poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Zachód nas oszukał. Rozmowa z Nikołajem Azarowem, premierem Ukrainy w latach 2010-2014


Czy Ukraina ma ideologię państwową?

– Gdybyśmy mieli krótko opisać historyczny proces kształtowania się ukraińskiej ideologii państwowej, należałoby go najpierw zdefiniować jako budowę demokratycznego społeczeństwa, szanującego podstawowe prawa człowieka, rozwój kompleksowych relacji z sąsiadami oraz, oczywiście, neutralny status bez broni jądrowej. Wszystkie te warunki, o których wspomniałem, są zapisane w Konstytucji Ukrainy.

Jednak od samego początku niepodległości Ukrainy znaczącą rolę w kształtowaniu ukraińskiego państwa i jego polityki zagranicznej zaczęli odgrywać mieszkańcy Ukrainy Zachodniej. To oni właśnie uformowali ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo ówczesny prezydent Krawczuk, sam pochodzący z Wołynia, okazał się prawdziwym banderowcem. To właśnie on zaczął formować organy odpowiedzialne za naszą politykę zagraniczną głównie z mieszkańców Ukrainy zachodniej, ponieważ biegle władali oni może nie językiem ukraińskim, ale galicyjskim dialektem ukraińskiego. Bo trzeba zaznaczyć, że prawdziwy ukraiński jest językiem obwodów czernihowskiego, połtawskiego i przede wszystkim centralnej Ukrainy.

Na południowym wschodzie dominuje w zasadzie tzw. surżyk, język hybrydowy, coś pośredniego między rosyjskim a ukraińskim. Począwszy od dojścia do władzy Juszczenki, zaczęliśmy dostrzegać jawny rozwój tendencji banderowskich, przede wszystkim nienawiści do języka rosyjskiego, nienawiści do historii Rosji i nienawiści do Polski. Trzeba otwarcie powiedzieć, że gdy tylko Bandera, Szuchewycz i inni tego rodzaju bohaterowie OUN i UPA stali się w oczach Juszczenki bohaterami narodowymi, natychmiast zaczął on wdrażać tę narrację, że jakoby przez całe swoje dzieje naród ukraiński walczył o niepodległość od Rosji i Polski. Juszczenko posunął się nawet do tego, że w lutym 2010 roku przyznał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy i zrobił to dosłownie tydzień przed złożeniem urzędu prezydenta.

Jego następca, Janukowycz, wniósł pozew, powołując się na zapisy w statucie Orderu Bohatera Ukrainy, o uchylenie prezydenckiego dekretu przyznającego Banderze ten tytuł, a sąd się do tego przychylił. Chcę powiedzieć, że od momentu, gdy zacząłem uczestniczyć w negocjacjach, w szczególności ze stroną polską, musiałem uczestniczyć w negocjacjach z prezydentem Kwaśniewskim, nieżyjącym już prezydentem Kaczyńskim, Komorowskim, Donaldem Tuskiem i innymi polskimi politykami.

Na wszystkich naszych spotkaniach polscy przywódcy zwracali uwagę przede wszystkim na konieczności rozwiązania problemu tzw. rzezi wołyńskiej. W latach 2002-2003, dzięki mediacji ówczesnych władz polskich i ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, udało nam się wypracować pewien kompromis. Zgodziliśmy się na ekshumację wszystkich ofiar zbrodni wołyńskiej, zorganizowanie godnego, chrześcijańskiego pochówku oraz postawienie tablic pamiątkowych. Poza tym, istniały pewne napięcia i nieporozumienia między Polską a Ukrainą związane z międzywojenną polityką Piłsudskiego oraz z okresem powojennym.

W latach 1945-1947 również istniały pewne problemy. Nie będziemy ich pomijać, ale uznajemy to wszystko za fakt historyczny, historyczną winę przywódców, którzy działali w tamtych latach. Połóżmy temu kres i budujmy dobre relacje sąsiedzkie. Takie było nasze stanowisko i ja, jako premier i pierwszy wicepremier, zawsze się go trzymałem. Pamiętam, że kiedy w 2010 roku Polska została zalana powodzią, byłem prawdopodobnie pierwszym premierem, który zadzwonił do Donalda Tuska i zaoferował niezbędną pomoc w postaci pomp, rur, ekip remontowych, odprowadzania wody itd. Tusk przyjął to z wdzięcznością. Za moich czasów stosunki między nami a Polską były, jak sądzę, bardzo dobre. Współorganizowaliśmy przecież Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. W 2012 roku połowa meczów odbywała się w Polsce, a połowa na Ukrainie. Organizowaliśmy je wspólnie, spotykaliśmy się bardzo często i rozwiązywaliśmy wszystkie niezbędne kwestie. Dlatego głęboko żałuję, że ukraińskie władze, które przyszły po zamachu stanu, obrały taką banderowską politykę.

Pamiętam naszą rozmowę z Kaczyńskim, spotkanie w Karpatach, gdzie zjedliśmy kolację z polską delegacją, której przewodził Kaczyński, i naszą delegacją, której przewodził Juszczenko, ówczesny prezydent. I wtedy Kaczyński ostrzegł go bardzo poważnie. Powiedział: – Wiktor – bo zwracali się do siebie po imieniu – popełniasz bardzo poważny błąd polityczny, podnosząc do rangi bohaterów narodowych tych ludzi, których ręce są we krwi, którzy dopuścili się okrucieństw nie tylko wobec Polaków, ale także wobec Rosjan, Żydów, dopuścili się czystek etnicznych na Ukrainie. Zresztą nie tylko wobec tych narodów, bo także wiele osób innych narodowości ucierpiało.

Warto zauważyć, że Dywizja SS „Hałyczyna”, będąca bezpośrednio pod rozkazami SS, wsławiła się także okrucieństwami na Białorusi, Słowacji i Ukrainie. Kaczyński, moim zdaniem, bardzo słusznie ostrzegał Juszczenkę przed tym. Ale Juszczenko nie był człowiekiem niezależnym. Kierowała nim jego żona, Kateryna, pochodząca z rodziny banderowskiej. A linia banderowska głosiła, że musimy wymordować wszystkich Moskali, to znaczy Rosjan, wszystkich Lachów, a więc Polaków, wszystkich Żydów i wszystkich niepełnowartościowych Ukraińców – a więc tych Ukraińców, którzy nie popierali tej ideologii.

Dlaczego opisuję to spotkanie tak szczegółowo? Bo już wtedy – a był to rok 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie – polskie kierownictwo ostrzegało ukraińskie kierownictwo o niedopuszczalności prowadzenia takiej polityki. My również zawsze sprzeciwialiśmy się tej polityce Juszczenki. A co się stało po zamachu stanu? Wszystkie siły autentycznie proukraińskie zostały zniszczone. To znaczy, zniszczona została Partia Regionów, unicestwiona fizycznie, bo wielu działaczy zostało uwięzionych, a wielu zmuszonych do wyjazdu. Moim zdaniem, największa, najbardziej ukraińska siła, narodowo zorientowana na rozwój Ukrainy, została po prostu zlikwidowana. Kto ją zastąpił? Zastąpiły ją siły jednoznacznie nazistowskie. I to one, oczywiście na polecenie swoich zachodnich patronów, ukształtowały tę politykę, która polegała przede wszystkim na wrogości wobec Rosji.

I, naturalnie, Polska zawsze była i pozostaje dla nich wrogiem, to nieodłączny element ich ideologii. Wystarczy przytoczyć kilka wypowiedzi. Na przykład kogoś takiego, jak Podoljak, doradca Zełenskiego, który publicznie nawołuje do eksterminacji wszystkich Rosjan. Albo Sternienko, doradca ministra obrony, który nawet ukuł termin „Ruso-rez”, oznaczający „rzeź Rosjan”. To nie są jacyś ludzie z marginesu, spoza sceny politycznej. To są ludzie, którzy są w kierownictwie kraju. Pytał Pan o ideologię państwową. Niestety, jest to ideologia samozniszczenia Ukrainy. Jest ona niebezpieczna dla wszystkich sąsiadów Ukrainy. Absolutnie dla każdego z nich.

W jakim stopniu ta ideologia została narzucona z zewnątrz? Mam na myśli fakt, że po II wojnie światowej wielu ukraińskich nacjonalistów znalazło schronienie w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i innych krajach.

– To oczywiste. Jak Zachód walczył ze Związkiem Radzieckim? Wyłapywał wszystkich bez wyjątku zdrajców, którzy udowodnili, że są kolaborantami nazistów. Weźmy na przykład Melnyka. Był jednym z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów po Konowalcu. Konowalec zginął w 1938 roku. Jego miejsce zajął właśnie Melnyk. Został dwukrotnie przyjęty przez samego Hitlera. Istnieją materiały z procesów norymberskich, a także dane samego niemieckiego wywiadu, głównie Abwehry, dotyczące werbowania zarówno Bandery, jak i Melnyka do prowadzenia wojny antypolskiej w tamtym czasie. Właśnie wtedy, kiedy Hitler przygotowywał się do inwazji na Polskę, w latach 1937-1938. Melnyk tworzył grupy dywersyjne do walki z Polakami. Prowadził działalność sabotażową w polskiej armii. Kiedy Polska została podbita, Hitler zaczął przygotowywać się do ataku na Związek Radziecki. Bandera i Melnyk otrzymali zadanie organizowania akcji sabotażowych w jednostkach terytorialnych Armii Czerwonej. Nie tylko powierzono im te zadania, ale także zaopatrzono ich w pieniądze, broń, instrukcje itd.

Dlatego nigdy nie byli niezależni. Kiedy w 1941 roku Niemcy zajęli Lwów, Bandera i jego towarzysze ogłosili powstanie niepodległego państwa ukraińskiego pod auspicjami Hitlera. Innymi słowy, natychmiast stworzyli państwo wasalne. Ale Hitler nie potrzebował wówczas niepodległej Ukrainy. Zareagował negatywnie na tę inicjatywę. Ale od 1941 roku naziści wspierali wszystkie ruchy nacjonalistyczne, dostarczając im broń, pieniądze i żywność. A kiedy Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeprowadzali akcje sabotażowe na tyłach. Najsłynniejszym aktem dywersji był zamach na dowódcę Frontu Ukraińskiego, generała armii Watutina. Był on znanym dowódcą, a zginął w wyniku tego aktu dywersji. Wszystkie te instrukcje, mające na celu przekształcenie Ukrainy w państwo antyrosyjskie, były i są nadsyłane z Londynu, Waszyngtonu oraz amerykańskich i londyńskich służb wywiadowczych. Ich głównym celem jest przecież przekształcenie Ukrainy w taran przeciwko Rosji, wyrządzenie jej szkód, zachwianie jej gospodarką, a przynajmniej jej osłabienie.

A nastroje antypolskie istniały od zawsze. Zauważyłem to, kiedy byłem na Ukrainie zachodniej. Za czasów, kiedy byliśmy u władzy, były one jakby skrywane w podziemiu. Kiedy zaś udało im się dokonać zamachu stanu, po prostu się ujawnili. Nie sądzę, żeby Amerykanie czy Brytyjczycy musieli ich nastawiać przeciwko Polsce, nie było takiej potrzeby. Takie jest ich banderowskie dziedzictwo. Nawiasem mówiąc, co roku organizują akademie Bandery, podczas których wygłaszają hasła o konieczności odzyskania tzw. odwiecznych ziem ukraińskich i odbicia ich od Rosji, Polski itd. Naziści kształtują i wspierają Zełenskiego i jego rząd. Sam Zełenski jest marionetką. Nie zwracajcie uwagi na to, co mówi. Działa ściśle według zachodnich instrukcji.

Gdyby Zachód jutro spojrzał na niego groźnie i powiedział: „Zatrzymajcie to – otwieranie panteonów i ponowne pochówki”, to on by przestał. Ale oczywiście zażądałby, aby przejęto kontrolę nad formacjami nazistowskimi. A właśnie te nazistowskie ugrupowania kontrolują armię. Istnieje już około 20 batalionów o orientacji nazistowskiej. I jest to realna siła. To oczywiste, że nacjonaliści zawsze słuchają swoich przełożonych. Jeśli więc Zachód chce wyeliminować wszystkie te antypolskie działania, to oczywiście potrzebny jest rozkaz z tegoż Zachodu. Jestem jednak pewien, że istnienie takiego trendu na zachodniej Ukrainie ma głębokie korzenie. Wyrwanie tych pędów z korzeniami jest możliwe tylko poprzez zmianę reżimu politycznego w Kijowie.

Chciałbym powrócić do roku 2014. Co może Pan powiedzieć, o roli mediatora, jaką odegrał polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas wizyty w Kijowie zimą 2014 roku?

– Była to rola skrajnie negatywna. Przede wszystkim dlatego, że Sikorski jest zaciekłym rusofobem. Nie pochwalam rusofobii głoszonej obecnie w Polsce. Dlaczego jestem jej przeciwny? Po pierwsze dlatego, bo uważam, że współpraca między Polską, Ukrainą i Rosją jest naturalną współpracą między krajami, które kiedyś żyły w tym samym państwie, a teraz w różnych, ale łączy je wspólny fundament rozwoju. Biorąc pod uwagę to, że Rosja dysponuje ogromnymi zasobami mineralnymi i surowcowymi – nadchodząca epoka będzie epoką rywalizacji o te zasoby. Wszystkie obecne konflikty, takie choćby jak wojna irańsko-amerykańska, to wojny o zasoby. Rosyjskie zasoby dobrze służyły Polsce i Ukrainie. Bo dostawy taniego rosyjskiego gazu i ropy rurociągami takimi, jak na przykład „Przyjaźń” pozwoliły Polsce znacząco się rozwinąć. Stabilne dostawy energii są fundamentem rozwoju każdej gospodarki. Dlatego zawsze uważałem, że utrzymanie przyjaznych relacji wymaga jasnego zidentyfikowania wszystkich dramatów, które wydarzyły się w naszej wspólnej historii, wygaszenia ich i pójścia naprzód. Na przykład, kiedy wspólnie organizowaliśmy Mistrzostwa Europy, Tusk i ja zaplanowaliśmy wiele wspólnych programów. W czym one przeszkadzały organizatorom przewrotu? Wszystkie te programy zostały porzucone.

Co więcej, uczynili oni z polskich rolników wrogą siłę polityczną względem rolników ukraińskich. Polska konsekwentnie sprzeciwiała się ukraińskiemu eksportowi rolnemu do Unii Europejskiej. Zamiast tego moglibyśmy się zgodzić na wspólne przedsięwzięcia, zwłaszcza że produkty rolne z Polski, Ukrainy i Rosji są szczególnie cenne. Dlatego kiedyś promowaliśmy ideę utworzenia unii zbożowej. Gdyby główne kraje produkujące zboże, zjednoczyły się, to przecież moglibyśmy dyktować ceny na rynku globalnym i generować zyski dla naszych krajów. Jednak te nieporozumienia – teraz to nie tylko nieporozumienia, ale wojna między Ukrainą a Rosją – komu one posłużyły? Posłużyły tym, którzy teraz stali się dominującymi graczami na tym rynku. W tej chwili obserwujemy spadek cen zbóż, bardzo znaczący.


Mogliśmy tego uniknąć, ale moglibyśmy też wskazać na inne programy współpracy, zwłaszcza w sektorze zaawansowanych technologii. Ukraina była kiedyś krajem wysoko rozwiniętym technologicznie, więc zawsze można było znaleźć obszary współpracy. Jaki jest więc skutek rusofobii, która obecnie szerzy się w Polsce? Oto kilka konkretnych danych. Myślę, że znacie je lepiej niż ja: Polska wydała już 65 miliardów dolarów na zakup uzbrojenia i planuje wydać 150 miliardów dolarów w najbliższej przyszłości. 215 miliardów dolarów wydano nie na rozwój gospodarki, podwyżki płac, emerytur, świadczeń socjalnych czy rozwój kultury i edukacji, ale na pociski i rakiety. Na co więc się szykujecie? Na wojnę? Wojna byłaby dla Polski zabójcza, bo z kim? Z Rosją? Rosja to mocarstwo nuklearne. Czy myślicie, że jeśli pojawi się zagrożenie dla Rosji, nie użyje ona broni jądrowej? Oczywiście, że użyje. W wyniku takiej wojny nic nie zostanie z Europy, a zwłaszcza z Polski.

Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że na przykład Szwecja, po 200 latach neutralności, przystąpiła do NATO. Byłem tam; to bogaty, zamożny kraj. Dlaczego, skoro nie znał wojny od czasów Napoleona – i dziesięć pokoleń żyło tam bez wojen – miałby teraz dołączyć do NATO i rozmieścić broń balistyczną, gwarantującą całkowitą zagładę w przypadku wojny nuklearnej? W głowie mi się to nie mieści, a jestem w polityce od dawna. Po prostu nie rozumiem takich antynarodowych, antyludowych decyzji. Dlatego moim zdaniem Polska również musi wprowadzić zmiany w polityce, które sprawią, że nie będzie wrogiem, a państwem przyjaznym, również dla Rosji.

Czy można było wtedy, w 2014 roku, uratować Ukrainę? Czy można było skutecznie przeciwstawić się tym siłom, które przygotowywały i z powodzeniem przeprowadziły zamach stanu?

– Moim zdaniem było konieczne. Byliśmy zobowiązani jako władze kraju, zgodnie z ukraińską konstytucją i ukraińskim ustawodawstwem, do podjęcia wszelkich środków w celu stłumienia i wyeliminowania źródeł tego zamachu. Po pierwsze, kwatera główna zamachu stanu znajdowała się w ambasadzie USA i wiedzieliśmy, że przywódcy Majdanu codziennie kontaktowali się z Departamentem Stanu i otrzymywali instrukcje. Ukrainę odwiedzali również senatorowie USA i zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland. Spotkałem się z nią. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdża zastępca sekretarza stanu i zaczyna dyktować premierowi, że musi mianować Jaceniuka wicepremierem albo jakiegoś tam Kliczkę. Wysłuchałem tego, zdziwiłem się i powiedziałem: „Wiktorio, czy ci się coś nie pomyliło? Co was obchodzi, kto będzie naszym wicepremierem w rządzie? Co was to obchodzi, że tak bezczelnie wtrącacie się w nasze sprawy?”.

Ambasador USA Pyatt zaczerwienił się po tym, co im powiedziałem. To była jawna, rażąca ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne. Tak jak i te telefony Bidena, wiceprezydenta do prezydenta Janukowycza: „Nawet nie myślcie o użyciu siły! Bo nałożymy na ciebie wszelkiego rodzaju sankcje, wydamy cię międzynarodowemu trybunałowi i tak dalej. Jeśli tylko użyjesz siły wobec pokojowych demonstrantów”. A jacy to byli pokojowi demonstranci? Przecież już doszło wtedy do zabójstw funkcjonariuszy organów ścigania i do zajmowania budynków rządowych.

Pokojowi demonstranci? Byliśmy wręcz obowiązani podjąć działania przeciwko temu zamachowi stanu. Albo na przykład poczynania waszego ministra Sikorskiego, który przekonał Janukowycza do przyjęcia propozycji zamachowców – przywódców Majdanu, i przeprowadzenia pokojowej transformacji. Na czym miałaby polegać ta pokojowa transformacja? Janukowycz zgodziłby się na przedterminowe wybory, wycofałby wojska wewnętrzne z Kijowa, a zamachowcy opuściliby zajęte budynki i place. Mieli się pokojowo rozejść. Kolejnym warunkiem była dymisja rządu, a więc i moja jako premiera. Zachodowi nie odpowiadała moja osoba. Janukowycz mnie zdymisjonował i zaufał tym gwarantom. Zaufał Sikorskiemu. Zaufał Steinmeierowi, czyli ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Niemiec. Podpisali porozumienie pokojowe, w którym zawarto punkty, o których wspomniałem. Janukowycz zastosował się do uzgodnień. Gdy tylko wojska wycofały się z centrum Kijowa, budynek rządu, budynek administracji prezydenckiej i parlament zostały zajęte. Natychmiast. Grupa zabójców wyruszyła, aby zlikwidować Janukowycza w jego rezydencji. Janukowycz wziął telefon, próbował dodzwonić się do Sikorskiego, do Steinmeiera, do Angeli Merkel. Nikt nie odbiera. Ile więc warte były te gwarancji Sikorskiego?

Od 2013 roku wielu obiecywało Ukrainie członkostwo w Unii Europejskiej. Jak Pan sądzi – czy jest ono prawdopodobne?

– To nie jest możliwe. Negocjacje w sprawie przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej rozpoczęły się już w 2008 roku. Wkrótce minie więc 20 lat od kiedy je podjęto. Zacząłem uczestniczyć w tych negocjacjach w 2010 roku, kiedy odziedziczyliśmy po poprzednim rządzie umowę stowarzyszeniową między Unią Europejską a Ukrainą. W jej ówczesnym kształcie była ona absolutnie niekorzystna dla Ukrainy. Zobowiązano nas do otwarcia naszego rynku na towary europejskie, co oznaczało wprowadzenie systemu wolnego handlu, zniesienie ceł itd. Ale podlegaliśmy pewnym ograniczeniom. Mogliśmy dostarczać na rynek unijny 20 000 ton zboża. A my produkowaliśmy około 40 milionów ton. To nasz główny produkt eksportowy. Po co nam więc taki rynek? Albo na przykład w kwestii mięs: 5000 ton, 10 000 ton. Kiedy to przeczytałem, powiedziałem moim negocjatorom, że to umowa nierównoprawna.

Drugim warunkiem, który został zachowany dla naszych towarów, było to, że musimy dostarczać towary zgodnie ze standardami i normami jakościowymi oraz przepisami technicznymi, ustanowionymi w Unii Europejskiej. Nie mamy żadnych przedsiębiorstw, z wyjątkiem przemysłu farmaceutycznego i mleczarskiego, które udało nam się dostosować do europejskich standardów. Wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa nadal działały według radzieckich norm GOST. To znaczy, że żaden z naszych produktów nie mógł formalnie wejść na rynek Unii Europejskiej właśnie z tych powodów. Żaden. Już wtedy mieliśmy deficyt handlowy z Unią Europejską. A po wejściu w życie tej umowy, deficyt znacznie by wzrósł. Dlatego właśnie, przygotowując umowę, prowadziliśmy uporczywe, długie negocjacje w tej sprawie. W trakcie tego procesu wielokrotnie poruszaliśmy kwestię przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. I nawet wtedy słyszeliśmy kategoryczne „nie” od ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej José Barroso i od absolutnie każdego przywódcy państw europejskich, z którym mieliśmy kontakt. Na przykład Angela Merkel, która powiedziała: „Musicie spełnić kryteria członkostwa w Unii Europejskiej w ciągu najbliższych 20 lat”. Kryteria kopenhaskie, których Ukraina nie spełnia. Ani wtedy, ani tym bardziej nie teraz.

Jednym z kryteriów kopenhaskich jest niezależność sądownictwa. O jakich niezawisłych sądach możemy teraz mówić na Ukrainie, skoro Zełenski dekretem zakazał prezesowi Sądu Konstytucyjnego wstępu do swojego biura, a potem go zwolnił? Potem zwolnił kilku sędziów Sądu Konstytucyjnego. Innymi słowy, zniósł Sąd Konstytucyjny. Wbrew ukraińskiej konstytucji. Pomimo ustawy o Sądzie Konstytucyjnym. Nie miał prawa tego zrobić, ale to zrobił. O jakim niezależnym sądownictwie możemy mówić, skoro prezes Sądu Najwyższego Ukrainy jest obecnie aresztowany, pod sfabrykowanym zarzutem korupcji?

Zełenski dekretuje zniesienie sądów, bo ich nie lubi, więc po prostu je znosi. O jakim niezależnym sądownictwie możemy w ogóle mówić? W kraju jest ponad 20 000 więźniów politycznych. Wszystkie opozycyjne partie polityczne zostały zlikwidowane. Zostały zlikwidowane wszystkie opozycyjne media. Jest tylko jeden kanał. Nazywa się maraton. Maraton telewizyjny. Weźmy kwestie społeczne. Ukraina jest najbiedniejszym krajem w Europie, a nawet na świecie. Ma najniższą średnią długość życia i najwyższą śmiertelność. Wskaźnik śmiertelności przekracza 570 000, nie licząc strat militarnych. A wskaźnik urodzeń spadł do 150 000. Innymi słowy, Ukraina jest fizycznie przez ten reżim niszczona. Jak wypadamy na tle Unii Europejskiej? Te Macrony, Merze i inni wiedzą o tym wszystkim. Ale są hipokrytami i oszukują naród ukraiński co do jego ewentualnego przyszłego przystąpienia do Unii Europejskiej. Moja polityka, gdy byłem premierem, była taka: powiedziałem, że musimy sami budować Europę u siebie. To znaczy, ustanowić standardy, które pokażą, że Ukraina będzie godnym członkiem Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)
https://myslpolska.info/

B. premier Ukrainy: Wojna byłaby dla Was zabójcza

https://www.youtube.com/watch?v=znAplb7CCco
  

Boga nie ma, jest życie?

 To, do czego doszedłem, mogę streścić w kilku akapitach. Może się to wydać nie całkiem odkrywcze i wcale nie tak pasjonujące. Włożyłem w to jednak wiele miesięcy intensywnej pracy. Przeczytać łatwo. Co innego przedzierać się do takich wniosków z pozycji zgoła odmiennych. Przetrawić je i wchłonąć.


Po pierwsze. Porzuciłem wiarę w indywidualną nieśmiertelność duszy. Zrozumiałem jej absurd. I co ciekawe, nauczył mnie tego Platon. Ten sam, na którym zachodnia metafizyka buduje wizje zaświatów i życia wiecznego. Gdy rozważałem kolejne zapisane w Fedonie argumenty za nieśmiertelnością duszy, niezmiennie dochodziłem do wniosku, że Platon nie udowadnia wiecznego trwania indywidualnej formy człowieka. Udowadnia nieśmiertelność nieosobowego życia, które tworzy nas, ale nie jest nami w naszej jednostkowej postaci. Dusza może być nieśmiertelna tylko jako coś ogólnego w nas, co nas ożywia, ale nie jest nami. To żadna pociecha dla tych, którzy po chrześcijańsku liczą na indywidualne życie po życiu.

[No tu się akurat nie rozczarują. VB]

Po drugie. Odkryłem w ten sposób starogrecką zoe. To, co w nas ogólne, jest niczym innym niż nieśmiertelnym nurtem życia, ponadindywidualnym i wszechogarniającym. Jesteśmy jego śmiertelną cząstką, ulotnym kształtem. Platon, klasyczny Grek, z pozoru już odległy od takiego myślenia, okazał się nim przeniknięty do szpiku kości. Archaiczność żyła w nim, tak samo jak odrodziła się po wiekach w Nietzschem.

Nietzsche miał swoją pustelnię niedaleko miejsca, w którym byłem. W nieco bardziej oddalonej niż Davos, ale wciąż bliskiej Sils Maria. Pielgrzymowałem tam kilkakrotnie, szukając skały wiecznego powrotu. To pod nią doznałem iluminacji i filozoficznego wtajemniczenia w sekret greckiego życia. Pamiętam, że gdy dotarłem do niej, wbitej w brzeg jeziora jak meteoryt, obok bawił się chłopiec. Stawiał z zapamiętaniem babki z piasku. Wieczny powrót i heraklitejskie dziecko – ukazała się mi w nich zoe, tryskająca radością, igrająca, tworząca swoim igraniem świat, nieśmiertelna, tańcząca.

Po trzecie. Zrozumiałem, dlaczego tracimy dostęp do zoe. Powodem jest paniczny i nieokiełznany lęk przed śmiercią, który staje się taki, odkąd człowiek żyje skupiony na sobie i swoim ego, na utrwalaniu siebie, odrębności swojego istnienia. Śmierć to więc największy absurd i niemożliwa do zaakceptowania katastrofa. Nonsens, skandal i trauma. Lęk przed śmiercią staje się czymś bezmiernym, otchłannym, obsesyjnym. Ludzie zawsze bali się i zawsze będą bać się śmierci. Kto jednak pozostaje w kontakcie z zoe, ten może swój lęk w czymś osadzić. W pewien sposób go zrównoważyć i rozładować. Tymczasem nieokiełznany i paniczny – alienuje nas i przemienia w monstra i bestie. Jego rewersem jest bowiem żarłoczność i bezmierna żądza, by żyć w nieskończoność, mając nieskończoną rozkosz, potęgę, bogactwo, znaczenie. Jest na to, zdaniem Platona, tylko jedno skuteczne lekarstwo: melete thanatou, ćwiczenie się w śmierci. Filozoficzne myślenie o życiu, śmierci i ich nieuchronnym splocie pozwala przywrócić człowiekowi jego miarę. Porzucić perwersyjne pragnienie nieskończonego trwania i nieokiełznany lęk przed nieistnieniem.

*
Nietzsche przestrzegał przed zerkaniem w otchłań. Gdy spojrzysz w nią, uważaj, bo ona może spojrzeć na ciebie. Ja byłem zdecydowany, żeby w nią patrzeć. Żeby zstąpić w jej przepaść. Pierwszy raz poczułem wtedy, jak otchłanna jest droga filozofii, przebijająca się do wypartej i nieosiągalnej na co dzień prawdy o życiu. Chciałem zstępować, czując, że ryzykuję, ale inaczej nie mogę i nie chcę. Czułem, że w tej otchłani życia rozkosz i radość pomieszane są z pracierpieniem. Każdy filozof musi powtórzyć wewnętrznie gest Empedoklesa, o którym krążą legendy, że zakończył życie, rzucając się w płonący krater Etny. Każdy filozof musi zatracić się w otchłani życia. Bez tego żaden z niego filozof.
*
Dotykanie kresu
„Inny początek” to kategoria, której Heidegger używa obficie w Przyczynkach do filozofii. Ten chyba najbardziej tajemniczy, owiany legendą tekst niemieckiego filozofa powstał na początku lat trzydziestych. Jest zapisem niespiesznej, mozolnej medytacji, skrajnie natężonego myślenia. Przyczynki powstały w momencie dla Heideggera krytycznym. Splamił się czynnym zaangażowaniem w narodowy socjalizm. Przyjął stanowisko rektora Uniwersytetu we Fryburgu, aby zreformować go w narodowosocjalistycznym duchu. Nie wiem, czy była to kwestia złej woli, czy raczej powszechnego entuzjazmu, któremu uległ. Tak czy inaczej, nie świadczy to dobrze o filozofie, już wówczas uważanym za jednego z największych myślicieli współczesnego świata. Bo jeśli nie zła wola, nie ideologiczne zaślepienie, to z pewnością wielka naiwność i wielki błąd. Nie tylko błąd moralny, lecz także błąd w myśleniu. A to chyba najtrudniej wybaczyć filozofowi. Heidegger był przekonany, że nazizm jest szansą dla świata. Jak to wytłumaczyć? Nawet jeśli wiemy, że działo się to na początku lat trzydziestych, gdy zbrodnicze zamiary narodowosocjalistycznej zmiany nie ujawniły się w pełni, zaślepienie i błąd Heideggera porażają. Po części tłumaczy go megalomania. Chciał wierzyć, że na dłuższą metę to nie on – filozof – będzie szedł za Führerem, że role z czasem się odwrócą. Że ten ostatni posłucha filozofa. Naiwne, ale też straszne. Bo będąc rektorem, Heidegger robił rzeczy niegodne.
Po tym gwałtownym wzmożeniu dość szybko jednak ochłonął. A raczej – tak myślę – w panice uzmysłowił sobie swoją pomyłkę i to, że kryje się za nią jakieś straszliwe zbłądzenie. Całkowite pogubienie w myśleniu. Zrezygnował więc z funkcji rektora i wycofał się do leśnej pustelni. Do słynnej Hütte – chaty, którą jego żona kupiła w pobliskich górach Schwarzwaldu we wsi o poetyckiej nazwie Todtnauberg. Zaszyty tam, prowadził swoje skrajnie natężone medytacje. Ich owocem są między innymi Przyczynki, które uważał za swoje najważniejsze dzieło. Uznawał, że na jego przyjęcie świat będzie gotowy dopiero po śmierci autora. I to nie od razu, ale wtedy, gdy ukażą się inne jego niepublikowane teksty. Wszystko, co napisał po Przyczynkach, traktował jako prolegomena – wprowadzenie do tego najważniejszego dzieła.
*
Można uznać Przyczynki za filozoficzny poemat pisany dziwną, hermetyczną ni to poezją, ni to prozą. Jego tematem jest „inny początek” i zapowiadający go rozkład świata. Rozkład jest wszechogarniający. Jego źródła tkwią w starożytności, a współczesna cywilizacja stanowi jego zwieńczenie. Wszystko zaczyna się w Grecji wraz z pierwszymi filozofami: Anaksymandrem, Heraklitem, Parmenidesem. W ich myśleniu wyraża się „prawda Bycia”. A znaczy to tyle, że jest ono zapisem żywego, bezpośredniego doświadczenia JEST. Od tego czasu z każdym wiekiem doświadczenie to staje się coraz mniej dostępne, coraz bardziej zanieczyszczone i przesłonięte. Tak dalece, że stopniowo tracimy dostęp do niego. Osuwamy się w całkowite jego zapomnienie.

„Zapomnienie Bycia” – oto nasza codzienność. Myślenie wpada w schematy i koleiny „bytu”. Zamiast być namysłem nad JEST, służy już tylko orientacji w praktycznym świecie. Staje się wyłącznie sprawnością w żonglowaniu otaczającymi nas rzeczami i przedmiotami, zarządzaniem ich masą dla dobra własnego, tak indywidualnego, jak zbiorowego. Myślenie zostaje w ten sposób podporządkowane woli, czyli pragnieniu człowieka i jego działaniu. Bycie już się nie przebija. Nawet nie prześwituje. A w konsekwencji człowiek alienuje się i stopniowo traci autonomię i podmiotowość.

Ten proces postępuje. Miejsce doświadczenia JEST zajmuje w chrześcijaństwie metafizyczna wizja Boga i wiara w niego. Bóg jako boski absolut wyjaśnia, skąd się wziął świat, i otwiera go przed człowiekiem jako przestrzeń swobodnej eksploatacji. Rzeczy nas otaczających nie naznacza już niesamowitość. Nie są już – tak jak dla Heraklita czy Anaksymandra – znakami, za pomocą których zagaduje nas JEST. Jawią się jako stworzone przez Boga odrębne istoty, gotowe na nasze użycie i wykorzystanie. Zgodnie z zachętą zapisaną w Biblii czyniące sobie Ziemię poddaną. Widzi się odtąd w rzeczach przede wszystkim przedmioty do opanowania i wykorzystania, wobec których człowiek jako rzekomy „pan stworzenia” pozostaje w pozycji uprzywilejowanej. Jest podmiotem, który stoi naprzeciw nich, poznaje je, podporządkowuje sobie, rozporządza nimi, sortuje je i eksploatuje.

Perspektywa ta, możliwa dzięki pojawieniu się metafizycznej idei Boga, rozpościera się w pełni w świecie nowożytnym, w którym chrześcijaństwo traci pozycję kulturowego hegemona. Ludzki podmiot stopniowo wysuwa się na pierwszy plan. Bóg, który otworzył przed nim drogę, przestaje być potrzebny. Okazuje się złowróżbnym obiektem przejściowym, który umożliwił taki spektakularny awans człowieka. Gdy to się dokonało, Bóg zostaje symbolicznie uśmiercony. Wraz z tą – opisaną przez Nietzschego – „śmiercią Boga” zaczyna rozwijać się systematyczna pacyfikacja i eksploatacja pozaludzkiego świata na niespotykaną dotąd skalę. Napędza ją nauka podporządkowana rozwojowi techniki.

Ale i na tym nie koniec tych tragicznych perypetii dziejowych. Ten sam mechanizm, który najpierw ustanowił, a następnie unicestwił władztwo idei Boga, ostatecznie również człowieka pozbawia podmiotowego statusu. Dzieje się to za sprawą autonomizacji techniki, która – jak się okazuje – tylko przejściowo była narzędziem w rękach człowieka. W nowoczesnym świecie postępu jej służebność staje się coraz bardziej wirtualna, by wreszcie okazać się swoim przeciwieństwem. Pozorna służebność techniki jest więc sposobem jej dominacji. Niepostrzeżenie, ale z biegiem czasu coraz wyraźniej, dokonuje się dziwne odwrócenie. Człowiek traci pozycję podmiotu, a zajmuje go sama technika, której rozwój, jak się teraz okazuje, jest autoteliczny. Nastaje epoka techniki. Świat jest odtąd areną wielkiej technicznej machinacji, która do niczego poza sobą samą już nie prowadzi i nie odnosi. Nie służy już nawet człowiekowi. Przeciwnie, i on zostaje poddany owej machinacji. Jest eksploatowany na równi z całą przyrodą i jej zasobami. Dzieje się to na tysiące, dziesiątki i setki tysięcy sposobów.

Świat człowieka zostaje poddany technicznemu procesowi „zarządzania zasobami ludzkimi” (aż trudno wierzyć, że takie dehumanizujące określenie nie tylko pozostaje w użyciu, lecz także stało się jedną z naczelnych kategorii nauk o zarządzaniu). Heidegger w jednym z tekstów pisanych po wojnie wyciągnął z tego wniosek, który oburzył i wciąż oburza wielu komentatorów. Obóz koncentracyjny – twierdził – niewiele różni się od nowoczesnego gospodarstwa rolnego. I tu, i tu w analogicznych procesach technologicznych przetwarzane są naturalne zasoby.
Można oczywiście argumentować, że taka perspektywa naznaczona jest uprzedzeniem i nie uwzględnia ewidentnych zdobyczy postępu technicznego. Spójrzmy jednak na to, jak jesteśmy uzależnieni i eksploatowani. Jak smartfony, ich aplikacje, internet i jego platformy, jego social media i algorytmy inwigilują nas, przetwarzają, manipulują nami, odzierają nas z czasu, wysysają z energii, jak formatują i odbierają oryginalność naszej wyobraźni, jak pozbawiają nas możliwości skupienia uwagi i zdolności myślenia.
*
Heidegger widzi w nazizmie integralny element tego procesu. Jest to jeden ze sposobów pełnego, drastycznego urzeczywistniania się hegemonii bezdusznego technologicznego mechanizmu, który nie liczy się nie tylko ze światem, lecz także z człowiekiem i jego życiem. Jednak klęska nazizmu wcale tego mechanizmu nie zatrzymuje. Zdaniem Heideggera jego integralną częścią są liberalna demokracja proceduralna, uniwersalizujący się po wojnie amerykański styl życia i oparta na ekspansji kapitalizmu globalizacja. Być może właśnie dlatego Heidegger nigdy nie pokajał się i nie wytłumaczył ze swojego narodowosocjalistycznego uwikłania. Być może nie był to tylko upór narcyza pozbawionego samokrytycyzmu i zdolności przyznania się do błędu.

Stworzona przez Heideggera wizja dziejowych przemian świata jest porażająca. Oglądając jego oczami epokę techniki, dotykamy kresu, który jest zwieńczeniem procesu zapomnienia JEST. Oto świat ostatecznej bezduszności, której poddani są dzisiaj wszyscy. Człowiek jest już tylko zasobem, choć wydaje się mu, że jest panem siebie, swojego samorozwoju, swojej kariery, swoich licznych pasji, swojej etyczności i praworządności. Czy może dziwić, że w takiej sytuacji ludzie zwracają się w stronę duchowości? Bezduszność i duchowość to przecież zwalczające się przeciwieństwa, a zarazem duchowość to alternatywa dla bezduszności.

Niestety, w epoce techniki nawet zwrot ku duchowości może się okazać elementem mechanizmu machinacji i eksploatacji. Nasze duchowe potrzeby są kolejnym zasobem do potencjalnego spacyfikowania i wyzyskania. Czy da się tego uniknąć? Czy autentyczna duchowość jest jeszcze możliwa? Czy możliwe jest przełamanie bezduszności, na którą skazuje nas techniczny świat zapomnienia Bycia? Refleksja Heideggera na temat „innego początku” może być cenną podpowiedzią. Możliwość „innego początku”, w którym myślenie i doświadczenie Bycia zacznie się od nowa, wymaga tego, żeby najpierw doświadczyć w pełni epoki techniki, poznać jej bezduszne oblicze, które Heidegger nazywa „wielką biedą”. Trzeba zobaczyć swoje uwikłanie i stracić ostatnie złudzenia. Przestać z uporem czepiać się myśli o ratunku dla świata i odrodzeniu człowieczeństwa. Dopiero wtedy możliwy będzie „skok”.

Skoczyć w „inny początek” to odzyskać ten jeden początek, który był udziałem greckiego myślenia. To znowu myśleć i doświadczać JEST. Taki „skok” przekracza jednak nasze możliwości. Na razie epoka techniki niepodzielnie nami włada. Możemy najwyżej podejmować próby. „Gotować się do skoku” przez wsłuchiwanie się w rozbrzmiewającą dziś „wielką biedę”. Możliwa jest dziś tylko taka namiastka duchowości. Mieć świadomość końca i kresu. Zdawać sobie sprawę z jego nieuchronności. Osadzanie się w takiej świadomości, próba wytrwania w niej – takie ćwiczenie duchowe Heidegger przeprowadza w swojej leśnej chacie i rekomenduje je nam w Przyczynkach. „Skok”, jeśli się dokona, będzie prawdziwym wydarzeniem. Będzie przejęciem przez „inny początek”. Będzie tym momentem, kiedy doświadczenie JEST na nowo samo nas porwie i napełni. Wydarzy się jego kairos. Otworzy się prawdziwa duchowość.

Piotr Augustyniak
Boga nie ma, jest życie

Gdzie indziej pan Augustyniak (były jezuita ) pisze:

Duchowość niewierzącego

Nie wierzę w Boga. Myślę, że Bóg, w którego trzeba wierzyć, z pewnością nie jest Bogiem. Jest czymś, w co trzeba wierzyć. „Trzeba w coś wierzyć”, „trudno nie wierzyć w nic”. Ludziom jest trudno, ludzie potrzebują wiary. I w coś sobie wierzą. Sobie.
*
Zadziwiająca naiwność jak na filozofa. Wydaje się, że wpierw autor jasno zdefiniował sobie czym jest Bóg ( co pachnie grzechem pychy) następnie oznajmił, że w takiego Boga nie wierzy. Poza tym autorowi wydaje się, że jest na uprzywilejowanej pozycji w porównaniu z tymi, którzy w Boga wierzą, podczas gdy tak naprawdę autor po prostu wierzy jak i inni, mianowicie wierzy, że Boga nie ma.

I teraz dotykamy ważnej kwestii, o ile skoro rzeczywiście tak nie wiele wiemy, i wiara w coś jest nieusuwalnym elementem ludzkiej egzystencji, zarówno głupcy jak i mądrzy w coś sobie wierzą, różnica pomiędzy nimi polega na tym, że mądrzy wierzą w to co faktycznie jest rzeczywiste, choć poza możliwością weryfikacji (w ich obecnym stanie).

Słowo "Bóg" może oznaczać wiele rzeczy, trudno mi powiedzieć co oznacza ono dla autora, ale może ono oznaczać po prostu Prawo Moralne które obowiązuje. Prawo Moralne, które sprawia, że ci co kłamią, oszukują itp spotkają się z bólem po śmierci ciała, jaki i to, że naprawdę warto być dobrym człowiekiem, i że bycie którym zostanie odpowiednio "nagrodzone" po śmierci ciała.

Czy pan Augustyniak w takie prawo moralne nie wierzy? No cóż, jeżeli tak, to zgodnie z Nauką Buddy, ma on błędny pogląd. Innymi słowy wierzę, że się myli.😉

Nie żebym naprawdę to wiedział. Skoro tylko w to wierzę, może faktycznie autor ma rację. Pożyjemy, umrzemy i zobaczymy 😉.

sobota, 1 sierpnia 2026

Opowieść o Kotowskim, generale anarchiście

 Laseczka emira

To będzie opowieść o Kotowskim, generale anarchiście, i o jego stenografie. A także o przemycie i zmyśle inscenizacji.

W roku 1923 młody stenograf otrzymał w Kijowie zlecenie: ma spisać opowieści kawalerzystów Kotowskiego, na ich podstawie opracowana zostanie historia korpusu. Newerly wyjaśnia, że podjął się tego zadania, bo chciał poznać barwną postać, jaką był Grigorij Kotowski. Po pewnym czasie miał już sporo zebranych relacji, które po przepisaniu na maszynie przedstawił Kotowskiemu. 

Dowódca „był inicjatorem zebrania tych materiałów, które zamierzał następnie opublikować”. Sam wszakże „wyłączył się z grona narratorów księgi pamiątkowej i opowiadać nie chciał”. 

Co było dalej? „Późną jesienią, gdzieś chyba w listopadzie, skończywszy dyktowanie maszynistce, doręczyłem Kotowskiemu cały materiał w stanie surowym. Wybrać do druku, ułożyć i odredagować miał kto inny”. Do wydania księgi jednak, przynajmniej do czasu ucieczki stenografa do Polski (jesień 1924), nie doszło. Newerlemu udało się w jakiś sposób przemycić zebrane materiały i – jak twierdzi – spisał je „wkrótce potem”, w roku 1925. Pisarz wplótł w Zostało z uczty bogów cztery fragmenty opowieści o Kotowskim. Najpierw cytuje trzy notatki, z których każda ma osobny tytuł: Komsek Johannes der Dritte (Iwanow Trzeci), scena na placu; Spotkanie przy mogile; Papierośnica. 

Pierwsza jest obserwacją językową, opowiada o komisarzu brygady Kotowskiego, który wierzy w rychłą wojnę z „białogermańcem”, więc uczy się niemieckiego z „samouczka Olendorfa” i oto beszta swego podwładnego w tym języku: „zdania prawidłowe, tylko tak wymawiane, jakby były czytane z tekstu pisanego rosyjskimi literami”. Druga to scenka przepełniona antycznym czy biblijnym patosem: dowódca oddziału egzekucyjnego wojsk Kotowskiego rozpoznaje wśród przeznaczonych na rozstrzelanie Ukraińców rodzonego brata; staje obok, obejmuje go i wydaje rozkaz: „Pal!”. Kotowski interweniuje i ratuje obu braciom życie. I wreszcie, tak dla Newerlego charakterystyczna, opowieść o przedmiocie, który odgrywa szczególną rolę w życiu ludzi. W czasie wojny domowej towarzysz S. darował podpułkownikowi „białych” życie, rabując mu w zamian srebrną grawerowaną papierośnicę. Po zakończeniu wojny domowej miał coś do załatwienia w Charkowie, a tam naczelnikiem wydziału był ów ocalony podpułkownik, który od razu zapytał o papierośnicę. Odzyskał ją, a w zamian towarzysz S. ocalił „reputację ideowego komunisty”, który przecież nie plami się rabunkiem. Później obaj odnaleźli się w tym samym oddziale i zaprzyjaźnili.

Prócz tych notatek jest jeszcze w Zostało z uczty bogów jedna, dłuższa, przytoczona nie dosłownie, tylko włożona w usta jednego z „kotowców”: „Kostik opowiadał, był solistą, inni swą milczącą obecnością potwierdzali prawdę jego słów, dopowiadając z rzadka jakimś przypomnieniem lub uzupełnieniem, można to opuścić dla klarowności opowieści, którą – zaglądając do notatek z 1925 roku – tak bym odtworzył [...]”. I tu toczy się opowieść.

Kotowski pojawia się także w opowiadaniu Żejma, w którym Newerly opisuje, jak w latach trzydziestych popłynął kajakiem pod samą granicę polsko-litewską, żeby obejrzeć prywatne muzeum osobliwości i porozmawiać z jego twórcą, niejakim Żejmą. Człowiek ten zgadza się opowiedzieć o swoim życiu w zamian za inną ciekawą opowieść. Długo się targują o temat, wreszcie ustalają, że Newerly opowie „o jednym takim skazańcu, co wymienił na licytacji swe kajdany na worek złota i został generałem kawalerii”. Newerly znał go osobiście. Po czym poznajemy ze szczegółami opowieść Żejmy i dowiadujemy się, że następnego dnia doszło do uregulowania długu „opowieścią o Kotowskim, dowódcy korpusu kawalerii z siedzibą w Winnicy”. I koniec, więcej o Kotowskim ani słowa.

A szkoda, bo historia o licytacji ładna. Opowiem ją za Newerlego. Tytuł niech będzie: 

Kajdany na aukcji

Kiedy w Odessie szalała rewolucja, Kotowski na jej scenę wyszedł z więzienia, ale nie zwyczajnie. Wyszedł w kajdanach i od razu pierwszego wieczora pojechał do teatru operowego, gdzie szedł spektakl Carmen.Na scenie śpiewał duet Don Jose – Carmen, ale po publiczności, zajętej przedstawieniem, przebiegł lekki szmer. Artyści od razu zauważyli ten rozłam między nimi a publicznością, szeptanie, w końcu zgiełk głosów. A po sali już jawnie niósł się szum i gwar: „Kotowski... Kotowski... Kotowski...”.

Otwarłszy na oścież drzwi pomiędzy oszołomionymi bileterami, wszedł na widownię on sam, bohater tysiąca i jednej nocy, wiele razy ranny, zabójca wielu ludzi, Grigorij Kotowski w brzęczących kajdanach na przegubach. 

Kotowski z kajdanami na rękach usiadł w pierwszym rzędzie. Pewna dama, którą kiedyś obrabował, osunęła się zemdlona. Kotowski ocucił ją z właściwą sobie galanterią. Świetnie rozumiał, że rzeczywiście mogło to być „silne przeżycie”. A w antrakcie, z kajdanami na przegubach, udał się do foyer.

Tam, otoczony tłumem, wdrapał się na coś, co miało mu posłużyć za trybunę. I wygłosił mowę o wolności, o Rosji, o sobie, Grigoriju Kotowskim. Słuchacze byli wstrząśnięci. A kiedy na zakończenie Kotowski zawołał potężnym basem, dominując nad szumem sali, że oto sprzedaje swoje kajdany na rzecz rodzącej się rosyjskiej wolności, słowa jego zagłuszył wybuch entuzjazmu. Kajdany – jedyną ruchomość w dobytku Kotowskiego – w ciągu dziesięciu minut kupił za dziesięć tysięcy rubli jakiś burżuj, który zakochał się w rewolucji. Kotowski później sam zapisał tak: „Miodowy miesiąc rewolucji lutowej. Nawet burżuazja kupuje moje kajdany”.

Czy Newerly użył tych akurat słów – tego w tej chwili nie wiem, wiem jednak, że opowiedział tę właśnie historię. Sam zaczerpnąłem ją z rozdziału zatytułowanego właśnie: Kandały s aukcjona, a pochodzącego z broszury Kotovskij. Anarchist-marszał rosyjskiego pisarza emigracyjnego Romana Gula.40 Czytając tę broszurę, miałem raz po raz nieodparte wrażenie, że czytam rosyjski przekład tekstu Newerlego. Tajemnicza to sprawa, spróbujemy ją rozwikłać.

Gul barwnie przedstawia biografię Grigorija Kotowskiego, syna ziemianina inżyniera, który urodził się w roku 1887 w miasteczku Hînceşti (potem do 1990 roku Kotowskoje bądź Kotovsk) w Besarabii, w wieku dwóch lat stracił matkę, a kiedy miał lat szesnaście – ojca. „Sport uczynił z Kotowskiego siłacza, a czytanie awanturniczych powieści i porywających dramatów wprowadziło jego życie na fantastyczną ścieżkę”.

Młody sierota znalazł pracę w dobrach besarabskiego księcia Cantacusino. Jednak przez nieostrożność zakochał się, z wzajemnością, w córce księcia; porywczy książę zamachnął się na młodzieńca harapem, ten zaś, niewiele myśląc, uderzył swego pana. Za karę został związany, pobity przez służbę i wywieziony w step. Tak, w sposób bardzo przypominający opisaną przez Jana Chryzostoma Paska przygodę młodego Iwana Mazepy, zaczęła się jego kariera rozbójnika.

„Zaiste, niezwykła odwaga, śmiałość i rozbójnicza chwackość stworzyły wokół Kotowskiego legendę. W ten sposób w roku 1904 w Besarabii wskrzesił on Schillerowskiego Karola Moora i Puszkinowskiego Dubrowskiego. Nie był to zwykły rozbój z grabieżą, tylko właśnie Karol Moor. Nie na darmo wrażliwy, jąkający się chłopiec zaczytywał się w fantastycznych powieściach i dramatach”. 

Kolejne ucieczki Kotowskiego z więzień porównywane są z kolei do epizodów z powieści Conan Doyle’a. Zaś pod koniec życia Kotowski, zasypiając nad lekturą Historii WKP(b), sięgał po Tarzana i mawiał ze śmiechem: „Wiecie, Tarzan po Historii WKP(b) smakuje jak szampan po rycynie”.

Kotowski jest też „czarusiem” (szarmior). Oto pod Kiszyniowem spłonęła wioska. Kilka dni później w domu nieobecnego akurat lichwiarza zjawia się elegancki młody człowiek o nienagannych manierach i bawi jego córkę dowcipną rozmową. Gdy powróci lichwiarz, przybysz przedstawi się jako Kotowski i zażąda tysiąca rubli na pogorzelców. Przed odjazdem zdąży jeszcze wpisać się do leżącego w salonie albumu: „I córka, i ojciec sprawili bardzo miłe wrażenie. Kotowski”.

„Kotowski namiętnie kochał życie – kobiety, muzykę, sport, kłusaki. Sam często mieszkał w lesie, w zimnie, pod strugami deszczu. Ale kiedy incognito pojawiał się w mieście, to zawsze w roli bogatego, elegancko ubranego pana i prowadził życie na szerokiej stopie, po pańsku, jak lubił”. 

Podczas jednej z takich wypraw do Kiszyniowa Kotowski, udając obywatela ziemskiego z Chersonia, zatrzymał się w najlepszym hotelu, zaprzyjaźnił z miejscową elitą i uzyskał zaproszenie na przyjęcie do magnata D. Semigradowa (Siedmiogrodzkiego). Rozmowa zeszła na Kotowskiego. Semigradow chwalił się, że ma na tego łotra zawsze w pogotowiu specjalny naładowany browning.

Tej samej nocy, kiedy goście się rozjechali, na mieszkanie Semigradowa napadli kotowcy, bezszelestnie dostali się do wnętrza, strasznie się obłowili, wywieźli drogi perski dywan, wzięli nawet srebrną laseczkę ze złotą główką – „podarek emira bucharskiego dla gospodarza”. A na naładowanym browningu, w pokoju śpiącego gospodarza, Kotowski zostawił notatkę: „Nie chwal się, idąc do boju, chwal się, wracając z boju”.

Na wiadomość o laseczce emira bucharskiego w głowie czytelnika Newerlego zapala się czerwone światełko. Przecież taka sama laseczka występowała we wspomnianym opowiadaniu Żejma! A konkretnie był to jeden z najważniejszych przedmiotów w prywatnej kolekcji osobliwości tytułowego bohatera:

Spostrzegam w kącie przedziwną laseczkę. 

– Można obejrzeć?

– Ma się rozumieć. Podarek emira z Samarkandy. 

Oglądam inkrustacje ze srebra i jakiejś kolorowej masy na toczonym pręcie, rzeźbioną główkę z kości słoniowej. 

Przedziwna laseczka jest wstępem do opowieści Żejmy o tym, jak to po rewolucji lutowej z kolegą, terminatorem zakładu fotograficznego, puścił się w świat z latarnią magiczną, prototypem kinematografu („jak się kręciło korbką, to snop światła rzucał na płótno ruchome obrazki – pies merdał ogonem, ludzie chodzili, konie pędziły, nawet latały ptaki pod chmurami i tym podobne cudeńka widziało się zupełnie wyraźnie na płótnie”), a w Samarkandzie sam emir Buchary zapragnął pokazać to widowisko swojemu haremowi: „Co to, panie, on tych żon miał, nie zliczyć. O, to po nim laseczka...”.

Oczywiście, mogło być takich laseczek więcej, być może któryś emir Buchary lubował się w ich rozdawaniu. Bardziej jednak prawdopodobne jest, że między oboma tekstami, Gula i Newerlego, istnieje zależność. Tylko w którą stronę? 

W biografii Romana Gula (1896–1986) i autora Zostało z uczty bogów pojawiają się te same miejsca. Gul przyszedł na świat w Kijowie, ale dzieciństwo spędził w Penzie, gdzie ukończył męskie gimnazjum – podobnie jak Newerly parę lat po nim. Gul zaczął studia w Moskwie, ale został powołany do wojska. Dostał się do niewoli niemieckiej i w roku 1919 trafił do Niemiec. (Jego matka, podobnie jak Newerly, wydostała się z Rosji przez zieloną granicę: pieszo przewędrowała z Kijowa do Warszawy.) Po przejściu przez kilka obozów dla internowanych Gul osiadł w Berlinie jako emigrant. Zaczął pisać. Dużym powodzeniem cieszyła się jego książka o Borisie Sawinkowie, przetłumaczona na kilka języków. Z powodu podtytułu niemieckiego wydania tej książki (Roman eines Terroristen) Gul został w roku 1933 (na parę lat przed Newerlym) więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego. Pobyt w obozie opisał w książce Oranienburg. Jeszcze w tym samym roku został zwolniony z obozu i wyjechał do Francji. Po wojnie wyemigrował do Ameryki.

Teoretycznie rzecz biorąc, Gul mógł mieć dostęp do stenogramów Newerlego o Kotowskim i jego konnicy, być może historia brygady została nawet w Kijowie wydana. Możliwe też jest inne rozwiązanie: że Newerly czytał jego opowieść o Kotowskim i stamtąd zaczerpnął motyw laseczki emira bucharskiego i inne szczegóły. Nowojorskie wydanie broszury, z którego korzystałem, jest bowiem fototypicznym przedrukiem części książki Gula Krasnyje marszały (Berlin 1932), zachowano nawet oryginalną paginację. Tytuł znaczy: Czerwoni marszałkowie. A polski przekład wyszedł dwa lata później nakładem Towarzystwa Wydawniczego „Rój” pod tytułem Czerwoni dowódcy. Woroszyłow, Budiennyj, Blücher, Kotowskij.

Archiwa Romana Gula są obecnie przechowywane w Beinecke Library w Yale. Można w nich znaleźć listy pisarzy polskich: Józefa i Marii Czapskich, Józefa Mackiewicza, Michała Pawlikowskiego, Karola Wędziagolskiego, a także zdjęcia Józefa Wittlina.41Syn Kotowskiego, też Grigorij, po wojnie znany indolog, udzielił w roku 2001 obszernego wywiadu, w którym mówił o swoim ojcu. Oraz o przedmiotach: opowiadał o srebrnej zastawie z monogramem B, którą zrabowano w białocerkiewskich dobrach Branickich, a którą jego rodzice widzieli potem w domu innego dowódcy z czasu wojny domowej, Jony Jakira. I o przypuszczalnych przyczynach śmierci swego ojca: 

W roku 1936 matce dano do zrozumienia, że zabójstwo ojca było polityczne. Oznajmił jej o tym sam marszałek Tuchaczewski. Podczas przyjęcia ku czci uczestniczek zjazdu – żon dowódców Armii Czerwonej – podszedł do niej i, uporczywie patrząc w oczy, powiedział, że w Warszawie wyszła książka, której autor utrzymuje, iż Kotowskiego zabiła władza radziecka. Rzeczywiście, w roku 1969 znalazłem tę książkę w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, w samej rzeczy twierdzi się w niej, że Kotowskiego zabiła władza radziecka, ponieważ był człowiekiem otwartym i niezależnym, a dysponując olbrzymią popularnością w narodzie, mógł pociągnąć za sobą nie tylko oddziały wojskowe, ale i masy ludności Prawobrzeżnej Ukrainy.42

Wróćmy do opowiadania Newerlego Żejma. Nazwisko Kotowskiego pojawia się w nim tylko raz. Newerly lubił jednak budować swoje teksty literackie jak szkatułka w szkatułce, łącząc pokrewne motywy, które pośrednio wskazują na ukryty, istotny temat. Tak samo dzieje się chyba i tutaj. Niby akcja toczy się na pograniczu polsko-litewskim, ale raz po raz pojawiają się realia ukraińskie. Do narratora przyplątuje się, zainteresowany odkupieniem kajaka, jakiś namolny facet: „Oglądał składak ze wszystkich stron, takiej krypoczki, mówił, jeszcze mu się nie zdarzyło widzieć, wypytywał, z jaką szybkością płynie, a ile może zabrać”. Otóż Kripoczka to typowe nazwisko ukraińskie, a w szczególności łemkowskie. Newerly ni stąd, ni zowąd nazywa gościa „mazepiakiem” – to znów aluzja, która kieruje w stronę Kotowskiego, który przecież wywodził się z tych samych terenów Mołdawii, gdzie, po przegranej bitwie pod Połtawą, w miasteczku Bender umarł w roku 1709 hetman Mazepa. W trakcie rozmowy okazuje się, że „mazepiak” jest przemytnikiem (stąd jego zainteresowanie nabyciem pojemnego i cicho płynącego składaka), który przedtem działał „na ruskiej granicy” w Ostrogu – tam, gdzie Newerly nielegalnie przekraczał granicę polską. 

Skoro tyle podskórnych tropów kieruje nas w stronę Kotowskiego i terenu jego działalności, sięgnijmy raz jeszcze do książeczki Romana Gula o Kotowskim. Pod sam koniec ujawnia on swoje źródło, powiada mianowicie w przypisie na stronie 196: „O życiu II korpusu i jego komendancie Kotowskim patrz wydrukowany w gazecie «Za Swobodu» bardzo ciekawy stenogram Igora Abugowa Kotowszczina”.

Oto dokąd zaprowadziła nas laseczka emira z Buchary. Do oryginalnego stenogramu monografii oddziału generała Kotowskiego, sporządzonego przez Newerlego w roku 1923 w miejscu postoju oddziału, potem jakoś przemyconego do Polski i opublikowanego pod przejrzystym pseudonimem w wychodzącym w Warszawie rosyjskim piśmie „Za Swobodu”. Otwiera się tym samym nowe oblicze Igora Newerlego – pisarza rosyjskiego. 

Ze wszystkich miejsc na świecie najkompletniejszą bodaj kolekcję „Za Swobodu” posiada Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy na Koszykowej. Tam się zatem udamy dla sprawdzenia rewelacji ukrytych w przypisku do broszury Romana Gula.

Biały Rosjanin

Istotnie, cykl pt. Kotowszczina. Zamietki w stienogrammach (Kotowszczyzna. Notatki stenograficzne) ukazywał się w kilku numerach „Za Swobodu”, począwszy od numeru 250 z roku 1927. Pierwszy odcinek redakcja opatrzyła następującym objaśnieniem:

Zamieszczając w dzisiejszym numerze pierwszy rozdział zapisków o życiu i dziejach jednego z oddziałów kawalerii Armii Czerwonej uważamy za stosowne wyjaśnić:

Jesienią roku 1923 autor został oddelegowany przez kijowskie biuro stenograficzne do dyspozycji sztabu drugiego korpusu konnego, który życzył sobie przez zanotowane opowieści weteranów przedstawić bojową historię korpusu Kotowskiego. Na kanwie zapisków stenograficznych, zarówno zbiorowych „biesiad wspomnień”, jak i osobnych rozmów z dowódcami poszczególnych oddziałów tego korpusu, stacjonujących w Humaniu, Hajsyniu, Krzyżopolu i innych miejscowościach Ukrainy autor napisał w na pół zbeletryzowanej formie niniejsze Notatki stenograficzne.Lektura Kotowszczyzny w zestawieniu z odpowiednimi fragmentami Zostało z uczty bogów nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do autorstwa. Pierwszy rozdział, zatytułowany Sam, zaczyna się od opisu pierwszego spotkania Newerlego z Kotowskim, który przedstawiony jest jako entuzjasta gimnastyki. W trakcie ogólnej rozmowy dowódca zwraca się nagle do autora:

– A jak tam wasza historia korpusu, towarzyszu stenografie? Zdążycie na święto korpusu?

– Tak myślę. Przecież została mi tylko trzecia dywizja besarabska. Tylko za radą towarzysza Krasnego będę musiał zmienić metodę zbierania materiału.

– A konkretnie?

– Organizować w pułkach Wieczory Wspomnień. Przeprowadzanie wywiadów tylko z weteranami trąci oficjalnością, a innych zachęca do roli Kuźmy Kriuczkowa... 

Stenogram ma tu formę czystego dialogu. W powieści autobiograficznej ten sam epizod zostanie opowiedziany: „więc gdy spojrzał, gdy spytał, jak tam z waszą pracą, towarzyszu stenografie – musiałem zdobyć się na pewien wysiłek, by się wyzwolić z onieśmielenia przed jego wzrokiem i legendą. Powiedziałem, jak mi idzie w poszczególnych jednostkach, bo przedtem, kiedyśmy rozmawiali sam na sam, to było mniej ciekawych opowiadań i trochę blagi...”.

Dalej w powieści też jest dialog:

– Kuźmę Kriuczkowa rąbali – zagadnął żywo Kotowski.

– Wiele razy i w różny sposób.

– Wiem, wiem... W dziewiętnastym roku to było, bratku, pod Carycynem – odezwał się nagle Kotowski głosem i stylem jednego z moich rozmówców z Hajsynia.

W wersji z warszawskiego czasopisma nazwisko dzielnego Kozaka dońskiego wymienił sam stenograf, więc dowódca wpada mu w słowo:

– Dwudziestu zabijać naraz? Wiem... „Gdzie miała miejsce ta potrzeba?”. „Pod Carycynem, braciszku, w dziewiętnastym roku” – z zadziwiającą wiernością Kotowski naśladował moich wczorajszych gawędziarzy.

Jak widać, są to dwa teksty tego samego autora. Wszystko wskazuje na to, że pisząc Zostało z uczty bogów, Newerly miał dostęp do swojej publikacji na łamach „Za Swobodu” albo w tejże samej Bibliotece Publicznej na Koszykowej, albo w przechowanych przez lata wycinkach.

Bliższe porównanie obu tekstów pokazuje, że różnice biorą się niekiedy z faktu, iż każdy był skierowany do innego adresata. Inna też była tożsamość autora. W roku 1923, spisując stenogramy, Newerly czuł się zapewne Rosjaninem urodzonym w Polsce. W roku 1927, szykując tekst do druku w rosyjskim piśmie wydawanym w Warszawie, czuł się zapewne białym Rosjaninem, który mieszka w Polsce i stopniowo zaczyna się wdrażać do myślenia po polsku (zdarzyło mu się już, jak wiemy, publikować po polsku w fachowym piśmie stenograficznym, po polsku też stenografował jako Esperto). Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy pisał Zostało z uczty bogów, był niewątpliwie pisarzem polskim z dużym dorobkiem i wielkimi nakładami. To trochę zmienia perspektywę. Być może dlatego fragment dotyczący kupców polskich, którzy przyjechali na spotkanie z Kotowskim, jest w Kotowszczyźnie, ale nie wszedł do powieści: „wysocy i niscy, piękni i brzydcy, ale eleganccy, dziwnie poprawni ludzie z tego niezrozumiałego kraju, gdzie jest jakiś «Sejm» i nie ma gazety «Prawda», gdzie sukno jest lepsze od tutejszego, a papierosy gorsze”. To spojrzenie życzliwego Rosjanina, ale spojrzenie z zewnątrz. Po latach Newerly uzna ten dystans za zbędny. 

Rozdział drugi Kotowszczyzny nosi tytuł Likwidacja powstania tambowskiego, zasadniczy jego trzon to – opowiedziana również w powieści autobiograficznej – historia prowokacji, w której ludzie Kotowskiego, udając oddział atamana Frołowa, oszukali pułkownika Matiuchina i zlikwidowali jego oddział. W czasopiśmie po tej historii następuje wielce smakowity zapis rozmowy o rozszerzeniu rewolucji na Europę:

– Europę by tak... do Europy by wpaść na godzinkę – rozmarzył się siedzący kotowiec – ze świstem i z dymem! Żeby nocki były czerwone, świty czarne, żeby mieć krew pod kopytami i wiatr w uszach! I wtedy ławą i z hukiem przez place paryskie, za rrewwoluccje, mesje, za proletariacką ginę wesz! Ech... Przydałoby się!

– Europa chyba poradzi sobie sama.

– Bez nas? To zupełnie wykluczone – kategorycznie protestuje Kostik. – Myśmy, można powiedzieć, opatentowali wszystkie rewolucje. Chcesz otworzyć sklepik – przyjdź, poproś, to otrzymasz, a jak nie przyjdziesz, to będzie nieważna. Bez nas jak bez czeki.

– Zdarzały się rewolucje i bez czeki.

– E tam, co to za rewolucja, jeśli nie ma czeki! Spirytus bezalkoholowy. Takie tam gadanie...

W powieści cała ta rozmowa zostanie streszczona w paru zdaniach, ale warto je czytać łącznie z tekstem w piśmie „Za Swobodu”, bo upewniamy się wówczas, że zdanie o Europie, która sobie poradzi bez Rosji, i o rewolucjach bez czekistów wypowiedział sam stenograf brygady Kotowskiego. Dlaczego nie chciał powtórzyć tych słów w autobiograficznej powieści? Pewnie dlatego, że choć w końcu wydał ją w Instytucie Literackim i w NOW-ej, najpierw kilkakrotnie próbował w „Czytelniku”. Dobrze, że dziś, po latach, można przywrócić Newerlemu autorstwo tych słów.

Trzeci rozdział Kotowszczyzny nosi tytuł O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi. Zaczyna się snem stenografa o wielkim ptaku, który usiłuje zrzucić z siebie przyczepione mu do szyi głowy dwóch nieżyjących już Władimirów – Puryszkiewicza i Lenina (pierwszy był zabójcą demonicznego popa Grigorija Rasputina, faworyta rodziny carskiej). A potem następuje przywołana już w poprzednim rozdziale anegdota o komseku Johannesie „der Dritte”, czytającym frazy z samouczka Olendorfa. Spróbuję przełożyć ten fragment, choć mam świadomość, że cały jego urok tkwi w wersji pisanej cyrylicą, gdy czyta ktoś, kto zna i rosyjski, i niemiecki: „Cierpliwie kartkował zieloną książeczkę i cieszył się, kiedy w niej coś znalazł: «Pamiętaj, że tylko na wojnie das gebot der warhaftigkajt (i w natchnionej recytacji ciągnął śpiewnie) wi zo fiile andre zittengebote ferliirt zajne gjultigkajt im krige!»”. (W przypisku Abugow/Newerly podaje po rosyjsku sens zdania: „Przykazanie prawdomówności, jak wiele innych nakazów etycznych, traci znaczenie w czasie wojny”.)

Stenograficzna opowieść o brygadzie Kotowskiego kończy się dwoma akcentami – osobistym i ogólnym. W osobistym autor w rozmowie z komisarzem politycznym nieomal demaskuje się jako mienszewik. A to poważny zarzut, skoro, jak powiada komisarz: „Mienszewizm to, ja wam mówię, choroba społeczna gorsza od syfilisu. Odzywa się w dziesiątym pokoleniu”.

Ogólne podsumowanie zaś brzmi tak: „Wyjaśniło się – na listę republik radzieckich zapomniano wpisać Kotowię – dziwną republikę autonomiczną złożoną z ośmiu pułków kawalerii, rozłożonych nad polską granicą. Ale czy Kotowia jest tylko jedna? I czy jest ona komunistyczna?”.

Kotowszczyzna nie była jedyną publikacją na łamach dziennika „Za Swobodu”, napisaną przez Newerlego. Pierwszym artykułem podpisanym „Igor Abugow”, na jaki natrafiłem, jest tekst pt. Ażur, opublikowany w numerze 176 tegoż roku 1927. Nie chodzi w nim o luźną tkaninę ani element dekoracyjny z otworami, tylko o przejrzystość w kwestiach ekonomicznych i finansowych.

Kolejny artykuł polityczny – W stronę termidoriańskiego rozjazdu (nr 205) – rozpoczyna się świetnym porównaniem partii bolszewickiej do pociągu pędzącego w środku nocy po rozchwierutanych szynach: „Na pociągu – trzy litery: W.K.P. Na parowozie – od czterech lat trup”. (Lenin, przypomnijmy, zmarł w styczniu roku 1924.) 

W innych tekstach (Rubaszka biedoty, nr 243, Manifest nr 1, nr 253) Abugow zajmuje się sytuacją gospodarczą wsi w Rosji Radzieckiej. Pisze też o X zjeździe ukraińskiej partii komunistycznej w Charkowie (I nie mądrzej..., nr 278). Osobne miejsce wśród tekstów Abugowa w „Za Swobodu” zajmuje zamieszony w pierwszym numerze z roku 1928 autobiograficzny szkic W noc sylwestrową. Na jednym planie jest to wspomnienie pierwszego pocałunku z Niną, przyjaciółką z mienszewickiej, jak wiemy skądinąd, konspiracji. Jak chodzą razem po nocnym Kijowie, jak on chce ją namówić, by do niego przyszła na noc, i kusi słoniną, na którą wymienił nowy płaszcz, a słonina „pachnąca, biała jak śnieg”, do tego upieką kartofli i będą jeść plastrami, popijając herbatą... Ale zarazem pojawia się wątek konspiracji. Nina ma do Gorii (Igora) pretensje, że kiedy niedawno do sali wbiegł przestraszony Misza i zawołał, że czekiści otoczyli dom, wszyscy uciekli, a Igor został, wyszarpując coś z notatnika. On jej tłumaczy: „Tak, tak, jeśliby u mnie znaleźli tę listę ofiar Czerwonego Krzyża...”. Ona: „Zaszyfrowaną”. On: „O diabolo pistoletto! Ależ zrozum, że nie ma szyfru, którego nie dałoby się rozszyfrować. A wtedy ilu siedziałoby tylko za to, że ofiarowali aresztowanym rubaszkę czy rubelka?”.

Nina ma moment załamania, kiedy wydaje się jej, że lada chwila będzie aresztowana. Igor martwi się, że gdyby ich zamknięto, przepadnie niesiony pod podkoszulkiem ostatni zestaw czcionek. Martwi się też o matkę, wie, że ona i tej nocy czeka na jego powrót. „Może to mój egoizm, ale czasami, patrząc na nią, czekającą w milczeniu, czasami, Nino, chciałoby się, żeby mnie prędzej wzięli”.

Mijany gmach GPU budzi pesymistyczne refleksje: „My, drugie pokolenie podziemnej młodzieży, nie wymkniemy się im, jak nie wymknęło się pierwsze. Zbliżamy się do przełomowego wieku dla podziemnego pokolenia – dwa lata”. 

W zakończeniu autor tłumaczy, dlaczego w noworocznym nastroju przypomniała mu się tamta sylwestrowa noc: oto właśnie dostał z Uralu wiadomość o śmierci Niny na zesłaniu.

Z opublikowanego dwa numery później artykułu Przenicowane wyjmę tu tylko jeden akapit, wystarczy za tasiemcowe cytaty: 

„Stalin to grubianin”, przestrzegał partię w testamencie Lenin, zapomniawszy o swoim własnym powiedzeniu „u nas duże gospodarstwo, każde draństwo się trafi”. Więc zdarzyło się też stalinowskie grubiaństwo i bezczelność. Zamachnął się więc grubiański Stalin bezczelnie i wszystkich „pozostałych” po tej i po tamtej stronie granicy palnął manifestem: „Niech się stanie siedmiogodzinny dzień pracy!”.

Artykuł O „dekabrystach” WKP (1928, nr 18) dotyczy walk frakcyjnych między Stalinem a Trockim i Zinowjewem. We wsi pod sowietami (nr 28) to podbudowana statystyką analiza sytuacji na wsi w Związku Radzieckim. Wewnętrzne sprzeczności WKP (nr 47) to omówienie dwóch książek rosyjskich wydanych w Paryżu, a dotyczących pierwszego dziesięciolecia porewolucyjnej Rosji. 

Z artykułu pod osobliwym nagłówkiem ...? (nr 58) warto przytoczyć objaśnienie tytułu, zwłaszcza że zawiera ono wątek autobiograficzny: 

Przypomina mi się, jak już po polskiej stronie, zakończywszy wstępne przesłuchanie, komendant posterunku spytał wesoło: 

Pan z bolszewii. Proszę mi wyjaśnić, co oznaczają trzy kropki ze znakiem zapytania tam naprzeciwko na sowieckim słupku? W Rosji z pewnością nie wiedzą, że na granicy proletariackiej ojczyzny wyleniały się i wytarły litery C, została tylko połowa P, przypominająca znak zapytania, i że zamiast CCCP wisi: ...?

Oni to tylko czują.

I kiedy robotnik słyszy wszystkie trzy syczące C – w myśli rodzi się znak zapytania, zawieszony nad beznadziejnym wielokropkiem”.

I wreszcie artykuł Budowniczy (W obronie sztuki dla sztuki) (nr 69). Ważny choćby ze względu na stolarskie pasje Igora Newerlego. Posłuchajmy: „Budowniczowie to ludzie wolnego zawodu i jako tacy dzielą się na rzemieślników i artystów. Dla rzemieślnika ważny jest rezultat jego pracy, dla artysty sam jej proces”. 

Począwszy od numeru 92 w roku 1928, na łamach „Za Swobodu” zaczęły się ukazywać felietony miejskie z cyklu Drobiazgi życia warszawskiego (Miełoczi warszawskoj żizni). Zwróciły one moją uwagę tytułem, który przypomina tytuł artykułu Abugowa O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi, oraz pseudonimem – Newer Mor – przypominającym nazwisko Newerly. I jeszcze jedno. W latach 1927–1928 przy dzienniku „Za Swobodu” ukazywał się dodatek literacki „Wolna Trybuna Młodych”. Dziesięć lat później Igor Newerly zacznie wydawać w Warszawie tygodnik „WoTuM – Wolna Trybuna Młodych”... 

Laseczka emira bucharskiego okazała się magiczną laseczką. Doprowadziła nie tylko do stenogramów o brygadzie Kotowskiego, ale i odkryła zupełnie nieznane oblicze Newerlego jako białego Rosjanina i zdecydowanego antykomunisty.

Teksty Igora Abugowa w piśmie „Za Swobodu” rzucają zarazem nowe światło na powojenną sytuację Newerlego. Oto człowiek, który zdecydował się wrócić po wojnie do Polski i który żył tutaj w najgorszych latach stalinowskich, wiedząc, że w centrum Warszawy, przy ulicy Koszykowej, w publicznej, każdemu dostępnej bibliotece, leżą nieco pożółkłe egzemplarze rosyjskiej gazety z jego tekstami o trupie Lenina na pędzącym w mroku parowozie partii bolszewickiej, o Stalinie-grubianinie, o czekistach obecnych w każdej rewolucji i o niemal wszechwładnym GPU. Wprawdzie nie były one podpisane pełnym nazwiskiem, tylko zbliżonym do niego pseudonimem, ale ryzyko ujawnienia tych tekstów musiało być duże. Myślę, że to w sporej mierze wyjaśnia, dlaczego człowiek, który przeszedł przez kilka więzień w Związku Radzieckim i z trudem uniknął zesłania do łagru, wstąpił po wojnie do PPS, a z nią do PZPR, i napisał jedną z najbardziej znanych powieści zaliczanych do nurtu realizmu socjalistycznego. Wyjaśnia też jego późniejszą ewolucję polityczną, którą można będzie obecnie interpretować jako stopniowy powrót do poglądów głoszonych w końcu lat dwudziestych na łamach rosyjskiego, wydawanego w Warszawie, dziennika „Za Swobodu”.

Jan Zieliński 

Szkatułki Newerlego 

"Ja" jest grzechem, pierwotną przewiną Adama, czyli każdego człowieka

 To nie powrót do społeczeństwa religijnej, politycznej lub jakiejkolwiek innej karności stanowi szansę dla istnienia – jest nią raczej społeczeństwo unowocześniające się, czyli emancypujące. Co prawda wzmaga się w nim iluzja „ja”, jego głupawy narcyzm i żarłoczny egoizm, lecz jednocześnie właśnie w nim otwiera się przestrzeń dla ostatecznego porywu istnienia. Czyli – tam gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej wylała się łaska? Z pewnością tak, jakkolwiek ostateczny triumf dokonać się może tylko w nielicznych, jeśli zgoła nie zastąpi go absolutna porażka. Wielka katastrofa istnienia, które wychodząc na poszukiwanie siebie, nigdy już nie powróci do domu, lecz będzie się samo pożerać przez swoich niedoszłych zbawicieli.


„Istnienie jest Bogiem” – to jedna z kluczowych i najbardziej brzemiennych w skutki tez Mistrza Eckharta, stanowiąca również punkt wyjścia dla anonimowego autora traktatu Teologia niemiecka. Istnienie jest Bogiem, ogarnia wszystko i jest całymi nami. Wszystko bowiem, co jest, do niego należy i w nim uczestniczy. Nic – w sensie ontologicznej obiektywności – nie pozostaje poza istnieniem. Wszystkim jest ono. Każdy z nas to jego fenomen. A jednak jest coś, co się z istnienia wyłamuje. Tym czymś jest „ja”, które nie chce być tylko przejawem, nie chce być tylko – by sparafrazować piękną metaforę Nietzschego – zmarszczką na wiecznym oceanie. „Ja” chce być swoim własnym istnieniem, chce niezależności i autonomii, chce być swym własnym panem, swoim własnym bogiem. A jeśli ma mieć Boga poza sobą, to chce być dla niego partnerem, odrębnym drugim „ja” obok jego „ja”. Lecz wtedy istnienie nie jest już Bogiem, jest czymś rozczłonkowanym między istniejące podmioty, rozerwanym na strzępy przez ich dążenia, „ja” mające na celu. I dlatego właśnie „ja jest grzechem”, pierwotną przewiną Adama, czyli każdego człowieka.

Istnienie jest Bogiem, ja jest grzechem

https://kronos.org.pl/