontów wielkich projektów i wyśmianiu zerkania w przeszłość jako formy nostalgii, sprawiają, iż ich emancypacyjna signum temporis najczęściej sprowadza się do powielenia nihilistycznej maksymy: zła nowina ukazuje, że nie ma dobrych wieści, zaś dobra oznacza tyle, że nigdy ich nie było. Problem polega na tym, iż innego świata nie będzie, a żerujący na iluzorycznym demaskowaniu rzeczywistości społecznej popkulturowy cynizm, którego taktyką jest sankcjonowanie wszystkiego, co wykracza poza bezpośredniość „mojego”, to najkrótsza droga do zamykania się w poczuciu wyższości i unikania odpowiedzialności zaangażowania. Skoro założeniem cynika systemowego jest to, że idee to tylko zasłona dla brudnych interesów, a wszyscy w istocie działają jak wilki, to dlaczego ja mam działać inaczej – dystans to stały dom osobowości cynicznej; nawet jeżeli jest fałszywie postoświeceniowa, przekalkulowała nieopłacalność jawnego buntu i bez wiary wykonuje coś, do czego nie jest przekonana. Ale kto, chcąc być autentycznie i w pełni jest tak naprawdę u siebie, gdy nieustannie wyprawia się na dystans?
Michał Kazimierczuk
Z artykułu PRZEDWCZESNA LEKKOŚĆ NOWOCZESNOŚCI, CZYLI O ĆWICZENIACH Z PODZIWU I STRESIE W GLOBALNEJ KAMPANII ODCIĄŻANIA (PETER SLOTERDIJK: 'STRES A WOLNOŚĆ')
https://artpapier.com/index.php?page=glowna&wydanie=362
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.