czwartek, 4 czerwca 2026

Groza istnienia

 Jan Gondowicz - Osa


„Czytam teraz do łóżka »Wspomnienia entomologiczne« Fabre’a i wyobrażam sobie przyszłą ludzkość z dużym przybliżeniem, o ile mi się zdaje” - powiada w akcie czwartym, epilogowatym, Witkacowskiej Niepodległości trójkątów morski generał Septembriusz Viviani¹. Sześć lat później, pisząc zakończone w grud­niu 1927 roku Nienasycenie, Witkacy powraca myślą do tej lektu­ry, gdy jego smarkaty bohater, Zypcio Kapen, zmuszony jest, uwięziony w łazience, podziwiać erotyczne ekscesy świeżo pozy­skanej demonicznej kochanki z najlepszym przyjacielem. Kiedy włazi na krzesło, by podejrzeć przez szybę wnętrze sypialni, narra­tor wyjaśnia sytuację: „Ruchy jego były tak przewidziane, jak ru­chy owadów w laboratorium Fabre’a”². W roku 1936, na kartach Niemytych dusz, przywołuje to nazwisko raz jeszcze: „Totemiczny klan komunistyczny w dalszym swym rozwoju wytwarza jednostkową, indywidualną władzę [...]. Dzieje się to tak automatycznie, instynktowo, a nie programowo oczywiście, jak wszelkie cuda in­stynktu u owadów, opisywane przez Fabre’a”³.

Robaczywe imaginarium

Z entomologicznych lektur modernizmu w pamięci zbiorowej przetrwała tylko mrówczo-pszczelo-termicia trylogia Maeterlincka. Zapomniany dziś Jean Henri Fabre zajmował przeciwległy biegun robaczywego imaginarium epoki, gdyż badał owady nie­ uspołecznione - i to w jak najszerszym znaczeniu tego słowa. Jego dziesięciotomowe Souvenirs entomologiques. Études sur l’instinct et les moeurs des insects z lat 1878-1889, uważane nie bez racji za klasykę francuskiej prozy, przyniosły pionierskie, wzorowe i wielokrotnie podejmowane w literaturze od Rémy’ego de Gourmonta po Francis’a Ponge’a opisy miłosnego kanibalizmu modliszek, skorpio­nów, tarantul, gastronomiczno-rozrodczych obyczajów żuków gnojaków i grabarzy oraz łowów drapieżnych błonkówek. W Pol­sce ukazały się dwa wybory studiów Fabre’a: Z życia owadów w ro­ku 1916 oraz Dziwy instynktu owadów i pająków w roku 1918, lecz nie ma wątpliwości, że Witkiewicz czytał te prace w oryginale⁴. Staroświecki Larousse du XXe Siècle nazywa Fabre’a „Wergiliuszem owadów”. Bardzo à propos, jeśli uwzględnić, że nie tylko o darze epickim tu mowa, lecz i krainie, przez którą Wergiliusz wiódł ja­ko przewodnik Dantego.

Swoisty ton scjentyzmu Witkiewicza, wychowanego, o czym warto pamiętać, w dyscyplinie samouctwa, czyni go bliższym for­macji zachodniej niż rodzimej. Jest to ktoś, dla kogo Pojata, córka Lezdejki Feliksa Bernatowicza czy inne popularne powieści histo­ryczne stanowiły za młodu rozrywkę pośród lektur przyrodoznawczych, jak Zagadka świata Haeckla, Opowiadania o nieskończo­ności Flammariona, Szkice optymistyczne Miecznikowa, zaprawione - z naszego dzisiejszego punktu widzenia - kolosalną dozą fantazji, lecz układające się w edukację alternatywną wobec for­macji patriotycznej. Tok myślenia przyszłego Witkacego zdomi­nowała na zawsze wizja ewolucji (Haeckel), perspektywa astrono­miczna (Flammarion) czy eugeniczna (Mieczników). A także, by tak rzec, empiryzm infernalny Fabre’a. Dość prześledzić nasycenie pisarstwa autora Karaluchów metaforyką owadzią. Sam choć­by bohater Nienasycenia przypisuje swemu środowisku kondycję „hiperinteligentnych chrząszczy-trupników”, „krąży jak muszka tęczowa koło lepkiej pajęczynki”, jego rywale „tarzają się jak oszalałe pająki”, uczucia „przewalają się [w nim] jak kupa wstręt­nych robaków”, widzi życie niczym jagodę, „którą żre od środka jak tłusty robak, raczej gąsienica, z której miał powstać mieniący się wszystkimi kolorami motyl”, „czuje się jak mucha na lepie”, a nawet „karaluchem, prusakiem, pluskwą”; w stosunku do uko­chanej „może tylko chłeptać jej krew przez wąską rurkę jak ko­mar”, „zazdrości rojowi zapóźnionych komarów”, i to „całemu rojowi, nie poszczególnym komarom”, tudzież „zwija się cały jak ukąszony, powiedzmy, przez skorpiona”. Na bohatera Jedynego wyjścia świeżo poślubiona żona patrzy „jak na robaczka (uporczy­wie przychodził jej na myśl skorek, Fornicula auricularia, nie mogący się wydostać z betonowego klozetu)”. Żona nieokiełznane­go J. M. K. Wścieklicy zarzuca rywalce nie pajęczość jako taką, lecz jej skalę: ,Jak ci duża mucha albo, co gorzej, osa w siatkę wpadnie, to się boisz”. Bohaterka Nadobniś i koczkodanów sama czuje się „jak pajęczyca”, jej wielbiciele „to wszystko skórki od poczwarek”, a postacie w tej sztuce „pożerają się naprawdę jak owady”. Arystokratka w warsztacie szewskim porównuje się do motyla - „widzieliście, jak czasem motyl na gówienku se sia­da?”, a pożąda jeszcze bardziej upajającej podniety: „nektaru najwyuzdańszej, płciowej, samiczkowatej, bebechowato-owadziej rozkoszy [...] jak samice modliszki, które ku końcowi zjadają od głowy swoich partnerów, którzy mimo to nie przestają tego - wie pan, he, he!”⁵.

Witkacy, jak wiadomo, nie szczędził czytelnikom wizji przyszłej ludzkości jako mrowiska czy termitiery. Mimo to - rzecz cie­kawa - jego zasób metafor wywodzi się z lektur pomijającego owady społeczne Fabre’a⁶. Rzuca to ciekawe światło na obraz przyszłości wedle generała Vivianiego.

Fascynację, jaką wzbudzały pisma Fabre’a, przypisać można szokującym obrazom okrucieństw owadziego świata. Skwarną ci­szę Prowansji wypełnia w tych studiach wzajemna masakra drob­nych istot, a w porażonej pamięci czytelnika pozostaje chłeptanina soków pożeranej żywcem przez pasikonika, skrzeczącej bezrad­nie cykady, paraliżowanie ślimaków przez świetliki, dekapitowany dla przyspieszenia rytmu kopulacji samiec modliszki, krople jadu, opalizujące na szczękoczułkach tarantuli, miłosne pas de deux niedźwiadków Langwedocji (skorpionów śródziemnomorskich Buthus occitans), osmyk, szperający zawzięcie żądłem we wnętrzno­ściach porażanego bogatka tudzież dziesiątki innych scen, wysta­wiających na próbę reputację Matki Natury i odruchy wisceralne czytelnika. Czytelnikom sprzed wieku owady jawić się tu musiały zaiste jako dzieci gorszego Boga - lub raczej stwórcy, który odrzu­cił wszelkie pozory. Wtajemniczonym Fabre udzielał raz na zawsze odpowiedzi, co w trawie piszczy. „Dachau koników polnych! Mrówek Oświęcimie!”⁶ - pisał niemniej od Witkacego naznaczo­ny na całe życie tą lekturą Czesław Miłosz.

„Cóż wie larwa o świecie zewnętrznym? Tyle, ile wiedzieć może kawałek jelita. Jednak wie zupełnie wyraźnie, jaką będzie przy­szłość, powiedzmy lepiej, tak postępuje, jakby wiedziała”⁸. Z naiw­nością pozytywisty Fabre ponawia wciąż pytanie o naturę przeja­wianej przez badane istoty inteligencji. Inteligencji, notabene, której granice wyznaczyć ma jego eksperymentatorska wynalaz­czość, dostosowana niejako do sfery, którą penetruje. Sceny coraz wymyślniejszego wieszania gnijącego trupa kreta dla wypróbowa­nia inwencji tęgopokrywych grabarzy lub też wzbudzania słomką, oparami benzyny czy prądem ogniwa Bunsena gasnących reflek­sów sparaliżowanych chrząszczy przeplatają się z niewinnymi zdaniami w rodzaju: „Owe krzepkie tedy komośmki, które, za ży­wa nakłute przez zbieracza owadów na szpilkę i przytwierdzone do fatalnej deszczułki korkowej, rzucają się całe dnie, całe tygo­dnie, co mówię - miesiące całe, w mgnieniu oka tracą wszystkie ruchy za sprawą jednego drobniutkiego ukłucia”⁹. Polski tytuł Z życia owadów nabiera tu szczególnej wymowy, gdyż Fabre zaj­muje się z dużym upodobaniem śmiercią. I zapewne z tej racji działa potężnie na wyobraźnię, będąc - jak dowodzi jego recepcja - autorem wybitnie mitogenicznym.

Fatalne jajo

Odkrywca formotwórczej dla Witkiewicza roli zaczerpniętych z Fabre’a apsychicznych wzorców, Lech Sokół¹⁰, skupia uwagę na parokrotnie przywołanych obrazach poczynań miłosnych mo­dliszki. Jednakże, jak się zdaje, spośród trzydziestu rzędów owa­dów wyobraźnię autora Mątwy najsilniej przykuły nie Mantodea, lecz Hymenoptera, błonkówki. Przyjąć można, że mechanizm owej inspiracji zawierał decydujący tryb pośredni. Albowiem, historycz­nie biorąc, wkład Fabre’a w dzieje myśli zaznaczył się dzięki temu, że jego refleksje na temat instynktu podjął Henri Bergson. Mowa o fragmencie Ewolucji twórczej, gdzie filozof ustosunkował się wo­bec ponawianych stale przez Fabre’a porównań badanych stawo­nogów do automatów, z reguły niezawodnych, lecz niekiedy jak­ by rozstrojonych, a zawsze ślepych i głuchych w obliczu czynnika, zwanego przez myśl francuską owych czasów kontyngencją, czyli przypadkowego odstępstwa od zwykłego biegu rzeczy. Owe trzy strony Ewolucji twórczej¹¹ podejmują kwestię instynktu na podstawie zachowań osy ziemnej Sphex¹², zwanej po polsku dość zło­wieszczo nękiem. „Wiadomo, że różne gatunki błonkoskrzydłych obezwładniających składają swe jajka w pająkach, pewnych chrząszczach, gąsienicach, które będą nadal żyły nieruchomo przez pewną ilość dni i tym sposobem służyły za pokarm świeży dla larw, ponieważ zostały wprzód poddane przez osę uczonej operacji chirurgicznej. [...] Sphex o żółtych skrzydłach, który ob­rał za ofiarę świerszcza polnego, wie, że świerszcz ma trzy ośrodki nerwowe, ożywiające jego trzy pary nóg, a przynajmniej czyni tak, jakby to wiedział”. Z punktu widzenia badacza owego zjawiska „cała trudność pochodzi stąd, że chcemy przekładać wiedzę tego owada błonkoskrzydłego na język umysłu. Z musu wówczas przy­ równywamy Sphexa do entomologa, który zna gąsienicę tak, jak zna wszystkie inne rzeczy, to znaczy z zewnątrz [...]. Sphex musiałby więc nauczyć się po jednemu, jak entomolog, położeń ośrod­ków nerwowych gąsienicy, a przynajmniej nabyć praktycznej znajomości owych położeń, doświadczalnie stwierdzając skutki swe­go nakłucia. Ale inaczej byłoby wtedy, gdyby się przypuściło, że pomiędzy Sphexem a jego ofiarą istnieje pewna sympatia (w ety­mologicznym znaczeniu tego słowa), która go powiadamia, od wewnątrz niejako, o możności zranienia gąsienicy. To uczucie możności zranienia mogłoby nic nie zawdzięczać zewnętrznemu postrzeżeniu i wynikać z samego znalezienia się wobec siebie Sphexa i gąsienicy, rozpatrywanych już niejako dwa ustroje, lecz jako dwie działalności. [...] Jakakolwiek siła wyraża się w powsta­niu systemu nerwowego gąsienicy, my, z naszymi oczyma i z naszym umysłem, ujmujemy je tylko jako rozdzielny układ nerwów i ośrodków nerwowych. [...] Sphex zato chwyta bez wątpienia nie­ wielką tylko jej część, ściśle to właśnie, co go interesuje; ale przy­najmniej chwyta on to od wewnątrz, zupełnie inaczej niż w prze­biegu poznania, bo przez intuicję (przeżywaną raczej niż wyobraża­ną), która niewątpliwie jest podobna do tego, co u nas nazywa się sympatią jasnowidzącą”. Na pozór jednorodny instynkt zawiera więc w sobie dwoisty aspekt: pozaświadomy „zalążek wiedzy jeszcze ciemnej, jeszcze nie rozświetlonej”, oraz akt metafizyczny - pragnienie¹³. Instynkt bowiem to przejaw celowego działania, w którym brak świadomości odsłania intuicję metafizyczną.

Dla porządku tylko podkreślić wypada, że ów wysoce rewoltujący wywód przeprowadzony jest w trybie hipotezy. „Zapewne, teoria naukowa nie może odwoływać się do tego rodzaju rozwa­żań. Nie powinna ona umieszczać działalności przed organizacją, sympatii przed postrzeżeniem i poznaniem. Ale, jeszcze raz po­wtarzamy, albo filozofia nie ma tu nic do czynienia, albo też jej ro­la zaczyna się tam, gdzie kończy się rola nauki”. Niemniej Berg­son odważa się porzucić rygor myślenia racjonalnego - a nawet więcej, myśli dyskursywnej - na rzecz alternatywnej perspektywy poznawczej, zdolnej odsłonić sekret życia. Umysł bowiem „obcho­dzi życie dookoła, zdejmując z zewnątrz jak największą możliwą ilość widoków tego przedmiotu [...]. A właśnie do samego wnętrza życia doprowadziłaby nas intuicja”. Że to możliwe, świadczy wła­ściwa ludziom, a występująca obok normalnego postrzegania „zdolność estetyczna”.

Wszystko wskazuje, że dla Witkiewicza każde z przytoczonych zdań miało znaczenie zgoła pierwszorzędne. Jego refleksja krąży wciąż wokół bergsonizmu, przy czym za truizm uznać trze­ba stwierdzenie, iż jest to klasyczny związek miłosno-nienawistny. W rozmaitych tekstach (z pominięciem korespondencji) doliczyć się można nie mniej niż trzydziestu ośmiu pasjonackich potępień filozofii Bergsona, przy czym w czternastu przypadkach nazwisku filozofa towarzyszy epitet „blagier”¹⁴. Do typowych należą okre­ślenia: Jedyny w historii filozofii blagier w wielkim stylu”, „Największy demon dzisiejszej filozofii”, „Zabójczy wpływ filozofii Bergsona na umysłowość współczesną”, „Bredzenie to”. Ilościowo zatem Witkiewiczowska awersja wobec bergsonizmu przewyższa niemniej rytualne anatemy pod adresem pragmatyzmu i teorii wielości rzeczywistości Chwistka. Jednak podobnie jak w tym ostatnim przypadku sumarycznym przejawom odrzucenia towa­rzyszy głębokie zainfekowanie wyobraźni¹⁵. Witkacy, niezdolny wyzwolić się ze złego czaru Bergsona, sam sprawia wrażenie sparaliżowanej gąsienicy, której najgorszy wróg złożył w łonie fatalne jajo. Neurotyczny przymus negacji zwiódł badaczy i nikt jak do­tąd nie dokonał wnikliwej konfrontacji systemu filozofii Witkie­wiczowskiej z koncepcjami Bergsona; tylko Bohdan Michalski sy­gnalizował pewne zaskakujące analogie¹⁶. Niewykluczone, że cały ów system wylągł się z kurczowej woli przezwyciężenia pod każ­dym względem bergsonizmu, dziedzicząc po nim znamienne ce­chy strukturalne.

Dla podejmowanego tu wątku istotniejsze jest jednak, że Witkacy bez przerwy nawraca do obrazu nieszczęsnego sphexa i liszki, raz w roli przesłanki, raz konkluzji. Gdy chce zarysować horyzont powszechnej bezmyślności, pisze: „Życie płynie sobie najzwyczajniej, jest jakaś kula, co świeci, jest ciepło, potem zimno, są wojny i piekielne awantury, ale przecież wszystko to jest zupeł­nie zwykłym i nic w tym ostatecznie dziwnego nie ma, ani w życiu, ani w śmierci, ani w trwaniu, ani przestrzeni, bo o tym przecież Bergson tak napisał, że nie ma co się tym niepokoić, i każda pan­na mówi dziś o »intuicji« i »sympatii« i trzeba - tak myśleć, jak gąsienicznik nakłuwa liszkę, w którą chce złożyć jaja, a wszystko bę­dzie dobrze. Nie tak myśleć, jak myśli gąsienicznik składający ja­ja, ale tak myśleć, jak on nakłuwa, co jest o wiele trudniejszym, może nieskończenie trudnym, ale diabli wiedzą, jaki będzie wnio­sek, więc kto się czuje na siłach, niech spróbuje”¹⁷. Gdy ironicznie nicuje antysemicki stereotyp, każę mówić Żydowi: ,Ja mam intu­icję. Przez wewnętrzną sympatię przenoszę się w głąb przedmiotu i myślę tak, jak samica spheksa nakłuwająca liszkę, w którą chce złożyć jaja. Myślę nie tak, jak myśli ona - ona pewnie nic nie myśli. Myślę, jak ona nakłuwa. Tego nauczył mnie nasz wielki prorok: Henryk Bergson”¹⁸. Gdy wykłada proste chwyty socjo­techniczne, tłumaczy: „Rozkomplimentowana ofiara staje się bez­bronną: nie wystawia straży, nie fortyfikuje się, zasypia z nieopancerzonym brzuchem [...]. Upojona poprzednimi frazesami, łyka (z bólem jednak) truciznę, której działania frazesy te nie usypiają: dwa procesy te biegną obok siebie równolegle - ofiara cierpi, ale jest sparaliżowana, jak liszka ukłuta przez gąsienicznika. A kat wpija się w nią wzrokiem i jakimiś ohydnymi »aktami intencjo­nalnymi« i ssie jej mękę jak nektar, spuszczając się nieomal (w nie­ których wypadkach dosłownie) z sadystycznej frajdy”¹⁹. Gdy zgłę­bia tajniki erotyzmu, wkłada bohaterowi w usta wywód: „ - Ależ wiem - mówił zimno [Atanazy], - Pani by chciała, abym mówił tak, jak robię tamto, i robił tamto tak, jak mówię, i żeby wszystko to działo się równocześnie i było faktycznie jedno drugim. Mówię popularnie. Przypomina mi to słynną blagę Bergsona [...] o tym sphexie, gąsieniczniku: gdyby ten sphex myślał o całym świecie tak, jak nakłuwa liszkę, dosłownie myślał, jak nakłuwa - proszę spróbować - trafiając ją nie wiadomo czemu w ten węzeł nerwo­wy, w który dla przyszłości rodu trafić musi - to wtedy by poznał istotę bytu. Czy między tym, a tym, co zrobiliśmy przed chwilą, jest różnica jakościowa? Tak samo są to czynności instynktowe”²⁰. Gdy przechodzi do konwencji powieści awanturniczej, wzbogaca ją o refleksję: „Krótki ryk i niedźwiedzica, stając na tyl­ne łapy, porwała przednimi duży jak dwie głowy kamień i puści­ła go w Atanazego, a potem zaczęła iść na dwóch łapach ku nie­ mu. Kamień przeleciał mu koło głowy i rozstrzaskał się o głaz, o który się opierał. Niedoszły samobójca zerwał się i rozejrzał się dookoła. Instynkt samoobrony działał mechanicznie, jak in­ stynkt rozrodczy u Sphex’a, nakłuwającego liszkę. »Oto Bergson - czyż można to właśnie ‘zamienić na poznanie’ - blaga«, pomyślał równie automatycznie w jakimś ułamku sekundy”²¹. Gdy rozważa kobiecy demonizm, objaśnia: „[Księżna] czyniła to oczy­wiście przy pomocy swych organów płciowych bezpośrednio, tak »intuicyjnie« (»he, he, panie Bergson!«), jak klasyczny do znudze­nia sfeks swoją sprawę z przeklętą liszką”²². Gdy obnaża perfidię kobiet, komentarz głosi: „A mając za sobą (psychicznie) Kocmołuchowicza, Persy nie bała się nikogo. Każdego mogła sparaliżo­wać i zjeść na zimno (nawet kochając naprawdę - w jej katego­riach oczywiście) - jak gąsienicznik swoje ulubione liszki”²³. Gdy zaś obumiera duchowo mężczyzna, miejsce zbytecznej już psy­chologii zajmuje definicja: „[Genezyp] postępował zupełnie jak automat, działał tym gatunkiem świadomości, która każe pszczołom zbierać miód, mrówkom nosić sosnowe igły, gąsienicznikom składać jajka w liszki i tym podobne rzeczy wykony­wać tysiącom innych stworów”²⁴

Teatr instynktów

„Przywołam jedną ze scen masakr modliszki, jakie zapadły w mą pamięć - opowiada Fabre przypadki innego gatunku nęka. - Ro­zegrała się przed spiżarnią grzebacza pszczołojada (Philanthus apivorus). Te osy ryjące pasą swe larwy pszczołami domowymi, łapa­nymi na kwiatach w trakcie zbioru miodu i pyłku. Gdy grzebacz czuje, że schwytana pszczoła spęczniała jest od miodu, nie pomi­ja bynajmniej okazji, by przed zmagazynowaniem, po drodze bądź u wrót swej siedziby, przydeptać jej wole, zmuszając do zwrócenia wybornego purée, napawa się, zlizując je wprost z ję­zyka nieszczęśnicy, która konając rozpościera się jak długa pod je­ go pyszczkiem. W tej profanacji umierającej, której zabójca gnie­cie brzuch, by go opróżnić i sprawić sobie ucztę z zawartości, jest coś równie ohydnego, jak w mych własnych zbrodniach wobec grzebaczy - o ile skrzywdzić można zwierzę. W takiej to chwili upiornej biesiady ujrzałem, jak błonkówkę wraz z jej łupem schwytała modliszka: bandyta w szponach bandyty. Koszmarny szczegół: podczas gdy modliszka starała się przeszyć ją ostrzami swej podwójnej piły i żuła już jej brzuch, błonkówka nie przestawała lizać miodu pszczoły, niezdolna wyrzec się przysmaku nawet wśród śmiertelnych mąk. Spieszmy spuścić kurtynę na te potwor­ności”²⁵.

Za sprawą takich „dramatów” Witkacy, przyszły człowiek teatru, pomny na własne młodzieńcze doświadczenia naturalisty, dostępować mógł, jak się zdaje, inicjacji nie tylko dramaturgicz­nej. Na jej próg doprowadza bowiem swoista, a mało zbadana teatralika obserwacji przyrodniczych. Właściwe tym ostatnim „postrzeganie zaostrzone” samo przez się stoi już, z racji przyjętej postawy, na pograniczu sfery widowiska, o czym nie wątpi nikt, kto oddawał się śledzeniu - w terenie lub w kadrze podświetlone­ go wiwarium - takich rytuałów zwierzęcych, jak zaloty, walki go­dowe czy gniazdowanie. Fabre był bodaj pierwszym, który suge­stywnie podkreślał charakter towarzyszących tym obserwacjom emocji. Wiele wskazuje więc, że wiwarium czy drucianą wolierę entomologa zaliczyć by należało - na równi z teatrem anatomicz­nym, salą operacyjną, izbą tortur, szafotem, stołkiem ulicznego wyrwizęba, jarmarczną komnatą strachów, panoptikum, gdzie pokazuje się monstra czy sypialnią, w której odprawia się egzorcyzmy bądź wyprawia na drugi świat duszę konającego - do prze­strzeni teatralnych. Jest to przestrzeń teatru instynktów. Prze­strzeni tej przypisana jest historycznie dramaturgia w rodzaju Boschowskiego Leczenia głupoty, ogrodu erotycznych udręczeń Boskiego Markiza lub walk zwierząt w fosach feudalnych zam­ków. Temat zaś owej dramaturgii stanowi theatrum mundi - objawienie okrucieństwa rządzących światem praw²⁶. Demoniczne wi­dowiska, których przebieg opowiada Fabre, zasługują wręcz na miano spektakli za sprawą aranżowanych przezeń kolejnych, nieidentycznych inscenizacji. Albowiem swych tajemnic natura nie oddaje dobrowolnie, trzebajej je wydzierać. Nie inaczej powieściopisarz wydziera grę instynktów duszy swego zamkniętego za szybą łazienki bohatera o „ruchach tak przewidzianych, jak ru­chy owadów w laboratorium Fabre’a”. Zarówno bowiem w przy­padku Genezypa, jak i szpikowanej żądłem kordówki larwy zlotawca doświadczyć można - za pośrednictwem Bergsonowskiej „zdolności estetycznej”, pojmowanej tu jako wczucie (Einfühlung) - przeżycia Potworności Istnienia.

Należy z całym naciskiem podkreślić, że tylko przeniesione jako znak teatralny uczucie metafizyczne zdolne jest zrodzić pry­watną mitologię. Jej źródło to nieodparty dla podświadomości, nawracający przymusowo scenariusz, a równie przymusowy pod­ świadomy nakaz podsuwa narzucenie go innym, przekształcenie mitu osobistego w powszechny. Złośliwość - a może intuicja? - nakazuje odwołać się w tym punkcie do koncepcji funkcji mitogennej, zwanej przez Bergsona fabulacyjną, a rozpatrywanej w Dwu źródłach moralności i religii jako ścisły odpowiednik instynktu owada. Fikcja skuteczna - jak zwie francuski myśliciel przemoż­nie narzucające się wyobraźni przedstawienia - znosi myślenie ra­cjonalne, zastępując je intuicyjną pewnością. „Te złudzeniowe ob­razy [...] odgrywają rolę, która mogłaby należeć do instynktu [...].

W społeczeństwach owadów spotykamy instynkt, który w sposób mechaniczny wymusza postępowanie podobne co do użyteczno­ści do postępowania, jakie sugerują człowiekowi inteligentnemu i wolnemu obrazy quasi-halucynacyjne”²⁷. Innymi słowy, zrodzo­ ne na najwyższym piętrze ewolucji wyobrażenie mityczne cechuje pełna analogia funkcjonalna wobec zjawisk widocznych na prze­ ciwległej gałęzi zwierzęcego świata. Introjekcja - odtworzona w ego mityczna fabuła - wyzwala bowiem bezrefleksyjne reakcje, dla jedności osobowości równie celne i zbawienne, jak zachowa­nia instynktowne istot niższych dla ich strategii przeżycia. Wyma­ga to, co prawda, znamiennej autodegradacji z wyżyn istoty my­ślącej na poziom animalny, zyskuje się jednak niezwłoczną, niepodważalną pewność: wedle formuły Rogera Caillois „obrazo­wanie wyręcza instynkt”²⁸. Francuski badacz mitów przywołuje tu wprost Dwa źródła moralności i religii, skądinąd późniejsze od większości tekstów Witkiewicza (1932): z poręki Bergsona uwewnętrzniony obraz staje się dlań emocjonalnym rusztowaniem projekcji wewnętrznego konfliktu mitotwórcy.

Rozpatrywana w tym duchu w słynnym eseju Caillois modliszka „jest jakby obiektywnym ideogramem, realizującym w świecie zewnętrznym wirtualne tendencje sfery uczu㔲⁹. I po­ dobnie jak mitologia modliszki, obraz spheksa i liszki zawdzięcza swój głębinowy potencjał skrywanym asocjacjom seksualnym. Sztyletowanie przez osy drapieżne - osmyki, kordówki, podróżniki, piaskówki, nęki - liszek czy innych ofiar przedstawiać się bo­wiem musi tyleż jako walka, ile inwersyjna analogia aktu płciowe­go. Oto niespodzianki lektur dla młodzieży! Czytając Fabre’a w wieku lat dziesięciu, nie miałem nigdy wątpliwości co do głęboko niepokojącego charakteru jego relacji³⁰. W przestrzeni mitologicz­nej opisy spazmatycznego, a skupionego nakłuwania, wywołujące­go paraliż daremnie broniącej się ofiary, pozostają w drastycznym związku z Baudelairowskim wyobrażeniem zbliżenia jako tortury lub zabiegu chirurgicznego³¹ czy Rimbaudowskim wersem „W brzuchu Kobiety z pasją szperając ohydną...”³² - by przywołać te tylko frazy, jakich nie mógł nie znać ktoś wychowany w kultu­rze modernizmu. Inwersja obejmuje tu zatem trzy plany: zadawanie odwleczonej śmierci, odwrócenie ról płciowych, jako że stroną atakującą jest samica, oraz powiązanie aktu nie z prokreacją, lecz z aprowizacją potomstwa. Żywot zoperowanej przez spheksa ofia­ry w porównaniu z osobnikiem związanym jedwabną nitką wy­dłuża się - zapewnia Fabre - czterokrotnie. Jest czas na kontem­ plację jakości wewnętrznych (XwN) przestrzeni rzeczywistej Ist­ nienia Poszczególnego (IP) w trwaniu samym dla siebie jako takim (AT). „Po paru dniach młoda larwa drąży w piersi ofiary studnię dostateczną, by na pół się pogrążyć. Nierzadko widzieć można wtedy świerszcza, pożeranego żywcem, bezradnie ruszają­cego czułkami i listewkami odwłoka, daremnie otwierającego i za­mykającego żuwaczki, a nawet trzęsącego którąś z nóżek. Wróg jednak, bezpieczny, bezkarnie ryje mu wnętrzności. Cóż za prze­ raźliwy koszmar dla sparaliżowanego świerszcza!³³

Sphex bez tajemnic

Czy w istocie - jak twierdzi Lech Sokół - „Witkacy nie mógł zna­leźć owada lepiej [od modliszki] odpowiadającego jego celom”³⁴? Podłoże osobowościowe Witkacowskiej mitologii spheksa pozwa­la skojarzyć dwa pozornie niezależne szeregi: posuniętą aż do ten­dencji formalizacyjnych obronę racjonalizmu na płaszczyźnie światopoglądowej oraz zaskakujące w obrazie postaci, cieszącej się nie bez podstaw reputacją donżuana, głębokie otamowania seksualne. Innymi słowy, „wirtualne tendencje sfery uczuć” spra­wiały, że Witkacy żywił do przejawów cielesności repulsję analo­giczną, co do intuicji, a w swej istocie tożsamą. Intuicję przejawiać bowiem zwykły siły wobec jego sposobu istnienia antagonistyczne. Na obraz lękowej kontroli otoczenia składają się tak różne ce­chy charakterologiczne artysty, jak przymus ciągłego mycia rąk, obrzydzenie dla ciąży, awersja do małych dzieci³⁵ i blokada, z uwagi na którą nigdy, o ile wiadomo, nie namalował aktu. Jego prozę natomiast przepełnia ad libidum ekspresja upokorzeń, jakie wywołuje pożądanie sprzęgnięte z „jelitaliami”, „przeklętymi wisio­rami”, „cuchnącym workiem flaków”, „rozdartym kłębem wsty­du”, „bebechowato-owadzią rozkoszą”, a poparte zdumieniem, że „rozdwojenie procesu dzielenia się komórek ma być czymś tak strasznym i ważnym”. Albowiem erotyzm, a ściślej mówiąc, akt seksualny, to dla Witkacego punkt, gdzie ogniskuje się i w pełni objawia kwestia, zwana przezeń „zagadnieniem psychofizycz­nym” - sekret związku świadomości z cielesnością, którego istotę stanowi konflikt. Toteż mimo utrzymanych w ekspresjonistycznym tonie ewokacji scen erotycznych, jakich niewiele liczy litera­tura polska, Witkacy unikał zwykle etykietki pornografa - nazbyt jego opisy podlane są grozą, której patos wytłumić usiłuje iro­ nia³⁶.

Nie bez racji może pierwszy polski psychoanalityk, doktor Karol Beaurain, rozpoznał u Witkiewicza - jak dwukrotnie oburza się w listach pacjent - nieznany skądinąd Freudowskiej orto­doksji kompleks embriona³⁷. Embriona - czyli larwy złotawca vel Bergsonowskiej liszki. Miast w duchu psychoanalizy klasycznej jałowo poszukiwać edypalnych uwikłań osobowości autora Matki, lepiej dostrzec, że tak na płaszczyźnie fabularnej, jak na poziomie dynamiki afektywnej obrazu mitologicznego Witkacowskie teksty uporczywie podsuwają analogię męskości z rolą ofiary drapieżnej osy. „Rozpatrywane jako jedna z dwu działalności” instynktowne pragnienia żeńskie tym różnią się od męskich, że noszą w jego dziele charakter głęboko nieodgadniony, poddany celom nieosobistym, w autorskich rozpoznaniach bliski opisanej przez Bergso­ na „sympatii”. Resztę podszepnąć mogła fonetycznej wrażliwości Witkacego nazwa „sphex”, kryjąca złożenie słów sphinx i sex.

Wbrew modernistycznym stereotypom partnerki jego bohaterów nie dążą nigdy do bezpośredniego skonsumowania podporządko­wanych samców, lecz do ich obezwładnienia. Tak dzieje się choć­by w Szewcach, gdzie księżna Irina aplikuje bezsilnym osobnikom męskim ideę „wszechbabia” z akcentem na ostatnią sylabę, w Po­żegnaniu jesieni, gdzie Hela Bertz okazuje się nosicielką idei niwelizmu, i w Nienasyceniu, gdzie Eliza wpaja unieruchomionemu na­ rzeczonemu złowrogą inercję wiary Murti-Binga, a tytaniczny Kocmołuchowicz pada łupem Persy. Idee te, niczym czerwie, roz­wijają się potem samodzielnie kosztem obałwanionej ofiary. Ich wspólny mianownik stanowi nieodmiennie depersonalizacja - utrata osobowości na rzecz gatunkowego, bezrefleksyjnego trwania. Ucieleśniony w kobiecie sphex to u Witkacego agent świata owadziego w świecie ludzkim, a tym, co ściąga jego atak, jest bujna, nienasycona męska cielesność. I jeśli mit osobisty uznać można za podświadome nieodparte pragnienie, fantazma­tyczne Witkacowskie osy symbolizują ukrytą na dnie jego wyraża­nego expressis verbis światopoglądu pokusę i nieuchronność kapi­tulacji. W głębi wyobraźni oczekuje napaści przeznaczonego mu sphexa, który zdejmie zeń brzemię świadomości Istnienia Poszczególnego i narzuci stan bezczasowego letargu, przechodzące­ go skrycie w zagładę. Może ta forma istnienia przynosi zakazane objawienia intuicji?

1 Skróty przywołują następujące tytuły pism Stanisława Ignacego Witkie­wicza: OCF: O Czystej Formie i inne pisma o sztuce, Dzieła zebrane, t. 10, Warsza­wa 2003; BK: Bez kompromisu. Pisma krytyczne i publicystyczne, zebrał i opr. J. De­gler, Warszawa 1976; OZF: O znaczeniu filozofii dla krytyki i inne artykuły polemicz­ne, opr. J. Leszczyński, Warszawa 1976; NFM: Nowe formy w malarstwie i inne pisma estetyczne, wybrał i opr. J. Leszczyński, Warszawa 1959, PIT: Pojęcia i twier­dzenia implikowane przez pojęcie Istnienia i inne pisma filozoficzne (1902-1932), Dzie­ła zebrane, t. 13, Warszawa 2002; NND: Narkotyki. Niemyte dusze, Dzieła zebrane, t. 12, Warszawa 2004; Dl, D2, D3: Dramaty I, II i III, Dzieła zebrane, t. 5, 6 i 7, Warszawa 1996, 1998, 2004; PJ: Pożegnanie jesieni, Dzieła zebrane, t. 2, Warsza­wa 1992; N: Nienasycenie, Warszawa 1992, Dzieła zebrane, t. 3; JW.: Jedyne wyjście, Dzieła zebrane, t. 4, Warszawa 1993. Przytoczenie: D2 117.

2 N 247.

3NND212.

4 Z życia owadów, tł. Z. Bohuszewiczówna i M. Górska, Warszawa 1916; Dzi­wy instynktu owadów i pająków, tł. M. Górska i H. Lindenfeld, Warszawa 1918. Obie edycje wznowiono w 1948.
5 Piorunujące wrażenie tej deklaracji wydziera z II Czeladnika komentarz „okropnym” akcentem: „Kel ekspresją grotesk!” (Szewcy, D3 312).

6 Częściowe odstępstwo zawiera tylko Gyubal Wahazar, gdzie matriarcha- listka Lubrica, kreśląc wizję przyszłego „społeczeństwa, w którym samice będą pożerały swoich mężów, jak to czynią pewne owady”, w tymże zdaniu wróży mężczyznom znaną z życia pszczół rolę trutniów, „których będziemy wyrzynać, kiedy staną się zbyteczni”. „Tak ma być” - dodaje w przypisie świadom zoolo­gicznej nieścisłości autor (D2 224).

7 Przyrodzie - pogróżka (1944).

8 Dziuy instynktu..., ib., s. 51. Refleksję na temat instynktu otwiera u Fa­bre’a badanie obyczajów Sphecidae; zajmuje ona dwa z poświęconych nękom sied­miu rozdziałów I serii „édition définitive” Souvenirs entomologiques, Paris 1923-1924, s. 169-208.

9 Z życia owadów, ib., s. 116-117.

10 L. Sokół, Groteska w teatrze Stanisława Ignacego Witkiewicza, Wrocław- -Warszawa-Kraków-Gdańsk 1973, s. 144-148, zawierająca liczne przykłady to­ piki modliszek i pajęczaków. „Namiętność entomologiczną graniczącą z maso­chizmem” dostrzega, wspominając nawet w swym brawurowym szkicu Fabre’a, Giovanna Tomassucci (Bestiarium Witkiewicza, „Dialog” 1986, nr 8, s. 116), lecz ewidentnie pism francuskiego badacza nie zna.

11 H. Bergson, Ewolucja twórcza, tł. F. Znaniecki, Warszawa 1913, s. 149-151.

12 Pisownię nazwy nęka żółtoskrzydłego (Sphex flauipennis L.) przytaczam dalej zgodnie z każdorazową grafią.

13 B. Skarga, Czas i trwanie. Studia o Bergsonie, Warszawa 1982, s. 144.

14 Blagier: O znaczeniu intelektualizmu w literaturze BK 276; Dalszy ciąg o wstrętnym pojęciu „niezrozumialstwa” OZF 375; Leon Chwistek - Demon Intelektu BK 422; Kilka słów o intuicji PIT 84, 87, 105; Matka D3 188; Gyubal Wahazar D2 220; Niepodległość trójkątów D2 91; N 438, 544; JW 24, 33. Inne: Parę słów w kwestii ’wielkości’form w Nowej Sztuce OCF 109; Parę zarzutów przeciw futuryzmóowi [Szkice estetyczne] NFM 148, 217; O ‘deformacji’ na obrazach OCF 10; O znacze­niu filozofii dla estetyki i krytyki BK 217; O znaczeniu intelektualizmu w literaturze BK 283; Odpowiedź p. J. Ulatowskiemu OZF 482; Dalszy ciąg polemiki z Leonem Chwistkiem BK 348; Leon Chwistek - Demon Intelektu BK 415, 420; NFM 133, 142, 143; O tzw. ‘deformacji’ świata u malarzy współczesnych NFM 217; Krytyka teorii sztu­ki Leona Chwistka NFM 257; Bezimienne dzieło D2 393; Niemyte dusze NND 214;  PJ 127, 305, 363, 365; JW 26, 113.

15 Najwcześniej dostrzegł tę kwestię A. van Crugten: „To potępienie inteli­gencji z racji jej ułomności i bezsilności w roli uniwersalnego narzędzia pozna­nia wyprowadzone jest wprost z myśli Bergsona. Witkiewicz odczuwa wobec tych teorii i ich autora odrazę, której wielokrotnie daje upust w swych esejach i sztukach. Trzeba jednak zaznaczyć, że aczkolwiek Witkacy oprotestowuje te koncepcje z nieodmienną pasją, tym samym popada we sprzeczność z samym so­bą. Rzecz jasna, powtarza wszystkim, którzy chcą wierzyć, że intuicja to wymysł »tego blagiera Bergsona«, i że ten ostatni pragnie pominąć rozum, by lepiej przy­służyć się ogólnemu zbydlęceniu ludzkości, lecz na płaszczyźnie artystycznej po­stawa ta odpowiada w istocie jego własnej metodzie twórczej, jak też pewnym je­ go tezom teoretycznym, a zwłaszcza tej, często powtarzanej, iż artysta niezdolny jest niczego stworzyć »na zimno«. Tkwi w tym jedna z zasadniczych sprzeczno­ści »Czystej Formy«...” (S. I. Witkiewicz. Aux sources d’un théâtre nouveau, Lausan­ ne 1971, s. 139-140).

16 Po raz pierwszy w rozprawie System „ Ontologii Ogólnej” S. 1. Witkiewicza, w: Studia o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1972, s. 209.

17 NFM 104.

18 Jan Maciej Karol Wścieklica, D3 17.

19 Niemyte dusze, NND 325.

20 PJ 189.
21PJ413.
22 N 332.
23 N 430.
24 N 567.

25 Souvenirs entomologqu.es, série I, ib., s. 193-194.

26 Szkicowy przegląd tych odmian theatrum mundi zawiera szkic P. Kowal­ skiego Czytanie świata i gapiostwo. O teatralności dawniej, w: Między teatrem a litera­ turą. Księga ofiarowana Profesorowi Januszowi Deglerowi w 65. rocznicę urodzin, Wro­cław 2004.

27 H. Bergson, Dwa źródła moralności i religii, tł. P. Kostylo SJ i K. Skorulski SJ, Kraków 1993, s. 113. 193

28 R. Caillois, Funkcja mitu, tł. A. Tatarkiewicz, w: Żywioł i ład, Warsza­ wa 1973, s. 34.

29 R. Caillois, Modliszka, tł. K. Dolatowska, w: Odpowiedzialność i styl, War­ szawa 1967, s. 144.

30 Nie przypadkiem ani żaden fragment studiów o nęku, zajmujących 116 stron edycji Souvenirs entomologtques z roku 1924, ani trzy sławne rozdziały o mo­dliszce z serii V nie weszły do polskich wyborów.

31 Ch. Baudelaire, Race, tł. A. Kijowski, w: Sztuka romantyczna. Dzienniki po­ufne, Warszawa 1971, s. 254.

32 A. Rimbaud, Paryż się budzi, tł. J. Tuwim, w: Jan Artur Rimbaud, Poezje, Warszawa 1921, s. 37 i nast. edycje.194

33 Souvenirs entomologiques, série I, ib., s. 120.

34 L. Sokół, ib., s. 147.

35 Jako jedyny bodaj dramaturg w dziejach przedstawił serio defenestrację niemowlęcia (Tumor Mózgowicz, Dl 255).

36 Dzięki uprzejmości prof. J. Deglera przytoczyć mogę jednak opinię: „To pewna, że wziął rekord w koprolalii i wariackim po prostu rozgrzebywaniu śmietniska najwyuzdańszych popędów i zboczeń ludzkiego bydlęcia. Chyba psy­chopata może tak pisać i tak się babrać w nieczłowieczej pornografii” (Cz. Lechicki, Przewodnik po beletrystyce, Poznań 1935, nakładem Naczelnego Instytutu Akcji Katolickiej).

37 Listy Stanisława Ignacego Witkiewicza do Heleny Czerwijowskiej, „Twórczość” 1971, nr 9, s. 39 i 41 (listy z 10 marca 1913 oraz 17 kwietnia 1913).

UCIELEŚNIENIA
CIAŁO W ZWIERCIADLE WSPÓŁCZESNEJ HUMANISTYKI
myśl-praktyka-reprezentacja
praca zbiorowa pod redakcją
Anny Wieczorkiewicz i Joanny Bator

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.