Kristýna to ekscentryczka. Podoba się chłopakom, ale że jest stanowcza i inteligentna, prędzej czy później każdy od niej ucieka. Cóż, nikt się nie spodziewa po dziewczynie z różową farbą na głowie, że wieczorem będzie wolała ślęczeć nad równaniami z chemii, zamiast obejrzeć film. Czasem zastanawia mnie, dlaczego Kristýna nie może sobie znaleźć sensownego faceta. Pewnie nawet nie wie, jak taki idealny partner powinien wyglądać. Wszystkiemu winien jest jej tata – zwiał na Sri Lankę, gdy miała piętnaście lat. Nastoletniej Kristýnie po prostu brakowało męskich wzorców.
Tata Kristýny został buddyjskim mnichem, co niezbyt odpowiada ideałowi męskości. Czasem przychodzi do niej we śnie, prosząc, by załatwiła mu to czy tamto, albo by złożyć jej życzenia urodzinowe. Komórki nie odbiera. Moja przyjaciółka jest rzecz jasna potwornie wkurzona. Przyznaje wprawdzie, że byłoby gorzej, gdyby popełnił samobójstwo, ale i tak jest na ojca zła. Trudno przecież do rubryki „zawód rodzica” we wniosku o stypendium czy w urzędowym formularzu wpisać „mnich buddyjski”.
2.
Gdy po Pradze paradują tak zwani krysznowcy, Kristýna przechodzi na ich widok na drugą stronę ulicy. Najbardziej ją irytuje, gdy któryś z tych samozwańczych mnichów w żółtym habicie próbuje wcisnąć jej na placu Republiki albo Pawłowa natchnioną książkę o cyklu karmicznym czy innych bzdurach.
– Pani wygląda na osobę z otwartym umysłem... – zagaja.
To pewnie z powodu tych różowych włosów. Kristýna przystaje i robi nienawistny grymas. Krysznowiec nie daje za wygraną. Wierzy w siłę perswazji, więc namawia dalej.
– Wie pani, co to jest karma? – pyta.
– Owszem, mam jedną w łazience – prycha Kristýna i próbuje uciec. Gość jest jednak szybszy.
– Chciałbym opowiedzieć pani coś o życiu. Nie tylko o tym obecnym, ale także przeszłym i przyszłym. Na pewno to panią zaciekawi. Mam tu pewną książkę...
– Nie jestem zainteresowana, wiem o tych sprawach wystarczająco dużo.
– Ale to dotyczy życia...
Kristýna mrozi faceta spojrzeniem.
– Niech pan zrozumie, naprawdę nie jestem zainteresowana!
– A powinna pani! – Mężczyzna się nie poddaje. I to jest ten moment, w którym Kristýna wpada w furię.
– Posłuchaj, ty... atrapo! Mój ojciec jest prawdziwym mnichem buddyjskim w klasztorze Weduwa koło Koggali na południu Sri Lanki, jeśli to panu coś mówi! Jeżeli będę chciała się czegoś dowiedzieć o karmie, zapytam jego!
Facet stoi jak wryty. Tego się nie spodziewał.
– Ale w tej książce...
– Mnie nie interesują pana książki! Jeśli chce je pan komuś dać, proszę je wysłać ojcu na Sri Lankę, on je skontroluje!
Krysznowiec milczy.
– Chociaż wątpię, czy zechce na nie tracić czas. On ciągle medytuje! Panu też radzę, skoro jest pan mnichem. I niech pan wyrzuci te słuchawki od iPhone’a, dyndają panu na szyi!
Koleś wbija wzrok w ziemię. Nic nie mówi. Książkę chowa wstydliwie za plecami.
– Pochwalony Budda, do widzenia! – cedzi przez zęby Kristýna i odchodzi.
Gość stoi przed wejściem do KFC. Zaczyna nagle myśleć o sobie jak o namolnym owadzie, którym być może był w poprzednim wcieleniu.
3.
Nigdy nie pojmę, dlaczego ojciec Kristýny spakował manatki i porzucił rodzinę. On sam twierdzi naturalnie, że wyruszył w podróż w poszukiwaniu własnego ja. Sądzę jednak, że tak naprawdę uciekł przed odpowiedzialnością, kiedy jego firma zbankrutowała w czasie kryzysu.
Gdy Kristýna była mała, rodzinne interesy szły dobrze. Wyremontowali dom na przedmieściach Pragi, w ogrodzie mieli basen z podgrzewaną wodą. Ojciec kupił dzieciom wielkiego psa, plazmowy telewizor i opłacił im setkę dodatkowych zajęć. Potem przyszedł kryzys, interesy podupadły. Trudną sytuację pogorszyły jeszcze kłótnie z żoną, rosnące długi i młodzieńczy bunt Kristýny (wyjątkowo ciężki przypadek). I właśnie wtedy facet postanowił uciec od problemów, spakował się więc któregoś ranka i wyjechał na Sri Lankę. Długi zostawił żonie, a sam, wolny od zmartwień doczesnego życia, medytuje sobie beztrosko za murami klasztoru.
Po rozwodzie mama Kristýny zajęła się ezoteryką. W odróżnieniu od ojca nie mogła porzucić dwójki dorastających dzieci i zostać mniszką. Wyrzuciła z gabinetu męża wszystko, co go przypominało, i zamieniła pokój w kącik wiedzy tajemnej, który Kristýna nazywa wyrocznią. Na półkach kobieta ustawiła świeczki i lecznicze kamienie naładowane energią, nad drzwiami zawiesiła łapacz snów, a w mieszkaniu bez przerwy pali kadzidełka. Założyła też grupę ezoteryczną „Wenus”, do której wciągnęła sąsiadki, i teraz radzi im z kart, co powinny zrobić ze swoim życiem. W wolnym czasie przepowiada ludziom przyszłość. Układa jeden horoskop za drugim i uczy się korzystać z energii. Kristýna podejrzewa, że matka próbuje na odległość zakłócić aurę medytacyjną męża na Sri Lance.
– Ja bym wszystkie te sklepy i herbaciarnie ezoteryczne po prostu zamknęła, a książki religijne usunęłabym z księgarni, zakazała ich druku albo paliła – wścieka się Kristýna za każdym razem, gdy zaczynamy o tym rozmawiać. – To jest ogłupianie ludzi. Oferuje się im łatwe rozwiązania, mówi, że jeśli obejmą drzewo, to poczują się lepiej, a kiedy przeczytają historię Buddy, to znajdą właściwą drogę w życiu. Ale to niczemu nie służy. To jak podpieranie budynku, który i tak się zawali. Ja też kiedyś uległam matce, miałam wtedy siedemnaście lat, i poszłam z nią na kurs reiki. Słyszałaś o tym?
– To jakaś lecznicza energia z Japonii czy coś w tym rodzaju, nie?
– Tak. Legenda mówi, że wędrowiec doświadczył trzech cudów w drodze na świętą górę, bla, bla, bla i w końcu odkrył uzdrawiającą energię reiki. Kurs prowadziła pani Nováková, odbywał się w jej mieszkaniu w bloku na Pankrácu. To dopiero mistyka. Gdybyś tylko widziała tych biednych ludzi, co tam chodzili. Bankrut, matka z czwórką dzieci, kioskarka i ja z mamą. Wszyscy wierzyli, że po odbyciu rytuału inicjacyjnego ich życie zmieni się jak za dotknięciem różdżki. I że objawi im się prawda, że ujrzą ją wyraźniej niż inni. Na rytuał był przeznaczony osobny pokój, przypominał trochę wyrocznię mamy. Na jednej ścianie wisiał obraz Jezusa, na drugiej Budda, a na trzeciej jakiś afrykański bożek. Mieliśmy usiąść pod wizerunkiem, który był nam duchowo najbliższy. Zamknęliśmy oczy, a Nováková przez jakieś trzy kwadranse sapała w rogu, że niby przesyła nam w ten sposób energię.
– I co? Widzisz od tamtego czasu wyraźniej prawdę?
– Zrozumiałam, jaka to głupota i że to robienie ludziom wody z mózgu.
– Czyli jednak na coś ci się to przydało, nie?
**
Narysowałam na kartce wszystkie dzieci z naszej grupy, twarze wypełniłam cielistym pastelem. Kolor nosił zresztą taką nazwę – cielisty. Do Longa jednak nie pasował, jego skóra miała ciemniejszy odcień. Pomalowałam mu więc twarz na pomarańczowo. Przedszkolanka mnie za to zganiła. Powiedziała, że Long w niczym się od nas nie różni i nie wolno mi go kolorować inną farbą. Rzecz w tym, że jednak był inny i nie mogłam na to nic poradzić. Gdy po południu przyszła po mnie mama, pani pokazała jej mój obrazek.
– Proszę spojrzeć, co narysowała Janička!
Strasznie się bałam, że mama mnie zruga. Czułam się winna, choć nie byłam pewna, co tak naprawdę przeskrobałam.
– Narysowała koleżanki i kolegów. Czy jest w tym coś złego?
– Niech się pani dobrze przyjrzy. – Przedszkolanka wskazała palcem chłopca z pomarańczową twarzą. – Czy widzi pani, jak pokolorowała Longa?
– Widzę. – Mama przymrużyła oczy. – I co z nim nie tak?
– Pomalowała go innym kolorem!
Mama spoglądała na panią, nie pojmując, w czym rzecz.
– Narysowała wszystkie dzieci tak, jak je widzi. W tym przecież nie ma nic złego.
– No, ale tego typu zachowania trzeba wyłapywać na wczesnym etapie.
– A gdyby do grupy chodził czarnoskóry, jego też musiałaby kolorować na różowo jak pozostałe dzieci?
Przedszkolanka nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. W drodze do domu mama cały czas kręciła głową.
– Jezu, wszyscy mamy równe prawa i się szanujemy, ale to nie znaczy, że jesteśmy jednakowi – powiedziała później do ojca. – Ona po prostu maluje Wietnamczyka tak, jak go widzi! Ze skośnymi oczami! I uważa to za coś absolutnie normalnego!
– Dobrze już, dobrze, może faktycznie przedszkolanka trochę przesadza. Boi się, że dzieci będą się śmiać z tego chłopca. Wiesz, że potrafią być okrutne.
– Ale ona tylko pogarsza sprawę, bo podkreśla jego odmienność.
Wtedy właśnie zrozumiałam, że Long jest Wietnamczykiem.
Pamiętam jeszcze jedną historię. Bawiliśmy się w piaskownicy, gdy nagle jedno z dzieci, zapomniałam już które, wypuściło z rąk łopatkę, naciągnęło kąciki oczu aż do uszu i zaczęło wołać: „Chiński głuptasiński, japoński gamoński! Chiński głuptasiński, japoński gamoński!”. Podobno usłyszało to od wujka. Rozbiegliśmy się po placu zabaw, powtarzając za nim. Także Long naciągnął swoje kąciki. „Chiński głuptasiński, japoński gamoński!” – wołaliśmy. Po chwili jednak przybiegła przedszkolanka i zaczęła nas rozganiać.
– Przestańcie natychmiast! Ale już! Słyszycie? Nie wolno tak mówić, zrozumiano?
Potem zwróciła się do Longa:
– A tobie w szczególności nie wolno!
Nie rozumiałam, dlaczego twarz Longa trzeba malować taką samą cielistą farbą jak nasze, a on nie ma prawa biegać z innymi dziećmi i krzyczeć: „Chiński głuptasiński, japoński gamoński!”.
W domu tata wytłumaczył mi, że Chińczykom i Japończykom niekoniecznie spodobałoby się stawianie ich w jednym rzędzie z głupkami i gamoniami, a rodzice Longa pochodzą z Wietnamu i dlatego jego ojciec nie mówi dobrze po czesku. Powiedział również, że nie wolno mi nikogo wyśmiewać z powodu akcentu czy wyglądu, bo mnie też byłoby przykro, gdyby ktoś w Wietnamie robił sobie żarty z moich żółtych włosów i z tego, że nie mówię po wietnamsku.
Dotarło do mnie, że świat jest znacznie większy, niż myślałam, i że poza Pragą istnieje jeszcze coś takiego jak Wietnam, w którym mieszkają obok siebie Chińczycy, Japończycy, Wietnamczycy i Czesi, ale nikt się tam z nikogo nie nabija. Wydało mi się to wspaniałe. Zaczęłam uważniej przyglądać się Longowi, który pochodził z Wietnamu, ale nie było w nim nic szczególnego poza tym, że miał skośne oczy.
**
– Pani Jano – odezwał się, gdy usiadłam – opowiadałem już pani dowcip o Japończykach i wyborach?
Pokręciłam głową.
– No to pani opowiem. – Mrugnął do mnie po szelmowsku. – Tylko ostrzegam, jest trochę frywolny. Nie przeszkadza to pani?
Znów pokręciłam głową, bo nie wiedziałam, co to słowo oznacza. Pan profesor wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać, jakby przystępował do jakiejś ceremonii.
– Ambasador USA pyta ambasadora Japonii: How often do you have elections in Japan? Japończyk namyśla się chwilę, po czym mówi: Usually evely molning.
Patrzyłam na niego bezradnie. Po chwili parsknął takim śmiechem, że kartki zaczęły fruwać po stole.
– Pani Jano – wyjaśnił, widząc, że dalej nie chwytam. – Japończycy od zawsze mylą „l” z „r”.
Anna Cima
Obudzę się na Shibui
**
Znaleźć drogę do Japonii. Rozmowa z Anną Cimą [wywiad]
Pytam o to także dlatego, że Obudzę się na Shibui pod wieloma względami wydaje się właśnie nowe i świeże – Japonia, ciekawa forma (trzy połączone ze sobą historie), żywy, młodzieżowy język. Czy, mając na uwadze wspomnianą obecną sytuację czeskiej literatury, świadomie starała się pani zaproponować czytelnikom coś nowego, innego?
Nie, zupełnie o tym nie myślałam. Japonia stała się tematem mojej książki po prostu dlatego, że od kilku lat jest nieodłączną częścią mojego życia. Z kolei jeśli chodzi o język, zdecydowałam się na taki, a nie inny, bo to opowieść w pierwszej osobie z perspektywy młodej dziewczyny, siedemnastoletniej, a potem dwudziestoczteroletniej Jany z Pragi. Doszłam do wniosku, że język mówiony lepiej odda jej osobowość. Natomiast pomysł na trzy połączone historie przyszedł z czasem – na samym początku napisałam część praską, później tę, której akcja rozgrywa się na Shibui, a na końcu rozwinęłam motyw tłumaczenia opowiadania Kiyomaru Kawashity.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.