sobota, 1 sierpnia 2026

Opowieść o Kotowskim, generale anarchiście

 Laseczka emira

To będzie opowieść o Kotowskim, generale anarchiście, i o jego stenografie. A także o przemycie i zmyśle inscenizacji.

W roku 1923 młody stenograf otrzymał w Kijowie zlecenie: ma spisać opowieści kawalerzystów Kotowskiego, na ich podstawie opracowana zostanie historia korpusu. Newerly wyjaśnia, że podjął się tego zadania, bo chciał poznać barwną postać, jaką był Grigorij Kotowski. Po pewnym czasie miał już sporo zebranych relacji, które po przepisaniu na maszynie przedstawił Kotowskiemu. 

Dowódca „był inicjatorem zebrania tych materiałów, które zamierzał następnie opublikować”. Sam wszakże „wyłączył się z grona narratorów księgi pamiątkowej i opowiadać nie chciał”. 

Co było dalej? „Późną jesienią, gdzieś chyba w listopadzie, skończywszy dyktowanie maszynistce, doręczyłem Kotowskiemu cały materiał w stanie surowym. Wybrać do druku, ułożyć i odredagować miał kto inny”. Do wydania księgi jednak, przynajmniej do czasu ucieczki stenografa do Polski (jesień 1924), nie doszło. Newerlemu udało się w jakiś sposób przemycić zebrane materiały i – jak twierdzi – spisał je „wkrótce potem”, w roku 1925. Pisarz wplótł w Zostało z uczty bogów cztery fragmenty opowieści o Kotowskim. Najpierw cytuje trzy notatki, z których każda ma osobny tytuł: Komsek Johannes der Dritte (Iwanow Trzeci), scena na placu; Spotkanie przy mogile; Papierośnica. 

Pierwsza jest obserwacją językową, opowiada o komisarzu brygady Kotowskiego, który wierzy w rychłą wojnę z „białogermańcem”, więc uczy się niemieckiego z „samouczka Olendorfa” i oto beszta swego podwładnego w tym języku: „zdania prawidłowe, tylko tak wymawiane, jakby były czytane z tekstu pisanego rosyjskimi literami”. Druga to scenka przepełniona antycznym czy biblijnym patosem: dowódca oddziału egzekucyjnego wojsk Kotowskiego rozpoznaje wśród przeznaczonych na rozstrzelanie Ukraińców rodzonego brata; staje obok, obejmuje go i wydaje rozkaz: „Pal!”. Kotowski interweniuje i ratuje obu braciom życie. I wreszcie, tak dla Newerlego charakterystyczna, opowieść o przedmiocie, który odgrywa szczególną rolę w życiu ludzi. W czasie wojny domowej towarzysz S. darował podpułkownikowi „białych” życie, rabując mu w zamian srebrną grawerowaną papierośnicę. Po zakończeniu wojny domowej miał coś do załatwienia w Charkowie, a tam naczelnikiem wydziału był ów ocalony podpułkownik, który od razu zapytał o papierośnicę. Odzyskał ją, a w zamian towarzysz S. ocalił „reputację ideowego komunisty”, który przecież nie plami się rabunkiem. Później obaj odnaleźli się w tym samym oddziale i zaprzyjaźnili.

Prócz tych notatek jest jeszcze w Zostało z uczty bogów jedna, dłuższa, przytoczona nie dosłownie, tylko włożona w usta jednego z „kotowców”: „Kostik opowiadał, był solistą, inni swą milczącą obecnością potwierdzali prawdę jego słów, dopowiadając z rzadka jakimś przypomnieniem lub uzupełnieniem, można to opuścić dla klarowności opowieści, którą – zaglądając do notatek z 1925 roku – tak bym odtworzył [...]”. I tu toczy się opowieść.

Kotowski pojawia się także w opowiadaniu Żejma, w którym Newerly opisuje, jak w latach trzydziestych popłynął kajakiem pod samą granicę polsko-litewską, żeby obejrzeć prywatne muzeum osobliwości i porozmawiać z jego twórcą, niejakim Żejmą. Człowiek ten zgadza się opowiedzieć o swoim życiu w zamian za inną ciekawą opowieść. Długo się targują o temat, wreszcie ustalają, że Newerly opowie „o jednym takim skazańcu, co wymienił na licytacji swe kajdany na worek złota i został generałem kawalerii”. Newerly znał go osobiście. Po czym poznajemy ze szczegółami opowieść Żejmy i dowiadujemy się, że następnego dnia doszło do uregulowania długu „opowieścią o Kotowskim, dowódcy korpusu kawalerii z siedzibą w Winnicy”. I koniec, więcej o Kotowskim ani słowa.

A szkoda, bo historia o licytacji ładna. Opowiem ją za Newerlego. Tytuł niech będzie: 

Kajdany na aukcji

Kiedy w Odessie szalała rewolucja, Kotowski na jej scenę wyszedł z więzienia, ale nie zwyczajnie. Wyszedł w kajdanach i od razu pierwszego wieczora pojechał do teatru operowego, gdzie szedł spektakl Carmen.Na scenie śpiewał duet Don Jose – Carmen, ale po publiczności, zajętej przedstawieniem, przebiegł lekki szmer. Artyści od razu zauważyli ten rozłam między nimi a publicznością, szeptanie, w końcu zgiełk głosów. A po sali już jawnie niósł się szum i gwar: „Kotowski... Kotowski... Kotowski...”.

Otwarłszy na oścież drzwi pomiędzy oszołomionymi bileterami, wszedł na widownię on sam, bohater tysiąca i jednej nocy, wiele razy ranny, zabójca wielu ludzi, Grigorij Kotowski w brzęczących kajdanach na przegubach. 

Kotowski z kajdanami na rękach usiadł w pierwszym rzędzie. Pewna dama, którą kiedyś obrabował, osunęła się zemdlona. Kotowski ocucił ją z właściwą sobie galanterią. Świetnie rozumiał, że rzeczywiście mogło to być „silne przeżycie”. A w antrakcie, z kajdanami na przegubach, udał się do foyer.

Tam, otoczony tłumem, wdrapał się na coś, co miało mu posłużyć za trybunę. I wygłosił mowę o wolności, o Rosji, o sobie, Grigoriju Kotowskim. Słuchacze byli wstrząśnięci. A kiedy na zakończenie Kotowski zawołał potężnym basem, dominując nad szumem sali, że oto sprzedaje swoje kajdany na rzecz rodzącej się rosyjskiej wolności, słowa jego zagłuszył wybuch entuzjazmu. Kajdany – jedyną ruchomość w dobytku Kotowskiego – w ciągu dziesięciu minut kupił za dziesięć tysięcy rubli jakiś burżuj, który zakochał się w rewolucji. Kotowski później sam zapisał tak: „Miodowy miesiąc rewolucji lutowej. Nawet burżuazja kupuje moje kajdany”.

Czy Newerly użył tych akurat słów – tego w tej chwili nie wiem, wiem jednak, że opowiedział tę właśnie historię. Sam zaczerpnąłem ją z rozdziału zatytułowanego właśnie: Kandały s aukcjona, a pochodzącego z broszury Kotovskij. Anarchist-marszał rosyjskiego pisarza emigracyjnego Romana Gula.40 Czytając tę broszurę, miałem raz po raz nieodparte wrażenie, że czytam rosyjski przekład tekstu Newerlego. Tajemnicza to sprawa, spróbujemy ją rozwikłać.

Gul barwnie przedstawia biografię Grigorija Kotowskiego, syna ziemianina inżyniera, który urodził się w roku 1887 w miasteczku Hînceşti (potem do 1990 roku Kotowskoje bądź Kotovsk) w Besarabii, w wieku dwóch lat stracił matkę, a kiedy miał lat szesnaście – ojca. „Sport uczynił z Kotowskiego siłacza, a czytanie awanturniczych powieści i porywających dramatów wprowadziło jego życie na fantastyczną ścieżkę”.

Młody sierota znalazł pracę w dobrach besarabskiego księcia Cantacusino. Jednak przez nieostrożność zakochał się, z wzajemnością, w córce księcia; porywczy książę zamachnął się na młodzieńca harapem, ten zaś, niewiele myśląc, uderzył swego pana. Za karę został związany, pobity przez służbę i wywieziony w step. Tak, w sposób bardzo przypominający opisaną przez Jana Chryzostoma Paska przygodę młodego Iwana Mazepy, zaczęła się jego kariera rozbójnika.

„Zaiste, niezwykła odwaga, śmiałość i rozbójnicza chwackość stworzyły wokół Kotowskiego legendę. W ten sposób w roku 1904 w Besarabii wskrzesił on Schillerowskiego Karola Moora i Puszkinowskiego Dubrowskiego. Nie był to zwykły rozbój z grabieżą, tylko właśnie Karol Moor. Nie na darmo wrażliwy, jąkający się chłopiec zaczytywał się w fantastycznych powieściach i dramatach”. 

Kolejne ucieczki Kotowskiego z więzień porównywane są z kolei do epizodów z powieści Conan Doyle’a. Zaś pod koniec życia Kotowski, zasypiając nad lekturą Historii WKP(b), sięgał po Tarzana i mawiał ze śmiechem: „Wiecie, Tarzan po Historii WKP(b) smakuje jak szampan po rycynie”.

Kotowski jest też „czarusiem” (szarmior). Oto pod Kiszyniowem spłonęła wioska. Kilka dni później w domu nieobecnego akurat lichwiarza zjawia się elegancki młody człowiek o nienagannych manierach i bawi jego córkę dowcipną rozmową. Gdy powróci lichwiarz, przybysz przedstawi się jako Kotowski i zażąda tysiąca rubli na pogorzelców. Przed odjazdem zdąży jeszcze wpisać się do leżącego w salonie albumu: „I córka, i ojciec sprawili bardzo miłe wrażenie. Kotowski”.

„Kotowski namiętnie kochał życie – kobiety, muzykę, sport, kłusaki. Sam często mieszkał w lesie, w zimnie, pod strugami deszczu. Ale kiedy incognito pojawiał się w mieście, to zawsze w roli bogatego, elegancko ubranego pana i prowadził życie na szerokiej stopie, po pańsku, jak lubił”. 

Podczas jednej z takich wypraw do Kiszyniowa Kotowski, udając obywatela ziemskiego z Chersonia, zatrzymał się w najlepszym hotelu, zaprzyjaźnił z miejscową elitą i uzyskał zaproszenie na przyjęcie do magnata D. Semigradowa (Siedmiogrodzkiego). Rozmowa zeszła na Kotowskiego. Semigradow chwalił się, że ma na tego łotra zawsze w pogotowiu specjalny naładowany browning.

Tej samej nocy, kiedy goście się rozjechali, na mieszkanie Semigradowa napadli kotowcy, bezszelestnie dostali się do wnętrza, strasznie się obłowili, wywieźli drogi perski dywan, wzięli nawet srebrną laseczkę ze złotą główką – „podarek emira bucharskiego dla gospodarza”. A na naładowanym browningu, w pokoju śpiącego gospodarza, Kotowski zostawił notatkę: „Nie chwal się, idąc do boju, chwal się, wracając z boju”.

Na wiadomość o laseczce emira bucharskiego w głowie czytelnika Newerlego zapala się czerwone światełko. Przecież taka sama laseczka występowała we wspomnianym opowiadaniu Żejma! A konkretnie był to jeden z najważniejszych przedmiotów w prywatnej kolekcji osobliwości tytułowego bohatera:

Spostrzegam w kącie przedziwną laseczkę. 

– Można obejrzeć?

– Ma się rozumieć. Podarek emira z Samarkandy. 

Oglądam inkrustacje ze srebra i jakiejś kolorowej masy na toczonym pręcie, rzeźbioną główkę z kości słoniowej. 

Przedziwna laseczka jest wstępem do opowieści Żejmy o tym, jak to po rewolucji lutowej z kolegą, terminatorem zakładu fotograficznego, puścił się w świat z latarnią magiczną, prototypem kinematografu („jak się kręciło korbką, to snop światła rzucał na płótno ruchome obrazki – pies merdał ogonem, ludzie chodzili, konie pędziły, nawet latały ptaki pod chmurami i tym podobne cudeńka widziało się zupełnie wyraźnie na płótnie”), a w Samarkandzie sam emir Buchary zapragnął pokazać to widowisko swojemu haremowi: „Co to, panie, on tych żon miał, nie zliczyć. O, to po nim laseczka...”.

Oczywiście, mogło być takich laseczek więcej, być może któryś emir Buchary lubował się w ich rozdawaniu. Bardziej jednak prawdopodobne jest, że między oboma tekstami, Gula i Newerlego, istnieje zależność. Tylko w którą stronę? 

W biografii Romana Gula (1896–1986) i autora Zostało z uczty bogów pojawiają się te same miejsca. Gul przyszedł na świat w Kijowie, ale dzieciństwo spędził w Penzie, gdzie ukończył męskie gimnazjum – podobnie jak Newerly parę lat po nim. Gul zaczął studia w Moskwie, ale został powołany do wojska. Dostał się do niewoli niemieckiej i w roku 1919 trafił do Niemiec. (Jego matka, podobnie jak Newerly, wydostała się z Rosji przez zieloną granicę: pieszo przewędrowała z Kijowa do Warszawy.) Po przejściu przez kilka obozów dla internowanych Gul osiadł w Berlinie jako emigrant. Zaczął pisać. Dużym powodzeniem cieszyła się jego książka o Borisie Sawinkowie, przetłumaczona na kilka języków. Z powodu podtytułu niemieckiego wydania tej książki (Roman eines Terroristen) Gul został w roku 1933 (na parę lat przed Newerlym) więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego. Pobyt w obozie opisał w książce Oranienburg. Jeszcze w tym samym roku został zwolniony z obozu i wyjechał do Francji. Po wojnie wyemigrował do Ameryki.

Teoretycznie rzecz biorąc, Gul mógł mieć dostęp do stenogramów Newerlego o Kotowskim i jego konnicy, być może historia brygady została nawet w Kijowie wydana. Możliwe też jest inne rozwiązanie: że Newerly czytał jego opowieść o Kotowskim i stamtąd zaczerpnął motyw laseczki emira bucharskiego i inne szczegóły. Nowojorskie wydanie broszury, z którego korzystałem, jest bowiem fototypicznym przedrukiem części książki Gula Krasnyje marszały (Berlin 1932), zachowano nawet oryginalną paginację. Tytuł znaczy: Czerwoni marszałkowie. A polski przekład wyszedł dwa lata później nakładem Towarzystwa Wydawniczego „Rój” pod tytułem Czerwoni dowódcy. Woroszyłow, Budiennyj, Blücher, Kotowskij.

Archiwa Romana Gula są obecnie przechowywane w Beinecke Library w Yale. Można w nich znaleźć listy pisarzy polskich: Józefa i Marii Czapskich, Józefa Mackiewicza, Michała Pawlikowskiego, Karola Wędziagolskiego, a także zdjęcia Józefa Wittlina.41Syn Kotowskiego, też Grigorij, po wojnie znany indolog, udzielił w roku 2001 obszernego wywiadu, w którym mówił o swoim ojcu. Oraz o przedmiotach: opowiadał o srebrnej zastawie z monogramem B, którą zrabowano w białocerkiewskich dobrach Branickich, a którą jego rodzice widzieli potem w domu innego dowódcy z czasu wojny domowej, Jony Jakira. I o przypuszczalnych przyczynach śmierci swego ojca: 

W roku 1936 matce dano do zrozumienia, że zabójstwo ojca było polityczne. Oznajmił jej o tym sam marszałek Tuchaczewski. Podczas przyjęcia ku czci uczestniczek zjazdu – żon dowódców Armii Czerwonej – podszedł do niej i, uporczywie patrząc w oczy, powiedział, że w Warszawie wyszła książka, której autor utrzymuje, iż Kotowskiego zabiła władza radziecka. Rzeczywiście, w roku 1969 znalazłem tę książkę w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, w samej rzeczy twierdzi się w niej, że Kotowskiego zabiła władza radziecka, ponieważ był człowiekiem otwartym i niezależnym, a dysponując olbrzymią popularnością w narodzie, mógł pociągnąć za sobą nie tylko oddziały wojskowe, ale i masy ludności Prawobrzeżnej Ukrainy.42

Wróćmy do opowiadania Newerlego Żejma. Nazwisko Kotowskiego pojawia się w nim tylko raz. Newerly lubił jednak budować swoje teksty literackie jak szkatułka w szkatułce, łącząc pokrewne motywy, które pośrednio wskazują na ukryty, istotny temat. Tak samo dzieje się chyba i tutaj. Niby akcja toczy się na pograniczu polsko-litewskim, ale raz po raz pojawiają się realia ukraińskie. Do narratora przyplątuje się, zainteresowany odkupieniem kajaka, jakiś namolny facet: „Oglądał składak ze wszystkich stron, takiej krypoczki, mówił, jeszcze mu się nie zdarzyło widzieć, wypytywał, z jaką szybkością płynie, a ile może zabrać”. Otóż Kripoczka to typowe nazwisko ukraińskie, a w szczególności łemkowskie. Newerly ni stąd, ni zowąd nazywa gościa „mazepiakiem” – to znów aluzja, która kieruje w stronę Kotowskiego, który przecież wywodził się z tych samych terenów Mołdawii, gdzie, po przegranej bitwie pod Połtawą, w miasteczku Bender umarł w roku 1709 hetman Mazepa. W trakcie rozmowy okazuje się, że „mazepiak” jest przemytnikiem (stąd jego zainteresowanie nabyciem pojemnego i cicho płynącego składaka), który przedtem działał „na ruskiej granicy” w Ostrogu – tam, gdzie Newerly nielegalnie przekraczał granicę polską. 

Skoro tyle podskórnych tropów kieruje nas w stronę Kotowskiego i terenu jego działalności, sięgnijmy raz jeszcze do książeczki Romana Gula o Kotowskim. Pod sam koniec ujawnia on swoje źródło, powiada mianowicie w przypisie na stronie 196: „O życiu II korpusu i jego komendancie Kotowskim patrz wydrukowany w gazecie «Za Swobodu» bardzo ciekawy stenogram Igora Abugowa Kotowszczina”.

Oto dokąd zaprowadziła nas laseczka emira z Buchary. Do oryginalnego stenogramu monografii oddziału generała Kotowskiego, sporządzonego przez Newerlego w roku 1923 w miejscu postoju oddziału, potem jakoś przemyconego do Polski i opublikowanego pod przejrzystym pseudonimem w wychodzącym w Warszawie rosyjskim piśmie „Za Swobodu”. Otwiera się tym samym nowe oblicze Igora Newerlego – pisarza rosyjskiego. 

Ze wszystkich miejsc na świecie najkompletniejszą bodaj kolekcję „Za Swobodu” posiada Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy na Koszykowej. Tam się zatem udamy dla sprawdzenia rewelacji ukrytych w przypisku do broszury Romana Gula.

Biały Rosjanin

Istotnie, cykl pt. Kotowszczina. Zamietki w stienogrammach (Kotowszczyzna. Notatki stenograficzne) ukazywał się w kilku numerach „Za Swobodu”, począwszy od numeru 250 z roku 1927. Pierwszy odcinek redakcja opatrzyła następującym objaśnieniem:

Zamieszczając w dzisiejszym numerze pierwszy rozdział zapisków o życiu i dziejach jednego z oddziałów kawalerii Armii Czerwonej uważamy za stosowne wyjaśnić:

Jesienią roku 1923 autor został oddelegowany przez kijowskie biuro stenograficzne do dyspozycji sztabu drugiego korpusu konnego, który życzył sobie przez zanotowane opowieści weteranów przedstawić bojową historię korpusu Kotowskiego. Na kanwie zapisków stenograficznych, zarówno zbiorowych „biesiad wspomnień”, jak i osobnych rozmów z dowódcami poszczególnych oddziałów tego korpusu, stacjonujących w Humaniu, Hajsyniu, Krzyżopolu i innych miejscowościach Ukrainy autor napisał w na pół zbeletryzowanej formie niniejsze Notatki stenograficzne.Lektura Kotowszczyzny w zestawieniu z odpowiednimi fragmentami Zostało z uczty bogów nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do autorstwa. Pierwszy rozdział, zatytułowany Sam, zaczyna się od opisu pierwszego spotkania Newerlego z Kotowskim, który przedstawiony jest jako entuzjasta gimnastyki. W trakcie ogólnej rozmowy dowódca zwraca się nagle do autora:

– A jak tam wasza historia korpusu, towarzyszu stenografie? Zdążycie na święto korpusu?

– Tak myślę. Przecież została mi tylko trzecia dywizja besarabska. Tylko za radą towarzysza Krasnego będę musiał zmienić metodę zbierania materiału.

– A konkretnie?

– Organizować w pułkach Wieczory Wspomnień. Przeprowadzanie wywiadów tylko z weteranami trąci oficjalnością, a innych zachęca do roli Kuźmy Kriuczkowa... 

Stenogram ma tu formę czystego dialogu. W powieści autobiograficznej ten sam epizod zostanie opowiedziany: „więc gdy spojrzał, gdy spytał, jak tam z waszą pracą, towarzyszu stenografie – musiałem zdobyć się na pewien wysiłek, by się wyzwolić z onieśmielenia przed jego wzrokiem i legendą. Powiedziałem, jak mi idzie w poszczególnych jednostkach, bo przedtem, kiedyśmy rozmawiali sam na sam, to było mniej ciekawych opowiadań i trochę blagi...”.

Dalej w powieści też jest dialog:

– Kuźmę Kriuczkowa rąbali – zagadnął żywo Kotowski.

– Wiele razy i w różny sposób.

– Wiem, wiem... W dziewiętnastym roku to było, bratku, pod Carycynem – odezwał się nagle Kotowski głosem i stylem jednego z moich rozmówców z Hajsynia.

W wersji z warszawskiego czasopisma nazwisko dzielnego Kozaka dońskiego wymienił sam stenograf, więc dowódca wpada mu w słowo:

– Dwudziestu zabijać naraz? Wiem... „Gdzie miała miejsce ta potrzeba?”. „Pod Carycynem, braciszku, w dziewiętnastym roku” – z zadziwiającą wiernością Kotowski naśladował moich wczorajszych gawędziarzy.

Jak widać, są to dwa teksty tego samego autora. Wszystko wskazuje na to, że pisząc Zostało z uczty bogów, Newerly miał dostęp do swojej publikacji na łamach „Za Swobodu” albo w tejże samej Bibliotece Publicznej na Koszykowej, albo w przechowanych przez lata wycinkach.

Bliższe porównanie obu tekstów pokazuje, że różnice biorą się niekiedy z faktu, iż każdy był skierowany do innego adresata. Inna też była tożsamość autora. W roku 1923, spisując stenogramy, Newerly czuł się zapewne Rosjaninem urodzonym w Polsce. W roku 1927, szykując tekst do druku w rosyjskim piśmie wydawanym w Warszawie, czuł się zapewne białym Rosjaninem, który mieszka w Polsce i stopniowo zaczyna się wdrażać do myślenia po polsku (zdarzyło mu się już, jak wiemy, publikować po polsku w fachowym piśmie stenograficznym, po polsku też stenografował jako Esperto). Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy pisał Zostało z uczty bogów, był niewątpliwie pisarzem polskim z dużym dorobkiem i wielkimi nakładami. To trochę zmienia perspektywę. Być może dlatego fragment dotyczący kupców polskich, którzy przyjechali na spotkanie z Kotowskim, jest w Kotowszczyźnie, ale nie wszedł do powieści: „wysocy i niscy, piękni i brzydcy, ale eleganccy, dziwnie poprawni ludzie z tego niezrozumiałego kraju, gdzie jest jakiś «Sejm» i nie ma gazety «Prawda», gdzie sukno jest lepsze od tutejszego, a papierosy gorsze”. To spojrzenie życzliwego Rosjanina, ale spojrzenie z zewnątrz. Po latach Newerly uzna ten dystans za zbędny. 

Rozdział drugi Kotowszczyzny nosi tytuł Likwidacja powstania tambowskiego, zasadniczy jego trzon to – opowiedziana również w powieści autobiograficznej – historia prowokacji, w której ludzie Kotowskiego, udając oddział atamana Frołowa, oszukali pułkownika Matiuchina i zlikwidowali jego oddział. W czasopiśmie po tej historii następuje wielce smakowity zapis rozmowy o rozszerzeniu rewolucji na Europę:

– Europę by tak... do Europy by wpaść na godzinkę – rozmarzył się siedzący kotowiec – ze świstem i z dymem! Żeby nocki były czerwone, świty czarne, żeby mieć krew pod kopytami i wiatr w uszach! I wtedy ławą i z hukiem przez place paryskie, za rrewwoluccje, mesje, za proletariacką ginę wesz! Ech... Przydałoby się!

– Europa chyba poradzi sobie sama.

– Bez nas? To zupełnie wykluczone – kategorycznie protestuje Kostik. – Myśmy, można powiedzieć, opatentowali wszystkie rewolucje. Chcesz otworzyć sklepik – przyjdź, poproś, to otrzymasz, a jak nie przyjdziesz, to będzie nieważna. Bez nas jak bez czeki.

– Zdarzały się rewolucje i bez czeki.

– E tam, co to za rewolucja, jeśli nie ma czeki! Spirytus bezalkoholowy. Takie tam gadanie...

W powieści cała ta rozmowa zostanie streszczona w paru zdaniach, ale warto je czytać łącznie z tekstem w piśmie „Za Swobodu”, bo upewniamy się wówczas, że zdanie o Europie, która sobie poradzi bez Rosji, i o rewolucjach bez czekistów wypowiedział sam stenograf brygady Kotowskiego. Dlaczego nie chciał powtórzyć tych słów w autobiograficznej powieści? Pewnie dlatego, że choć w końcu wydał ją w Instytucie Literackim i w NOW-ej, najpierw kilkakrotnie próbował w „Czytelniku”. Dobrze, że dziś, po latach, można przywrócić Newerlemu autorstwo tych słów.

Trzeci rozdział Kotowszczyzny nosi tytuł O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi. Zaczyna się snem stenografa o wielkim ptaku, który usiłuje zrzucić z siebie przyczepione mu do szyi głowy dwóch nieżyjących już Władimirów – Puryszkiewicza i Lenina (pierwszy był zabójcą demonicznego popa Grigorija Rasputina, faworyta rodziny carskiej). A potem następuje przywołana już w poprzednim rozdziale anegdota o komseku Johannesie „der Dritte”, czytającym frazy z samouczka Olendorfa. Spróbuję przełożyć ten fragment, choć mam świadomość, że cały jego urok tkwi w wersji pisanej cyrylicą, gdy czyta ktoś, kto zna i rosyjski, i niemiecki: „Cierpliwie kartkował zieloną książeczkę i cieszył się, kiedy w niej coś znalazł: «Pamiętaj, że tylko na wojnie das gebot der warhaftigkajt (i w natchnionej recytacji ciągnął śpiewnie) wi zo fiile andre zittengebote ferliirt zajne gjultigkajt im krige!»”. (W przypisku Abugow/Newerly podaje po rosyjsku sens zdania: „Przykazanie prawdomówności, jak wiele innych nakazów etycznych, traci znaczenie w czasie wojny”.)

Stenograficzna opowieść o brygadzie Kotowskiego kończy się dwoma akcentami – osobistym i ogólnym. W osobistym autor w rozmowie z komisarzem politycznym nieomal demaskuje się jako mienszewik. A to poważny zarzut, skoro, jak powiada komisarz: „Mienszewizm to, ja wam mówię, choroba społeczna gorsza od syfilisu. Odzywa się w dziesiątym pokoleniu”.

Ogólne podsumowanie zaś brzmi tak: „Wyjaśniło się – na listę republik radzieckich zapomniano wpisać Kotowię – dziwną republikę autonomiczną złożoną z ośmiu pułków kawalerii, rozłożonych nad polską granicą. Ale czy Kotowia jest tylko jedna? I czy jest ona komunistyczna?”.

Kotowszczyzna nie była jedyną publikacją na łamach dziennika „Za Swobodu”, napisaną przez Newerlego. Pierwszym artykułem podpisanym „Igor Abugow”, na jaki natrafiłem, jest tekst pt. Ażur, opublikowany w numerze 176 tegoż roku 1927. Nie chodzi w nim o luźną tkaninę ani element dekoracyjny z otworami, tylko o przejrzystość w kwestiach ekonomicznych i finansowych.

Kolejny artykuł polityczny – W stronę termidoriańskiego rozjazdu (nr 205) – rozpoczyna się świetnym porównaniem partii bolszewickiej do pociągu pędzącego w środku nocy po rozchwierutanych szynach: „Na pociągu – trzy litery: W.K.P. Na parowozie – od czterech lat trup”. (Lenin, przypomnijmy, zmarł w styczniu roku 1924.) 

W innych tekstach (Rubaszka biedoty, nr 243, Manifest nr 1, nr 253) Abugow zajmuje się sytuacją gospodarczą wsi w Rosji Radzieckiej. Pisze też o X zjeździe ukraińskiej partii komunistycznej w Charkowie (I nie mądrzej..., nr 278). Osobne miejsce wśród tekstów Abugowa w „Za Swobodu” zajmuje zamieszony w pierwszym numerze z roku 1928 autobiograficzny szkic W noc sylwestrową. Na jednym planie jest to wspomnienie pierwszego pocałunku z Niną, przyjaciółką z mienszewickiej, jak wiemy skądinąd, konspiracji. Jak chodzą razem po nocnym Kijowie, jak on chce ją namówić, by do niego przyszła na noc, i kusi słoniną, na którą wymienił nowy płaszcz, a słonina „pachnąca, biała jak śnieg”, do tego upieką kartofli i będą jeść plastrami, popijając herbatą... Ale zarazem pojawia się wątek konspiracji. Nina ma do Gorii (Igora) pretensje, że kiedy niedawno do sali wbiegł przestraszony Misza i zawołał, że czekiści otoczyli dom, wszyscy uciekli, a Igor został, wyszarpując coś z notatnika. On jej tłumaczy: „Tak, tak, jeśliby u mnie znaleźli tę listę ofiar Czerwonego Krzyża...”. Ona: „Zaszyfrowaną”. On: „O diabolo pistoletto! Ależ zrozum, że nie ma szyfru, którego nie dałoby się rozszyfrować. A wtedy ilu siedziałoby tylko za to, że ofiarowali aresztowanym rubaszkę czy rubelka?”.

Nina ma moment załamania, kiedy wydaje się jej, że lada chwila będzie aresztowana. Igor martwi się, że gdyby ich zamknięto, przepadnie niesiony pod podkoszulkiem ostatni zestaw czcionek. Martwi się też o matkę, wie, że ona i tej nocy czeka na jego powrót. „Może to mój egoizm, ale czasami, patrząc na nią, czekającą w milczeniu, czasami, Nino, chciałoby się, żeby mnie prędzej wzięli”.

Mijany gmach GPU budzi pesymistyczne refleksje: „My, drugie pokolenie podziemnej młodzieży, nie wymkniemy się im, jak nie wymknęło się pierwsze. Zbliżamy się do przełomowego wieku dla podziemnego pokolenia – dwa lata”. 

W zakończeniu autor tłumaczy, dlaczego w noworocznym nastroju przypomniała mu się tamta sylwestrowa noc: oto właśnie dostał z Uralu wiadomość o śmierci Niny na zesłaniu.

Z opublikowanego dwa numery później artykułu Przenicowane wyjmę tu tylko jeden akapit, wystarczy za tasiemcowe cytaty: 

„Stalin to grubianin”, przestrzegał partię w testamencie Lenin, zapomniawszy o swoim własnym powiedzeniu „u nas duże gospodarstwo, każde draństwo się trafi”. Więc zdarzyło się też stalinowskie grubiaństwo i bezczelność. Zamachnął się więc grubiański Stalin bezczelnie i wszystkich „pozostałych” po tej i po tamtej stronie granicy palnął manifestem: „Niech się stanie siedmiogodzinny dzień pracy!”.

Artykuł O „dekabrystach” WKP (1928, nr 18) dotyczy walk frakcyjnych między Stalinem a Trockim i Zinowjewem. We wsi pod sowietami (nr 28) to podbudowana statystyką analiza sytuacji na wsi w Związku Radzieckim. Wewnętrzne sprzeczności WKP (nr 47) to omówienie dwóch książek rosyjskich wydanych w Paryżu, a dotyczących pierwszego dziesięciolecia porewolucyjnej Rosji. 

Z artykułu pod osobliwym nagłówkiem ...? (nr 58) warto przytoczyć objaśnienie tytułu, zwłaszcza że zawiera ono wątek autobiograficzny: 

Przypomina mi się, jak już po polskiej stronie, zakończywszy wstępne przesłuchanie, komendant posterunku spytał wesoło: 

Pan z bolszewii. Proszę mi wyjaśnić, co oznaczają trzy kropki ze znakiem zapytania tam naprzeciwko na sowieckim słupku? W Rosji z pewnością nie wiedzą, że na granicy proletariackiej ojczyzny wyleniały się i wytarły litery C, została tylko połowa P, przypominająca znak zapytania, i że zamiast CCCP wisi: ...?

Oni to tylko czują.

I kiedy robotnik słyszy wszystkie trzy syczące C – w myśli rodzi się znak zapytania, zawieszony nad beznadziejnym wielokropkiem”.

I wreszcie artykuł Budowniczy (W obronie sztuki dla sztuki) (nr 69). Ważny choćby ze względu na stolarskie pasje Igora Newerlego. Posłuchajmy: „Budowniczowie to ludzie wolnego zawodu i jako tacy dzielą się na rzemieślników i artystów. Dla rzemieślnika ważny jest rezultat jego pracy, dla artysty sam jej proces”. 

Począwszy od numeru 92 w roku 1928, na łamach „Za Swobodu” zaczęły się ukazywać felietony miejskie z cyklu Drobiazgi życia warszawskiego (Miełoczi warszawskoj żizni). Zwróciły one moją uwagę tytułem, który przypomina tytuł artykułu Abugowa O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi, oraz pseudonimem – Newer Mor – przypominającym nazwisko Newerly. I jeszcze jedno. W latach 1927–1928 przy dzienniku „Za Swobodu” ukazywał się dodatek literacki „Wolna Trybuna Młodych”. Dziesięć lat później Igor Newerly zacznie wydawać w Warszawie tygodnik „WoTuM – Wolna Trybuna Młodych”... 

Laseczka emira bucharskiego okazała się magiczną laseczką. Doprowadziła nie tylko do stenogramów o brygadzie Kotowskiego, ale i odkryła zupełnie nieznane oblicze Newerlego jako białego Rosjanina i zdecydowanego antykomunisty.

Teksty Igora Abugowa w piśmie „Za Swobodu” rzucają zarazem nowe światło na powojenną sytuację Newerlego. Oto człowiek, który zdecydował się wrócić po wojnie do Polski i który żył tutaj w najgorszych latach stalinowskich, wiedząc, że w centrum Warszawy, przy ulicy Koszykowej, w publicznej, każdemu dostępnej bibliotece, leżą nieco pożółkłe egzemplarze rosyjskiej gazety z jego tekstami o trupie Lenina na pędzącym w mroku parowozie partii bolszewickiej, o Stalinie-grubianinie, o czekistach obecnych w każdej rewolucji i o niemal wszechwładnym GPU. Wprawdzie nie były one podpisane pełnym nazwiskiem, tylko zbliżonym do niego pseudonimem, ale ryzyko ujawnienia tych tekstów musiało być duże. Myślę, że to w sporej mierze wyjaśnia, dlaczego człowiek, który przeszedł przez kilka więzień w Związku Radzieckim i z trudem uniknął zesłania do łagru, wstąpił po wojnie do PPS, a z nią do PZPR, i napisał jedną z najbardziej znanych powieści zaliczanych do nurtu realizmu socjalistycznego. Wyjaśnia też jego późniejszą ewolucję polityczną, którą można będzie obecnie interpretować jako stopniowy powrót do poglądów głoszonych w końcu lat dwudziestych na łamach rosyjskiego, wydawanego w Warszawie, dziennika „Za Swobodu”.

Jan Zieliński 

Szkatułki Newerlego 

"Ja" jest grzechem, pierwotną przewiną Adama, czyli każdego człowieka

 To nie powrót do społeczeństwa religijnej, politycznej lub jakiejkolwiek innej karności stanowi szansę dla istnienia – jest nią raczej społeczeństwo unowocześniające się, czyli emancypujące. Co prawda wzmaga się w nim iluzja „ja”, jego głupawy narcyzm i żarłoczny egoizm, lecz jednocześnie właśnie w nim otwiera się przestrzeń dla ostatecznego porywu istnienia. Czyli – tam gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej wylała się łaska? Z pewnością tak, jakkolwiek ostateczny triumf dokonać się może tylko w nielicznych, jeśli zgoła nie zastąpi go absolutna porażka. Wielka katastrofa istnienia, które wychodząc na poszukiwanie siebie, nigdy już nie powróci do domu, lecz będzie się samo pożerać przez swoich niedoszłych zbawicieli.


„Istnienie jest Bogiem” – to jedna z kluczowych i najbardziej brzemiennych w skutki tez Mistrza Eckharta, stanowiąca również punkt wyjścia dla anonimowego autora traktatu Teologia niemiecka. Istnienie jest Bogiem, ogarnia wszystko i jest całymi nami. Wszystko bowiem, co jest, do niego należy i w nim uczestniczy. Nic – w sensie ontologicznej obiektywności – nie pozostaje poza istnieniem. Wszystkim jest ono. Każdy z nas to jego fenomen. A jednak jest coś, co się z istnienia wyłamuje. Tym czymś jest „ja”, które nie chce być tylko przejawem, nie chce być tylko – by sparafrazować piękną metaforę Nietzschego – zmarszczką na wiecznym oceanie. „Ja” chce być swoim własnym istnieniem, chce niezależności i autonomii, chce być swym własnym panem, swoim własnym bogiem. A jeśli ma mieć Boga poza sobą, to chce być dla niego partnerem, odrębnym drugim „ja” obok jego „ja”. Lecz wtedy istnienie nie jest już Bogiem, jest czymś rozczłonkowanym między istniejące podmioty, rozerwanym na strzępy przez ich dążenia, „ja” mające na celu. I dlatego właśnie „ja jest grzechem”, pierwotną przewiną Adama, czyli każdego człowieka.

Istnienie jest Bogiem, ja jest grzechem

https://kronos.org.pl/

piątek, 31 lipca 2026

Brońmy żywiących


(Artykuł z 1998 roku)

  Chociaż nie samym chlebem człowiek żyje, to jednak jedna z najważniejszych rzeczy była, jest i pozostanie żywność. Nie dokonuję tu żadnego odkrycia, gdyż od początku świata głód był nieodłącznym towarzyszem ludzkiej doli, a żywność była powodem wojen. I mimo, że w dzisiejszych czasach ludzie nie drżą na dźwięk słowa Przednówek, to i tak każdego wieczora, mniej więcej 1/3 ludzkości kładzie się spać głodna.

  Perfidią dzisiejszego dnia jest to, że żywność stała sie bronią. Autorem tej szatańskiej doktryny jest nie kto inny, ale sam sir Henry Kissinger, który w grudniu 1974 roku w czasie, gdy piastował stanowisko doradcy prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego USA, opracował wraz ze swymi bliskimi współpracownikami i opatrzył swoim podpisem tajny dokument. Dokument ten, znany pod nazwą National Security Memorandum 200 (NSSM 200) liczy 200 stron i opatrzony jest tytułem: Implications of Worldwide Population Growth for US, Security and Overseas Interest. Wykłada z wim rzeźnicką, malthussiańską teorię użycia żywności – jako bron, szczególnie przeciw krajom o większym przyroście naturalnym. Sir Henry wymienia tam 13 państw…

   Musimy sobie o tym przypomniieć i mieć to stale na uwadze obserwując postępujące i wdrażane procesy kanibalizacji polskiej ekonomii, w których to w których to na pierwszy ogień poszedł… kompleks przemysłowo agrarny.

   Przepychanki wokół Ursusa są dalszym ciągiem tego samego brudnego i mówiąc po imieniu kryminalnego procederu łupieży polskiej gospodarki przez światową oligarchię, którą zapoczątkowano rozwaleniem polskiej spółdzielczości chłopskiej z całym systemem Banków Gminnych Spółdzienli Samopomocy Chłopskiej na czele i to natychmiast, zaraz po starcie tzw. transformacji ustrojowej.

   Takie właśnie, a nie inne podejście do tzw. transformacji ustrojowej świadczy o wcześniejszych starannych przygotowaniach, o doskonałym przygotowaniu likwidatorów polskiego rolnictwa. O ich znakomitej znajomości polskich realiów, znakomitej politycznej aktywności i historii polskiejsamorządności chłopskiej i to zarówno jej gospodarczych, jak i finansowych form.

   Świadczy o tym fakt niepozostawienia nawet najmniejszej furtki czasowej na dokonanie manewru przez polskie chłopstwo – oczywiście w obawie, że spodziewane przeorganizowanie się finansowe chłopstwa zablokuje realizację planów globalizacji, czyli odnarodowienia i przejęcia polskiego sektora  żywnościowego przez międzynarodowe korporacje.

   Miejscowa oligarchia in specie pozostająca na usługach jej światowych pryncypałów liczy, że zadając w ten sposób śmiertelną ranę całemu polskiemu rolnictwu, spowoduje nieuchronna agonię polskiego gospodarstwa rodzinnego. W dalszej perspektywie zupełny zanik polskiej wsi z całą jej otoczką ekonomiczno-socjalno-kulturowo-religijną, postrzegana przez nich – jako sotoja tego, co y, Polacy nazywamy polskością, a co Jewropejczycy nazywaja polskim oszołomstwem.

   Procesy niszczenia polskiego rolnictwa wdrażane obecnie przez kolejne ekipy rządzące (bez różnicy na ich przynależnośc partyjną, czy afiliację ideologiczną), realizują  stale ten sam narzucony na samym początku plan likwidacji.

   Ne jest to w sumie nic nowego, gdyż w zasadzie od półwiecza polscy rolnicy byli poddawani permanentnej dyskryminacji, stałemu naciskowi, wyzyskowi fiskalnemu i bezlitosnej eksploatacji. Raz przybierało to ostre, raz bardziej łagodne formy w zależności od tego, jak komunistom potrzebna była żywność, którą sprzedawano łatając dziury powstałe w wyniku ich eksperymentów w upaństwowionej gospodarce planowej.

   Ów terror antychłopski, wprowadzany przez Jewszeków, wszędzie tam, gdzie sięgały zagony Czerwonej Armii, niemal wszystkich europejskich chłopów, Czechów, Węgrów, Niemców, etc – nie złamał tylko i jedynie Polskiej Wsi i Polskiego Chłopa.

   Wtedy jednak wiadomo było, kto wróg, a kto przyjaciel!!!!
   Dzisiaj rolnicy stanęli przed „nowym”, ale o wiele groźniejszym wrogiem.  Oligarchicznymi, międzynarodowymi monopolami agrobusinessu, mutującymi po dołączeniu do nich czerwonej nomenklatury. Najgorsze jest to, że Chłop Polski staje bezradny i co najważniejsze nieświadomy tego, co szykuje mu ta przepoczwarzająca się w Jewrooligarchę rodzima, czerwona, pazerna, złodziejska zaraza.

   Partia chłopska w zasadzie nigdy nie zdołała się odbudować, bękarty puławskie i natolińskie zawłaszczyły i nazwę i elektorat. Nawet ta namiastka w postaci PSL została wymanewrowana, ośmieszona, wyprowadzona w pole i zepchnięta w niebyt polityczny z jakąś wściekłą, zapiekłą antychłopska nienawiścią, której przyczyny budzą u postronnych obserwatorów zdziwienie. Wielu próbuje identyfikować owe zjawisko-bliżej niezidentyfikowanej – niechęci do chłopów przypisując je, jako cechę charakterystyczną, warstwie tzw. inteligencji.

   Jest to moim skromnym zdaniem twierdzenie całkowicie fałszywe, gdyż okazuje się, że owa nienawiść – fobia antychłopska ma i swoje uzasadnienie i źródło. Przyglądając się bowiem dokładniej owej antychłopskiej fobii zauważymy, że jest ona cechą charakterystyczną  – li tylko syjono-masońskich kręgów politycznych – identyfikująca ich etniczne pochodzenie z rasy-narodu, rózniącego się od wszystkich innych między innymi wlaśnie tym, że jako jedyna na całym świecie prawie przez dwa tysiąclecia – nie posiadała warstwy chłopskiej w ogóle.

   Plany te wdrażane przez owe kręgi polityczne w Polsce dziś, nie sa niczym wyjątkowym. Są one bowiem częścią tego samego cynicznego eksperymentu podjętego zaraz po zamachu stanu i przewrocie bolszewickim w Rosji. Takie same eksperymenty prowadzone sa w wielu miejscach na świecie z różnym natężeniem i w różnych odmianach. Skutki są wszędzie mniej więcej jednakowe, cel absolutnie ten sam.  Tym celem jest: 

   Likwidacja chłopstwa – wolnego, niezależnego producenta żywności, właściciela ziemi, środków produkcji i narzędzi Chłopstwa dysponującego rezerwą żywności i dzięki temu niezmiernie odpornemu na manipulacje i działania spekulacyjne. Chłopstwa, które stanowi sól ziemi, każdej ziemi Chłopstwa, które było, jest i pozostanie bazą każdego bez wyjątku narodowego państwa.

   Prześledźmy proces likwidacji farm rodzinnych i rodzinnego rolnictwa w Stanach Zjednoczonych Ameryki i porównajmy metody do tych, jakie obserwujemy w chwili obecnej w Polsce.

   Po drugiej wojnie światowej, przy gwałtownym postępie technicznym, nieodłącznie związanym z prawidłowym przyrostem naturalnym, nastapił niezwykły progres w rolnictwie. Oczywiscie tam, gdzie poświęcono mu własciwą uwagę i przyznano odpowiednią rangę, czyli w USA, Kanadzie, Argentynie, Brazylii oraz w Australii.

   Nie wolno nam przy tym zapominać, że wiele lat wcześniej Świat Postępu pod wodzą Wielkiego Sternika, eksperymentował w rolnictwie najbardziej agresywnie. Nie piszę tego złosliwie – po prostu nie mogę – bo w obliczu ogromnej daniny krwi, jaką pochłonął ów eksperyment i przeogromenj tragedii chrześcijańskiego narodu rosyjskiego chłopstwa – uważam, że przymusowa kolektywizacja pozostaje absolutnie największą nieukaraną zbrodnią przeciwko człowiekowi…. zbrodnia celowo zamilczana. Pamiętajmy o tym – ponieważ wiele doświadczeń z okresu przymusowej kolektywizacji, jak i zawłaszczania gotowego produktu w formie obowiązkowych dostaw przydało się jak znalazł i wykorzystano je w późniejszym okresie na Zachodzie po zaledwie drobnych modyfikacjach.

   W Stanach Zjednoczonych Ameryki okres powojenny, w którym dla upełnorolnionych gospodarstw rodzinnych zaoferowano odpowiednie umaszynowienie i nowoczesne metody agronomiczne – zaowocował pełną samowystarczalnością pod względem zaopatrzenia w żywność i i zdolnością utrzymywania wystarczających rezerw żywności.

   W Ameryce i Kanadzie gospodarstwa takie – przeciętnie 20 – 50 hektarowe, były podstawą i bazą, na której zbudowano potęgę Ameryki Północnej mimo, że glebowo daleko amerykańskiej ziemi do czarnociemów Ukrainy, czy Stawropola, czy Dalekiego Wschodu Syberii.

   Nie wolno nam zapominać, że struktura gospodarstw rodzinnych – pełnorolnych, ale nie za dużych, gwarantuje samowystarczalność państw, samowystarczalność społeczeństwa i potrafi stawić opór nawet komunizmowi – tak jak w Polsce.

   Powtórzmy sobie jeszcze raz. Świadoma, dobrze wykształcona klasa chłopska-farmerska posiadająca zarówno środki produkcji, jak i gotowy produkt, stanowi ogromną siłę polityczną. Jako sól ziemi jest absolutnie patriotyczna i obywatelsko narodowo odpowiedzialna. Obserwująca na codzień cud życia, pozostaje tradycyjnie konserwatywna i pielęgnująca wartości religijne.

   Klasa taka jest niewygodna dla manipulatorów politycznych, gdyż jako znaczna siła polityczna, pozostaje dla nich niesterowalna. Świadoma swwej politycznej siły przy prawidłowej reprezentacji, grupa ta twardo stoi na ziemi i nie jest podatna na   żadne spekulacyjne działania, ceniąca spokój i realizm, działa stabilizująco, rozważnie i na długa metę.

   Owa nowoczesna warstwa społeczna technokratycznego producenta żywności, czyli świadome, wysoko wykształcone chłopstwo, wyłaniające się jako noiwy czynnik na scenie polityczno gospodarczej, słusznie oceniono jako smiertelne zagrożenie dla próżniaczego sektora oligarchiczno finansowewgo i po prostu postanowiono… zniszczyć.

   Wykorzystując całą swoją wiedze polityczną i ogromne środki – uderzono w farmera. Bazując na doświadczeniach ze Sowieckiego Sojuza wiedzieli doskonale, że chłop broni ziemi, że forsowna kolektywizacja, czy komasacja w gospodarstwa wielkoobszarowe przynosi ogromne straty. Straty zarówno społeczne, jak i polityczne, a przedw wszystkim krwawe ofiary i całkowite załamanie produkcji. Owego okresy orzejściowego głodu, aktów kanibalizmu i zapędzenia terrorem do pracy chłopów w charakterze bandosów postanowiono uniknąć w Ameryce za wszelką cenę. Nie mam cienia wątpliwości, że że fakt powszechnego posiadania broni przez Amerykanów odgrywał w tym niepoślednią rolę.

Cz.2

   W momencie, kiedy farmerzy amerykańscy mieli się najlepiej, przedstawiono im miraż ogromnego postępu i wzrostu cen w najbliższym czasie. Miraż następnego Wielkiego Skoku, który farmerzy przyjęli jako pewnik, bezgranicznie wierząc w uczciwośc finansowych instytucji, agencji doradczych oraz rządowych agencji i instytucji politycznych. Banki zaproponowały farmerom duże kredyty na bardzo dogodnych warunkach, już nie tylko na maszyny, czasami zupełnie niepotrzebne, ale na całkowite potrzeby z luksusem łacznie. Pożyczki te dla domów bankierskich ne stanowiły żadnego ryzyka, kreowane przez bankierów kredyty z powietrza miały pełne pokrycie, gdyż udzielane były pod zastaw na ziemię – posiadająca wysoka wartość i nie obciążone niczym – pozostającą wyłącznie własnością zdecydowanej większości farmerów – kredytobiorców.

   Po kilku latach stało się jasnym, że była to niesamowita pułapka. Ceny żywności „zaczęły spadać” w miarę jak do rynku zaczęły uzyskiwać inne kraje, zwłaszcza trzeciego świata o niskich agro-technikach i technologiach, a przede wszystkim o nieskiej robociźnia (oczywiście według zasady free trade, płacąc płacąc tanią zywnością odejmowaną od ust włąsnych dzieci za produkty wysoko przetworzone). 
   Mass media i Hollywood w tym samym czasie robiły wszystko, aby zmienić przyzwyczajenia kulinarne Amerykanów. wyperswadowano ludziom normalny, pachnący, dobry chleb, zastąpiono go watą (toaster), piekarnie rodzinne zastąpiły fabryki chleba z taśmociągami. Głoszono, jak niezdrowa jest wieprzowina, a zwłaszcza smalec i słonina, która jeszcze do lat 60-tych byłą podstawą w każdej kuchni. Tu zlikwidowano za jednym zamachem i rodzinne wędliniarnie i tref(n)e. Tłumaczono, jak niezdrowe jest masło i mleko, aż zastąpiono je sokiem z pomarańczy i masłem orzechowym, etc etc.

   Skutkiem owego gwałtownego przewrotu wzorców kulturowych, nastapiło gwałtowne zachwianie się ustalonego wzorca kultury spożycia i rynku cenowego. Farmerzy, dla któych z dnia na dzień zmniejszył się znacznie dochód, bo nawet był problem ze zbyciem gotowego produktu, stracili tzw. Zdolność Kredytową. Zapamiętajcie to pojęcie, zdolność kredytowa  – to podstawowa broń do wykańczania społeczeństwa.

   Farmerzy, którzy stracili zdolność kredytową nie mogli obsiać pola, bo nikt im nie dał kredytu na ziarno i paliwo. System ten zadusił amerykańskie chłopstwo. Po niezdolności kredytowej następowała niewypłacalność, po niewypłacalności zajęcie majątku za długi hipoteczne. Zajęcie ziemi wraz z budynkami. Ludzie zasilili proletariat miast,  Z niezależnego chłopa stali się robotnikami zyjącymi od wypłaty do wypłaty.

   Oto grzeczny, układny urzędnik bankowy z wypchaną aktówką i wysmarowanymi brylantynka włoskami, przymilnie oferujący farmerowi dogodne kredyty…. po kilku latach wyrzuca go jako zbankrutowanego dziada – z jego własnej ojcowizny….butny, opryskliwy w kapeluszu na głowie i papierosem w ustach pokazując, co może, a co nie – rodzina farmera – zabrać ze sobą….udając się w …nieznane.
   Wierzę, że o tej tragedii amerykańskiego chłopa, ktoś kiedyś nakręci wielki film… film na miarę „Przeminęło z wiatrem” – dziś nikt, absolutnie nikt nawet nie chce o tym wspominać…nie chce wiedzieć, nie chce widzieć,,,,bólu, łez, przedwczesnych smierci, masowych samobójstw farmerów, popadania w obłęd i choroby psychoczne, upodlenia ….następnej wielkiej, a przy tym zupełnie bezkarnej i zamilczanej zbrodni przeciwko Człowiekowi, której dokonuje się na oczach społeczeństwa, na naszych oczach.

   Zbrodni dokonywanej w sterylnych warunkach, przez papierowych zbrodniarzy, za pomoca zwykłych przewałów lichwiarskich…. wspomaganych przez prawników, ekonomistów, polityków kupionych za parę brudnych srebrników.

   Użyty tutaj system – oczywiście w udoskonalonej formie i wyposażony w nowoczesną techniką komputerową i regulacje prawne, to stary znajomy system wyzysku chłopa, jaki panował w przed i rozbiorowej Polsce, gdzie wszyscy chłopi siedzieli w kieszeni u  Żyda. W kieszeni Żyda, który był pośrednikiem  sprzedającym wszystko, co wyprodukował chłop, płacąc mu wyznaczoną przez siebie cenę i dostarczający chłopu wszystko, czego ten potrzebował, za cenę taką, jaka Żydowi odpowiadała. Otóż śmiem twierdzić, że w Ameryce zastosowano ten sam system z ta drobna różnicą, że Żyda karczmarza zastapiono systemem bankowym – też żydowskim zresztą.

   „Żydem zinstytucjonalizowanym”, stosującym w nowych warunkach ten sam stary, oszukańczy proceder z uprawiania któego tak dobrze żyli setki lat w Polsce ich pradziadowie.
   W ten sposób rozprawiono się z 90% farmerów. Małą grupa, któa ze względów religijnych, jak Amishe, czy wręcz z przekory nie uległa pokusie i nie dała sie zadłużyć, została poddana następnej próbie. Przeciwko nim zastosowano metodę: „Nic się nie opłaca”.

   Pamiętajcie o tym dobrze – bo w tej chwili odbywa się to samo w Polsce.

   Oligarchia przed przejęciem ziemi przejęła całkowicie przetwórstwo. Teraz, aby zniszczyć resztę farmerów, obniżyli ceny produktów.  I tu wpadli w pierwszą pułapkę kolektywizacji, ponieważ farmerzy dawali sobie z niskimi cenami radę, a natomiast ich nowe wielkoobszarowe gospodarstwa nie wytrzymując konkurencji z gospodarkami rodzinnymi, zaczęły robić bokami.

   Wybrnięto z sytuacji, kiedy znalezioni perfidny sposób, czyli dotacje z budżetu państwa z kieszeni podatnika. W większości należały się one tylko dla tych, któzy mieli ponad określoną ilość ha, np. 300, 400 ha, etc. W ten to perfidny, ale jakże prosy sposób budowali ogromne przedsiębiorstwa rolne, niszcząc farmy rodzinne i całą strefę usługowo produkcyjną również rodzinną…. za farmerów własne podatki.
   Nie usłyszycie o tym w mediach – bez wyjątku wrogich chłopstwu, chyba, że czasem późną nocą. Pomoc dla walczącego, amerykańskiego chłopstwa idzie od oddolnego ruchu obywatelskiego. Pomagają im artyści, chociaż za ową pomoc spotyka ich straszliwa zemsta oligarchii. Za przykład niech posłuży tu piosenkarz Willy Nelson.

   Aby uniknąc całkowitego zniszczenia, ale nie pozwolić sobie na odebranie ziemi, farmerzy uciekli od produkcj, pozakładali spółdzielnie, podjęli produkcję zastępczą. Powstały farmy, na których rosną maliny, jeżyny, czarna jagoda. Zostało trochę farmerów w warzywnictwie, sadownictwie i zielarstwie – ale musimy pamiętać – trudno się obejść bez warzyw, owoców, używek, ale bez chleba, bez ziemniaków się nie obejdziemy w ogóle. Jako dość późną formę obrony, farmerzy pozakładali swoje niezależne kasy zapomogowo pożyczkowe, niezależne banki chłopskie (Savings and Loans, w wiekszości zniszczone za kadencji Busha w taki sam sposób, jak później banki GS) i trwają, Jako relikt.

   W 1960 roku było bardzo wiele państw absolutnie samowystarczalnych pod względem zywności. Dzis pozostały tylko Kanada, Ameryka, Argentyna, Nowa Zelandia i Australia. Reszta jest zależna od eksportu zywności. Jako ciekawostkę podam, że Etiopia zawsze była samowystarczalna i nawet eksportowała wiele zywności do czasu likwidacji cesarstwa i wywołania wojny. Ale to już przeszłośc, na dzień dzisiejszy zostało siedem wielkich firm posiadanych przez siedem wielkich oligarchicznych rodzin powiązanych z Grand Metropolitan z główną siedzibą w Londynie.

   Naajważniejszą rolę w łańcuchu zywnościowym odgrywają podstawowe produkty takie jak zboża, ziemniaki, oleiste. Na ich bazie rozwijamy hodowlę bydłą, trzody i drobiu. Jest to prawidło i dotyczy szerokiej strefy klimatycznej tzw, pasa pszenno-ziemniaczanego , dalej na południe kukurydzy, ryżu i dalej uprawy roslin tropikalnych. Ponieważ największą rolę odgrywają zboża, skupimy się na nich tak, jak skupili się światowi oligarchowie.

   Nauczcie się tych nazw na pamięć: Cargill Inc., Archer Daniels Midland (ADM), Topfer, Continental, Louis Dreyfus,  Bunge, ConAgra, Pillsbury – własność Grand Metropolitan, Andre.

  Kompanie te skupiają i kontrolują 90% całego światowego handlu i produkcji zbóż i mięsa, uzupełniają je kompanie Unilever i Nestles, kontrolowane oczywiście przez Grand Metropolitan, same kontrolujące z kolei produkty mleczne i mleko, walcząz zaciekle z indywidualnymi hodowcami i ich spółdzielczością. To odrębny i przeciekawy temat,
   Nestles to… dawne firmy tytoniowe, które powoli skupiły cały przemysł tytoniowy i w pewnym momencie zaczęli zwalczać!!! (sic!) palenie tytoniu… wydając krocie na reklamę o jego szkodliwości. I w ten sam sposób perfidny, prosty, acz niezawodny – nie kupując tytoniu od plantatorów, rozłożyli, zadłużyli i przejęli ziemię na Południu. Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę, czy wie…., jak mozna przekwalifikować plantatorów na coś innego, kiedy od siedmiu pokoleńna ich farmie uprawiano tylko tytoń???

   W dniu dzisiejszym cena ziarna osiągnęła rekordowa wysokość i pnie sie w górę. Zapasy zboża utrzymywane stale w wysokości  ok. 500 mln ton, spadły w roku 1995 do 40 – 100 mln ton metrycznych. Dokładnych danych nie ma, nie bez powodu zresztą. General Mills, największe młyny Ameryki zapowiadają podwyżki gotowych wyrobów, tzn. podwyżki cen chleba, kasz, płatków śniadaniowych, etc i co najważniejsze pasz treściwych dla bydła. Narody ustawiają się w grzecznej kolejce po zboże: Marocco, Egipt, Turcja, Pakistan, etc wymieniam tylko tych, co płaca z góry gotówką.W Rosji zbiór wszystkich zbóż wynosi zaledwie 50 mln ton, zazwyczaj 90 – 100 mln ton i do tego zawsze dokupowalibo było mało. Spadła u nich produkcja traktorów, kombajnów, maszyn rolniczych i nawozów sztucznych.  To samo mamy w Meksyku samowystarczalnym od 1930 roku,świetny klimat, możliwośc dwóch zbiorów, dziś po cudzie Międzynarodowego Funduszu Walutowego zaledwie 30% wystarczalności.

   ConAgra jest już w Polsce, ulokowali się w Toruniu i Bydgoszczy, tam pootwierała jakieś wytwórnie płatków śniadaniowych, powoli i po cichutku przejmuje młyny i przetwórnie.

   Tzw. Polska Agencja ROlnicza to jedna wielka granda i frymarczenie polska ziemią, jak na ironię ziemia, która przetrwała eksperymenty komunizmu….Czy właśnie ta ziemia nie powinna trafić do polskich rolników???? Młodych rolniczych polskich rodzin, zdolnych i wykształconych. Ziemię powinno państwo dać tym ludziom, na specjalnie stworzony kredyt oprocentowany nie więcej niż 1% rocznie – na 50 lat.

   Kochani, nie wolno lekceważyć ziemi danej nam w dzierżawę przez Najwyższego. Z tej dzierżawy zdać musimy sprawę, bo niezbadanymi Jego wyrokami ziemia ta niezadbana…. może zostać przez Nigo przekazana…. w godniejsze ręce, lepszych gospodarzy. Może znów  za nastepne sto pięćdziesiąt lat…. a ziemia to skarb, ziemia to naajpewniejsza lokata kapitału.

   Popatrzcie, co robi oligarchia!!!! przecież wszystko, co robi to ucieczka od papierowego pieniądza i inwestowanie w ziemię.

   ……opisuję  tragedię amerykańskiego chłopstwa ku oprzytomnieniu i zaalarmowaniu Polskiego Narodu. Bo ci, którzy do tego czasu przez całe polskie tysiąclecie żywili i bronili nas wszystkich, sami znaleźli się w smiertelnym niebezpieczeństwie. Tym razem my wszyscy – winni im za te wszystkie poprzednie stulecia – tym razem my – musimy ich bronić, jeżeli nie chcemy, by nasze dzieci, na naszej polskiej ziemi ustawiały się po kromkę chleba wydzielaną im przez …. niemieckich baueró…
   I nad tym pomyslcie …proszę….

Roman Kafel, Dallas dnia 21 Marca 1998

czwartek, 30 lipca 2026

China-Maxxing według multipolarystów


Oligarchia dąży do tego, by stać się feudalnymi panami (założycielami) prywatnych, inteligentnych miast-państw, podobnych do tych, które obecnie powstają w Chinach. ONZ pragnie podobnej transformacji. China-maxxing idealnie wpisuje się w ich wspólny plan.



Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org





Grafika: AI, notegpt

Wg AI: Maxxing to slangowe określenie oznaczające optymalizację lub maksymalizację konkretnego aspektu życia do ekstremalnego poziomu.

Trend ten, wywodzący się z kultur internetowych i gier RPG, obejmuje obsesyjne ulepszanie wyglądu (looksmaxxing), zdrowia, sprawności (sleepmaxxing) lub diety (proteinmaxxing) w celu osiągnięcia “maksymalnych” efektów.

China-Maxxing według multipolarystów
Rozważmy argumenty zwolenników globalnego zarządzania, ludzi, których Hrvoje Morić identyfikuje jako multipolarystów [Multipolaristas]. Często angażują się oni w masową ekspansję Chin i, czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie, w istocie służą jako propagandyści globalnej oligarchii.

Badania przeprowadzone przez analityków z South China Morning Post (SCMP) – anglojęzycznego chińskiego serwisu informacyjnego o nastawieniu pro-zachodnim – wskazują, że w latach 2015–2025 nastąpiła znacząca zmiana w sposobie, w jaki wiodące zachodnie media przedstawiały Chiny i ich rząd.

Główny analityk Jianlu Bi, starszy pracownik naukowy w Waszyngtońskim Instytucie Studiów Politycznych i pracownik naukowy w Instytucie Charhar w Pekinie, napisał:

[P]rawie 70 procent artykułów opisujących chińską gospodarkę, technologię lub środowisko w 2019r. miało wydźwięk negatywny, [ale] do 2025r. odsetek artykułów negatywnych spadł do około 40 procent, wraz ze wzrostem neutralnego przekazu we wszystkich kategoriach i pozytywnego przekazu na temat [chińskiej] gospodarki.

Ta zauważalna zmiana narracji zachodnich mediów wpisuje się w szerszy trend, który można określić jako „China-maxxing”. Ponieważ media takie jak The Economist, Financial Times i The New York Times — wszystkie wcześniej znane ze swojej zagorzałej antychińskiej propagandy — obecnie dość regularnie wychwalają zalety Chin, a przede wszystkim ich gospodarkę, „China-maxxing” stało się rozpoznawalnym zjawiskiem.

Główne zachodnie media stopniowo zaczynają przedstawiać nam chiński rząd jako tych „dobrych facetów”.

Ostatnio Elon Musk sam zaangażował się w China-maxxing. Musk należy do grupy oligarchów, którzy chcą wdrażać centra danych AI wszędzie tam, gdzie to możliwe. Musk chętnie podkreślał, że jedynym rządem, który jego zdaniem przyjął właściwe podejście, są Chiny:

Problemem jest dostępność energii. Jeśli spojrzeć na produkcję energii elektrycznej poza Chinami, jest ona mniej więcej stała. Z bardzo niewielkim wzrostem, ale praktycznie stała. […] Jeśli umieścisz centra danych gdziekolwiek poza Chinami, skąd weźmiesz prąd? Zwłaszcza w miarę rozwoju, jak uruchomisz chipy? Magiczne źródła energii? Magiczne elektryczne duszki?

Poprzednie, powszechne oczernianie Chin przez zachodnie media było zawsze absurdalną propagandą państwową. Chiny były przedstawiane jako komiksowy złoczyńca, aby zachęcić zachodnie społeczeństwa do akceptacji dalszego ograniczania ich praw przez własne rządy i uzasadnić zwiększone wydatki publiczne na zachodni kompleks wojskowo-wywiadowczy.

Tymczasem korporacje międzynarodowe, które czerpią korzyści z kontraktów rządowych, rzekomo przyznawanych w celu ochrony społeczeństw Zachodu przed wymyślonym zagrożeniem ze strony Chin, takie jak SpaceX Muska, są kierowane przez oligarchów, którzy naprawdę stanowią zagrożenie dla wszystkich.

Choć sam nie użył tego terminu, próbując wyjaśnić zjawisko „China-maxxing”, pan Jianlu przedstawił listę potencjalnych przyczyn. Należały do ​​nich: uznanie przez zachodnie media chińskiego postępu technologicznego i gospodarczego, widoczne zaangażowanie chińskiego rządu w walkę ze zmianami klimatu, dążenie do efektywności itd. Jianlu argumentował, że wszystkie te czynniki zmusiły zachodnie media do ponownej oceny sposobu opisywania Chin i spraw z nimi związanych.

Państwa narodowe i rządy narodowe zostaną zastąpione globalną technokracją. W pewnym momencie musi zatem rozpocząć się dyskusja o odejściu od obecnego systemu rządów, do którego ludzie są przyzwyczajeni, na rzecz nowego.

Wracając do analizy Jianlu, jest on czołowym przedstawicielem zachodniego think tanku politycznego, a media, które omawiał, służą głównie propagandzie polityki Zachodu. W analizie znajduje się krótkie stwierdzenie, które wskazuje na prawdziwy cel China-maxxingu:

W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmiany polityki mogą następować nagle ze względu na zmiany polityczne i krótkoterminowe naciski gospodarcze, […] długoterminowe planowanie strategiczne i konsekwentne wdrażanie polityki w Chinach przyniosły rezultaty.

Zachwyceni Mrocznym Oświeceniem oligarchowie, tacy jak Peter Thiel, pragną „uciec od polityki we wszystkich jej formach”, a w Technokracji, której propagatorami są oligarchowie, tacy jak Elon Musk, nie ma żadnego mechanizmu politycznego poza dyktaturą.

Oligarchia dąży do tego, by stać się feudalnymi panami (założycielami) prywatnych, inteligentnych miast-państw, podobnych do tych, które obecnie powstają w Chinach. ONZ pragnie podobnej transformacji. China-maxxing idealnie wpisuje się w ich wspólny plan.

China-maxxing to kolejna zachodnia propaganda medialna, tym razem mająca na celu przekonanie Zachodu, że model rządu, do którego są przyzwyczajeni, już nie działa. Chiński rozwój technokracji jest lepszy, ponieważ „przynosi rezultaty”. Niezależnie od faktu, że żaden zachodni rząd wzorowany na modelu westfalskim nigdy nie funkcjonował jako demokracja, China-maxxing pojawił się, aby przekonać Zachód, że tak zwane „demokracje przedstawicielskie”, które, jak im wmówiono, są demokracjami, są teraz zbędne.

Multipolaryści, zwłaszcza ci pracujący w niezależnych mediach, być może nieświadomie argumentują, że dyktatorska kontrola państwa nad dostępem ludzi do zasobów jest akceptowalna, ponieważ towarzyszący jej system nadzoru pozornie „przynosi rezultaty”. Niektórzy twierdzą, że zmniejsza on przestępczość, a lśniące wieżowce nowych miast-państw są tak pięknie czyste i wygodne. Inni twierdzą, że chińska strategia inwestycji infrastrukturalnych pokazuje światu jasną alternatywę dla polityki oszczędności.

Chiny budują państwo, podczas gdy państwa zachodnie chylą się ku upadkowi i załamują. Chińska technokracja „przynosi rezultaty”, którym upadające państwa zachodnie nie są w stanie dorównać. Chyba że, logicznie rzecz biorąc, one również przyjmą Technokrację.

Do pewnego stopnia multipolaryści mają rację. Kto nie chciałby mieszkać w bezpiecznych, czystych miastach? Kto chce cięć, skoro państwo mogłoby zainwestować w tak potrzebną infrastrukturę? Kto nie chciałby możliwości zatrudnienia i wynikających z nich korzyści ekonomicznych? Jednak wszystkie pozornie rozsądne obserwacje i komentarze multipolarystów opierają się na katastrofalnych przeoczeniach, przez co w istocie szerzą oni zachodnią propagandę, celowo lub nie.

Żadne państwo nie musi narzucać scentralizowanego, technologicznego systemu nadzoru nad populacją, aby poprawić bezpieczeństwo publiczne, oczyścić środowisko lub ulice, czy inwestować w infrastrukturę publiczną i własną gospodarkę. Skutecznie promując globalne zarządzanie i technokrację, multipolaryści, lekkomyślnie sugerują, że funkcjonalne oligarchie są dobroczynne i że powinniśmy im zaufać.

Oligarchowie budują swoje cybernetyczne łańcuchy eliminacji [Digital Kill Chain], a oligarchowie tacy jak Musk są również promotorami rozkwitu chińskiego Technatu. To nie przypadek.

Nie ma historycznych przykładów, aby państwo kiedykolwiek skutecznie narzuciło pełną gamę despotycznych systemów kontroli zachowań dużej populacji. Jednak dzięki inicjatywie Greater Bay Area, łączącej liczne chińskie projekty inteligentnych miast, Chiny zbliżają się do tego punktu. Teraz zachodnie media głównego nurtu i te niezależne eksponują rozwój Chin, aby sprzedać zachodnim społeczeństwom wszystkie rzekome korzyści płynące z technokracji.

Ani faszyzm, ani komunizm nawet nie zbliżają się do dyktatury behawioralnej, którą Technokracja ma narzucić. Ignorowanie tego aspektu niewątpliwie imponującej modernizacji Chin jest błędem epistemologicznym tak głębokim, iż sprawia, że ​​reszta argumentów multipolarystów staje się praktycznie nieistotna.

Gdyby celem nie było zniewolenie nas, żadne państwo ani żaden oligarcha nie tworzyłby Technatów. Jedynym celem technokracji jest systematyczne zniewalanie ludzi.

Z perspektywy ludzkości życie w Technokracji nie przynosi niczego dobrego. Niezależnie od tego, jakie zachęty nam oferujecie, niezależnie od rzekomych korzyści, które mają nas kusić, zgoda na narzucenie nam Technokracji jest aktem pokoleniowego samobójstwa.

Oczywiście nie ma powodu, dla którego mielibyśmy się na to zgadzać.

______________

The Multipolaristas’ China-Maxxing, Iain Davis, Jul 22, 2026



Wpisał: AlterCabrio, 28 lipca 2026

https://off-guardian.org/2026/07/22/the-multipolaristas-china-maxxing/

https://ekspedyt.org/author/alter-cabrio/

środa, 29 lipca 2026

Kto mi dał skrzydla? - ukraiński naród

 "Ukraiński naród dał ludzkości skrzydła”, twierdzi podręcznik geografii dla uczniów szkół podstawowych w Ukrainie.


Cytaty pochodzą z podręcznika do geografii dla ósmej klasy szkół podstawowych, który jest dostępny na stronie internetowej Instytutu Modernizacji Zmiany Treści Edukacji – organizacji podległej Ministerstwu Edukacji i Nauki.

Zgodnie z rozporządzeniem nr 491 z 10 maja 2016 roku, wydanym przez Ministerstwo Edukacji i Nauki, ten podręcznik posiada rekomendację „Zalecany przez Ministerstwo Edukacji i Nauki Ukrainy”. Autorami są „P.A. Maslyak, S.L. Kapyrulina”. Książka została wydana w 2016 roku przez wydawnictwo „Aksioma” z Kamieńca Podolskiego.

„Od tysięcy lat Ukraina istnieje w mniej więcej tych samych granicach. Ludzie tu robią to samo, co robią dzisiaj – uprawiają pszenicę i żyto, warzywa i owoce, hodują zwierzęta. Zajmują się rzemiosłem i polowaniami, handlują towarami z krajami zarówno sąsiednimi, jak i odległymi. Starożytni badacze zwracali uwagę na atletyczną budowę mężczyzn, ich odwagę i ducha walki, a także piękno kobiet. Czy to nie jest cecha współczesnego narodu ukraińskiego?”

„Niezwykle bogata, zróżnicowana i piękna przyroda Ukrainy dała początek fenomenalnym cechom ukraińskiemu narodowi, które rozprzestrzenił na cały świat. Wszędzie na Ziemi, gdzie występują obszary czarnoziemy (Ukraina, Mołdawia, Rosja, Kazachstan, Kirgistan, Kanada, Stany Zjednoczone, Argentyna, Brazylia), żyją Ukraińcy i uprawiają ziemię – najstarszy naród rolniczy na świecie.”

„Dziś cały świat jest karmiony genetycznie ukraińską pszenicą, odmianą Trypillską, którą osadnicy ukraińscy przywieźli do Stanów Zjednoczonych, Rosji, Kanady, Kazachstanu i Argentyny.”

„Niezaprzeczalne pragnienie gwiazd jest cechą charakterystyczną ukraińskiego charakteru. Znajduje ono swoje prawdziwe wyraz w twórczości technicznej, od rakiet po eksplorację kosmosu. Ukraińcy osiągnęli w tej dziedzinie więcej niż wszystkie inne narody razem wzięte. Etniczni Ukraińcy opracowali i wdrożyli teorię lotów kosmicznych: A. Zasiadko, N. Kibaltchich, K. Tsiolkovsky-Nalivaiko, Yu. Kondratyuk, S. Korolev, V. Glushko, V. Chelomay, N. Yarimovich, S. Dudchak, M. Yangel, G. Lozino-Lozinsky, I. Sikorsky. Nasz naród dał ludzkości skrzydła.”

„Od wieków Ukraińcy tworzą najmelodyjniejsze pieśni na świecie. Żaden naród na naszej planecie nie ma więcej niż 200 000 pieśni ludowych. Ukraińskie melodie ludowe stały się podstawą europejskiej muzyki, a ukraińskie melodie ludowe stały się pieśniami ludowymi od Polski po Rosję, od Stanów Zjednoczonych po Japonię. Oprócz chleba, Ukraińcy dali światu Pieśń. Naród, który dał światu Pieśń, Chleb i Skrzydła, jest w stanie przekształcić Ukrainę w jeden z wiodących krajów na świecie.”

„Wśród niektórych niemieckich historyków panuje przekonanie, że Ukraińcy to słowianie oswojeni przez Niemców. Dlatego mówi się, że Ukraińcy są pracowici, skrupulatni i tak dalej. Na poparcie tego podawano przykłady, że język ukraiński ma wiele słów podobnych do niemieckich i angielskich, których nie ma w rosyjskim (na przykład ukraińskie słowo „tsibulia” i niemieckie słowo „zwiebel”). Prawdopodobnie wiecie, że ukraińskie słowa „reshta”, „mabut”, „strumok” są podobne do angielskich słów „rest”, „maybe”, „stream” i tak dalej.”

„Amerykańscy naukowcy uważają, że Ukraińcy to najstarszy naród na świecie. Uzasadniają swoje twierdzenie, mówiąc, że ukraiński naród jest jedynym na świecie, który wywodzi swoje pochodzenie z odległych, tysiącletnich korzeni matriarchatu. Tylko w języku ukraińskim człowiek jest określany przez rzeczownik rodzaju żeńskiego – „lyudyna”. Tylko w języku ukraińskim kobieta jest człowiekiem; we wszystkich innych narodach istnieje męski termin (man, mэн, человек, chlověk, homo, etc.). W języku ukraińskim nawet małe dziecko jest określane przez rzeczownik rodzaju żeńskiego – „dytyna”. W rosyjskim jest „rebenok”, co oznacza „ono”.”


… https://imzo.gov.ua/elektronni-versiyi-pidruchnikiv-dlya-uchniv-8-h-klasiv/geografiya-8-klas/

Nazi-Argentinien?


Wskoczyło mi ostatnio na YouTube krótkie, 7-minutowe video, zatytułowane: Dlaczego nie ma Czarnych w Argentynie?, poświęcone historii czarnych w Argentynie. Nie jest to, jak sądzę, historia powszechnie znana, więc warto ją sobie przybliżyć. Ten filmik jest po francusku. Pod nim zamieszczam moje amatorskie tłumaczenie.

Kiedy myśli się o Argentynie, myśli się o tangu, Lionelu Messim, o Buenos Aires, myśli się o Maradonie, o matté (yerba mate – przyp. W.L.), o niebiesko-białej fladze, ale prawie nigdy nie myśli się o czarnej społeczności. I nie jest to przypadek.

Obecnie mniej niż 1% Argentyńczyków przyznaje się do swoich afrykańskich korzeni. Na ulicach Buenos Aires, w podręcznikach do historii czy na ekranach telewizorów – czarne twarze są prawie nieobecne, tak jakby ta społeczność nigdy nie istniała, jakby nigdy nie liczyła się. A jednak był taki czas, gdy stanowiła ona około 1/3 całej ludności Buenos Aires. Byli żołnierzami, pracowali w portach, obecni w życiu kulturalnym i ekonomicznym kraju. A zatem, co się stało? Skąd takie zniknięcie? Dlaczego populacja tak wszechobecna musiała stać się niewidoczna?

Porozmawiajmy więc o pewnym wymazaniu. Nie o wymazaniu nagłym, brutalnym, spektakularnym, ale o wymazaniu rozciągniętym w czasie, metodycznym, cichym. Porozmawiajmy o czarnych Argentyny i o tym, jak cały kraj pokusił się o wymazanie ich ze swojej pamięci.

W XVII i XVIII wieku Argentyna była częścią hiszpańskiego imperium kolonialnego. I tak, jak w każdym imperium kolonialnym, byli tam niewolnicy. Dziesiątki tysięcy Afrykańczyków siłą wywożono z Angoli, Beninu czy Senegalu, a następnie sprzedawano na nadbrzeżach portu w Buenos Aires. W tamtym czasie miasto to nie było jeszcze centrum kulturalnym, którym stało się później. Była to placówka handlowa, pełna przemytników, krów, skór i ludzi.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, że w Argentynie nie było niewolnictwa, ono było, ale słabo udokumentowane, ale liczby nie kłamią. Na początku XIX wieku co trzeci mieszkaniec Buenos Aires był czarnym lub metysem. Kobiety z afrykańskimi korzeniami były kucharkami, praczkami i opiekunkami dzieci w białych rodzinach. Mężczyźni służyli w wojsku lub pracowali na plantacjach na północnym zachodzie.

Ale czarni są nie tylko siłą roboczą, tworzą wspólnoty kultywujące swoje tradycje, swoje języki, swoje rytuały, muzykę. Mają swoje kościoły, swoje bractwa religijne, swoje święta i ta obecność odciska swoje piętno na kulturze argentyńskiej. Innymi słowy, czarni nie są jakimś nic nie znaczącym dodatkiem do historii Argentyny, ale ich historia zaledwie rozpoczęta, została wymazana.

W XIX wieku Argentyna wkracza w nową erę. Walczy o swoją niepodległość, tworzy własną armię i zaczątki narodu, ale nie tworzy tego dla wszystkich. Wprost przeciwnie, czyni się to ze szkodą dla niektórych. Pierwszymi wśród nich są przedstawiciele czarnej rasy. Od pierwszych dni wolności czarni mężczyźni są masowo powoływani do wojska. Obiecuje się im wolność w zamian za ich krew, ale to czego im się nie mówi, to to, że często będą wysyłani na pierwszą linię, bez broni, bez uformowania w oddziały i nie ma temu końca.

Kilkadziesiąt lat później wybucha wojna z Paragwajem, zwana wojną trzech aliantów (Argentyna, Brazylia i Urugwaj przeciwko Paragwajowi – przyp. W.L.). Krwawy, brutalny konflikt trwający od 1865 do 1870 roku. I znowu bataliony afro-argentyńskie idą na pierwszy ogień. Śmiertelność w nich jest porażająca.

Od tego momentu do końca XIX wieku obserwatorzy już zauważają, że czarni praktycznie zniknęli z Buenos Aires. To był dopiero pierwszy etap. W roku 1871 wybuchła w Buenos Aires epidemia żółtej febry. Dotknęła ona w szczególności najbiedniejsze dzielnice, a więc ludność murzyńską, potomków niewolników, pozbawioną wszelkiej pomocy ze strony władz. W tym przypadku to nie wojna, ale choroba ich dziesiątkowała.

Ale to, co trzeba zrozumieć, to to, że to zniknięcie nie było przypadkowe. Ono wpisuje się w pewną ideologię – to Argentyna nowoczesna, europejska, biała. Z końcem XIX wieku kraj otwiera szeroko drzwi milionom emigrantów z Włoch, Hiszpanii, Niemiec czy Szwajcarii. Są zachęcani, doceniani, osiedlani w miastach i jednocześnie dyskretnie wymazuje się czarnych z przestrzeni publicznej.

W 1887 roku rasa czarna zostaje oficjalnie usunięta z rejestrów ludności. Ostatni Afro-Argentyńczycy są zaliczani do trzech ras: białych, metysów i trigueňo (ciemnoskóry – przyp. W.L.). A zatem, jeśli jakaś populacja nie figuruje w statystykach, więc nie istnieje. Argentyna tworzy wizerunek samej siebie jako państwa bez przeszłości afrykańskiej, zwraca się ku Europie, uważa się za kraj bardziej biały niż Brazylia, bardziej cywilizowany niż sąsiedzi. I taki obraz będzie kultywowany przez ponad wiek.

Kiedy populacja fizycznie znika, można wierzyć, że pamięć pozostaje, ale w Argentynie jest zupełnie odwrotnie. Po wojnach, epidemii, zafałszowanej strukturze etnicznej ludności – pozostała jeszcze kultura czarnych, którą trzeba spróbować wymazać: szkoły, bractwa, obecność w przestrzeni publicznej. Czarnych już nie ma w gazetach, teatrach, w książkach i podręcznikach historycznych, a jednak są wszędzie: tango – jego rytmy pochodzą od perkusji afrykańskich, na których grali w biednych dzielnicach Buenos Aires wyzwoleni niewolnicy.

Ale o tym nigdy nie mówi się, nie uczy się o tym w szkołach. Mówi się, że tango pochodzi od europejskich imigrantów z przedmieść, wymazuje się czarnych, którzy tam żyli. I nie dotyczy to tylko muzyki, także zmienionych nazw miejscowości, ulic, dzielnic. Dzielnica San Telmo, jedna z najstarszych dzielnic Buenos Aires, była centrum życia społeczności afrykańskiej. Słowo „quilombo”, oznaczające obecnie nieporządek, historycznie oznaczało wspólnoty tworzone przez zbiegłych w epoce kolonialnej niewolników, ale kto o tym pamięta. – Nie było to nieumyślne zapomnienie, ale pamięć zduszona, pogrzebana. To tak, jak poznać tę przeszłość, ten obraz, który burzy wizerunek, który Argentyna sama sobie stworzyła.

Niektórzy jednak przypominają sobie. Całe rodziny przekazywały potajemnie swoje zwyczaje: tańce, słowa, przepisy. Potomkowie Afro-Argentyńczyków zachowali w swoich szufladach fotografie, dokumenty, historie, którymi nikt nie interesował się. Przez dziesięciolecia historia Afro-Argentyny została zmarginalizowana, niewidoczna w książkach, ignorowana przez media i polityków.

Obecnie jednak wszystko zaczyna się zmieniać. W 2010 roku, po raz pierwszy od ponad wieku, argentyńska administracja zadaje proste pytanie: czy uważacie, że macie afrykańskie korzenie? Dziesiątki tysięcy osób odpowiedziało – tak. Niektórzy z dumą, inni ze względu na rodzinne pamiątki, jeszcze inni z chęci zrehabilitowania się za wcześniejszą postawę odżegnywania się od swoich korzeni. To początek powrotu do swojej prawdziwej tożsamości, spóźniony, ale ważny.

Wspólnoty Arfo-Argentyńczyków organizują się, jednoczą się, manifestują, tworzą stowarzyszenia. Żądają, żeby uczono ich ich historii, żeby mogli obchodzić swoje święta, żeby zadośćuczyniono niesprawiedliwościom. Artyści, naukowcy, wojskowi zabierają głos, dumnie opowiadają o swoich korzeniach, również o cierpieniach. Przypominają, że czarna Argentyna nie jest tylko minioną historią, jest żywa – tu i teraz.

Ale to nie wszystko. Na początku lat 90-tych przybyła nowa fala migrantów z Afryki Zachodniej, głównie z Senegalu, przywracając krajobrazowi wielkich miast, takich jak Buenos Aires, Rosario czy La Plata, czarną twarz. Ale to nie takie proste. Te czarne społeczności stawiają czoła rasizmowi, odrzuceniu, niepewności. Spojrzenie białej Argentyny na tych Afro-Argentyńczyków przybiera często odcień egzotyki, nieufności czy ignorancji, ale podziały powoli zanikają*.

[Autor jest oderwany od rzeczywistości, miejscem murzyna jest Afryka, zresztą podzielona na plemiona, którym bliżej do wzajemnego wyrznięcia się, niż połączenia. Sprowadzanie czarnych do "białego" kraju absolutnie nie powinno mieć miejsca i zarówno sama ta idea jak jej wprowadzanie w życie powinno być karane. To nie żaden irracjonalny rasizm a po prostu zabezpieczenie się przed detroizacją.VB]

Historia czarnych w Argentynie trafia do podręczników szkolnych, muzea zaczynają organizować wystawy, a młodzi gorliwie afiszują się jako Afro-Argentyńczycy. Rewindykacje historyczne to coś więcej, niż kwestia tożsamości. To sposób, w jaki mówi się, że byliśmy tu, jesteśmy tu i zasługujemy na to, by być widzialnymi.

*                    *                    *

Autor tego krótkiego video przedstawił mało znany fakt z historii Argentyny, ale ograniczył się tylko do prezentacji problemu, nie próbując tego skomentować, może nie mógł, a może nie chciał, trudno powiedzieć. Mnie jednak nasuwają się pewne pytania i wątpliwości. Najprostsza jest tu kwestia tanga. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Astor Piazzolla całkowicie je zmienił, czym podobno naraził się wielu Argentyńczykom. Było więc tango czarnych, a później europejskie, czyli te, które znamy.

To, co jednak mnie zastanowiło, to fakt, że ta czarna społeczność miała swoje szkoły, kościoły, bractwa religijne itp. Wygląda więc na to, że była ona dobrze zorganizowana – zorganizowana na wzór społeczności protestanckich. Czy to mogło być możliwe w warunkach niewolnictwa? Według mnie – nie.

Oczywiście, jak w każdej społeczności, tak i w tej, byli tacy, którym powodziło się lepiej, innym – gorzej. Dlaczego więc uwzięto się tak, by tę społeczność, stosunkowo nieliczną w skali całego państwa, zepchnąć w niebyt? Taki wizerunek czarnych nie pasował do ogólnie malowanego ich obrazu jako niewolników. Ale przede wszystkim, gdyby pozostawiono tę czarną społeczność w spokoju, to mogłoby się okazać, że ona doskonale sobie radzi w „białym” państwie i nie mógłby być użyty argument, że wszystkie „białe” państwa gnębiły czarnych i nie można by obarczać całej białej rasy za dyskryminowanie czarnych, bo „biała” Argentyna byłaby wyjątkiem psującym cały ten misternie ułożony plan, a raczej ideologię, że wszyscy biali gnębią czarnych.

Dlatego państwo argentyńskie zrobiło wszystko, co było w jego mocy, by tę społeczność zepchnąć w niebyt. Czy konferencja berlińska z lat 1884-85 nie wpisuje się w ten schemat? Na niej Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia, Hiszpania i Belgia, która powstała zaledwie 50 lat wcześniej, podzieliły między siebie Afrykę. Co za zgodność, żadnych wojen pomiędzy tymi państwami!

A obecnie odwrotnie – trwa niszczenie białych i faworyzowanie czarnych. I kto cały czas pociąga za te sznurki? Kto decyduje o tym, że raz można załatwić sprawy pokojowo, a innym razem, że wojna jest konieczna? Kto pisze takie scenariusze i tak daleko sięga w przyszłość? I jak to wszystko skoordynowane w czasie i przestrzeni!

Wiesław Liźniewicz
https://bb-i.blog

poniedziałek, 27 lipca 2026

Społeczne efekty systemu emerytalnego

 Społeczne efekty systemu emerytalnego


Taki system powoduje duże szkody społeczne. W dotychczasowej historii cywilizacji jakoś obywaliśmy się przez tysiąclecia bez bismarkowskich emerytur i zusów. Jak to działało? Po pierwsze – dzieci były inwestycją. Nie tylko w pracę i zarabianie dla rodziny, ale również w spokojną starość rodziców. Rodziny musiały być więc w miarę liczne, ale też wychowywanie dzieci odbywało się poprzez wpajanie szacunku do starszych, gdyż tylko ten szacunek gwarantował, że jak się rodzice zestarzeją, to – będąc na łasce dzieci – nie zostaną pogonione z domu jako obciążenie. Istnienie między innymi takiego systemu emerytalnego spowodowało po latach, że dzieci stopniowo przestawały być traktowane jako inwestycja, ale jako koszt.

Bowiem utrzymanie na starość rodziców przejął ktoś inny, w większości niestety państwo, w wymuszonym podatku, za który, jak się tu rzekło „kiedyś”, „coś” dostaniemy. Zwolniło to dzieci na przyszłość od zajmowania się rodzicami, zaś sami rodzice nie musieli już wychowywać dzieci na porządnych ludzi, gdyż rodziców dobrostan nie zależał już od poprawnych stosunków w rodzinie, tylko od okazało się, że od złudnej nadziei, że te obowiązki przejmie państwo.

Z tego też powodu spadła demografia, bo kto chce zamiast mnożenia inwestycji fundować sobie dodatkowe koszty? Tu się właśnie pomyliły wszelkie te programy socjalne z plusikiem, gdyż myślały, że jak się dosypie kasy do rodzin, to się zwiększy dzietność. Ale nie tędy droga, no długo by o tej demografii mówić, ale dzietności programy pomocowe nie zwiększają, jak już – są formą redystrybucji budżetu w pożądanych (dodajmy – wyborczo) kierunkach. Ale w wielu przypadkach efektem ubocznym jest degrengolada budżetu i morale społeczeństwa, że „się należy”.

Jerzy Karwelis frament artykułu

https://dziennikzarazy.pl/26-07-najwieksze-oszustwo-wspolczesnego-swiata/

Żydowscy osadnicy przeprowadzili falę pogromów na Zachodnim Brzegu

 

W bieżącym tygodniu doszło do całej serii ataków mieszkańców nielegalnych żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu na jego palestyńskich mieszkańców.

Jeszcze w piątek cały tłum uzbrojonych żydowskich kolonistów dokonał najścia wsi Dżit na Zachodnim Brzegu. Agencja WAFA oblicza liczbę agresorów na kilkuset. Mieli pochodzić głownie z osiedla Gilead. Takie rozmiary tłumu sugerują też nagrania jakie pojawiły się na portalach społecznościowych. Atak odbywał się przy asyście izraelskiej armii, która w praktyce wspierała napastników.

[filmy – w oryginale md]

Według nieoficjalnych informacji między próbującymi wkroczyć do Dżitu napastnikami, a palestyńskimi mieszkańcami wioski doszło do szarpaniny. Jeden z Palestyńczyków wyrwał broń palną agresorowi. Doszło do strzelaniny, w której zginęło sześciu Palestyńczyków i jeden Izraelczyk. Jednym z zabitych Palestyńczyków ma być ten, który wyrwał broń napastnikowi. Według strony izraelskiej to on pierwszy miał zabić jednego z Żydów. W starcie włączyło się wojsko. Żołnierze wzięli na siebie odpowiedzialność za ofiary po stronie palestyńskiej, ale niektóre nagrania sugerują, że strzelali do nich również osadnicy.

Pogrom ten uruchomił całą serię kolejnych. WAFA podała w niedzielę rano informacje o atakach na palestyńskie domy, przedsiębiorstwa, meczety i samochody w kolejnych miejscowościach Zachodniego Brzegu: Birinie, Kalkiliji, Kafr Malik, Kusrze, Kurze. Antypalestyńskie napisy pojawiły się na ścianach obozów dla palestyńskich uchodźców Ajda i Al Chadir w okolicy Betlejem.

Zachodni Brzeg Jordanu i wschodnią Jerozolimę Izraelczycy okupowali w 1967 roku. Rozpoczęli od razu akcję żydowskiego osadnictwa na tych terenach. Społeczność międzynarodowa sprzeciwia się budowie nowych osiedli, a zdecydowana większość państw i ONZ uznaje je za nielegalne. Dzisiaj około 700 tysięcy Żydów, 10 proc. populacji żydowskiej w Izraelu, żyje na tych dwóch obszarach obok 2,7 milionów rdzennych palestyńskich mieszkańców.

W 1995 r. Izrael i Palestyńczycy zatwierdzili w ramach drugiego porozumienia z Oslo funkcjonowanie na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazu Autonomii Palestyńskiej. Jednak główne palestyńskie terytorium podzielono na strefy A, B i C. Ta ostatnia, stanowiąca większość terytorium Zachodniego Brzegu znajduje się pod wyłączną kontrolą władz Izraela, w strefie B Izraelczycy mają formalnie kompetencje w dziedzinie bezpieczeństwie. Jedynie strefa A jest teoretycznie pod pełną administracją władz Autonomii Palestyńskiej, w praktyce jednak i tam Izraelczycy prowadzą swoje operacje jednostronnie.

W ubiegłym roku rząd Binjamina Netanjahu zapowiedział nasilenie kolonizacji Zachodniego Brzegu, a niektórzy ministrowie jego rządu wprost opisują ją jako środek niedopuszczenia do funkcjonowania niepodległego i zdolnego do życia państwa palestyńskiego.

W okresie, w którym oczy świata zwrócone były na wojnę w Strefie Gazy, przemoc niższej intensywności trwa także na głównym palestyńskim terytorium okupowanym. Palestyńczycy giną tam nie tylko z rąk izraelskich żołnierzy czy funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, ale też żydowskich kolonistów zakładających tam, nielegalne w świetle prawa międzynarodowego, osiedla. Pogromy urządzane przez tych ostatnich spotykają się najczęściej z bierności, czy nawet współpracą wojska i służb bezpieczeństwa. Przybierają one formę niszczenia mienia, napadów, pobić i zabójstw Palestyńczyków.

Na naszym portalu opisaliśmy już sytuację, gdy rodzina na okupowanym Zachodnim Brzegu została zmuszona do wykopania z grobu ciała niedawno pochowanego nestora rodu i pogrzebania go w innym miejscu. Ataki są wymierzone także w palestyńskich chrześcijan.

Według palestyńskiej Komisji ds. Oporu wobec Murów i Osadnictwa, siły izraelskie i koloniści przeprowadzili w samym tylko marcu łącznie 1819, z czego 1322 ataki przeprowadziły siły izraelskie, a 497 osadnicy. Komisja wskazała, że ​​ataki koncentrowały się głównie w prowincji Hebron (321 ataków), następnie w prowincji Nablus (315 ataków), Ramallah i Al-Bira (292 ataki) oraz w prowincji Jerozolima (203 ataki).

W skali całego półrocza WAFA szacuję liczbę ataków kolonistów na Palestyńczyków na 3488.

english.wafa.ps/kresy.pl

26 lipca 2026 Karol Kaźmierczak kresy/zydowscy-osadnicy-przeprowadzili-fale-pogromow-na-zachodnim-brzegu

niedziela, 26 lipca 2026

Anatomia prowokacji. Czy nadciąga nowa wojna?



Pamiętacie Euro 2012, które Polska organizowała razem z Ukrainą? Choć wyczyny naszej reprezentacji nie należały do popisowych, mnie utkwiło pewne wydarzenie, któremu przyglądałam się z bliska. Chodzi o mordobicie na ulicach Warszawy, poprzedzające mecz Polska-Rosja na Stadionie Narodowym, wokół którego służby wszelakie rozegrały sobie ćwiczenia (?).

Tak się jakoś złożyło, że termin meczu przypadł na 12 czerwca, kiedy Rosjanie obchodzą Święto Rosji. W związku z tą datą kibice rosyjskiej reprezentacji zwrócili się do prezydent Warszawy z prośbą o pozwolenie na uroczysty przemarsz ulicami polskiej stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zgodę na pochód Rosjan, co uruchomiło spiralę wydarzeń.

Na polskojęzycznych forach rozpętała się istna burza. Ktoś puścił famę, że Rosjanie szykują prowokację. Pamiętam między innymi takie przekazy, że straszono, iż rosyjscy kibice będą maszerować z portretem Stalina i flagą Związku Sowieckiego. W nakręcanie emocji włączyli się dziennikarze, politycy i wszelkiej maści „eksperci”, wskutek czego wybuchła ogólnopolska histeria.

NA WŁASNE OCZY

Jako że mieszkałam wówczas w Warszawie, nie mogłam przegapić takiej okazji, by zobaczyć to bezpośrednio, zamiast z przekazów medialnych. Wraz z przyjaciółką dotarłam w okolice ronda de Gaulle’a, skąd miał rozpocząć się pochód Rosjan w kierunku Stadionu Narodowego. Nie widziałam portretu Stalina ani sowieckiej symboliki. Zamiast tego zobaczyłam rozjuszony tłum, polskojęzycznych prowokatorów oraz świetnie przygotowanych do akcji policjantów i tajniaków.

Wyglądało to na celowo przygotowaną prowokację: najpierw wydano zgodę na przemarsz Rosjan, a następnie rozpętano przeciwko nim medialną nagonkę. Ta z kolei zmobilizowała chuliganów z całej Polski, którzy przyjechali do Warszawy, by spuścić lanie rosyjskim „prowokatorom”. Z w miarę bliskiej, choć bezpiecznej odległości – nie pchałam się pod lecące kamienie ani pod czyjeś pięści – można było naprawdę wiele dostrzec.

Dla przykładu widziałam, jak w stronę kilkuosobowej grupy spokojnie idących Rosjan i Rosjanek jakiś krewki Polak rzucił okrzyk: „ruskie kurwy”. W odpowiedzi na zaczepkę jeden z Rosjan nie wytrzymał i ruszył z impetem w stronę obrażającego ich Polaka. Nie zdążyli nawet porządnie się pobić, gdyż z tłumu kibiców nagle wyłonili się tajniacy, którzy zgarnęli ich obu do natychmiast podstawionego auta.

Generalnie na trasie pochodu dochodziło do licznych agresywnych zachowań i prowokacji. W stronę parady rzucano butelki i petardy, a w okolicach stadionu i stacji Warszawa Powiśle wybuchły regularne walki uliczne z pseudokibicami.

Do zabezpieczenia wydarzenia skierowano znaczne siły prewencji, które użyły gazu łzawiącego, armatek wodnych i gładkolufowej broni.

W międzyczasie, podczas trwających zamieszek, widziałam, jak z Dworca Centralnego Alejami Jerozolimskimi nadciągały kolejne grupy kibiców, z czego większość zapewne chciała po prostu zobaczyć mecz. Doskonale przygotowani policjanci – było ich zatrzęsienie – tworzyli między nimi zwarte kordony, co pozwalało kontrolować napływające tłumy.

Pomyślałam wówczas, że właśnie tak organizuje się praktyczne szkolenie dla służb mundurowych. Ćwiczenia przy okazji dorocznego Marszu Niepodległości to przy tym pikuś.

PRÓBA GENERALNA?

Według oficjalnych danych, w starciach poprzedzających mecz Polska–Rosja rannych zostało kilkanaście osób, w tym policjanci. Funkcjonariusze zatrzymali ponad 180 uczestników zamieszek po obu stronach konfliktu.

Zagraniczne media uznały wydarzenia za brutalny, lecz odizolowany incydent wywołany przez pseudokibiców, jednocześnie chwaląc polskie służby za profesjonalizm, zdecydowaną interwencję i skuteczne zapewnienie bezpieczeństwa podczas całego turnieju Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012.

Moim zdaniem wszystko było specjalnie przygotowaną prowokacją, mającą na celu rozjuszyć emocjonalnych Słowian po obu stronach. Podczas tamtej akcji przetestowano między innymi, jakimi metodami najłatwiej napuścić jednych na drugich. W tym przypadku straszenie komunistyczną symboliką zadziałało jak płachta na byka.

Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobną prowokację – tylko na o wiele szerszą skalę i stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla narodu polskiego – rozpisano z użyciem Ukraińców.Jest znacznie poważniej i nie chodzi już jedynie o ćwiczenia, choć modus operandi pozostał ten sam.

Wtedy osoba na decyzyjnym stanowisku wydała zgodę na przemarsz kilku tysięcy Rosjan, a następnie rozkręcono machinę mającą na celu napuścić krewkich Polaków przeciwko rosyjskim kibicom (straszenie komunizmem, etc.), co doprowadziło do ulicznej nawalanki.

Dziesięć lat później osoba na decyzyjnym stanowisku – konkretnie ówczesny premier Mateusz Morawiecki – wydał zgodę na wpuszczenie do Polski milionów Ukraińców i obdarowanie ich wszelkimi przywilejami. Po jakimś czasie rozkręcono w Polsce potężną antyukraińską nagonkę, mając bombę – w postaci Ukraińców – na pokładzie.

Co znamienne, w antyukraińską narrację – w tym straszenie banderyzmem, etc. – z całą mocą włączył się w ostatnich tygodniach ten sam Morawiecki i jego środowisko polityczne. Przypominam, że to za rządów PiS Polska należała do największych darczyńców Ukrainy, wysyłając tam między innymi polskie uzbrojenie (doprowadzając tym samym do rozbrojenia Polski) oraz grubą kasę wydartą z kieszeni polskich podatników.

ZBIOROWA PSYCHOZA

Kiedy przeglądam media społecznościowe, przecieram oczy ze zdumienia, widząc, jak Polacy dają się podpuszczać przez scenarzystów teatru, w którym spisano nasz naród na straty. Nie dostrzegam racjonalnych głosów po żadnej ze stron sceny politycznej ani wśród publicystów czy dziennikarzy – nawet tych uchodzących za niezależnych lub antysystemowych.

Zresztą nie widziałam ich także wtedy, gdy odpalono Euromajdan, ani tym bardziej przy okazji wojny na Ukrainie. Nie przypominam sobie apeli płynących z Polski, wzywających do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewu słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą. Zdaję sobie sprawę z tego, że Polska niewiele może wskórać, ale taki gest zostałby przynajmniej odnotowany jako coś pozytywnego.

Zamiast tego w kraju nad Wisłą przedstawiciele głównego nurtu zagrzewali Ukraińców do walki z Rosjanami (i dostarczali im broń). Z kolei tzw. antysystem rzucał komentarze sugerujące, iż „dobrze tak Ukrom, że Ruscy ich dojechali”, gdyż w mniemaniu wielu każdy Ukrainiec to banderowiec. W ten sposób obozy polaryzujące Polaków nakręciły totalną fiksację.

Modelowym przykładem tego szaleństwa jest niedawna afera, która rozgorzała po incydencie w autobusie w Bielsku-Białej. Do internetu trafiło niespełna minutowe nagranie wykonane przez 11-letnią Ukrainkę, na którym słychać wulgarne i agresywne wyzwiska kierowane przez 54-letniego Polaka pod adresem młodocianych Ukrainek. Reakcje w polskojęzycznej przestrzeni publicznej pokazały skalę emocji i absurdalnego amoku, w jakim znalazła się Polska.

Politycy głównego nurtu – głównie ekipa z koalicji obecnie rządzących – i usłużni im publicyści zlinczowali Polaka, który obrażał młode Ukrainki.

Problem w tym, że to samo środowisko nie robiło afery, gdy w Polsce dochodziło do agresji ze strony Ukraińców. Nie przypominam sobie ich stanowczej reakcji choćby wtedy, gdy rok wcześniej w Krakowie 37-letni obywatel Ukrainy kopnął w twarz 11-letniego polskiego chłopca, co doprowadziło do utraty przytomności dziecka i konieczności przewiezienia go do szpitala.

Tzw. antysystem – występujący często jako „polscy patrioci” i „prawdziwi prawicowcy”, etc. – wypada równie nieciekawie. W mediach społecznościowych wykreowali narrację, jakoby w autobusie doszło do banderowskiej prowokacji, a wszystko było doskonale przygotowaną ustawką, której ofiarą padł niewinny Polak.

Zwieńczeniem tego stały się masowo powielane w mediach społecznościowych zdjęcia 11-letniej Ukrainki z bielskiego autobusu, przerobione przy użyciu AI. Na jednym z nich przyklejono jej szyderczy uśmiech, na innym odziano w ubranie w barwach OUN-UPA, a do rąk włożono kosę i siekierę – narzędzia, którymi mordowano Polaków na Wołyniu.

Obserwując to wszystko – powyżej przytoczyłam zaledwie promil przykładów – utwierdziłam się w przekonaniu, że w Polsce nie ma poważnego środowiska, na którym można byłoby polegać. Po prostu nie ma komu ratować tego kraju. Nikt nie próbuje kierować się zdrowym rozsądkiem. Zamiast tego z każdej strony widać nakręcanie emocji i granie nimi na całego, co nie rozwiązuje problemu z Ukraińcami, a jedynie go wzmacnia.

ROZGRYWANIE GOJÓW

Na YouTube znajduje się fragment nagrania rosyjskiej telewizji państwowej Rossija 1, która transmitowała huczną imprezę noworoczną, podczas której Rosjanie witali 2013 rok. W rozrywkowym programie na scenie popisywał się Wołodymyr Zełenski (zanim został prezydentem Ukrainy, był aktorem-komikiem), którego występ podziwiał siedzący na widowni Władimir Sołowjow. Wszyscy świetnie się bawili.

Jak to możliwe? Przecież Władimir Sołowjow – jeden z najbardziej znanych w Rosji dziennikarzy i propagandystów telewizyjnych, prowadzący programy polityczne na kanałach Rossija 1 i Rossija 24 – jest znany z agresywnej retoryki wobec Ukrainy, popierania polityki Kremla oraz nawoływania do konfrontacyjnego podejścia wobec władz w Kijowie.

Otóż Sołowjowa i Zełenskiego łączy jedno – oboje są żydami, a co się z tym wiąże, mają wspólne interesy. O jakie interesy chodzi?

Żeby to wyjaśnić zacytuję kluczowy fragment pamiętnika naocznego świadka i uczestnika konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, który jako dowódca oddziału „Prizrak” (Widmo) zobaczył ów konflikt od środka. Sierżant Aleksiej Mozgowoj – bo o nim mowa – był jednym z najbardziej znanych dowódców prorosyjskich sił separatystycznych w Donbasie, podczas wojny we wschodniej Ukrainie w latach 2014–2015.

W trakcie walk nawiązał bezpośredni dialog z przedstawicielami strony ukraińskiej, dzięki czemu (miał analityczny umysł i był dobrym obserwatorem) zrozumiał, że jest nad nimi – Rosjanami i Ukraińcami – trzecia siła, która tym wszystkim steruje. Swoje przemyślenia opisał następująco:

„Zostaliśmy zapędzeni do Koloseum i powoli jesteśmy niszczeni! To jest wykorzystanie ludności… Żeby ludzie się w coś zaangażowali, trzeba coś stworzyć, coś zorganizować. Najlepszą opcją pozbycia się wymagających ludzi jest po prostu zawiezienie ich do Koloseum, w którym teraz się znajdujemy. Stwórz dwie przeciwne strony i pozwól im powoli się zniszczyć…

Ty i ja nazywamy się «gojami», ty i ja jesteśmy zmuszeni walczyć ze sobą i zabijać się nawzajem. Niczym gladiatorzy zostaliśmy wepchnięci na arenę nienawiści, otoczeni wysokim i mocnym płotem kanałów telewizyjnych i radiowych.

Dostojni goście, kaganowie chazarscy i ich świta, obserwują naszą bitwę na śmierć i życie z mównicy. Kiedy się pozabijamy, oni po prostu oczyszczą «arenę gladiatorów» z naszych ciał, ustawią na niej scenę i będą świętować odrodzenie Kaganatu Chazarskiego pieśniami i tańcami…”

Z inicjatywy dowódcy oddziału „Prizrak” doszło do rozmów z ukraińskimi wojskowymi, których celem było ograniczenie walk i znalezienie sposobu na zakończenie konfliktu. Mozgowoj utrzymywał również kontakty z ukraińskim negocjatorem ds. wymiany jeńców Wołodymyrem Rubanem. Dzięki tym kontaktom dochodziło do wymiany jeńców oraz rozmów o lokalnych zawieszeniach broni, mimo trwających działań wojennych.

Beneficjentom wojny to się nie spodobało. Aleksej Mozgowoj zginął 23 maja 2015 roku w zamachu pod Ałczewskiem. Sprawców oficjalnie nie ustalono.



POLACY NASTĘPNI?



O tym, że szykują potężną prowokację mającą na celu doprowadzenie do konfliktu między Polakami i Ukraińcami, ostrzegałam od wielu lat. W ostatnim czasie zrobiło się szczególnie gorąco, więc w mediach społecznościowych ponowiłam apele do rodaków, by nie dali się sprowokować.

Wypunktowałam też obłudę polityków PiS, z Mateuszem Morawieckim na czele, którzy dziś dokonują gwałtownego zwrotu narracji i krytykują kult OUN-UPA, choć za ich rządów nie dostrzegali ewidentnego banderyzmu i Polska była największym darczyńcą Ukrainy.

W odpowiedzi na moją krytykę tych, którzy nagle zaczęli straszyć banderyzmem, mimo że wcześniej utrzymywali bliskie relacje z ukraińskimi władzami i nie dostrzegali problemu gloryfikacji OUN-UPA, zarzucono mi komentarzach lekceważenie pamięci ofiar Wołynia, a nawet sympatyzowanie z banderowcami.

Przypuszczam, że po tym artykule reakcje mogą być jeszcze mocniejsze, dlatego przytoczę kilka faktów. O ofiarach Wołynia pamiętałam i ostrzegałam przed odradzającym się na Ukrainie kultem OUN-UPA, zanim stało się to „modne” i zanim zaczęto wykorzystywać ten temat do budowania kapitału politycznego.

13 lat temu otrzymałam Krzyż Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa za czynny udział i wsparcie w upamiętnianiu ofiar.

W 2013 roku przeprowadziłam wywiad z płk. Janem Niewińskim, komendantem Placówki Armii Krajowej i dowódcą Samoobrony wsi Rybcza w powiecie Krzemienieckim na Wołyniu, Przewodniczącym Kresowego Ruchu Patriotycznego, Wiceprzewodniczącym Społecznego Komitetu Obchodów 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa.

Mój rozmówca zarzucił polskim rządzącym podporządkowanie polityki wobec Ukrainy interesom geopolitycznym kosztem pamięci o ofiarach Wołynia. Niewiński za pośrednictwem naszego wywiadu wytknął elitom politycznym III RP ustępstwa wobec ukraińskiego nacjonalizmu i unikanie pełnego rozliczenia zbrodni.

W 2016 roku wlepiono mi do paszportu pieczątkę z zakazem wjazdu na Ukrainę, co uargumentowano tym, że zdaniem Kijowa stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa tego państwa.

W 2018 roku przeprowadziłam wywiad z byłym premierem Leszkiem Millerem pt. „Banderyzm kwitnie na Ukrainie”, za co oberwałam wtedy w komentarzach od polskich „patriotów” i „prawicowców” – bo gadałam z „komuchem” – choć dzisiaj wielu z nich pieje z zachwytu nad nim.

W 2021 roku dotarłam do świadków egzekucji kilkudziesięciu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy – przeciwników Euromajdanu – do której doszło 2 maja 2014 roku w budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie. Ich relacje opisałam w artykule pt. „Odessa – zbrodnia nieukarana”. W związku z publikacją otrzymywałam pogróżki sugerujące, że skończę tak jak ci, którzy zostali spaleni żywcem w Odessie.

W pierwszym kwartale 2022 roku skrytykowałam ówczesny rząd za dostarczanie broni na Ukrainę i przestrzegałam przed wpuszczaniem do Polski milionów przybyszy z Ukrainy. Czyżby w odwecie ówczesny premier Mateusz Morawiecki wydał polecenie podległej mu bezpiece, aby zrobili ze mną porządek?

Funkcjonariusze ABW natychmiast nakazali nałożenie na mojego bloga blokady na poziomie operatorów internetowych pod pretekstem, że stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Z dnia na dzień straciłam pracę w archiwum Telewizji Polskiej – jedyne źródło utrzymania. Usłużni systemowi dziennikarze sugerowali, że jestem „ruską agentką”. Doświadczyłam też potężnego hejtu w internecie.

Tymczasem kilka lat później Morawiecki i jemu podobni politycy, dokonują nagłego zwrotu akcji, krytykują Ukrainę i wyzywają ukraińskich polityków od banderowców, choć jeszcze chwilę temu obściskiwali się z nimi w najlepsze. Zełenski i Sołowiow też kiedyś świetnie się razem bawili, a następnie pod publikę stali się wrogami. Wojnę trzeba jakoś uwiarygodnić przed ludem posyłanym na rzeź.

Nikt mi nie zleca pisania artykułów ani tym bardziej nie finansuje, co zresztą widać po ich treści – nie są na rękę żadnemu środowisku politycznemu. Mieszkam z dala od polsko-ukraińskiego kotła, żyję w bezpiecznym miejscu i mam spokojne życie, więc teoretycznie mogłabym mieć na to wszystko wywalone.

Po co więc piszę? Po prostu martwię się o moich rodaków, którzy ulegają prowokacji i dają się wciągać w cudzą grę, w której są jedynie pionkami przeznaczonymi do odstrzału. Miejcie się na baczności, bo kiedy wpływowi polskojęzyczni politycy i dziennikarze głównego ścieku nagle zaczynają zmieniać narrację ws. Ukrainy, którą chwilę wcześniej wspierali, to znaczy, że coś się szykuje.

Agnieszka Piwar

PS Znajomy Zbyszek często mi powtarza, że dobrze mu się czyta moje artykuły, ale jego zdaniem brakuje w nich recepty co robić. W tym przypadku – nie ulegać prowokacjom i dążyć do odseparowania Ukraińców od Polaków. Nasze narody powinny egzystować oddzielnie.

wojna?


Przez Agnieszka Piwar 2026-07-25