piątek, 7 sierpnia 2026

Pan Finkopinko

 Zostałem sam i namyślałem się: warto jeszcze iść spać, czy nie? A tu akurat pokazała się w drzwiach głowa pana Finkopinko.

– Pan sam?

– Sam.

– Można?

– Bardzo proszę.

Wydało mi się, że jest nieco pod wpływem alkoholu.

– Ja mam propozycję dla pana. Niech pan odkupi ode mnie willę nad morzem. Za bezcen.

Zauważył mój odruch zniecierpliwienia i zrobił ręką uspokajający gest.

– No, ja się źle wyraziłem, ja przepraszam. Ja panu tę willę oddam do dyspozycji. Ja wiem, że pan jest polskim lotnikiem i pan nie ma pieniędzy. Nie szkodzi. Wyrobię panu wszystkie papiery. Ja tu potrzebuję uczciwego człowieka z głową, ja pana zrobię moim przedstawicielem. Kiedy tutaj przyjdzie Hitler – a on tu przyjdzie, ten łobuz – pan sobie wyobraża, ilu porządnych ludzi zechce stąd wyjechać? To jest bardzo duży interes, jak się ma willę nad Morzem Czarnym. Oj, jaki duży interes. No?

Odpowiedziałem mu bardzo chłodno i prawie niegrzecznie, że: nie. Nie mam ochoty do interesów. Ani do dużych, ani do małych. I że to nie po mojej linii – takie zarabianie na ludziach, którzy chcą stąd uciec.

Finkopinko słuchał, lekko kiwał głową. Popatrzył na mnie z ukosa. Potem uśmiechnął się. Zdziwiłem się bardzo, bo nagle zagadał po polsku. Bardzo źle mówił po polsku, ale mówił.

– Ja dobrze wiem, co pan sobie myśli. Pan myśli tak: co to jest? To jest taki Finkopinko, który wszędzie robi pieniądze.

Pokiwał głową:

– Pan nic nie wie. Ja panu powiem. Mój dziadek, to on był wielki rabin w Łucku. To były takie czasy, że jak między Żydami był taki uczony rabin, to jemu było bardzo dobrze. Jego po rękach całowali i jak tylko mogli się dotknąć jego chałata, to byli bardzo szczęśliwi. On był jak król w tym Łucku. No, a mój ojciec – to on nie miał głowy. Ani do książek nie miał głowy, ani do interesu. Jego oddali do terminu i on był szewc, taki wstyd. On pojechał do Wiednia, bo on myślał, że w takim dużym mieście łatwiej żyć. Miał dużo dzieci, a dzieciom trzeba dać jeść, a on był bardzo biedny. On tylko buty łatał, a jak czasem zrobił nowe, to było u niego bardzo wielkie święto. Co pan może wiedzieć? Ja od małego bachora wiedziałem, że jak ktoś nie ma pieniędzy, to jemu nic nie wolno i on nic nie może i jego każdy może kopnąć. No, pan jest oficer, pana nikt nie kopał, bo pan by zaraz strzelał. To co pan może wiedzieć o takich smutnych rzeczach? Ja się pytam: kto lubi, jak go kopią? Nikt nie lubi. Powiedziałem sobie, jak jeszcze byłem mały: ty musisz mieć pieniądze, bardzo wielkie pieniądze. Pan myśli, że to łatwo? To bardzo trudno. Ja nawet po niemiecku nie umiałem, bo ojciec w domu mówił albo jidysz, albo po polsku; on nie miał głowy do nauki, on ledwie parę słów umiał po niemiecku. Ja naprzód poszedłem do sklepu. A kiedy się zacząłem uczyć handlowości, to było bardzo ciężko, oj, jak ciężko. Ja musiałem pracować, ja musiałem się w nocy uczyć. Mnie było zimno w nogi, mnie było zimno w głowę, ja miałem zawsze katar i mnie klepali po plecach, że Finkelstein chce być taki Napoleon od handlowości. Pan myśli, że to przyjemnie? No, ale ja zrobiłem pieniądze, bardzo duże pieniądze.

Patrzyłem na niego uważnie. Miał teraz twarz zmęczoną, ironiczną, trochę triumfującą, trochę smutną. Kiwał się na krześle.

– No i popatrz się pan, co się dzieje. Viola, ona jest z kupieckiej rodziny, ona ma swój kapitalik, ona się nie sprzedaje. Ona wie, że Finkelstein nie jest taki całkiem zły człowiek. Ale pan myśli, że ona pojechałaby zaraz jutro z Finkopinko do Nowego Jorku, gdyby on nie miał bardzo wielkich pieniędzy? Nie, ona by nie pojechała. Ona jest bardzo piękna, delikatna kobieta, ona musi mieć samochód, trzy samochody, ona musi mieć klejnoty, ona musi mieć jacht. No, ona będzie miała. Popatrz się pan: ten rotmistrz, to on jest wielki rumuński arystokrata i on ma kuzynów między hrabiami w całej Europie. On jest bardzo grzeczny dla tego Finkopinko i on się ładnie wita. A dlaczego on jest taki grzeczny? No, on jest taki uprzejmy, bo on jest bardzo dobrze wychowany człowiek, ja wiem. On jest dobry człowiek. Ale gdyby Finkopinko nie miał takich dużych pieniędzy, to pan rotmistrz by go nie znał i on by nie był taki uprzejmy. Ale on dobrze wie, że Finkopinko – to jest bardzo duże pieniądze. Jemu teraz nie trzeba pieniędzy, on ma majątek, ale on wie, że jak będzie trzeba, to Finkopinko pożyczy i jego będzie stać na to, żeby się nawet nigdy nie zapytać o termin. Może nie? Jego matka – to ona jest jeszcze większa rumuńska księżniczka i ona by mogła być nawet w salonie u angielskiego króla, czemu nie? Ona jest zmartwiona, jak ona patrzy na mnie, i ona nie może oddychać, jak Finkopinko je przy stole. Pan myśli, że ja nie wiem? Ja dobrze wiem. Ale ona także jest bardzo uprzejma. A dlaczego? Bo ona już dużo widziała, ona jest stara, mądra kobieta. Ona wie, że jak jest taka wielka wojna, to świat się może trzy razy odwrócić do góry nogami. A jak on się odwróci do góry nogami, nie daj Boże, to co ona zrobi? Ona napisze list na takim ładnym papierze z herbami i tam będzie napisane: „Drogi panie Finkelstein”. Kto może wiedzieć, co będzie? Wszystko może być. Finkopinko może się przydać w tym Nowym Jorku. No, nie Finkopinko: jego bardzo duże pieniądze. Kto to może wiedzieć, może ja jeszcze kiedyś panu rotmistrzowi będę posadę dawał? Pan się śmieje? No, pan jeszcze nie był w Ameryce. To młody kraj, oni tam bardzo lubią stare, prawdziwe tytuły z Europy, oni mają słabość do takich ładnych nazwisk, to ma swoją handlową wartość. No, taki jest świat. Pan jest młody, co pan może wiedzieć o takich różnych smutnych rzeczach?

Wstał, pokiwał jeszcze głową i – już nie patrząc na mnie – wyszedł. Popatrzyłem za nim, zastanawiając się nad swoimi własnymi odczuciami w tym momencie. Były dość splątane. Nie to, żeby mi się wydał sympatyczniejszy po tej jednostronnej rozmowie. Drażnił mnie? To były takie odległe dla mnie sprawy, inny świat. Mój stosunek do pieniędzy był dość beztroski, nigdy się nimi za bardzo nie przejmowałem. Świat młodocianych doświadczeń pana Finkopinko był mi zupełnie nieznany. Patrzyłem tak, jakbym w świetle ostrego reflektora zobaczył kogoś z innego świata. Ale przecież mimo to – zdawałem sobie z tego sprawę – nie patrzyłem już na pana Finkopinko tak jak na początku. Ale nie wiedziałem, co się zmieniło.

Poszedłem spać, chociaż do świtu było już niedaleko. Wczesnym rankiem zjedliśmy we trójkę śniadanie na werandzie, rozmawialiśmy. Rotmistrz był raczej optymistą, chociaż przewidywał ciężkie dni dla Rumunii. Esperanza mówiła, że cokolwiek się stanie – nie opuści Transylwanii.

Potem zajechał otwarty samochód Esperanzy, szofer otworzył usłużnie drzwi. Pożegnaliśmy się. Kiedy na zakręcie owiał mi twarz chłodny wiatr od gór – bez żadnej rozsądnej przyczyny poczułem się nagle zupełnie szczęśliwy, chociaż w dziurawej kieszeni miałem zaledwie parę lei.

As. Wspomnienia...

Witold Urbanowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.