piątek, 7 sierpnia 2026

Li Sen

 My zaś wreszcie wycofaliśmy się z sali. Było takie boczne pomieszczenie, rodzaj oranżerii z mnóstwem chryzantem. Dziadek Li Sen – z widoczną ulgą – usiadł na fotelu przy jakimś wyższym wojskowym chińskim, my usiedliśmy także opodal pod jakąś palmą. Byliśmy tu dość izolowani – tylko niekiedy z sali balowej dochodziły takie odgłosy, jakby nakręcano tam film kowbojski. I o dziwo – Li Sen opowiedziała mi historię sygnetu. Historię, która – choć tak dziwna – jest na pewno prawdziwa.

– Moja matka była Koreanką, pochodziła z rodziny bardzo konserwatywnej, ceniącej naukę i stare obyczaje. Zgodnie z tymi obyczajami zaręczono ją, gdy była jeszcze dzieckiem, z chłopcem pochodzącym ze starej, arystokratycznej i zamożnej rodziny, którego wcale nie znała i nigdy nie widywała. Miała piętnaście lat, kiedy wydano ją za mąż. A szesnaście, kiedy uciekła od męża. Uciekła do swojego ojca, a mego dziadka – tego właśnie, którego pan poznał. Mieszkał wówczas w Pekinie. Matka nie chciała wracać do swego męża, a jej ojciec nie protestował przeciwko tej decyzji, choć w ówczesnej opinii była ona skandalem. Powiedział jej: „Jeżeli będzie dla ciebie szczęściem Pekin i mój ogród z kwiatami, to zostań”.

Dziadek dużo podróżował po świecie. Najpierw sam, a potem ze swą córką, moją matką. Dziadek wiedział, że odseparowanie się Chin od świata nie jest rzeczą dobrą. W czasie swych podróży dziadek mój i matka mieli okazję spotykać wspaniałych białych ludzi, mądrych, kulturalnych i dobrych. Ci jednak, którzy przyjeżdżali do Chin i na Daleki Wschód – byli zupełnie inni: prymitywni, zachłanni, brutalni, pełni pogardy dla kultury, której nie znali i nie chcieli poznać. Ci ludzie kolonizowali Chiny, ale byli złymi ambasadorami swojej rasy. Dlatego dziadek i matka byli uprzedzeni do każdego człowieka białego, spotkanego w Chinach.

Pewnego dnia jednak mój dziadek spotkał w parku w Szanghaju białego robotnika, który pracował przy kwiatach. Dziadek siadł na ławce i patrzał. Było południe i robotnik rozwinął swój węzełek, w którym miał obiad. Ale oprócz tego miał także i tom poezji chińskiej. Wtedy mój dziadek powiedział sobie tak: „Jeżeli biały człowiek na Dalekim Wschodzie musi pracować fizycznie – to znaczy, że jest porządnym człowiekiem. Jeśli pracuje fizycznie przy kwiatach i czyni to z zamiłowaniem – a ja się na tym znam, czy ktoś pracuje z zamiłowaniem przy kwiatach – to w takim razie musi to być dobry człowiek. Jeśli zaś oprócz tego czyta poezje naszego kraju, to oprócz tego to jest mądry człowiek”.

I zaczął z nim rozmawiać. Okazało się, że robotnik jest Polakiem. Dziadek jeszcze wówczas niewiele wiedział o Polsce. I o nic tamtego człowieka nie pytał. Zaproponował mu natomiast posadę ogrodnika u siebie. Polak po namyśle przyjął propozycję, nie poruszył jednak w ogóle kwestii wysokości wynagrodzenia za swą pracę. Wówczas mój dziadek powiedział sobie tak: „Widać, że ten człowiek jest w biedzie. Jeżeli jednak on nie ma pieniędzy i nie dąży do tego, aby zrobić je w Chinach, to wobec tego musi być jeszcze porządniejszym człowiekiem, niż przypuszczałem”. I postanowił płacić mu dwukrotnie więcej, niż pierwotnie zamierzał.

Dziadek przywiózł go do Pekinu. Polak był milczący i nigdy nie mówił o sobie. Unikał też kontaktów z ludźmi, chociaż opanował już język naszego kraju bardzo dobrze. Nigdy nie mówił o polityce. Był uprzejmy i kulturalny. Zajął się całkowicie opieką nad ogrodem, kochał swój zawód. A może to nie był jego właściwy zawód? Nie wiadomo. Powiedzmy więc inaczej: kochał kwiaty, a oprócz tego muzykę. Moja matka także uwielbiała kwiaty i muzykę. I wreszcie po roku udało się jej nakłonić Polaka do rozmowy. Matka nazywała go Biały Li i tak zostało, chociaż nazywał się inaczej. Kobiety mają swoje sposoby, Biały Li sam opowiedział o swoich losach. Był zbiegłym katorżnikiem z Syberii, zesłanym tam przez władze carskie. Na ciężkich robotach poznał Chińczyka, także zesłańca – i razem uciekli najpierw do Mandżurii, potem do Szanghaju.

Biały Li był bardzo wykształcony, dziadek bardzo go polubił, a matka jeszcze bardziej. Było nam razem bardzo dobrze, dziadek coraz częściej siadywał w ogrodzie, a ja coraz więcej przebywałam na kolanach Białego Li; pamiętam, że miał jasne włosy i niebieskie oczy, co bardzo mnie bawiło.

Pamiętam też, że kiedyś pojechaliśmy w jakąś podróż i przywieźliśmy z sobą małego, podstrzelonego tygrysa. Biały Li chciał go wypuścić potem na wolność w górach, ale my obie bardzo przywiązałyśmy się do zwierzęcia i było nam smutno, a tygrys także nie zdradzał chęci odejścia. Więc w końcu został z nami. Wyrósł i zdziczał, nikogo oprócz nas nie tolerował, ale też nikomu z nas nigdy nie zrobił najmniejszej krzywdy, zachowywał się jak duży kot, bardzo go lubiliśmy. A z biegiem lat Biały Li stał się dla mnie kimś bardzo bliskim. Znał kilka języków i uczył mnie ich. Opowiadał różne dziwne historie, zupełnie nie chińskie. Matka moja była wciąż młoda i bardzo piękna, znajomi i przyjaciele dziadka pytali go: „Dlaczego twoja córka nie wychodzi za mąż, tylu jest tu zamożnych i wykształconych mężczyzn, byłaby szczęśliwa”. Dziadek zaś palił swoją fajkę, słuchał, co mówią jego przyjaciele, uśmiechał się, aż wreszcie kiedyś powiedział im tak: „Nie jestem pewny, czy moja córka byłaby szczęśliwa, wychodząc za mąż. Wiem natomiast na pewno, że jest bardzo szczęśliwa – że jest jedną z najszczęśliwszych kobiet w Pekinie – nie wychodząc za mąż”.

A potem wybuchła druga wojna światowa. Biały Li znowu nie mówił do nikogo całymi dniami. Dowiedzieliśmy się z prasy i radia, że jego ojczyzna znowu jest okupowana. Biały Li wyjechał z dziadkiem, wiem, że miał szereg odczytów w Pekinie i Szanghaju. Ale wkrótce potem znaleźliśmy go w naszym ogrodzie martwego: leżał na ziemi z przestrzeloną głową, zaś obok niego leżał jakiś obcy biały człowiek, a przy nim pistolet. Ten drugi człowiek był rozszarpany przez tygrysa.

Nikt w całym domu nie mówił nigdy o tym tragicznym wypadku. Ale wszyscy byli bardzo smutni, nawet służba, która także bardzo go lubiła. Matka od momentu jego śmierci nie wychodziła z domu, nawet do ogrodu, tylko tygrysa wywiozła cichaczem w góry. Miesiące mijały, a moja matka nikogo nie chciała widzieć oprócz dziadka i mnie. Dziadek także bardzo mocno to przeżył, postarzał się i także nikogo nie przyjmował. A potem matka umarła. Przed śmiercią powiedziała mi, że Biały Li jest moim ojcem. Dała mi jego sygnet, kazała go zawsze nosić i prosiła, abym – jeśli zdarzy mi się kiedyś spotkać kogoś z Polski – zawsze mu pomogła, jeśli to będzie potrzebne. Dziadek – ku wielkiemu zdziwieniu i zgorszeniu swych przyjaciół i rodziny – zgodnie z jej wolą kazał ją złożyć w tym samym grobie, w którym leżał już mój ojciec.

Na dworze szarzało już. Li była zmęczona, miała lekko podkrążone oczy. Uśmiechnęła się:

– Widzi pan, jest pan pierwszym Polakiem, którego spotkałam w Chinach.

l tak zaczęła się moja przyjaźń z Li Sen.

As. Wspomnienia...

Witold Urbanowicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.