czwartek, 27 sierpnia 2026

Yves Goulais

 

Starszy od Zuzanny o pięć lat Francuz Yves Goulais przyszedł na świat i wychował się w Nantes, a z zawodu był reżyserem teatralnym.

„Pierwszy raz przyjechałem do Polski na miesiąc przed stanem wojennym w 1981 roku – zeznawał podczas rozprawy sądowej. – Przyjechałem tutaj na Festiwal Teatru i przebywałem przez dwa tygodnie. Dalej pracowałem we Francji w teatrze [...], po kilku latach mogłem podjąć staż w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. [...] Staż rozpoczął się w 1987 roku [...], trwał pół roku, studiowałem reżyserię i wtedy w tej szkole teatralnej poznałem Zuzannę Leśniak”[275].

Daty mniej więcej się zgadzają, chociaż fakty już nie do końca. Matka Yves’a twierdziła, że syn poznał pannę Leśniak, gdy ta przebywała we Francji. Potwierdziła to również jedna z jej przyjaciółek, Ewa K. Zuzanna miała pierwszy raz spotkać swojego przyszłego męża i zabójcę podczas pobytu studentów krakowskiego PWST na festiwalu teatralnym[276].

Szczegóły nie są jednak ważne, bo zdecydowanie większe znaczenie miało to, że pomiędzy Zuzanną i Yves’em niemal od razu narodziło się uczucie. Po kilku miesiącach postanowili się pobrać, a plany te zaakceptowały ich rodziny.

Ślub cywilny odbył się w lutym 1988 roku, małżeństwo kościelne zawarli w lipcu. Yves dołączył nazwisko żony do własnego, co stanowiło jasną deklarację, że zamierzał związać swoje losy z naszym krajem. Przeniósł się też na stałe do Polski, gdzie zamierzał kontynuować karierę zawodową. Pilnie uczył się polskiego (ze znakomitymi zresztą rezultatami), zdając sobie sprawę, że bez znajomości języka nie ma szans na zatrudnienie jako reżyser. Polskiego uczyła się także jego matka, chcąc w przyszłości mieć możliwość rozmawiania z wnukami w ich języku.

„Jeszcze przed naszym ślubem Zuza zaangażowała się w Teatrze STU – kontynuował Yves. – Zmienialiśmy mieszkania co dwa, trzy miesiące, bo ja miałem kłopoty jako obcokrajowiec. Mieliśmy w zawodzie aktorskim zarówno sukcesy, jak i klęski. [...] Moim problemem było to, że nie mogłem żonie pomóc. Nie miałem władzy, by decydować o tych sprawach na jej korzyść. Żona była bardzo zdolna i bardzo wrażliwa i tego [rodzaju] sytuacje bardzo przeżywała”[277].

Yves starał się, by Zuzanna dostała angaż w Teatrze Starym, gdzie sam pracował, jednak bez rezultatu. Po latach twierdził, że w tym czasie były to ich jedyne kłopoty, gdyż małżeństwo układało się bardzo harmonijnie. Prowadzili „ciepły dom”, mieli wielu przyjaciół, udzielali się towarzysko. Zuzanna dostała francuski paszport, co umożliwiło im wspólne wyjazdy do Europy Zachodniej. Regularnie bywali nad Sekwaną, odwiedzali też Wielką Brytanię.

Dla otoczenia stanowili zgodne, kochające się małżeństwo, a gdy Francuz wyjeżdżał w sprawach zawodowych za granicę, codziennie dzwonił do żony, nie zwracając uwagi na koszty rozmów telefonicznych.

„Jego uczucie do niej było tak duże – zeznawał przełożony Yves’a z Teatru Starego, Jan P. – że w moim przekonaniu była to miłość absolutna, wykluczająca wręcz zainteresowanie innymi kobietami, a tym bardziej zdradę żony. Z upływem czasu miłość ta się potęgowała”[278].

Rodziny obojga także zgodnie potwierdzały, że Zuzanna i Yves stworzyli bardzo udany związek, a z czasem sprawiali wrażenie jeszcze bardziej zakochanych w sobie. Zaprzyjaźnili się także ich najbliżsi – matka Zuzanny odwiedzała matkę Yves’a we Francji.

Goulais był bardzo łubiany przez współpracowników i przełożonych, którzy uważali go za „dobrego i szlachetnego człowieka”, wyjątkowo życzliwego wobec otoczenia.

„[...] W swoim życiu nie spotkałem lepszego człowieka – potwierdzał Jan P. – serdeczniejszego dla ludzi, chętnego do pomocy, życzliwego ludziom, bardziej serdecznego i łagodnego. Wiem, że własnymi problemami nie obarczał innych, ale bardzo je przeżywał, wówczas był napięty”[279].

Udany związek miał szczególne znaczenia dla matki Yves’a. Dotychczas bowiem życie osobiste jej dzieci nie należało do szczęśliwych – jedna z jej córek leczyła się psychiatrycznie, a narzeczony drugiej popełnił samobójstwo. Nic zatem dziwnego, że z małżeństwem syna kobieta wiązała duże nadzieje...

(...)

W czasie trzydniowego pobytu w kraju rodzinnym reżyser odwiedził swoich rodziców, nie wspominając im jednak o swoich problemach. Nabył też broń – półautomatyczny karabinek kalibru 5,56, który we Francji można było kupić bez zezwolenia, a także kilka magazynków z nabojami. Wypróbował broń, a następnie samodzielnie skrócił jej lufę i kolbę. Dzięki temu łatwiej mógł ją przemycić do Polski i nosić pod ubraniem bez zwracania niczyjej uwagi.

Z przewiezieniem karabinka nie miał żadnego problemu, bo na granicy nikt nie skontrolował bagażnika jego samochodu. W Krakowie pokazał go żonie (sic!), a chociaż Zuzanna wiedziała, że mąż nie ma pozwolenia na jego posiadanie, nikogo o tym nie poinformowała...

„Chcę być przekonany – twierdził Goulais – że Zaucha by się uratował, gdyby wtedy któregoś dnia zadzwonił do mnie i spotkał się ze mną. Wydaje mi się, że chciałem tylko wszystko wiedzieć i to wszystko mogłoby się zmienić, bo byłem tym bardzo zmęczony”[298].

Niestety piosenkarz nadal unikał spotkania z rywalem i nigdy nie przeprosił reżysera za to, że ten „znalazł go w swoim mieszkaniu” i że „musiał wyważyć swoje drzwi”. Na domiar złego Leśniak wciąż grała na zwłokę, nie potrafiąc podjąć ostatecznej decyzji. Co prawda przyznała się wreszcie mężowi do romansu z Zauchą (wcześniej twierdziła, że jest on impotentem), lecz jednocześnie wmawiała Yves’owi, że to już przeszłość, a ona nie wyklucza, że ponownie uda im się stworzyć szczęśliwy związek. Prosiła go więc o czas, gdyż „wszystko jest jeszcze możliwe”.

„Widziałem wtedy Zuzannę jako złą aktorkę, bo źle kłamała. Czułem Zauchę jako stojącego za mną, poza moim zasięgiem. [...] Od tego dnia cała sytuacja zaczęła mi się wymykać. [...] Nie wierzyłem, że pomiędzy żoną i Zauchą jest wszystko skończone, i tą myślą byłem jakby opętany. Szczególnie że było to ostatecznie kłamstwo”[299].

Zuzanna wciąż nie mogła się zdecydować. Właściwie chciała odejść od męża i związać się z Zauchą, z niewiadomych względów odwlekała jednak decyzję. Najwyraźniej miała kłopoty sama ze sobą i pewnie dlatego zaczęła regularnie odwiedzać psychologa[300]. Inna sprawa, że niemal zupełnie nie realizowała w życiu jego porad. I wciąż grała na czas.

A czasu już niestety nie było, gdyż Goulais odwołał spotkania zawodowe i uzbrojony zaczął krążyć po Krakowie. Planował, że gdy zobaczy Zuzannę z Zauchą, zastrzeli piosenkarza, po czym odda się w ręce policji. Pierwsza próba się nie powiodła, bo pod Teatrem STU spotkał znajomą i po rozmowie z nią uznał, że „gdyby nawet Zaucha się pokazał, to w tym dniu [Goulais] nie byłby w stanie go zabić”. Następnego dnia reżyser powrócił jednak do swoich planów i udał się w okolice ulicy Kasprowicza, wiedząc, że rywal mieszka w pobliżu.

„Poruszałem się, przemieszczałem się cały czas po to, aby zobaczyć i spotkać żonę i Zauchę. Tylko to mnie interesowało. To była moja obsesja”[301].

Kraków, 10 października 1991 roku

Rano Goulais kupił gazetę i sprawdził program teatrów. Upewnił się, że w Teatrze STU grany jest Pan Twardowski i że tego dnia w obsadzie nie zabraknie Andrzeja Zauchy (czasami główną rolę grywał dubler).

Wieczorem wyszedł z domu, podjechał w okolice parkingu przy ulicy Włóczków i sprawdził, czy stoi tam samochód Zauchy. W pobliżu dostrzegł też auto Zuzanny, wobec czego zaparkował w taki sposób, by widzieć oba pojazdy. Na siedzeniu położył karabinek owinięty plastikową torbą, a zapasowe magazynki włożył do kieszeni.

Niebawem zobaczył Zauchę idącego przez parking, kilkanaście metrów za nim podążała Zuzanna. Oboje kierowali się do samochodu Andrzeja. Wówczas Yves wziął do ręki broń, odbezpieczył ją, po czym wysiadł ze swojego pojazdu i ruszył w ich kierunku.

„Sytuacja była bardzo jasna – opowiadał. – Andrzej Zaucha siedział w swoim samochodzie, miał już zapalony silnik samochodu, i kiedy nadszedłem do nich z boku, Zuzanna już prawie wsiadała, bo już miała otwarte drzwi do samochodu Zauchy”[302]. Nadchodzącego Francuza pierwsza dostrzegła Leśniak, a chociaż nie widziała broni (była owinięta reklamówką), przeczuła, że mąż ma złe zamiary. Zagrodziła mu drogę do samochodu, pytając, co zamierza zrobić Zausze. W tym momencie Andrzej siedział jeszcze w pojeździe.

„Dwa razy odepchnąłem ją lewą ręką – zeznawał Yves – pierwszy raz nie dość mocno, bo stawiała opór, a drugi raz mocniej. [...] Przekonany jestem, że nie upadła. W tym momencie Zaucha wysiadł z samochodu, ja zrobiłem jeszcze jeden czy dwa kroki w jego kierunku, czyli do przodu. On szybko zbliżał się do mnie, spieszył jej na pomoc, bo może myślał, że chcę jej coś zrobić. [...] Nie było między nami żadnej wymiany zdań ani żadnej bijatyki. Nie było żadnej szamotaniny. Ja od razu do niego strzeliłem [...]”[303].

Goulais nie przykładał karabinka do ramienia, strzelał jedną ręką z wysokości biodra. Po „drugim czy trzecim strzale Zaucha coś krzyknął albo powiedział”, po czym przewrócił się na ziemię. Zabójca jeszcze raz strzelił do padającego rywala i w tej chwili usłyszał głos Zuzanny mówiącej „Jezu”, i zobaczył, że „ona też pada”.

Był jednak przekonany, że Leśniak tylko zemdlała, tym bardziej że w ostatnich sekundach nie miał jej w polu widzenia. Nie zauważył, iż w pewnym momencie Zuzanna znalazła się za Zauchą i można jej było nie dostrzec, bo parking był źle oświetlony, a ona miała na sobie ciemne ubranie.

„Kategorycznie stwierdzam – zeznawał zabójca – że od momentu, kiedy zacząłem strzelać do Zauchy, ona nie starała się mi przeszkadzać i wejść pomiędzy mnie a Zauchę, żeby go ochronić. To nie miało miejsca”[304].

Goulais obszedł ciało Andrzeja (cały czas uważał, że żonie nic się nie stało), po czym zmienił magazynek i z „odległości pół metra” wpakował w rywala kolejne pięć kul. Później twierdził, że zrobił to machinalnie, bez większych emocji, gdyż chciał mieć pewność, że naprawdę go zabił. Następnie udał się w kierunku swojego samochodu i odjechał, by oddać się w ręce policji.

Andrzej Zaucha zginął na miejscu, a Zuzannę Leśniak przewieziono do szpitala. Około godziny dwudziestej trzeciej dwadzieścia lekarze zaprzestali reanimacji, stwierdzając zgon aktorki.

Wokalistę pochowano u boku żony na krakowskim cmentarzu Batowickim. W ostatniej drodze towarzyszyły mu tysiące ludzi, a w czasie pogrzebu radio RMF FM nadawało jego piosenkę Byłaś serca biciem. Na nagrobku umieszczono wspólne zdjęcie Elżbiety i Andrzeja z czasów, gdy byli bardzo szczęśliwi. Zuzanna spoczęła w rodzinnym Nowym Sączu.

„Tuż przed śmiercią – wspominał Andrzej Sikorowski – przy stole u nas w domu został Andrzej zaskoczony przez moją małżonkę [...], która postanowiła wykonać pamiątkowe fotki. Kiedy wydarzyła się ta tragedia i Andrzej zginął, żona wywołała film i okazało się, że wszystkie klatki filmu, na których był Andrzej, były prześwietlone, a cała reszta była dobra”[305].

Ze zjawiskami „nie z tego świata” mieli do czynienia również inni znajomi zamordowanej pary. Włodzimierz Korcz opowiedział historię, która mrozi krew w żyłach i w której autentyczność aż trudno uwierzyć.

„Czuję, że zasypiam, i w pewnym momencie uświadamiam sobie, że w korytarzyku prowadzącym do sypialni stoi Zuzia. Ja to wiem i to czuję. W pewnej chwili słyszę, że ona takim napiętym szeptem mówi: »To tu«. Sytuacja irracjonalna kompletnie, ale szturcham żonę, ona jakaś blada potwierdza, że też słyszała, że w korytarzyku była Zuzia i powiedziała: »To tu...«”[306].

Proces

Śledztwo i rozprawa wydawały się formalnością, bo morderca przyznał się do winy, choć kategorycznie zaprzeczał, że zamierzał zabić żonę. Składał obszerne wyjaśnienia i bez oporów współpracował ze śledczymi. Analizując akta śledztwa i procesu, można bez problemu zauważyć, że Yves cieszył się ogólną sympatią, a tragedia z ulicy Włóczków była wielkim zaskoczeniem dla wszystkich jego znajomych.

Niektóre wypowiedzi świadków wprawiały jednak śledczych w osłupienie, a chyba największe wrażenie zrobiło na nich zeznanie siostry Zuzanny, złożone kilkanaście godzin po zabójstwie.

„Bardzo kochałam moja siostrę, byłam jak jej matka, bowiem była znacznie młodsza ode mnie i jak mama szła do pracy, ja się nią zajmowałam. Jeśli chodzi o Yves’a, to jego nadal kocham, uważam, że musiał być doprowadzony do ostateczności, chyba nie wiedział, co robi. Nie wierzę w to, by chciał z rozmysłem zabić moją siostrę. Jeślibym mogła mu w jakikolwiek sposób pomóc, uczynię to. Wiem, że jest bardzo nieszczęśliwy, i mimo tego, że zabił moją siostrę, chciałabym mu okazać moją miłość, także do niego. On jest w Polsce sam, nie ma tu nikogo. Chciałabym go przytulić i przynieść mu ulgę. Nie umiem go winić. W moim mniemaniu jest to człowiek szlachetny, dobry, uczuciowy i bardzo, bardzo wrażliwy”[307].

Proces przed sądem wojewódzkim w Krakowie rozpoczął się pod koniec kwietnia 1992 roku. Goulais został oskarżony o zabójstwo z premedytacją Andrzeja Zauchy i Zuzanny Leśniak oraz o posiadanie broni palnej bez zezwolenia. Oskarżony przyznał się do pierwszego i trzeciego zarzutu, zdecydowanie jednak zaprzeczył, że chciał zabić swoją żonę. W trakcie procesu wypowiadali się psychiatrzy, psycholodzy i biegli, wezwano kilkudziesięciu świadków. Rozprawa była wielokrotnie odraczana, głównie ze względu na konieczność przyjazdu do Polski rodziców Yves’a oraz na zobowiązania kontraktowe znajomych obu ofiar. Postępowanie zakończyło się na początku grudnia. W swoim ostatnim słowie Francuz nawet nie prosił o łagodny wymiar kary. Stwierdził, że doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej winy i gotowy jest przyjąć każdy wyrok. Został uznany winnym zabójstwa z premedytacją Andrzeja Zauchy, nieumyślnego spowodowania śmierci Zuzanny Leśniak oraz nielegalnego posiadania broni.

Prokurator żądał kary dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności, sąd jednak wziął pod uwagę „dramat osobisty” oskarżonego i skazał go na łączną karę piętnastu lat więzienia. Do tego doszło jeszcze milion złotych nawiązki na rzecz Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej i Stowarzyszenia Pomocy Sercu. Goulais miał również ponieść koszty procesu w wysokości ponad 42 milionów złotych oraz pokryć koszty zastępstwa adwokackiego oskarżyciela posiłkowego (matki Zuzanny) w kwocie 1,5 miliona złotych. Patrząc na te astronomiczne sumy, warto jednak pamiętać, że były to jeszcze czasy przed denominacją i w chwili ogłaszania wyroku dolar kosztował ponad 15 500 złotych. Całość zobowiązań skazanego zamykała się w sumie nieprzekraczającej 3000 ówczesnych dolarów, czyli około 6000 euro.

Yves’owi zaliczono na poczet kary areszt od dnia 11 października, co oznaczało, że na wolność miał wyjść pod koniec 2006 roku.

Świat za kratami

Francuz okazał się wzorowym więźniem. Początkowo odbywał karę w Krakowie, ale już w październiku 1996 roku został przeniesiony do półotwartego zakładu karnego w Nowej Hucie. Opinie służby więziennej na jego temat były wręcz entuzjastyczne, strażnicy nie mogli się nachwalić jego zachowania.

„Wyróżnia się spośród ogółu skazanych wysoką inteligencją, wiedzą ogólną i kulturą osobistą. [...] Nie był karany dyscyplinarnie, nie jest uczestnikiem podkultury więziennej i ma negatywny stosunek do jej przejawów. W grupie współoskarżonych współżyje bezkonfliktowo, jest koleżeński, otwarty na problemy innych i zawsze chętny do pomocy”[308].

W czasie odbywania kary Yves podjął studia eksternistyczne na Uniwersytecie Stendhala w Grenoble, zdobywając uprawnienia do nauczania obcokrajowców języka francuskiego. W rozmowach określał swoją zbrodnię jako „osobistą tragedię”, twierdząc, że „w pełni zaakceptował orzeczoną karę i uznał jej zasadność”. Dlatego też, gdy jego matka zwróciła się do władz polskich o ułaskawienie syna, nie poparł jej prośby, uważając, że powinien pozostać w więzieniu. Zadbał natomiast o nabycie praw do spadku po zabitej żonie, planował bowiem jego sprzedaż i przekazanie pieniędzy córce Andrzeja Zauchy jako zadośćuczynienia.

Przez kilka lat pobytu w więzieniu był pięćdziesiąt dziewięć razy (sic!) nagradzany przepustkami, nawet pięciodniowymi. Za każdym razem wracał punktualnie do zakładu karnego, nie zdarzyło mu się ani jedno spóźnienie.

Za kratami powrócił do zawodu reżysera i z udziałem współwięźniów i strażników nakręcił cztery filmy krótkometrażowe (Wyjście, Walka, Szkopuł, Więzienne sny samochodziarza Harry’ego, czyli odyseja na pryczy). Ostatni z nich został zaprezentowany na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 1998 roku, zdobywając tam nagrodę Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Natomiast film Wyjście otrzymał nagrodę za reżyserię na Ogólnopolskim Festiwalu Amatorskich Filmów Fabularnych „Kino poza kinem” w Zielonej Górze. Dochód ze sprzedaży kaset video z filmami został przekazany na potrzeby placówek opiekuńczo-wychowawczych.

Pierwsza prośba o ułaskawienie Yves’a Goulais wpłynęła w maju 1995 roku, kolejna dwa lata później. Składały je matka i siostra skazanego, a popierał Alain Chénard, wiceprezes Kongresu Władz Lokalnych przy Radzie Europy. Pozostawiono je jednak bez dalszego biegu, co nie zraziło bliskich skazanego. Następne prośby o ułaskawienie wpływały do kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego co kilka miesięcy (łącznie sześć od grudnia 1999 do listopada 2003 roku).

Były one odrzucane lub pozostawiane bez rozpoznania, bo chociaż sędziowie opiniujący sprawę nie mieli wątpliwości, że resocjalizacja skazanego przebiega w sposób zadowalający, to byli zdania, że nie jest to wystarczającym powodem do skrócenia orzeczonej kary. Natomiast kiedy we wrześniu 2002 roku sąd apelacyjny pozytywnie zaopiniował kolejny wniosek, prezydent Kwaśniewski nie skorzystał z prawa łaski. Zapewne wpływ na to miał fakt, że prośbę popierał ówczesny prezes Rady Nadzorczej Canal+ Lew Rywin, a wkrótce po wpłynięciu dokumentów do kancelarii prezydenta wybuchła słynna afera korupcyjna, która wstrząsnęła polską sceną polityczną. W tej sytuacji poparcie Rywina obróciło się przeciwko skazanemu, a przy pewnej dozie szczęścia obaj panowie mogliby się spotkać w jednej celi.

Ostatecznie Yves Goulais został zwolniony warunkowo w grudniu 2005 roku, na dziesięć miesięcy przed końcem kary. Dalej przebywa w Polsce, przeniósł się do Warszawy i pracuje jako reżyser i scenarzysta. Podobno początkowo funkcjonował pod pseudonimem i dlatego jego nazwiska nie można odnaleźć wśród twórców filmów, przy których pracował. Nigdy nie chciał się spotkać ze znajomymi Andrzeja Zauchy i do dzisiaj unika rozmów na temat tragedii. Odrzucił też ofertę napisania książki o wydarzeniach sprzed lat.

Agnieszka Zaucha ukończyła studia plastyczne (grafika), pracuje w Krakowie jako tatuatorka. Chyba nigdy nie uporała się z traumą po śmierci obojga rodziców, nie lubi też rozmawiać o tragicznym końcu swego ojca. Przyznaje, że „nie do końca radzi sobie ze sobą”:

„Czuję się jak gówniarz, może jestem niedojrzała i infantylna. Czy to efekt tego, co się wydarzyło? Układam klocki Lego, jak niegdyś, gdy przywoził je tata, gram w gry komputerowe, czytam książki, oglądam filmy, pracuję... Tworzę sobie świat wygodny dla siebie, może to i wybór życia po linii najmniejszego oporu... Mnie jednak jest z tym dobrze. I tylko gdzieś z tylu głowy odzywa się nieraz strach, że nagle może stać się coś złego”[309].

Sławomir Koper

Zbrodnie z namiętności 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.