***
Czy: „Każdy ma swoją prawdę”? Może: „Prawdę osiągamy drogą kompromisu”?.
„Każdy ma swoją prawdę”. „Prawdę osiągamy drogą kompromisu”.
Mirosław Dakowski, październik 2023, spod Turbacza, 12
Ksiądz Tischner był to taki góralski mądrala, gaduła z Łopusznej. „Postępowcy” nadęli go jednak do rozmiarów figury, teraz by się powiedziało – celebryty, niby jako swojego guru. Zrobili mu tym wielką krzywdę, bo rozbudzili w nim pychę, wiarę w swoją wyjątkowość i „charyzmę”. Wreszcie nawet zgadzał się uprzejmie, by go poważnie proponowano na Prymasa Polski. A na nabożeństwo i pijatykę z góralami pod Turbaczem, 15 sierpnia, zamiast wchodzić z nimi z Waksmundu, zaczął przylatywać helikopterem. Mówił prześmiewczo „prawda, cała prawda i gówno prawda”. Zapewne chodziło mu o wyśmianie „poglądów”, rzeczywiście slogan powyższy dotyczy doktryn i doktrynerów, pokazuje do czego oni prowadzą. Wykształceńcy jednak pojmowali to inaczej – że w istocie prawdy nie należy szukać ani o nią walczyć.
Tymczasem prawda istnieje realnie, tak materialna i jak i ta Najprawdziwsza.
**
Do tej pory artykuł mi się podobał, dalej jednak okazuje się że, chyba jednak jestem nieświadomy istnienia pewnych prawd. Pan profesor Dakowski twierdzi,
Przecież tak równanie Schroedingera, jak i proton, wszystkiego to istnieje naprawdę.
Nie wątpię, że równanie Schroedingera istnieje naprawdę, ale czy jest prawdziwe? Tu mam na myśli bardzo konkretną prawdę, mianowicie czy w oparciu o to równanie stworzono coś z dziedziny techniki, mającej bezpośrednie zastosowanie w codziennym życiu?
Bo jeżeli nie, to tak jak pisze Pan profesor, to równanie istnieje sobie w "przestrzeni abstraktów", i jest prawdziwe dla matematyków i może współczesnych fizyków, a to akurat nie byłoby dlań zbyt dobrą rekomendacją, np
Dirac says: ‘The important things in the world appear as the invariants (or more generally the nearly invariants…) of these transformations’ (PQM, p. vii). A thing as an ‘invariant’ is quite in order—it is the Law of Identity, ‘A is A’. But a ‘nearly invariant’ is only a quasi-identity, ‘A is nearly A’—a ‘nearly invariant’ is ‘almost a thing’. Only things can be said to exist (‘to be a thing’ is ‘to be conceivable’, which is ‘to be able to exist’),* and consequently we can only say of ‘almost a thing’ that it ‘almost exists’, which is the same as saying that it is a ‘partly non-existent thing’. And Dirac, mark you, is Lucasian Professor of Mathematics in the University of Cambridge.
*Cf. Parmenides (quoted by Russell in M&L, p. 15): ‘It needs must be that what can be thought and spoken of is; for it is possible for it to be, and it is not possible for what is nothing [no thing] to be.’ This is classed by Russell as ‘mystical’, which it certainly is not (though Parmenides may have misunderstood himself in the conclusions that he drew from this principle).
The point is that the existence of images, and imagination generally, has no place in Russell’s philosophy as a logician. It is therefore ‘mystical’, or, at best, ‘psychological’. (‘Psychology’ is a convenient dumping ground for things for which rationalism has no use but which are too well established to be ‘superstition’.)
Nanavira Thera
Bez wątpienia dla Diraca, częściowo nieistniejąca rzecz jest prawdą, obawiam się jednak, że zgodnie z słownictwem profesora Dakowskiego, umysł szanownego jego kolegi przebywał w rzeczywistościach mających więcej wspólnego z Alicją w krainie czarów, niż bezpośrednim zmysłowym doświadczeniem, czyli "w przestrzeni abstraktów". Oczywiście jestem tylko niedokształconym pustelnikiem, i być może to wyjaśnia, że zupełnie nie mam pojęcia co można zrobić z prawie istniejącą rzeczą czy uśmiechem kota bez kota. Oczywiście oprócz pisania o tym na papierze, co może dać uciechę czytelnikom i Nobla piszącemu.
Co do istnienia protonu, nigdy w życiu żadnego protonu nie widziałem, skoro pan Dakowski twierdzi, że on go widział, więc wie, że jest prawdziwy, nie wypada mi podważać prawdomówności szanownego profesora.
Choć z drugiej strony, o ile się orientuję, nawet coś większego niż proton, elektron, jest trudny do zlokalizowania w przestrzeni i czasie:
Oppenheimer’s dictum:
If we ask, for instance, whether the position of the electron remains the same, we must say ‘no’; if we ask whether the electron’s position changes with time, we must say ‘no’; if we ask whether the electron is at rest, we must say ‘no’; if we ask whether it is in motion, we must say ‘no’.
Może Pan profesor ma lepszy wzrok niż Oppenhimer?
Artykuł kończy się dydaktyczne, historyjką: To tak, jak staruszka tłumacząca Feynmannowi „płaską” Ziemię. Zapytał ją: A na czym stoi ta płaska Ziemia? – Nie przejmuj się, synku, tam są same słonie – odpowiedziała pani.
Faktycznie hipoteza staruszki o słoniach, nie wydaje się być zbyt wiarygodna, natomiast to że Feynmannowa wersja kosmologiczna jest podparta "naukowo", nie zmienia faktu, że jest ona - choćby założenie o kulistości Ziemi - wiarą tego naukowca, nie jego bezpośrednią wiedzą.
Gdyby staruszka odpowiedziała: "Nie wiem synku, na czym stoi, ale wiem, że jest płaska", trzymałaby się bardziej metody naukowej, i miałaby za sobą bezpośrednie doświadczenie zmysłowe, czyli obserwację, co jak wiadomo jest fundamentem na którym nauka powinna być budowana.
Dla uproszczenia, teoria kulisości Ziemi musi zakładać zakrzywienie poziomu wody, rzecz na mniejszą skalę nie występującą w doświadczeniu, woda "szuka" swego poziomu, i w biornikach zamkniętych tafla wody jest zawsze płaska, jeżeli występuje nierówność terenu, to po prostu spływa z góry na dół, aż osiągnie swój poziom, który nazywamy poziomem morza, zerowym. Zgodnie z tą oczywistą logiką, jakiekolwiek punkty na morzu czy oceanie, muszą łączyć się linią prostą, niezakrzywioną, pozim zero to poziom zero, niezależnie od tego czy w Egipcie, czy w Gdańsku.
Ta staruszka wcale nie była taka głupia, jak żyd Feynmann wydaje się sugerować, niestety posiadała jedną cechę wspólną z przeciętnym naukowcem, koniecznie chciała wyjaśnić to, na co miała zbyt mało danych, by się tego podjąć.
Jednakże, całe szczęście, artykuł zawiera też inne rzeczy, z którymi można się zgodzić, choćby ostrzeżenie przed synkretyzmem religijnym.
Synkretyzm religii.
Masoni, którzy podstępem i szturmem zdobyli uznanie w ostatnim 60-leciu, we współpracy z braćmi z sekt, czyli z odstępcami z islamu [na przykład sufi] i z odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz] usiłują powołać „kościół synkretyczny”.
Między innymi wobec powyższych rozważań, religia synkretyczna jest pomysłem groźnym, piekielnym. Ale oczywiście nieziszczalnym, nie do zrealizowania, podobnie jak na mniejszą skalę, nie do zrealizowania jest „cywilizacja ogólnoludzka”. Jednoznacznie wykazał to Feliks Koneczny już ponad 80 lat temu, a ci anty boży i anty-ludzcy doktrynerzy, masoni, z uporem do tego dążą. To usiłowanie też musi się skończyć katastrofą. Czy oni to wiedzą i do tego dążą świadomie?
Oczywiście skoro Masoni do czegoś dążą, to można być pewnym, że to nic dobrego i że nic dobrego z tego nie wyniknie. Choć nie wiem co autor ma na myśli pisząc odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz.
Generalnie Talmud opiera się na błędnym podglądzie, sekta Chabad Lubawicz, nie jest jakimś odstępstwem, to czysty skondensowany Talmud.
Natomiast Prawda jest jedna dla wszystkich i mogą ją poznać tylko ci co porzucili swoje "ja". Jeżeli jakimś cudem udało się to jakiemuś praktykującemu sufizm, tylko pogratulować. W każdym razie, nie może się to udać żadnemu innemu mułzumaninowi, gdyż nauka Koranu jako taka nie zawiera w sobie Prawdy. Może jakiemuś fakirowi w Indiach to się udało, ale jeżeli tak, to raczej z uwagi na jego praktyki ascetyczne, wsparte srarodawną wiedzą Indii, a nie poprzez studiowanie swej "świętej księgi".
Jeżeli chodzi o mnie, tylu ludzi "naucza" o tym co Jezus nauczał, że nie widzę powodu bym miał się pozbawić tej przyjemności. Nie widzę w tym jednak postawy synkretycznej. Jak dla mnie "To co się sieje to się i będzie zbierać" jest fundamentalną Prawdą. Prawda ta jednak zakłada ponowne narodziny - by móc zebrać to co się posiało.
To aspekt Prawdy nie do negocjacji, jednym słowem nie uważam by oficjalna chrześcijańska wersja tego co się dzieje po śmierci z człowiekiem była zgodna z Nauką Jezusa.
Ostatecznie skoro sam papież, może obwieszczać nam takie nauki, że komuniści byli prawdziwymi chrześcijaninami, to pustelnik buddyjski też może sobie pozwolić na swoją wersję Nauki Jezusa. Zresztą minus reinkarnacja, jest ona nieortodoksyjana na tyle na ile Mistrz Eckhart był nieortodoksyjny.
Poza tym, co prawda moje uczestnictwo na forach buddyjskich zwykle kończy się zablokowaniem, nie mniej jest ekspresją ścisłej buddyjskiej ortodoksji. Tylko Budda jest Drogą, Prawdą i Życiem, poza nim nie ma wyzwolenia. Jeżeli to samo mówi o sobie Jezus i jest to prawdą, to tylko dlatego, że musiał on już w poprzednim życiu zetknąć się z Nauką Buddy, i zostać w terminologi buddyjskiej sekha, świętym, choć jeszcze nie doskonałym, gdyż doskonałość wyklucza ponowne narodziny. Oczywiście tego nie wiem na pewno, może są jakieś możliwości tego by był On całkowicie samodzielnym w poznaniu Prawdy, tu tylko podkreślam, że świętość Jezusa i jego moc wyzwolenia* innych jest całkowicie wytłumaczalna w obrębie buddyjskiej ortodoksji i nie ma nic wspólnego z synkretyzmem religijnym.
Zdaję sobie sprawę, że mój autorytet, dzięki któremu uważam, że reprezentuję samo serce ortodoksji, Nanavira Thera, jakimś większym entuzjastą Jezusa nie był. To da się wyjaśnić bardzo łatwo. Był on stuprocentowym intelektualistą. Zatem nauczanie Jezusa by nadstawić drugi policzek, niezbyt go przekonywało, gdyż tej rady Jezus niczym nie uzasadnia, ktoś kto się nią kieruje opiera się ściśle na wierze w Jezusa. Intelektualiści to typy takie co zawsze pytają "czemu i dlaczego?". Co ostatecznie można zrozumieć, gdyż kto lubi jak go leją po pysku? Natomiast w Nauce Buddy można znaleźć intelektualne podstawy, by podczas bycia krojonym żywcem dwuręczną piłą, utrzymywać umysł życzliwości wobec swoich oprawców. I spokojnie dać się pokroić. Niestety tacy już są ci chłodni, wyrachowni intelektualiści, i z tym musimy się pogodzić, że raczej Nauka Buddy jest dla nich bardziej atrakcyjna. Inną rzeczą przemawiającą za wyborem "dlaczego Budda a nie Jezus?" było według Nanaviry to że Jezus płakał.
Mi to akurat nie przeszkadza, choć nie płaczący Ajhan Mahaboowa, byłby nieco bardziej wiarygodny.
* Generalnie, zgodnie z Prawdą, tak jak ją rozumiem, błędne rozumienie Jezusa zaczęło się wtedy, gdy zamiast widzieć możliwość zbawienia w naśladowaniu Mistrza, zaczęto uważać, że sprawa zbawienia zasadniczo jest już załatwiona z uwagi na Jego ukrzyżowanie.
Oczywiście, to co piszę jest tylko ekspresją mojej wiary, jeżeli ktoś uważa się za zbawionego tylko dlatego, że przyjął chrzest i jest dobrym człowiekiem, może i ma rację. Pożyjemy, umrzemy* zobaczymy. Ojcowie pustyni bynajmniej nie uważali się za zbawionych, mimo tego, że traktowali Naukę Jezusa znacznie poważniej, niż współcześni wyznawcy.
* Zasadniczo, skoro Jezus nauczał Prawdy, ten kto go zrozumiał, nie może umrzeć, gdyż "nie zazna śmierci na wieki". Zatem jeżeli osiągnął doskonałość, nie musi czekać na śmierć ciała, by znać swój status zbawionego. No ale my tu mówimy o tych co takiej doskonałości jeszce nie osiągnęli i wciąż są w mniejszym lub większym stopniu "sługami grzechu", czyli o tych, którzy krojeni piłą mają te czy inne pretensje do krojących, albo choćby i tylko jakąś obniżkę nastroju, mentalny dyskomfort z tym zwiazany.
Jak to wyjaśnia Mistrz Eckhart, skoro coś się dzieje czego nie da się uniknąć, jest to z pewnością Wola Boża. Niezadowolenie z Woli Boga, to preferowanie własnej wersji wydarzeń, nierozerwalnie związane z grzechem "ja", na usunięcie którego cała Nauka Jezusa jest nakierowana.
**
Dla relaksacji, gdy obiektywna prawda naukowa spotyka się z subiektywnym świadomym umysłem (żart)
An uncertain encounter
Were I to meet Professor Heisenberg (a very remote possibility) I imagine the conversation might run something like this.
Professor Heisenberg (pontifically): Ignorance is now included amongst the Laws of Science. The behaviour of an electron, for example, involves the Principle of Uncertainty .
Myself (incredulously): What? You surely don’t mean objectively?
Prof. H. (a little surprised): Why not? An electron, we discover, is, by nature, uncertain. That is perfectly objective.
Myself (with heavy sarcasm): An electron really is uncertain! I suppose you are going to tell me that you can read an electron’s mind.
Prof. H. (quite unmoved): Of course. How else should we know that it was uncertain?
Myself (completely taken aback): Read an electron’s mind? How?
Prof. H. (expansively): Perfectly simple. The mind, as we all know, is the nervous system; and, as the latest and most scientific authorities assure us, we can always discover the state of the nervous system by observation and study of behaviour patterns. All we have to do, then, is to observe an electron and deduce from its behaviour how its nerv-ous system is; and we have discovered, in fact, that it is indeterminate.
We are thus able to say that an electron cannot make up its mind.
Myself (fascinated): Yes! Yes! Of course!
Prof. H. (with finality): So you see, an electron is uncertain, just as we may observe that Schmidt is phlegmatic or that Braun is choleric or that you, my dear friend, are, if I may be permitted to say so, a little psychopathic. And what could be more objective than that?
Nanavira Thera
Bez wątpienia dla Diraca, częściowo nieistniejąca rzecz jest prawdą, obawiam się jednak, że zgodnie z słownictwem profesora Dakowskiego, umysł szanownego jego kolegi przebywał w rzeczywistościach mających więcej wspólnego z Alicją w krainie czarów, niż bezpośrednim zmysłowym doświadczeniem, czyli "w przestrzeni abstraktów". Oczywiście jestem tylko niedokształconym pustelnikiem, i być może to wyjaśnia, że zupełnie nie mam pojęcia co można zrobić z prawie istniejącą rzeczą czy uśmiechem kota bez kota. Oczywiście oprócz pisania o tym na papierze, co może dać uciechę czytelnikom i Nobla piszącemu.
Co do istnienia protonu, nigdy w życiu żadnego protonu nie widziałem, skoro pan Dakowski twierdzi, że on go widział, więc wie, że jest prawdziwy, nie wypada mi podważać prawdomówności szanownego profesora.
Choć z drugiej strony, o ile się orientuję, nawet coś większego niż proton, elektron, jest trudny do zlokalizowania w przestrzeni i czasie:
Oppenheimer’s dictum:
If we ask, for instance, whether the position of the electron remains the same, we must say ‘no’; if we ask whether the electron’s position changes with time, we must say ‘no’; if we ask whether the electron is at rest, we must say ‘no’; if we ask whether it is in motion, we must say ‘no’.
Może Pan profesor ma lepszy wzrok niż Oppenhimer?
Artykuł kończy się dydaktyczne, historyjką: To tak, jak staruszka tłumacząca Feynmannowi „płaską” Ziemię. Zapytał ją: A na czym stoi ta płaska Ziemia? – Nie przejmuj się, synku, tam są same słonie – odpowiedziała pani.
Faktycznie hipoteza staruszki o słoniach, nie wydaje się być zbyt wiarygodna, natomiast to że Feynmannowa wersja kosmologiczna jest podparta "naukowo", nie zmienia faktu, że jest ona - choćby założenie o kulistości Ziemi - wiarą tego naukowca, nie jego bezpośrednią wiedzą.
Gdyby staruszka odpowiedziała: "Nie wiem synku, na czym stoi, ale wiem, że jest płaska", trzymałaby się bardziej metody naukowej, i miałaby za sobą bezpośrednie doświadczenie zmysłowe, czyli obserwację, co jak wiadomo jest fundamentem na którym nauka powinna być budowana.
Dla uproszczenia, teoria kulisości Ziemi musi zakładać zakrzywienie poziomu wody, rzecz na mniejszą skalę nie występującą w doświadczeniu, woda "szuka" swego poziomu, i w biornikach zamkniętych tafla wody jest zawsze płaska, jeżeli występuje nierówność terenu, to po prostu spływa z góry na dół, aż osiągnie swój poziom, który nazywamy poziomem morza, zerowym. Zgodnie z tą oczywistą logiką, jakiekolwiek punkty na morzu czy oceanie, muszą łączyć się linią prostą, niezakrzywioną, pozim zero to poziom zero, niezależnie od tego czy w Egipcie, czy w Gdańsku.
Ta staruszka wcale nie była taka głupia, jak żyd Feynmann wydaje się sugerować, niestety posiadała jedną cechę wspólną z przeciętnym naukowcem, koniecznie chciała wyjaśnić to, na co miała zbyt mało danych, by się tego podjąć.
Jednakże, całe szczęście, artykuł zawiera też inne rzeczy, z którymi można się zgodzić, choćby ostrzeżenie przed synkretyzmem religijnym.
Synkretyzm religii.
Masoni, którzy podstępem i szturmem zdobyli uznanie w ostatnim 60-leciu, we współpracy z braćmi z sekt, czyli z odstępcami z islamu [na przykład sufi] i z odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz] usiłują powołać „kościół synkretyczny”.
Między innymi wobec powyższych rozważań, religia synkretyczna jest pomysłem groźnym, piekielnym. Ale oczywiście nieziszczalnym, nie do zrealizowania, podobnie jak na mniejszą skalę, nie do zrealizowania jest „cywilizacja ogólnoludzka”. Jednoznacznie wykazał to Feliks Koneczny już ponad 80 lat temu, a ci anty boży i anty-ludzcy doktrynerzy, masoni, z uporem do tego dążą. To usiłowanie też musi się skończyć katastrofą. Czy oni to wiedzą i do tego dążą świadomie?
Oczywiście skoro Masoni do czegoś dążą, to można być pewnym, że to nic dobrego i że nic dobrego z tego nie wyniknie. Choć nie wiem co autor ma na myśli pisząc odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz.
Generalnie Talmud opiera się na błędnym podglądzie, sekta Chabad Lubawicz, nie jest jakimś odstępstwem, to czysty skondensowany Talmud.
Natomiast Prawda jest jedna dla wszystkich i mogą ją poznać tylko ci co porzucili swoje "ja". Jeżeli jakimś cudem udało się to jakiemuś praktykującemu sufizm, tylko pogratulować. W każdym razie, nie może się to udać żadnemu innemu mułzumaninowi, gdyż nauka Koranu jako taka nie zawiera w sobie Prawdy. Może jakiemuś fakirowi w Indiach to się udało, ale jeżeli tak, to raczej z uwagi na jego praktyki ascetyczne, wsparte srarodawną wiedzą Indii, a nie poprzez studiowanie swej "świętej księgi".
Jeżeli chodzi o mnie, tylu ludzi "naucza" o tym co Jezus nauczał, że nie widzę powodu bym miał się pozbawić tej przyjemności. Nie widzę w tym jednak postawy synkretycznej. Jak dla mnie "To co się sieje to się i będzie zbierać" jest fundamentalną Prawdą. Prawda ta jednak zakłada ponowne narodziny - by móc zebrać to co się posiało.
To aspekt Prawdy nie do negocjacji, jednym słowem nie uważam by oficjalna chrześcijańska wersja tego co się dzieje po śmierci z człowiekiem była zgodna z Nauką Jezusa.
Ostatecznie skoro sam papież, może obwieszczać nam takie nauki, że komuniści byli prawdziwymi chrześcijaninami, to pustelnik buddyjski też może sobie pozwolić na swoją wersję Nauki Jezusa. Zresztą minus reinkarnacja, jest ona nieortodoksyjana na tyle na ile Mistrz Eckhart był nieortodoksyjny.
Poza tym, co prawda moje uczestnictwo na forach buddyjskich zwykle kończy się zablokowaniem, nie mniej jest ekspresją ścisłej buddyjskiej ortodoksji. Tylko Budda jest Drogą, Prawdą i Życiem, poza nim nie ma wyzwolenia. Jeżeli to samo mówi o sobie Jezus i jest to prawdą, to tylko dlatego, że musiał on już w poprzednim życiu zetknąć się z Nauką Buddy, i zostać w terminologi buddyjskiej sekha, świętym, choć jeszcze nie doskonałym, gdyż doskonałość wyklucza ponowne narodziny. Oczywiście tego nie wiem na pewno, może są jakieś możliwości tego by był On całkowicie samodzielnym w poznaniu Prawdy, tu tylko podkreślam, że świętość Jezusa i jego moc wyzwolenia* innych jest całkowicie wytłumaczalna w obrębie buddyjskiej ortodoksji i nie ma nic wspólnego z synkretyzmem religijnym.
Zdaję sobie sprawę, że mój autorytet, dzięki któremu uważam, że reprezentuję samo serce ortodoksji, Nanavira Thera, jakimś większym entuzjastą Jezusa nie był. To da się wyjaśnić bardzo łatwo. Był on stuprocentowym intelektualistą. Zatem nauczanie Jezusa by nadstawić drugi policzek, niezbyt go przekonywało, gdyż tej rady Jezus niczym nie uzasadnia, ktoś kto się nią kieruje opiera się ściśle na wierze w Jezusa. Intelektualiści to typy takie co zawsze pytają "czemu i dlaczego?". Co ostatecznie można zrozumieć, gdyż kto lubi jak go leją po pysku? Natomiast w Nauce Buddy można znaleźć intelektualne podstawy, by podczas bycia krojonym żywcem dwuręczną piłą, utrzymywać umysł życzliwości wobec swoich oprawców. I spokojnie dać się pokroić. Niestety tacy już są ci chłodni, wyrachowni intelektualiści, i z tym musimy się pogodzić, że raczej Nauka Buddy jest dla nich bardziej atrakcyjna. Inną rzeczą przemawiającą za wyborem "dlaczego Budda a nie Jezus?" było według Nanaviry to że Jezus płakał.
Mi to akurat nie przeszkadza, choć nie płaczący Ajhan Mahaboowa, byłby nieco bardziej wiarygodny.
* Generalnie, zgodnie z Prawdą, tak jak ją rozumiem, błędne rozumienie Jezusa zaczęło się wtedy, gdy zamiast widzieć możliwość zbawienia w naśladowaniu Mistrza, zaczęto uważać, że sprawa zbawienia zasadniczo jest już załatwiona z uwagi na Jego ukrzyżowanie.
Oczywiście, to co piszę jest tylko ekspresją mojej wiary, jeżeli ktoś uważa się za zbawionego tylko dlatego, że przyjął chrzest i jest dobrym człowiekiem, może i ma rację. Pożyjemy, umrzemy* zobaczymy. Ojcowie pustyni bynajmniej nie uważali się za zbawionych, mimo tego, że traktowali Naukę Jezusa znacznie poważniej, niż współcześni wyznawcy.
* Zasadniczo, skoro Jezus nauczał Prawdy, ten kto go zrozumiał, nie może umrzeć, gdyż "nie zazna śmierci na wieki". Zatem jeżeli osiągnął doskonałość, nie musi czekać na śmierć ciała, by znać swój status zbawionego. No ale my tu mówimy o tych co takiej doskonałości jeszce nie osiągnęli i wciąż są w mniejszym lub większym stopniu "sługami grzechu", czyli o tych, którzy krojeni piłą mają te czy inne pretensje do krojących, albo choćby i tylko jakąś obniżkę nastroju, mentalny dyskomfort z tym zwiazany.
Jak to wyjaśnia Mistrz Eckhart, skoro coś się dzieje czego nie da się uniknąć, jest to z pewnością Wola Boża. Niezadowolenie z Woli Boga, to preferowanie własnej wersji wydarzeń, nierozerwalnie związane z grzechem "ja", na usunięcie którego cała Nauka Jezusa jest nakierowana.
**
Dla relaksacji, gdy obiektywna prawda naukowa spotyka się z subiektywnym świadomym umysłem (żart)
An uncertain encounter
Were I to meet Professor Heisenberg (a very remote possibility) I imagine the conversation might run something like this.
Professor Heisenberg (pontifically): Ignorance is now included amongst the Laws of Science. The behaviour of an electron, for example, involves the Principle of Uncertainty .
Myself (incredulously): What? You surely don’t mean objectively?
Prof. H. (a little surprised): Why not? An electron, we discover, is, by nature, uncertain. That is perfectly objective.
Myself (with heavy sarcasm): An electron really is uncertain! I suppose you are going to tell me that you can read an electron’s mind.
Prof. H. (quite unmoved): Of course. How else should we know that it was uncertain?
Myself (completely taken aback): Read an electron’s mind? How?
Prof. H. (expansively): Perfectly simple. The mind, as we all know, is the nervous system; and, as the latest and most scientific authorities assure us, we can always discover the state of the nervous system by observation and study of behaviour patterns. All we have to do, then, is to observe an electron and deduce from its behaviour how its nerv-ous system is; and we have discovered, in fact, that it is indeterminate.
We are thus able to say that an electron cannot make up its mind.
Myself (fascinated): Yes! Yes! Of course!
Prof. H. (with finality): So you see, an electron is uncertain, just as we may observe that Schmidt is phlegmatic or that Braun is choleric or that you, my dear friend, are, if I may be permitted to say so, a little psychopathic. And what could be more objective than that?
Nanavira Thera
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.