▼

niedziela, 4 października 2026

Terapia śmierci


Kiedy w sierpniu 2020 roku 38-letni Andy Hodge z Kentucky złamał nogę, była to tragedia dla tego ojca samotnie wychowującego trójkę dzieci i dla jego rodziny. Nic nie wskazywało na to, że to był dopiero wstęp do znacznie większego dramatu.

Złamanie w kostce było bardzo poważne i wymagało skomplikowanej operacji.

Prawdziwą jednak tragedię zapoczątkował powszechnie stosowany wówczas test na jedynie słuszną chorobę paraliżującą strachem cały świat. Test PCR, który nie jest żadnym testem zdrowia pacjenta, a jedynie fałszywym pretekstem rozpowszechniania paniki przed przemianowaną na kowid grypą, okazał się wyrokiem śmierci.

Szokującego wywiadu dla The Defender udzieliła jego siostra Elie. Można go przeczytać w poniedziałkowym artykule: Szukał pomocy z powodu złamanej nogi, która nie chciała się zrosnąć. Szpital leczył go z powodu COVID-19, a następnie stwierdził śmierć mózgu. Źródło.

Nie będę tym razem niczego cytował – przeczytajcie sami, jak traktuje pacjentów służba zdrowia. Medycyna pourazowa o ile wiem, jest jedyną dziedziną, w której lekarze zajmują się leczeniem prawdziwych przyczyn choroby, czyli urazów. Chirurdzy na tych oddziałach nie zajmują się walką z medycznymi fantomami w postaci wirusów, których patogenność nigdy nie została wykazana, albo walką z cyferkami pochodzącymi z laboratorium opartą na zmyślonych, ale powszechnie reklamowanych przez farmację tezach.

Jeżeli należysz do tych, którzy przechwalają się, że chorowali na wyświechtaną medialnie pseudochorobę zwaną korona, muszę cię rozczarować – to była zapomniana na dwa lata grypa. Wcale nie mniej groźna. Miałeś zaburzenia zmysłu smaku i węchu? Oczywiście, że miałeś. Większość studentów medycyny diagnozuje u siebie choroby, o których właśnie się uczą, wykrywając bezbłędnie u siebie wszelkie jej objawy. Korona była jedyną znaną dysfunkcją bez żadnych objawów. Jedynym autentycznym symptomem plandemii była bezrefleksyjna wiara w werdykt testu PCR.

Spotkałem się z zarzutem, że moje artykuły mogą kogoś odwieźć od korzystania z usług medycznych. Mogą, bo to jest kwestia wiary.

Wyznawcy religii medycznej, czyli przede wszystkim terapii trucizną zwanej dla niepoznaki lekarstwem, powinni zapoznać się ze strategią lemingów, polegającą na naśladowaniu otoczenia oraz z jej skutkami.

Prawdopodobnie, kiedy jeszcze Andy żył pobrano jego organy. Nikt nie przejmował się straszliwym niebezpieczeństwem zarażenia się zmyślonym kowidem dla pobierających organy oraz dla odbiorcy. W każdym razie, przedstawiciele zakazanej w bieżącym roku organizacji zajmującej się dostarczaniem organów Network for Hope, wielokrotnie „troszczyli się” o stan jego potencjalnych materiałów transplantacyjnych – business as usual – czyli standardowe w takim przypadku działanie.

Ludzkie organy przeznaczone do przeszczepu. Należy obchodzić się z nimi ostrożnie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Marek Wojcik 02.10.2026 r. world-scam/terapia-smierci

Uczelnie, wizy i lewe interesy


Co jakiś czas media informują nas o kolejnych odsłonach tak zwanej afery Collegium Humanum. W szumie informacyjnym najczęściej umyka jednak istota problemu. Paradoksalnie budzące największe emocje „lipne dyplomy” studiów MBA są tutaj jedynie przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej. Kwitnący przez kilka lat na polskich prywatnych uczelniach proceder w istocie godził w filary bezpieczeństwa naszego państwa i nas samych. Uporządkujmy fakty.

Korzystając z niedoskonałości krajowego prawa, polskie uczelnie wyższe, głównie prywatne, wydawały kandydatom na studia dokumenty, które w praktyce otwierały im drogę do legalnego pobytu, a następnie pracy na terenie Polski i całej strefy Schengen. Za stosunkowo niewielkie pieniądze, rzędu kilkuset złotych miesięcznie, można było w ten sposób uzyskać możliwość legalnego funkcjonowania na polskim rynku pracy.

Mechanizm był stosunkowo prosty.

Kandydaci, między innymi z państw Afryki i Azji, zapisywali się na polskie uczelnie i na podstawie dokumentu potwierdzającego przyjęcie na studia ubiegali się o wizę. Wiza studencka umożliwiała im nie tylko legalny pobyt w Polsce i przemieszczanie się po strefie Schengen, ale również podjęcie pracy. W konsekwencji część osób traktowała studia jedynie jako formalny pretekst do przyjazdu do Europy.

Na procederze korzystały niektóre szkoły wyższe. Nawet jeśli cudzoziemiec faktycznie nie uczestniczył w zajęciach, wcześniej opłacał czesne. Dla części uczelni masowa rekrutacja zagranicznych studentów stała się więc istotnym źródłem przychodów. Problem dotyczył zwłaszcza placówek, w których kontrola rzeczywistego uczestnictwa studentów w zajęciach była iluzoryczna.

Doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej, w której mikroskopijne uczelnie fikcyjnie przyjmowały studentów, nie prowadząc dla nich realnie żadnej dydaktyki. W takich przypadkach trudno już mówić o sprytnym wykorzystaniu luk w prawie. Było to oczywiste i intencjonalne oszustwo. O ile bowiem w przypadku faktycznego toku studiów można byłoby jeszcze mówić o wykorzystywaniu niedoskonałości polskiego systemu prawnego, o tyle w przypadku studiów wyłącznie pozorowanych mamy do czynienia co najmniej z poświadczeniem nieprawdy. Ze względu na skalę procederu i jego społeczną szkodliwość zasadne jest jednak pytanie, czy nie należy mówić wręcz o mechanizmach charakterystycznych dla przestępczości zorganizowanej.

Proceder mógł kwitnąć w najlepsze, ponieważ państwowe instytucje nie dysponowały skutecznymi narzędziami pozwalającymi ustalić, czy cudzoziemiec rzeczywiście zamierza studiować. W rezultacie formalne przyjęcie na uczelnię mogło stać się przepustką do legalnego wjazdu do Polski, nawet jeśli rzeczywistym celem była praca albo dalsza migracja do innych państw Unii Europejskiej.

Pod wpływem kolejnych publikacji medialnych aparat państwa rozpoczął kontrole uczelni wyższych, których następstwem stał się głośny obecnie cykl postępowań i zatrzymań osób podejrzewanych o udział w tym procederze. Paradoksalnie to rząd Donalda Tuska uszczelnił przepisy i rozpoczął realną działalność kontrolną, skutecznie utrudniając wykorzystywanie studiów jako łatwej ścieżki legalizacji pobytu obcokrajowców.

Rozważmy jednak samą istotę szkodliwości tego procederu.

Po pierwsze, zmniejszał on bezpieczeństwo Polaków. Do Polski pod fałszywym pozorem podjęcia studiów mogły dostać się setki tysięcy osób z niemal całego świata, a skala zjawiska wymaga jeszcze pełnego wyjaśnienia. Znaczna część z nich przybywała na teren strefy Schengen po prostu po to, aby pracować. I zapewne dotyczyło to zdecydowanej większości przypadków. Nie oznacza to jednak, że system pozostawał niewrażliwy na ludzi mających zupełnie inne zamiary. Jeżeli państwo tworzy furtkę pozwalającą niemal bez realnej kontroli zalegalizować pobyt pod fikcyjnym pretekstem studiowania, to korzystać mogą z niej nie tylko pracownicy szukający lepszego życia, ale również osoby przyjeżdżające z intencją prowadzenia działalności przestępczej.

Po drugie, niekontrolowany napływ rzekomych studentów, a faktycznie pracowników zagranicznych, w oczywisty sposób oddziaływał na krajowy rynek pracy. Nisko opłacani pracownicy, funkcjonujący niekiedy częściowo w szarej strefie, stanowili niskopłatną konkurencję dla polskich pracowników. Jednocześnie nieuczciwe firmy opierające swoją działalność na takim modelu zatrudnienia uzyskiwały przewagę nad rzetelnymi pracodawcami, których przecież jest zdecydowana większość. Państwo samo stworzyło więc mechanizm premiujący tych, którzy byli gotowi funkcjonować na granicy prawa albo poza nią.

Po trzecie wreszcie, cały proceder przyczynił się do dalszego obniżenia i tak dramatycznie niskiego poziomu polskiego szkolnictwa wyższego. Niektóre uczelnie zamieniły się w prawdziwe fabryki fałszywych studentów. Była to zresztą naturalna konsekwencja systemu, w którym liczba studentów i wysokość przychodów zaczęły mieć większe znaczenie niż realna jakość kształcenia. To konsekwencja, jak trafnie zauważyła profesor Anna Raźny, „fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje. Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze.” Równie ostro wypowiadał się w tej kwestii profesor Stanisław Bieleń, który pisał, że „brak właściwego nadzoru nad szkolnictwem niepublicznym doprowadził do patologizacji kształcenia.”

Opisany wyżej proceder i związane z nim implikacje były doskonale znane organom państwa. MSWiA w odpowiedzi z października 2025 roku przyznało wprost, że rekrutacja cudzoziemców na studia mogła być wykorzystywana do obchodzenia przepisów dotyczących legalizacji pobytu i pracy. Problemem były osoby, które nie zamierzały się kształcić, lecz używały statusu studenta wyłącznie jako podstawy dostępu do rynku pracy.

Nie mamy zatem do czynienia z pojedynczą patologią jednej uczelni ani wyłącznie z aferą wokół dyplomów MBA. Collegium Humanum stało się symbolem znacznie większego problemu. Problemem tym jest system, który przez lata pozwalał łączyć interes finansowy części prywatnych uczelni, zapotrzebowanie rynku na tanią siłę roboczą oraz słabość państwowej kontroli. Każdy uczestnik tego układu miał swój interes. Rachunek natomiast wystawiono polskiemu państwu, polskim pracownikom i szkolnictwu wyższemu.

Będąc często sceptycznymi wobec organów państwa i organów ścigania, w tej konkretnej sprawie powinniśmy im kibicować. Tym bardziej że obecna władza nie daje nam przecież zbyt wielu innych powodów do jej wychwalania.

Przemysław Piasta
https://myslpolska.info/2026/10/02/uczelnie-wizy-i-lewe-interesy/

Arno van Kessel: „Prawda wyjdzie na jaw”

 

Były radca prawny Arno van Kessel – z urazami, ale nie złamany, mimo pobytu w więzieniu

Uwaga: Het originele artikel in het nederlands vindt je hier: https://deanderekrant.nl/arno-van-kessel-beschadigd-niet-gebroken/


Arno van Kessel spędził ponad osiem miesięcy w jednostce antyterrorystycznej w PI Vught, najpilniej strzeżonym więzieniu w Holandii. „Nie znaleźli dowodów w sprawie karnej i niczego nie znajdą, bo nie popełniłem żadnego przestępstwa”. Jest przekonany, że został aresztowany, ponieważ wszczął postępowanie cywilne przeciwko państwu holenderskiemu i wpływowym osobom, które w okresie pandemii COVID-19 narzuciły ludności broń biologiczną. „Kilka godzin po tym, jak złożyliśmy dokumenty w sądzie, aresztowała mnie jednostka antyterrorystyczna”.

W ekskluzywnym wywiadzie dla De Andere Krant, 62-letni adwokat po raz pierwszy wspomina swoje aresztowanie i zatrzymanie, które postrzega jako dowód na to, że nie ma już rządów prawa.

„Kluk-klik. Kluk-klik”. Arno van Kessel opisuje odgłos ciężkich butów strażnika kroczącego po betonowej podłodze więzienia. „Krrr-klik, szelest kluczy. Kpffff, drzwi się otwierają. Huk, drzwi celi zatrzaskują się z hukiem. Brzdęk, zamek znowu się zamyka. Kluk-klik, strażnik idzie w stronę mojej celi. Słychać wszystko, wiesz, pomimo tych grubych betonowych ścian. Klik-klik, otwiera się klapa w małym okienku w mojej celi. W środku nocy dioda LED zapala się na pięć sekund. Nie po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam jesteś, ale żeby sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. Klik-klik, klapa zamyka się ponownie. Kluk-klik, strażnik kontynuuje obchód. A ja leżę, nie śpiąc, martwiąc się: co ja tu robię?”

Ten „film” wciąż odtwarza się w głowie adwokata, gdy próbuje zasnąć. „Mój rytm snu został całkowicie zaburzony”.

Po 260 dniach w areszcie tymczasowym Van Kessel cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD), reumatyzm związany ze stresem oraz przejściowe podrażnienie: skurcze spowodowane elektronicznym monitorem na kostce, który musi nosić. „Biorę trzy dawki prednizonu dziennie, ponieważ stres jest uwięziony w moim ciele” – wyjaśnia Van Kessel.

[prednizon: silnie hamuje stany zapalne, łagodzi alergiczną reakcję organizmu i osłabia układ odpornościowy.md]

Mimo wszystko jest zadziwiająco optymistyczny, bystry i pogodny. „Bardzo się cieszę, że wróciłem do rodziny i psa, czasami znów mogę się cieszyć i dziękuję naszemu drogiemu Bogu za każdą chwilę, którą mi daje. Przede mną jeszcze długa droga, nie chodzę do psychologa i jestem daleki od dawnego siebie, ale z natury jestem pozytywnie nastawiony i wciąż patrzę w przyszłość z nadzieją. Jestem uszkodzony, ale nie udało im się mnie złamać psychicznie” – mówi. „Chcesz kawy?”

Aresztowanie

Wróćmy do 11 czerwca 2025 roku. Około 5 rano Van Kessel nagle wpatruje się w lufę pistoletu maszynowego, którą trzyma funkcjonariusz jednostki antyterrorystycznej. „Leżałem w łóżku zaledwie kilka godzin. W tygodniach poprzedzających to wydarzenie spędziłem dziesięć dni z rzędu pracując z moim kolegą Peterem Stassenem – niczym para mnichów – nad naszym Oświadczeniem o Odpowiedzi, będącym częścią naszego postępowania cywilnego. W dokumencie tym argumentujemy – prawnie i, moim zdaniem, przekonująco – że szczepionki przeciwko COVID-19 są bronią biologiczną. Twierdzimy, że wezwane przez nas osoby wiedziały, mogły wiedzieć lub powinny były o tym wiedzieć, i pociągamy je do odpowiedzialności solidarnej. Chcemy, aby niezależny sędzia wydał orzeczenie w tej sprawie” – podsumowuje Van Kessel. „Kilka godzin po złożeniu dokumentu zostałem aresztowany”.

Nadal może odtworzyć w myślach „film” ze swojego aresztowania, w każdym szczególe. „Weszli dość cicho przez frontowe drzwi, bo nie były podwójnie zamknięte na noc. Obudziłem się z krzykiem, ale myślałem, że śnię. Facet w kominiarce trzymał pistolet maszynowy wycelowany w moją skroń. Sędzia śledczy, dziekan Izby Adwokackiej i prokurator byli w mojej sypialni z dwoma funkcjonariuszami. Helena (żona van Kessela, red.) była na strychu, bo pracowałem do późna.

Posadzono mnie na krześle w samej bieliźnie i dano kamizelkę. „Broń”, „narkotyki”, „pieniądze”, „złoto” – krzyczeli. W naszym domu – który już sprzedaliśmy, bo mieliśmy wyemigrować do Austrii – mieliśmy garderobę z sejfem. Wskazałem im klucz. Nie znaleźli niczego kryminalnego i nic nie znajdą, bo ja niczego kryminalnego nie popełniłem. Potem naciągnięto mi worek na głowę, zakuto w kwadratowe kajdanki i… Zabrano mnie na komisariat policji w Leeuwarden.



Van Kessel natychmiast zdaje sobie sprawę, że jego aresztowanie jest powiązane z głośnym postępowaniem cywilnym przeciwko państwu holenderskiemu, Markowi Rutte, Hugo de Jonge, Billowi Gatesowi i trzynastu innym osobom.

„Nigdy nie byłem naiwny w tej kwestii. Rozmawiałem o tym z rodziną: jeśli podejmę się tej sprawy, coś może mi się stać. Tak, może mnie wyrzucą” – powiedziałem. Peter i ja powiedzieliśmy sobie również po zakończeniu odpowiedzi na pozew: jeśli podpiszemy ten dokument, to koniec naszej kariery. Zarejestrowałem się jako radca prawny w Austrii, ale tylko na potrzeby postępowania cywilnego. Po tym miałem zamiar poświęcić się nieruchomości rekreacyjnej, którą tam zamierzamy zagospodarować. Peter i ja uzgodniliśmy również, że jeśli coś się stanie jednemu z nas, drugi będzie prowadził sprawę indywidualnie. Czuliśmy, że musimy to zrobić dla ofiar. Nikt nie powinien odwracać wzroku od tego, co zrobiono ludzkości: ludobójstwa”.

Barakuda

Na komisariacie policji w swoim rodzinnym mieście Leeuwarden Van Kessel dowiaduje się, że jest podejrzanym w sprawie Barracuda – domniemanej siatki terrorystów, która według prokuratury planowała przeprowadzić atak na szczyt NATO (24 i 25 czerwca 2025 r.) w Hadze. „To absurdalna historia, właśnie dlatego, że Peter i ja, jako prawnicy, działamy w ramach systemu prawnego. To jest arena rządów prawa, gdzie wszystkie strony są równe, a niezależny panel sędziów decyduje – w razie potrzeby – nawet o stanie Holandii. Przynajmniej w teorii. Poza tym jestem przekonanym naśladowcą Jezusa (patrz ramka). Nasz drogi Pan nie bez powodu powiedział: „Każdy, kto mieczem wojuje, od miecza ginie” (Ewangelia Mateusza 26,52). Gdybym naprawdę planował zrobić to, o co mnie oskarżają, zgadzam się, że powinni byli mnie zamknąć i wyrzucić klucz. Nadal mnie wkurza, że ​​odważyli się oskarżyć mnie o terroryzm”.

Van Kessel wie, że sam dał oskarżycielom przysłowiową amunicję. „Musieli uznać to za prezent, że wsiadłem do tego samochodu 6 maja” – mówi Van Kessel. Ma na myśli rozmowę nagraną przez detektywów w samochodzie Ritske B., gdzie obecni byli również właściciel pojazdu i Harm S. W drodze powrotnej użyto wulgaryzmów, przyznaje Van Kessel. „To było po wieczorze z mnóstwem kiełbasy, sera i piwa – i mnóstwem tych ordynarnych typów. Dobrzy ludzie, którzy mówią, co myślą i mają dość zniszczeń, jakie pozostawia po sobie polityka. Wielu z nich to darczyńcy Recht Oprecht (fundacji stojącej za postępowaniem cywilnym, red.).

Kilka dni wcześniej zapytano mnie, czy chcę przekazać najnowsze informacje na temat sprawy. Zanim się odezwałem, kierowcy ciężarówek chcieli mojej rady w sprawie demonstracji na szczycie NATO. Dałem im bardzo jasną, negatywną rekomendację: obowiązuje zarządzenie nadzwyczajne, nic nie zdziałacie, żadna flaga nie będzie pokazywana w telewizji, zostaniecie aresztowani, a wasze ciężarówki i traktory zostaną skonfiskowane – powiedziałem. Krótko mówiąc, powiedziałem im, że nie mają tam prawa być. Moja rada została źle przyjęta. „Więc co chcecie zrobić – nic nie robić?” – powiedziano mi. Cały wieczór mieli mi to za złe”.

W drodze powrotnej z tego „frustrującego wieczoru” trzej mężczyźni w samochodzie hipotetycznie dyskutują o tym, jak można by zdestabilizować rząd. Van Kessel, który poprzedniego dnia obejrzał film o IRA, wspomina o wybuchu bomby w samochodzie przed budynkiem rządowym. Wspomniano również o strzale z okna burmistrza. Nigdzie w całej rozmowie nie widać, że poważnie zamierzają coś takiego zrobić. Van Kessel kilkakrotnie powtarza, że ​​nie ma pojęcia, jak się do tego zabrać. Przez ponad miesiąc – aż do aresztowania 11 czerwca – nikt nie podjął żadnych działań w związku z omawianymi scenariuszami. Mimo to prokuratura uczyniła z niego filar siatki terrorystycznej. „W tym samochodzie mówiłem głupie, niemoralne rzeczy. Niegodne adwokata. W celi prosiłem Boga o wybaczenie” – mówi Van Kessel. „Ale te wypowiedzi są szokujące tylko wtedy, gdy są wyrwane z kontekstu. Prokuratura zrobiła to bardzo celowo, aby wykluczyć mnie jako adwokata w postępowaniu cywilnym”.

Więzienie Vught

Od połowy czerwca 2025 roku do 26 lutego 2026 roku Van Kessel – mężczyzna bez przeszłości kryminalnej – przebywał w więzieniu. Pierwsze sześć dni spędził w komisariacie policji w Leeuwarden, a następnie w oddziale antyterrorystycznym zakładu karnego o zaostrzonym rygorze w Vught. Van Kessel uważał ten pierwszy okres za najtrudniejszy. „Więzienie ma skłonić do refleksji nad swoimi błędami. Jeśli nic nie zrobiłeś, to każdego dnia budzisz się z myślą: co ja tu robię? To jest psychicznie ciężkie. Na początku byłem też pod ścisłą kontrolą. To oznaczało 23 godziny na dobę w izolacji, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Helena nawet nie wiedziała, gdzie jestem przetrzymywany”.

Opisuje więzienie jako betonowego kolosa. „Z małego okienka w celi patrzyłem na betonowy mur. Początkowo miałem godzinę dziennie na wyjście na podwórze, ale to była tylko przestrzeń między czterema betonowymi ścianami. Jeśli spojrzysz w górę, zobaczysz niebo przez siatkę. To wszystko”.

Początkowo Van Kessel nadal uważa, że ​​jego pobyt w celi będzie stosunkowo krótki, maksymalnie 90 dni. „Nie jestem prawnikiem karnym, ale na studiach prawniczych dowiedziałem się, że podejrzany może być tymczasowo aresztowany przez ograniczony czas. Nie wiedziałem, że wszystko się zmieniło po 11 września. Mój adwokat, Chris-Jan Kamminga, wyjaśnił mi, że prawo się zmieniło. Teraz można przetrzymywać podejrzanych o terroryzm nawet przez dwa lata w więzieniu bez merytorycznego przesłuchania. Kiedy mi to powiedział, przeszedł mnie dreszcz”.



Groźby śmierci

W grudniu znalazł się w bardzo napiętej sytuacji w więzieniu w Vught. Van Kessel i Ritske B. – współpodejrzany w sprawie Barracudy, „którego, wbrew twierdzeniom oskarżenia, poznałem porządnie dopiero w Vught” – zostali, w ramach pewnego eksperymentu, umieszczeni z grupą czterech dżihadystów z Arnhem, skazanych za przygotowywanie ataku na Paradę Równości. „Ritske i ja chcieliśmy małej choinki na wspólnej celi, ale cała czwórka zażądała jej usunięcia. Kiedy w okolicach Bożego Narodzenia oglądaliśmy „Pasję” (film o cierpieniu Jezusa Chrystusa, red.), wpadli w szał. Pluli na Jezusa, a nam grożono śmiercią” – mówi Van Kessel, obrazowo przesuwając kciukiem po gardle. „Potem obieraczki do ziemniaków zostały usunięte ze wspólnej kuchni ze względów bezpieczeństwa. Strażnicy byli również otwarcie zastraszani. Dżihadyści mówili: i tak nie mamy nic do stracenia – jeśli umrzemy, pójdziemy do raju. Chociaż nie wolno nam było mieć choinki, pięć razy dziennie krzyczeli do Allaha. Na korytarzu obok mojej celi wisiał plakat przedstawiający Kaabę, świętą czarną skrzynkę dla muzułmanów w Mekce. Byłem zszokowany tym, jak wygląda życie w więzieniu. Chociaż Van Kessel porównuje więzienie w Vught do Kamp Vught – nazistowskiego obozu karnego z czasów II wojny światowej – jest pełen uznania dla strażników. „Uczynili moje cierpienie bardziej znośnym. Przez pierwsze trzy miesiące mojego pobytu kierownictwo wstrzymywało mi podawaniem leków. Czułem się coraz gorzej, do tego stopnia, że ​​nie mogłem nawet wstać. Leżałem sam w łóżku przez wiele dni. Strażnicy załatwili lepszy materac, zamiast cienkiego kawałka pianki na żelaznej płycie, na której normalnie się leży. Mój mentor – strażnik, który osobiście mnie prowadził – zażądał od lekarza oddziałowego, abym otrzymał lekarstwa.

Van Kessel mówi, że od początku był uprzejmy wobec strażników, których wszystkich znał z imienia. Opowiedział im o postępowaniu cywilnym i swojej wierze w Jezusa. Ponadto wkrótce został zasypany listami. „Tysiące listów i kartek nieustannie napływały z całego świata. Wszystkie musiały przejść przez cenzurę. Wywołało to spore poruszenie, podobnie jak demonstracje przed bramą. Chociaż sam tego nie doświadczyłem, wiem od strażników, że było to tematem rozmów w mieście”.

Rządy prawa

Według Van Kessela wady konstrukcyjne leżą w systemie i na samej górze, gdzie skorumpowani ludzie zbyt często pociągają za dźwignie – bo jak inaczej podejrzany, który nie został skazany, trafi do grona skazanych dżihadystów? „Dwie i pół godziny drogi od mojej rodziny. Bez żadnych wiarygodnych dowodów, podczas gdy prokuratura może przeciągać proces do zakończenia śledztwa, a media w dużej mierze milczą na ten temat. To nie powinno być możliwe w państwie prawa. Jako prawnik zawsze w to wierzyłem, ale teraz ta wiara nieco osłabła” – mówi eufemistycznie.

Były prawnik twierdzi, że „kiedy nadejdzie właściwy czas”, odniesie się również merytorycznie do oskarżeń pod jego adresem i usunięcia z listy adwokatów. Na razie poświęca energię na przygotowanie obrony z prawnikami. Pomimo wszystkiego, co go spotkało, niczego nie żałuje. „To, czego doświadczyłem, to tylko ułamek cierpienia, jakie nasz drogi Pan zniósł dla nas wszystkich. Poza tym zawsze mam przed sobą Monique. Była pierwszą ofiarą poszczepienną, która do mnie trafiła. Pielęgniarka na sali operacyjnej – ktoś, kto naprawdę zrobił to dla innych. Była jedną z pierwszych osób, które otrzymały szczepionkę przeciw COVID-19 – z grupy, która spowodowała wiele zgonów. Tak, przedstawiliśmy to wszystko czarno na białym w sądzie. Widziałem, jak w krótkim czasie jej stan się pogorszył z wciąż w miarę zdrowej kobiety w mumię. Zakończyła swoje cierpienie, poddając się eutanazji. Jej historia wryła mi się w pamięć”.

Zobaczyć

„Żyjemy w czasach ostatecznych” 

„Oczywiście bardzo często pytałem Boga, dlaczego to się ze mną dzieje” – mówi Arno van Kessel, który uwierzył w okresie pandemii COVID i przyjął chrzest. „Ten czas uświadomił mi, co tak naprawdę się dzieje: żyjemy w czasach ostatecznych. Otrzymałem również odpowiedzi. Cierpienie, którego doświadczyłem, to tylko ułamek tego, co Jezus musiał znieść za nas wszystkich. To było oczyszczające”. Van Kessel mówi, że jego wiara w Jezusa – którego zazwyczaj nazywa naszym drogim Panem – tylko się umocniła. „Peter (Stassen, red.) na nowo odkrył swoją wiarę.

Dlatego bardzo świadomie poruszyliśmy biblijne przesłanie w dokumentach sądowych. Ostatnimi czasy Peter – z którym ze względu na postępowanie cywilne nie mam kontaktu – powiedział również: czy jesteś po stronie szatana, czy Jezusa? To był świadomy wybór: odwołanie się do sumienia. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że ich sumienie stało się zasłonięte. Odwołujemy się do niego, ponieważ wciąż istnieje droga powrotna przez Jezusa. Dotyczy to nawet Marka Rutte. Nie sądzę, żeby się na to zdecydował, ale powitałbym to z radością. Prawda wyjdzie na jaw”.

Ido Dijkstra | Data: 25 kwietnia 2026 r deanderekrant-nl/arno-van-kessel-the-truth-will-come-to-light/

https://dakowski.pl/arno-van-kessel-prawda-wyjdzie-na-jaw/

sobota, 3 października 2026

Leszek Kukulski – Wino, psy, heretyk i komentatorzy: Anatomia jednej przypowieści Wacława Potockiego

 

Aleksander Brückner — od tego bowiem nazwiska należy zawsze za­ czynać, ilekroć ma być mowa o Wacławie Potockim — omawiając przed laty sześćdziesięciu Moralia, zbiór przypowieści Potockiego, zachowany w rękopiśmiennym kodeksie petersburskiej biblioteki państwowej, zwrócił uwagę m. in. na jeden z wierszy tego zbioru, zatytułowany Niechaj śpi pijany. Przytoczył go w całości i opatrzył krótkim komentarzem:

Krzyk to sumienia, rozpaczliwy niemal, spółczesny Psalmodii i godny obok niej stanąć¹

Dziś wiersz ten należy do najbardziej znanych utworów Potockiego i uchodzi za reprezentatywny dla całokształtu tendencji ożywiających pisarstwo poety. Chociażby z tego względu nie będzie chyba rzeczą po­ zbawioną znaczenia przyjrzeć się mu nieco bliżej.

Jak wiadomo, Moralia Potockiego są zbiorem wierszy opartym na Adagiach, słowniku przysłów łacińskich zestawionym przez Erazma z Rotterdamu; w poszczególnych wierszach, nazwanych przypowieściami, rozwijał Potocki myśli zaczerpnięte z komentarza, którym Erazm opatrzył hasła swego leksykonu.

Niechaj śpi pijany posiada w Moraliach, jak prawie wszystkie wiersze tego zbioru, obok tytułu polskiego również tytuł łaciński. Brzmi on: Temulentus dormiens non est excitandus. Jest to przysłowie figurujące w Ada­giach Erazma pod numerem kolejnym 2583. Komentarz holenderskiego humanisty, towarzyszący tej sentencji, jest krótki:

Słowami tymi przestrzega Theognis, że pijanego, który zasnął, nie należy budzić. Jest to przysłowie analogiczne do paremii „Nie ruszaj złego, jeśli cicho leży“. Nie należy odświeżać nienawiści, którą czas osłabił. Nie trzeba rozdrapywać ran duszy, które zaczęły się już pokrywać bliznami².

Tyle Erazm. Do przypowieści Potockiego wszedł stąd zasadniczy obraz pijanego pogrążonego we śnie; zresztą sens przysłowia zastosowany w niej został przewrotnie, albowiem wiersz polskiego poety jest biciem na alarm, ażeby śpiący się przebudził.

Spi świat, pijany winem, zamrużywszy oczy;
Nalewa babilońska swacha, czart go toczy.
Spi świat, rówien martwemu, opiwszy się, drzewu,
Winem z prasy bożego — na swe grzechy — gniewu.

Tak brzmi początek przypowieści Potockiego. Po czterech pierwszych słowach („Spi świat, pijany winem“) bezpośrednia zależność od Erazmowego komentarza przestaje istnieć i genetycznych związków dalszego ciągu szukać trzeba gdzie indziej. Bohater wiersza, świat, śpi, jak powiada poeta, „zamrużywszy oczy“. Zazwyczaj śpi się z zamkniętymi oczyma, i gdyby początkowy wiersz przypowieści brzmiał: „śpi świat, pijany wi­nem, śpi, zamknąwszy oczy“, nic by w nim nie zastanawiało; ale jeżeli poeta mówi, że świat śpi „zamrużywszy oczy“, chce przez to wyrazić coś więcej. Żeby jego intencję właściwie pojąć, trzeba sięgnąć do Biblii. Oto słowa św. Pawła o Żydach:

Abowiem zatyło serce ludu tego a ciężko uszyma słuchali i zamrużyli oczy swe, aby oczyma nie widzieli a uszyma nie słyszeli i sercem nie zrozumieli i nie byli nawróceni, abych je uzdrowił³.

Sen świata jest zatem stanem nie tylko biernym, ale i w pewnym sensie czynnym, jest świadomym uchylaniem się od dobra i prawdy, jeżeli w ten sposób wyłożyć wolno słowa apostoła.

Drugi wiersz przypowieści precyzuje, kto jest sprawcą snu świata, kto przyczynił się do jego nagannego postępowania: poeta wymienia diabła i postać kobiecą, którą określa mianem „babilońskiej swachy“. Diabeł jako zainteresowany odwodzeniem świata z dobrej drogi jest tu całkiem na miejscu, natomiast kim jest owa „babilońska swacha“, dowiedzieć się można znowu z Biblii. W Objawieniu św. Jana czytamy:

Wtedy przystąpił jeden z siedmiu aniołów [...] i rzekł do mnie: „Przyjdź, ukażę ci sąd nad wielką rozpustnicą, która rozsiadła się nad wielom a wodami. Królowie ziemi cudzołożyli z nią, a mieszkańcy ziem i upijali się winem jej sprośności“. [...] I ujrzałem niewiastę, siedzącą na bestii szkarłatnej [...]. Niewasta zaś przybrana była w purpurę [...]. W ręku swym trzymała puchar złoty, pełen jej szkaradnego i nieczystego nierządu. Na swym czole miała wypisane tajemnicze imię: „Wielki Babilon, matka rozpustnic i plugastwa ziemi“⁴.

Tajemnicza postać apokaliptyczna symbolizuje triumfujące zło; ale dlaczego nazwana jest ona w wierszu Potockiego swachą? Wyraz „swatka“, zgrubiałe: „swacha“, związany jest z obrzędami weselnymi i oznacza ko­bietę, która swata, albo mężatkę na weselu, albo wreszcie przyjaciółkę dziewczyny zaręczonej. W przypowieści Potockiego te znaczenia wyrazu nie uzasadniają jego użycia. Semantyka „swachy“ musiała mieć szerszy zakres; niestety, słowniki nań nie wskazują. Trzeba odwołać się do Naruszewicza, do jego przekładu Horacjańskiej pieśni do Bachusa:

Ty rzeki wściągasz i mórz dzikie tonie,
Ty urodzonym swachom przy Bistonie,
Na wzgórku siedząc, w krasnej winem cerze,
Nieszkodnym wężem zaplatasz kędzierze⁵.

„Swachy urodzone przy Bistonie“ są tu odpowiednikiem łacińskich „Bistońskich bachantek“. Wynikałoby, że wyraz ten oznacza kobietę nadużywającą wina i zachowującą się, powiedzmy, swobodnie. Takie rozumienie „swachy“ potwierdza cytat z innego wiersza Potockiego, gdzie bohaterka, zaprosiwszy do siebie kochanka, przygotowuje na jego przyj­ście kapłona i wino.

Do takich bowiem swasze komplementów z gachem
Wenus każe Cererze przytomną być z Bachem. [3, 586] ⁶

— sentencjonalnie zaznacza poeta. Poza tym jednym przykładem słowo „ßwacha“ u Potockiego występuje tylko w obrazach związanych z postacią apokaliptyczną (zob. 1, 2; 2, 548; 3, 464). Ale kobieca postać z Objawienia św. Jana nie jest nazywana „swachą“ w żadnym ze staropolskich przekładów Apokalipsy. Potocki ma to określenie skądinąd. Z wiersza, który mu się z całą pewnością dobrze utrwalił w pamięci:

Wychodź, swacho Babilonu,
Nierządnico wszeteczna,
Sarmackiego molu tronu,
Ojczyzny hańbo wieczna!⁷

Tak zaczyna się Bando na arryjany, sejmem warszawskim z Korony polskiej wywołane, anno 1661 Wespazjana Kochowskiego.

Wróćmy teraz do dalszego ciągu drugiego wiersza przypowieści („Na­ lewa babilońska swacha, czart go toczy“). Dlaczego czart wino, podawane światu, „toczy“? Toczyć trunek z beczki, wyjaśnia Linde, znaczy spuszczać, ściągać. „Wino tam bardzo dobre toczą“ — powiada Birkowski. Ale to mało: istnieje związane ze słowem „toczyć“ przysłowie na wyrażenie obfitości; mamy je choćby w Kosarzach Szymonowica, gdzie Baty, jeden z bohaterów sielanki, słyszy od Miłki:
Pan-eś ty, bracie, a my prosty chleb jadamy;
Ty z pełnej beczki toczysz, my drożdży nie mamy. [w. 21—22]

(Drożdże, czyli lagier, zostają na dnie, kiedy się beczkę z wina opróżni.) A więc toczenie wina, w odróżnieniu od innych określeń tej czynności, łączy się z pojęciem obfitości trunku.
W trzecim wierszu przypowieści precyzuje Potocki, jak bardzo jej bohater, świat, jest pijany i jak głęboko pogrążony we śnie. Okolicznik sposobu jest u Potockiego nader często zwrotem przysłowiowym; podobnie i tutaj. Ponieważ chodziło o określenie dwu stanów, nietrzeźwości i snu („Śpi świat, pijany winem“), trzeba było albo dwu określeń, albo też jednego, pasującego do obydwu stanów. Kiedy przejrzeć szereg zwrotów przysłowiowych zgromadzonych w Księdze przysłów polskich Adalberga pod hasłami „Spać“ i „Pijany“, to jako jedyne zbieżne okażą się: „pijany jak kłoda“ resp. „jak bela“ oraz „śpi jak drzewo“. Potocki połączył oba zwroty w jedno „martwe drzewo“, a więc drzewo zrąbane, które jest zarazem belą czy kłodą.

Wiersz czwarty, z którego dowiedzieć się można, czym jest wino, którym diabeł przy pomocy „babilońskiej swachy“ poi świat, każe znów sięgnąć do Apokalipsy. W czwartej wizji ukazały się tam św. Janowi anioły: pierwszy z nich głosił Dobrą Nowinę.

Za nim leciał drugi anioł wołając: „Padł, padł Babilon potężny, który poił wszystkie narody ognistym winem swej rozpusty“.
Za nim leciał trzeci anioł wołając silnym głosem: „Kto pokłon [...] oddaje bestii i posągowi jej, [...] pić będzie wino gniewu Bożego“⁸.

A więc, jak wynika z tej cytaty, od której tekst Potockiego uzależniony jest genetycznie, wino, o które chodzi w przypowieści, jest zarazem „wi­nem rozpusty“ i „winem gniewu bożego“; te ostatnie słowa odnajdują się w przypowieści w identycznym brzmieniu. Trzeba stąd wyprowadzić wniosek, że zdaniem poety Bóg, pozwalając trwać światu w stanie upoje­nia „winem rozpusty“, tym samym już wymierza owemu światu część kary za to upojenie.

Po tych wyjaśnieniach wiadomo już, co to za wino, dlaczego nim dia­beł świat poi, przez kogo to czyni i jakie skutki rzecz wywołuje. Mówi o tym Potocki stylem niezwykle oszczędnym, zwartym, słowami, z których każde ma swoje znaczenie i podkład asocjacyjny. Obraz nakreślony przez wstępny czterowiersz przypowieści jest jasny, niedwuznaczny i zamknięty w sobie.

Druga część przypowieści obejmuje sześć wierszy następujących:

Diabeł na warcie, żeby nikt nie budził, stoi;
Grozi palcem z daleka, psów nawet popoi,
Najpierw im toż wino postawiwszy w wiedrze,
Żeby spali, nie szczekał żaden na katedrze
Abo niezrozumianym głosem. Chce-li pyska
Uchylić który, chleba po kawałku ciska.

Cóż to za psy? — pytanie pierwsze, które się tu nasuwa. Ponieważ Potocki napisał dwie przypowieści pt. Czuj, stary pies szczeka, z których jedna jest co najmniej równie znana jak wiersz omawiany, każdy pies pojawiający się w wierszach poety podejrzany jest jeżeli nie o tożsamość, to przynajmniej o pokrewieństwo z tam tym starym psem, który szczeka.
Pies z przypowieści Czuj, stary pies szczeka wywodzi się z Adagiów Erazma. W haśle 208, gdzie figuruje przysłowie Eum auscultari, cui quatuor sunt aures, pisze holenderski humanista następująco:

Należy wyjrzeć z domu, gdy stary pies szczeka, znaczy to: w żadnym razie nie należy lekceważyć, ilekroć starzec przestrzega przed niebezpieczeństwem , stare bowiem psy nie szczekają bez przyczyny, jak młode⁹.

Ten stary pies, z którym się Potocki poczuwa do wspólnoty, występuje w krótkiej przypowieści Czuj, stary pies szczeka, gdzie się o nim poeta tak wyraża:

Darmo się drą szczenięta, ale kiedy pocznie
Stary szczekać, gospodarz niechaj nieodwłocznie
Dokoła dom ogląda [...]
Chciejcie słuchać starego, młodzi ludzie, dziada,
Za laty doświadczenie, za tym chodzi rada. [1,2]

Po raz drugi stary pies Erazmowy pojawia się w obszernej przypowieści Czuj, stary pies szczeka. Satyricum drugi raz. W wierszu tym Potocki pokrótce wyliczył główne jego zdaniem zdrożności współczesnego życia polskiego, które wytykał i piętnował w innych swych utworach obszerniej:
sprzeniewierzanie mienia publicznego przez urzędników królestwa, obar­czanie najuboższych warstw ludności nadmiernym i podatkami, chciwość duchownych, napór chłopstwa i mieszczan do herbów, upadek wymiaru sprawiedliwości, bezbronność wobec potężnych sąsiadów. Głos swój okre­ślił mianem szczekania starego psa i w zakończeniu przypowieści dał wy­raz przeświadczeniu o bezskuteczności takiego szczekania:

Darmo szczeka stary pies, to będzie miał zyskiem,
Że mu się wręcz abo też dostanie pociskiem.
Spią wszyscy na obiedwie uszy, jako w lesie;
Nikt nie wyńdzie, nie wyjźry; pies szczeka, wiatr niesie. [1,396]

(Nawiasem mówiąc, w wierszu tym śpią wszyscy „na obiedwie uszy“; jest to zwrot przysłowiowy łaciński, Potocki ma go z Erazma jako kalkę.) Czy psy z przypowieści Niechaj śpi pijany mają coś wspólnego ze starym psem Erazmowym? Istnieją oczywiste trudności w wykazaniu takiej wspól­noty: raz, że tu jest psów wiele, a tam był tylko jeden; dwa — tam ten był stary i to stanowiło jego cechę najważniejszą, a tu o wieku psów w ogóle nie ma wzmianki; trzy — tam ten tylko szczekał, a te milczą i są amatorami wina.

Psów tych należy szukać gdzie indziej, nie sugerując się psem Erazmo­wym. Za punkt wyjścia trzeba przyjąć wino, o którym mowa na początku przypowieści, oraz Biblię, której obraz pijanego świata zawdzięczał swe elementy składowe. „Pójdźcie, nabiorę wina, a upijemy się mocnym na­ pojem, a będzie nam jako dziś, tak i jutro, i jeszcze daleko obficiej“ — powiada Izajasz przy końcu rozdziału 56 swego proroctwa. A oto wersety poprzedzające:

W szystkie zwierzęta polne, przydźcie na pożarcie, i wszystkie zwierzęta leśne. Stróżowie jego ślepi, wszyscy zgoła nic nie umieją, wszyscy są psam i niemymi, nie mogą szczekać, ospałymi są, leżą, kochają się w drzemaniu. A są psami obżartymi, nie mogą się nigdy nasycić. Sami się pasąc, nie um eją nauczać. Wszyscy się za drogą swoją udali, każdy za łakomstwem swoim z strony swej, mówiąc: „Pójdźcie, nabiorę wina, a upijemy się mocnym napojem, a będzie nam jako dziś, tak i jutro, i jeszcze daleko obficiej“¹⁰

A więc znalazły się i psy. Biblia brzeska daje na marginesie tych wer­setów wykład, który wprost mówi, kim te psy są:

[Prorok] sztrofuje tu łakom stwosług kościelnych [...]. Ukazuje ustawiczny odpór i wzgardę słowa Bożego w tych pasterzach.

Psy z wiersza Potockiego są zatem psami biblijnymi, nie Erazmowymi, i symbolizują duchowieństwo powołane do strzeżenia świata i bronienia go przed czartowskimi akcjami. Tymczasem cóż się dzieje: również i one popijają wino serwowane przez diabła. Skargi na duchowieństwo nie wypełniające swego powołania i postępujące niegodnie są zbyt gęsto rozsiane w wierszach Potockiego, by warto je przypominać; są to rzeczy znane.

Diabeł w przypowieści Niechaj śpi pijany zabiega o to, ażeby psy nie budziły świata; uczynić to mogłyby „szczekając na katedrze“, jak w wier­szu czytamy. Katedra nie może tu oznaczać niczego innego, jak tylko katedrę kaznodziejską, czyli ambonę. Inaczej mówiąc, zbudzić świat — to znaczy wydobyć go ze zła, w którym jest pogrążony — mogłaby działal­ność kaznodziejska duchowieństwa. Tej diabeł boi się najbardziej i dla­ tego poi psy winem nieprawości, a nawet najpierw psy spoić musi, ażeby świat móc bez przeszkód uśpić („Najpierw im toż wino postawiwszy w wiedrze“).

Przywiązywanie szczególnej wagi do kaznodziejskiej działalności du­chowieństwa jest dla Potockiego znamienne i zdradza byłego arianina. U arian kaznodziejstwo było bodaj czy nie najważniejszą formą dusz­ pasterstwa. Ministrów pełniących funkcje duszpasterskie zwano po prostu kaznodziejami. Kościół katolicki dysponował szeregiem innych środków oddziaływania na wiernych i kaznodziejstwo nie stało na pierwszym miej­scu w hierarchii tych środków.
Mimo tego rysu charakterystycznego, wniesionego skądinąd, w wierszu Potockiego chodzi niewątpliwie o duchowieństwo katolickie. Ponieważ w przypowieści nie udałoby się diabłu całkowicie zlikwidować kaznodziej­skiej działalności kleru, chce przynajmniej, ażeby kaznodzieje przemawiali „niezrozumianym głosem“, który nie jest w stanie zbudzić śpiącego świata.

Taż przestroga należy w szystkim kaznodziejom,
Żeby pijakom, gburom, nieczystymzłodziejom
Teologicznych rzeczy, zwłaszcza po łacinie
Nie prawili. [3, 374]

„Niezrozumianym głosem“ w świetle przytoczonego tu fragmentu jednej z przypowieści Moraliów oznacza z jednej strony łacińską szatę kazań, powodującą, że ich zawartość nie dociera do wiadomości wiernych, z drugiej — treść niewłaściwą, na którą składają się „teologiczne rzeczy“, czyli roztrząsania dogmatyczne, które nie mogą wpłynąć na wiernych i zachęcić ich do poprawy życia. Inaczej mówiąc, istotę kaznodziejstwa upatruje Potocki w skutecznym i bezpośrednim oddziaływaniu na wier­nych, w naprowadzaniu tych wiernych na drogę chrześcijańskiego życia. I to również zdradza eks-arianina.

Poza kaznodziejstwem istnieją inne formy oddziaływania, i o tym Potocki nie zapomina. „Chce-li pyska uchylić który“, już nie na ambonie, ale gdziekolwiek indziej, to diabeł „chleba [mu] po kawałku ciska“. Chleb znaczy tu oczywiście korzyści materialne; krzątające się wokół dóbr do­czesnych duchowieństwo przestaje troszczyć się o powierzonych jego pie­czy wiernych. Nieraz można przeczytać w wierszach Potockiego skargi na zbyt gorliwe wybieranie dziesięcin, na wystawność życia biskupów, na ciułanie grosza przez plebanów.

Tyle byłoby o psach w przypowieści Niechaj śpi pijany. Jeszcze tylko jedno nie jest całkiem jasne: dlaczego diabeł podaje wino psom w wiadrze, a nie w jakimś innym naczyniu? Chyba dlatego, że w czasach poety wiadro było powszechną a zarazem największą jednostką miary wina. „Wiadro wina tego ma mieć 80 kwart“¹¹ — orzeka jedna z ówczesnych konstytucji sejmowych.

Końcowy fragm ent omawianej przypowieści brzmi następująco:

Niechżeby który krzyknął, jako ogar w borze!
„Heretyk! zamurować na śmierć go w klasztorze!
Abo ściąć, abo spalić! Tak smaczny sen światu
Przerywać! Niech paszczeki swej się¹² sprawi katu!
Gdzie drudzy syrenam i przyśpiewują, z lekka
Przygrawają, żeby spał tym smaczniej, on szczeka!“

Mowa tu o tym, co by się stało, gdyby pomimo zabiegów diabła któryś z owych psów jednak się odezwał „jako ogar w borze“. Dlaczego poeta wymienia akurat ogara? „Tak-że ogarz szczeka, jako i kundys“, pisze Rej w Żywocie człowieka poczciwego, „ale wżdy i ogarza poznać, kiedy szczeka na wilka, a kiedy zająca goni“¹³. Zatem szczekanie ogara różni się jednak jakoś od szczeka­nia psów innych ras. „Na zająca potrzeba psów, którzy by go głośnym straszyli szczekaniem, jako ogarowie“¹⁴ — pouczają Księgi o gospodar­stwie Krescencjusza, a więc ogar jest tym psem, który szczeka szczególnie głośno. Linde wylicza wśród różnych mian nadawanych ogarom także miano „grzmilas“; mówi ono samo za siebie. Donośne szczekanie ogarów weszło nawet w przysłowie: „ogary wywierać“ mówiono o nieumiarkowanie głośnym podawaniu czegoś do powszechnej wiadomości. W Zwierzyńcu Rej pisze o sławie:

Bowiem ta za żywota jeszcze obumiera, Lecz po śmierci, toż więc swe ogary wywiera 15 .

Niby zatem wszystko w porządku, wiadomo, dlaczego właśnie ogar figuruje w przypowieści Potockiego — ale dlaczego ten ogar krzyczy, a nie szczeka? („Niechżeby który  krzyknął, jako ogar w borze!“) Krzyczący pies jest naszym dobrym znajomym z Pieśni świętojańskiej o Sobótce, w której Panna VII mówi:

Czego miłość nie przywyknie?
Już ja trafię, gdy pies krzyknie,
Gdzie zajeżdżać zającowi,
Mając charty pogotowi ¹⁶.

Ponieważ do polowania par force na zające używano psów dwojakiego rodzaju, spełniające rolę nagonki ogary i szybkobieżne charty, to skoro Kochanowski wymienia z nazwy charty, które są „pogotowi“, owym psem, który „krzyknie“, może być tylko ogar, co wszedł już do akcji. Ze Słownika Warszawskiego można się dowiedzieć, że mianem „ogara krzykliwego“ określano pewien szczególny rodzaj psów tej rasy; były to psy „mające głos mocny i nieprzyjemny“, jak zaznacza leksykograf.

I cóż by się stało — że wrócimy do tekstu wiersza — gdyby któryś duchowny mimo wszystko odezwał się donośnym głosem, chcąc zbudzić świat ze snu? Jako ten, co ośmiela się łamać uświęcony obyczaj, zostałby nazwany heretykiem. Określenie to raczej niezwykłe, gdyż kontekst wier­sza nie uzasadnia w wystarczającym stopniu użycia go w znaczeniu po­tocznym. Ażeby uchwycić właściwy tu sens tego słowa, trzeba sięgnąć do Erazma.

W Adagiach pod numerem kolejnym 2201 figuruje zwrot przysłowiowy Sileni Alcibiadis; jest on opatrzony obszernym komentarzem. Erazm prze­prowadza ostrą krytykę współczesnego sobie duchowieństwa katolickiego.
Biskupom i kapłanom zarzuca zeświecczenie i zaniedbywanie duszpaster­skich obowiązków, wytyka im zabiegi o doczesne dobra i piętnuje sposób, w jaki strzegą nienaruszalności swych materialnych przywilejów:

Ci, którzy ujmują księżej sakiewce parę groszy, nazywani są wrogami Kościoła, niemal heretykam i i ciska się na nich gromy¹⁷.

A przecież, wywodzi dalej Erazm, nie można sobie wyobrazić więk­szego wroga Kościoła niż kapłan, któremu brak pobożności. Wedle owych zeświecczonych duchownych o rozkwicie Kościoła decyduje nie pogłębianie się pobożności, zanik występków i powszechne panowanie dobrych obyczajów, lecz to, czy ołtarze błyszczą od złota i drogich kamieni.

Nazywają herezją, jeżeli ktoś mówi lub pisze rzeczy choćby pod w zględem gramatycznym różniące się od pouczeń teologów, a nie jest herezją, gdy ktoś [...] szerzy obyczaje przeciwne wskazaniom Ewangelii i naukom apostołów¹⁸.

W świetle tych przytoczeń sens użytego w przypowieści określenia „heretyk“ staje się jaśniejszy. Ale dlaczego ów heretyk ma odpokutować swoje wystąpienie w klasztorze? („Heretyk! zamurować na śmierć go w klasztorze!“).

Nie chodzi o pierwszy lepszy klasztor. Taki specjalny klasztor dla źle sprawujących się księży mieścił się na zamku w Lipowcu, położonym między Krakowem a Pszczyną. Zamek był własnością biskupów krakow­skich i tu umieszczali oni na przewidziany karą okres odosobnienia księży swej diecezji, którym przytrafiło się przekroczyć przepisy kanonicznego prawa. „Dowodzą tego maleńkie, do dziś dnia jeszcze widoczne celki“¹⁹, dowodzi też kilka fraszek samego Potockiego, w których Lipowiec wspomniany jest w sensie niemalże przysłowiowym.

[...] zdarłeś mi się z wędy,
Inaczej byś w Lipowcu przytarł rewerendy!

— powiada, we fraszce Pleban odrwił sufragana²⁰, biskup, gdy podczas wizytacji ujrzał na plebanii dwoje dzieci i usłyszał wyjaśnienie, że to „synowcy rodzonego brata“ proboszcza.

Oburzenie na duchownego, który ośmiela się „smaczny sen światu przerywać“, a którego nie pohamowało nazwanie heretykiem i kwarantan­ na w Lipowcu, wyraża się żądaniem usunięcia go z liczby żywych („Abo ściąć, abo spalić!“). Uzasadnienie tak surowego wyroku znajduje się w końcowym dwuwierszu przypowieści i opiera się na porównaniu występku tego, który ośmielił się krzyknąć, z postępowaniem tych, którym obce są zamiary budzenia świata: inni jak syreny delikatnie przyśpiewują światu do snu, a ten ośmiela się szczekać! W słowach tych kryje się jeszcze jeden zarzut wobec kaznodziejów: przedtem wytykał im poeta, że zaniedbują obowiązki, że każą w niezrozumiałym języku, że wdają się w jałowe wywody teologiczne, tu dorzuca, że w kazaniach zamiast gromić występki pochwalają zdrożności światowe. Co Potocki w szczególności może przy tym mieć na myśli, pokazuje wiersz wchodzący w skład Ogrodu fraszek, a zatytułowany Kazanie teraźniejsze:

Święto było; prosiłem zakonnika na nie,
Chcąc oraz przy spowiedzi usłyszeć kazanie.
Jako Chrystus po morzu suchą nogą chodzi,
Ewangelija; aż on Śreniawę wywodzi.
(Że to herb mój, pierwej się od kogoś dowiedział).
I wstyd, i gniew mnie ruszy, żem ledwie dosiedział.
Ganiłem to u stołu i przed nim się żalił,
Że co miał Pana Boga chwalić, człeka chwalił [...]
Śmieciami nasze herby, hańbą świecka sława,
Brednia w niebie szlachectwo i jego Sreniawa [...]
Dość ma świat swojej buty, na cóż ją podniecać?
Ganić, gasić ją Kościół winien, nie przyświecać!²¹

Końcowe pięć wierszy przypowieści Niechaj śpi pijany ma formę mowy niezależnej, ale brak wskazówki, kto przemawia. Domyślać się wolno, że to głos powszechny, głos ogólnego protestu, rozlegający się z poduszczenia diabła. Poprzez takie ujęcie jeszcze bardziej uwypuklona zostaje rozpaczliwa beznadziejność prób naprawy istniejącego stanu rze­czy: na jego straży stoi opinia ogółu, która akceptuje szerzące się zło.

Jeżeli teraz trybem szkolnym postawić pytanie, co Potocki w przypo­wieści Niechaj śpi pijany chciał wyrazić, to odpowiedź w świetle prze­prowadzonej analizy jest prosta: poeta w przypowieści tej stwierdza, iż świat pogrążony jest w nieprawości, i oskarża duchownych, że zamiast pracować nad jego polepszaniem sami oddają się występkom i wrogo na­stawieni są do każdego, kto ośmieliłby się apelować o zmianę istniejącej sytuacji.

Tyle i tylko tyle dałoby się powiedzieć w świetle przeprowadzonej analizy. Jest to, przyznać trzeba, dość zaskakujące, jeżeli się pamięta, co w przypowieści Potockiego upatrywali niektórzy spośród jej komentato­rów. Reprezentatywny będzie pod tym względem głos książki, z której parę pokoleń czerpało wiedzę o staropolskim piśmiennictwie, głos Historii literatury niepodległej Polski Ignacego Chrzanowskiego. Przypowieść Po­tockiego uzyskała tu miejsce honorowe: Chrzanowski wypisał ją na za­ kończenie rozdziału, w którym omawia życie i pisma poety, ponieważ w wierszu tym punkt szczytowy osiągnęły jakoby pewne tendencje, które autor Historii literatury uważał za istotne dla twórczości Potockiego:

Jeszcze silniej przemówił ból patriotyczny Potockiego, spotęgowany świado­mością, że Polska leci w przepaść bezdenną, bo zatyka sobie uszy na głos ostrze­żenia, w rozdzierającej skardze pt. Niechaj śpi pijany [...]. Nie ma w tej skardze żadnej przesady: życie swoje narażał ten, kto się ośmielał budzić szlachtę, śpiącą snem złotej wolności; mianem heretyka albo zdrajcy piętnowano tego, kto śmiał przemawiać za tolerancją religijną albo za reformą polityczną. Prawdziwie, jakiś diabeł stanął w Polsce przy końcu XVII w. na warcie, nie pozwalając szczekać „starym psom“ — mądrym i wiernym stróżom Rzeczypospolitej, których było coraz to mniej, a do których należał Wacław Potocki!²²

Tyle Chrzanowski. I od razu mnóstwo wątpliwości. Czy można mówić o bólu patriotycznym, dochodzącym do głosu w przypowieści Potockiego? Czy można konstatować przeczucie poety, że „Polska leci w przepaść bezdenną“? Czy w wierszu jest mowa o budzeniu „szlachty, śpiącej snem złotej wolności“? Czyżby rzeczywiście z przypowieści wynikało, iż „mia­nem zdrajcy piętnowano tego, kto śmiał przemawiać za tolerancją religijną albo za reformą polityczną“? Wszystko są to rzeczy nie mające pokrycia w treści wiersza, jakkolwiek skądinąd słuszne. Wykład Chrzanowskiego nie był nigdy kwestionowany, przyjęto go powszechnie do wiadomości. Od czasów pierwszego wydania Historii literatury niepodległej Polski nikt z tych, którzy układali wybory wierszy poety, nie pominął przypowieści Niechaj śpi pijany i prawie nikt spośród piszących o poecie nie omieszkał cytatą z niej ozdobić swoich wywodów. Na ogół powtarzano wykład Chrzanowskiego: czasami, jak choćby we wstępie do Pism wybranych Potockiego z r. 1953, znaleźć można interpretacje uzupełniające. We wspomnianym wstępie czytamy na przykład:

utwór Potockiego Niechaj śpi pijany [mówi], jaki był los pisarza postępowego w Polsce, [i] jest [...] przenikliwą [...] analizą atmosfery kontrreformacyjnej, okresu straszliwej nietolerancji, kiedy szalał regestr ariański²³.

Przypowieść Potockiego taką analizą nie jest. Napisana została w ostat­nim roku życia poety, kiedy zainteresowaniom Potockiego dla spraw życia społecznego i politycznego brak dawnej żywości, kiedy poetę coraz silniej opanowuje obsesja Sądu Ostatecznego, obsesja wiecznego potępienia grzesznych. Potocki załamuje ręce nad lekkomyślnością ludzi, którzy, za­pominając o grożącej im karze, toną w nieprawościach tego świata. Motyw ten przewija się na kartach starczego dzieła poety, na kartach Moraliów, nieustannie, i — lekko licząc — co druga przypowieść zbioru ten motyw potrąca. Do szeregu tych przypowieści należy także Niechaj śpi pijany, utwór moralisty, patrzącego na sprawy tego świata sub specie aeternitatis, a nie satyryka, bolejącego nad takimi czy innymi niedomogami Rzeczy­ pospolitej.

Aleksander Brückner — na tym bowiem nazwisku należy zawsze koń­czyć, ilekroć była mowa o Wacławie Potockim — miał zatem rację: jeżeli już z czym zestawiać wiersz Potockiego, to z Psalmodią.

1 A. Brückner, Spuścizna rękopiśmienna po Wacławie Potockim . Cz. 2. Rozprawy Wydziału Filologicznego AU. T. 29. Kraków 1899, s. 321.

2 „Proverbii speciem habet, quod adm onet Theognis, sopitum ebrium non oportere excitari somno. Sim illim um est autem illi »malum bene conditum ne moveas«. Non est refricandum odium , cui iam tem pus induxit oblivionem. Non est renovandum anim i vulnus, cui iam obduci cicatrix coepit“.

3 Act. 28, 27. Przekład według Biblii brzeskiej.

4 Apoc. 17, 1—6. Przekład ks. S. Kowalskiego w: Pismo święte Nowego Testamentu. Warszawa 1957.

5 A. Naruszewicz , Liryka. T. 4: Tłumaczenia rozmaite. Warszawa 1778, s. 67 (Carm. II 19).

6 W ten sposób oznaczono w artykule lokalizację cytatów z: W. Potocki, Moralia. (1688). Wyd. T. Grabowski i J.Łoś T.
1—3. Kraków 1915—1918. Liczby w nawiasach wskazują tom i stronę.

7 W. Kochowski Psalmodia polska oraz wybór liryków i fraszek. Wyd. J. Krzyżanowski. Kraków 1926, s. 28. Biblioteka Narodowa. Seria I, nr 92.

8 Apoc. 14, 8—10. Przekład ks. S. Kowalskiego

9 „Prospectandum vetulo latrante cane, hoc est: nequaquam negligendum quoties senes periculum cavendum admonet, canes enim vetuli non latrant temere, quem admodum iuvenculi“.

10 Iz. 56, 9—12. Przekład w edług Biblii gdańskiej.

11 Volum ina legum , t. 3, s. 395.

12 Wydanie Łosia i Grabowskiego tu (3, 246) omyłkowo „nie“. Poprawny tekst w rękopisie Bibl. Narodowej (sygn. IV 3049) i w przedrukach Brücknera1) op. cit., s. 321. — 2) W. Potocki Wiersze wybrane. Kraków 1924, s. 110.

13 M. Rej, Zwierciadło. Wyd. J. Сzubek  i J. Łoś. T. 1. Kraków 1914, s. 66.

14 Krescentyna Księgi o gospodarstwie. Kraków 1549, s. 637.

15 M. Rej , Zwierzyniec. 1562. Wyd. W. Bruchnalski Kraków 1895, s. 258. Biblioteka Pisarzów Polskich Nr 30.

16 J. Kochanowski , Dzieła polskie. Oprac. J.Krzyżanowski. T. 1. War­szawa 1953, s. 356.

17 „Omne fulm en torąuetur in illos, hostes ecćlesiae vocantur ас propem odum haeretici, qui sacerdotum crum enam num m ulis aliquot fraudaverint“.

18 „Haeresim appellant, si quis dixerit aut scripserit aliquid, quod aliquo pacto cum magistralibus theologorum propositiunculis vel in re gram m atica dissentiat, at haeresis non est, ubi quis [...] vitae rationem inducit, ab Evangelicis praeceptis et apostolicis institutis longe diversam".

19 S. Polaczek Powiat chrzanowski w W. Ks. Krakowskim. Wyd. 2. Kraków 1914, s. 198.

20 W. Potocki Ogród fraszek. Wyd A. Brückner . T. 2. Lwów 1907, s. 248. Inne przykłady przysłowiowego użycia wyrazu podaje: J. Krzyżanowski, Mądrej głowie dość dwie słowie. Dwie nowe centurie przysłów polskich. T. 2. Warszawa 1960, s. 165, s. v. Lipowiec.

21 Potocki, Ogród fraszek, t. 2, s. 138—139.

22 I. Chrzanowski, Historia literatury niepodległej Polski. Wyd. 10. War­szawa 1930, s. 351.

23 W. Potocki , Pisma wybrane. Oprac. J. Dürr-Durski. T. 1. Warszawa 1953, s. 64.

piątek, 2 października 2026

Mickiewicz i Rymkiewicz: Kim są ludzie rozsądni - czego oni chcą?


27 maja 1833 roku w wydawanym wówczas w Paryżu piśmie, które nazywało się „Pielgrzym Polski” – wydawcą „Pielgrzyma” był Eustachy Januszkiewicz, a wiosną i latem 1833 roku redagował go Adam Mickiewicz – ukazał się artykuł zatytułowany O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych. Artykuł nie był podpisany – nazwisko jego autora zostało ujawnione dopiero ponad dziesięć lat później, w roku 1844, w czwartym tomie zbiorowego wydania Pism Mickiewicza – ale wszyscy nasi paryscy emigranci świetnie oczywiście wiedzieli, kto go napisał. Coś takiego – coś tak radykalnego, radykalnie polskiego mógł bowiem wtedy napisać tylko Mickiewicz.


Artykuł O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych – niewielki, we współczesnych wydaniach Dzieł zajmuje on ledwie cztery strony – poświęcony był pojawieniu się w Polsce nowego gatunku ludzi – tych właśnie, których Mickiewicz nazwał ludźmi rozsądnymi. Ten nowy gatunek ludzi pojawił się w Polsce razem ze swoim własnym językiem – równie nowym jak oni i równie rozsądnym. Kiedy to się stało? „Pierwsze zjawienie się historyczne w Polsce ludzi rozsądnych i z profesji dyplomatów – czytamy w artykule O ludziach rozsądnych – przypada na czasy pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej”. Na czasy pierwszego rozbioru, a dokładnie – na rok 1773, kiedy polski sejm zatwierdził ten rozbiór. „Kiedy haniebne- mu sejmowi Ponińskiego – pisał Mickiewicz – radzono podpisać akt samobójstwa, nie śmiano już do Polaków przema- wiać językiem starym, wzywać ich w imię Boga, w imię p o w i n n o ś c i, trzeba było stworzyć język nowy”. W tym nowym języku mówiono, jak twierdził Mickiewicz, o okolicznościach czasu i miejsca, o trudnościach, o środkach, a zwłaszcza o rozsądku – „zaklinano obywateli w imię rozsądku, aby przestali czuć po obywatelsku”. Ludzie rozsądni z ich rozsądkiem oraz z ich rozsądnym językiem pojawili się więc w Polsce, jak z tego wynika, w pewnym konkretnym celu – po to, żeby uniemożliwić innym Polakom protestowanie przeciw rozbiorowi Polski; czyli po to, żeby rozbiór doszedł do skutku, został zatwierdzony i żeby Polska przestała istnieć. Cytując ludzi rozsądnych, którzy pojawili się w polskim sejmie w kwietniu 1773 roku, Mickiewicz pisał tak: „Gdzież rozsądek – wołano – chcieć opierać się woli trzech dworów?

Gdzie są ś r o d k i oparcia się? Czy jest c z a s po temu? Czy nie lepiej c z ę ś ć poświęcić, aby r e s z t ę zachować?”. Ludzie rozsądni rozprawiali więc (według Mickiewicza) – rozprawiali, kiedy ginęła Rzeczpospolita, kiedy gwałcono jej prawa, kiedy rozpadały się jej instytucje, kiedy jej król zabawiał się z tancereczkami i z poetami, kiedy ulice Warszawy patrolowali rosyjscy i pruscy żołnierze – o rozsądku, o środkach, o czasie, o okolicznościach, o stosunku części do całości. Polacy, przynajmniej ci nierozsądni (czyli, można by powiedzieć, trochę gorzej zorientowani w sytuacji, w jakiej znalazła się wówczas Polska; w tym, co w języku ludzi rozsądnych nazywano okolicznościami, czasem i środkami), nie rozumieli jednak, i nawet, według Mickiewicza, nie próbowali zrozumieć tego nowego języka ludzi rozsądnych, którym wtedy zaczęto do nich przemawiać. „Poczciwi posłowie, szczególniej z głębi prowincyj przybyli, słuchali z podziwieniem nowych dla Polaka rozumowań, nie umieli, nie chcieli nawet wdawać się w rozprawy, zatykali uszy na po dobne bluźnierstwa”.

Pojawił się więc wtedy w Polsce (według rozpoznania Mickiewicza) podział, którego istotą była różnica w sposobie używania języka – podział, który (to już według mojego rozpoznania) miał utrwalać się i pogłębiać przez następne wieki – i miał przetrwać aż do naszych czasów. Część Polaków przemawiała językiem nowym, część zaś starym – i ci, którzy mówili starym językiem, nie byli w stanie pojąć tych, którzy mówili językiem nowym, ponieważ tego nowego języka (jak uważał Mickiewicz) nie można było zrozumieć „polskim rozumem, polskim sercem” – ci zaś, którzy mówili językiem nowym, nie tylko nie rozumieli, ale także nie chcieli słuchać tych Polaków, którzy nie znali i nie chcieli znać ich nowego języka. Właśnie wtedy, kiedy pojawił się ów dramatyczny podział językowy, pojawił się też – jak twierdził Mickiewicz – ktoś, kto przemówił do Polaków ich starym, zamierzchłym językiem – językiem zrozumiałym dla tych, którzy posługują się i chcą się posługiwać „polskim rozumem, polskim sercem” – czyli językiem narodowej powinności. Był to Tadeusz Reytan. W innym artykule, opublikowanym trochę wcześniej w „Pielgrzymie Polskim”, a za tytułowanym O bezpolitykowcach i o polityce „Pielgrzyma”, Mickiewicz, zgodnie ze swoja romantyczną koncepcją języka, uznał, że słowa, które zostały wypowiedziane przez Reytana w trzecim dniu sejmu rozbiorowego – na sesji, którą nazwał w tym artykule „rejtanowską” – w istocie swojej nie należały już do języka, były czymś więcej niż tylko fenomenem językowym. Wydobywały się z języka, ale – kiedy zostały wypowiedziane – przedostawały się do innej sfery życia.

Były to bowiem słowa, które rodziły czyny, odgrywały wobec czynów rolę sprawczą, a więc nie tyle słowa, ile – słowa-czyny i czyny-słowa, słowa z czynami tożsame. Można to zinterpretować w ten sposób, że Mickiewicz w opowiedzeniu się po stronie języka dawnych Polaków – także w używaniu tego języka – widział coś więcej niż zwykły wybór językowy. Ten wybór językowy był bowiem, według niego, opowiedzeniem się po stronie tych, którzy uważają, że istnieją jakieś obywatelskie, narodowe obowiązki, w imię których należy nie tylko przemawiać – ale także, przemawiając, dzia-łać przy pomocy słów. W artykule O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych Mickiewicz o Reytanie oraz używanym przezeń języku pisał zaś tak: „Rejtan po raz ostatni przemówił starym językiem, zaklinając na  r a n y  b o s k i e, aby takiej zbrodni [to znaczy: zbrodni zatwierdzenia rozbioru Polski] nie popełniać.

Ludzie rozsądni okrzyknęli Rejtana głupcem i szalonym; naród nazwał go wielkim; potomność sąd narodu zatwierdziła”. Godny uwagi jest jeszcze dopisek Mickiewicza, który nie został opublikowany w „Pielgrzymie Polskim”, ale zachował się na autografie artykułu. Odnosi się on do zdania mówiącego, że Reytan zaklinał „na rany boskie”. Dopisek ten brzmi tak. „Są to własne słowa Rejtana. Później piszący jego biografię zacny człowiek, przez wzgląd na rozsądnych, nie śmiał, mimo próśb rodziny Rejtana, słówtych kłaść w usta posła nowogródzkiego, powiadając, że te słowa trącą barbarzyństwem”. Ów zacny człowiek, który uważał, że reytanowskie powołanie się na rany Chrystusa trąci barbarzyństwem, to był prawdopodobnie Julian Ursyn Niemcewicz. Ale nie będę tu się nad nim znęcał, bo to był wtedy, w Paryżu, dobry przyjaciel Mickiewicza i przyjaciel jego córki Maryni, a teraz, po trosze, to jest także mój przyjaciel. Dalej w artykule O ludziach szalonych Mickiewicz ułożył jeszcze pewną sekwencję szaleńców. Zaliczył do nich konfederatów barskich, których uwielbiał, a których, jak pisał, „potępiono jako szalonych awanturników”, a także kolegęReytana z sejmu 1773 roku, Samuela Korsaka, który – w czasie obrad Sejmu Czteroletniego – protestował przeciwko rozprawianiu o prawach kardynalnych i żądał, żeby,nie tracąc czasu na jałową gadaninę, mówiono o wojskui wojnie. „Nazwali go głupim – pisał Mickiewicz – stronnicy Moskwy – szalonym”.

W taki to więc sposób konflikt, w jaki język ludzi rozsądnych (akceptujących, z uwagi na okoliczności, rozbiór Polski) wszedł ze starym językiem dawnych Polaków – tych poczciwych prowincjuszy, którzy uważali, że istnieją jakieś obywatelskie powinności – w taki to sposób konflikt językowy przekształcił się w konflikt społeczny orazw konflikt narodowy: między Polakami szalonymi a Polakami rozsądnymi, między polskimi szaleńcami i barbarzyńcami, którzy chcieli i chcą, żeby Polska istniała (i zaklinają w tej sprawie swoich współobywateli „na rany boskie”) a polskimi Europejczykami, którzy uważają, że do ich tutejszego istnienia wystarczy im ich istnienie europejskie. Tak przynajmniej ten ówczesny, osiemnastowieczny, reytanowski konflikt językowy – właśnie jako kon( ikt społeczny oraz narodowy – zinterpretował w roku 1833 Mickiewicz. Ta jego interpretacja – dzieląca Polskę na dwie części a Polaków na dwa narody– na naród ludzi szalonych oraz naród ludzi rozsądnych – bardzo dobrze przylegała do jego ówczesnej dziewiętnastowiecznej rzeczywistości – i równie dobrze przylega teraz do naszej obecnej rzeczywistości. Trzeba więc wybierać – albo będziemy ludźmi rozsądnymi i stracimy Polskę; albo będziemy ludźmi szalonymi i przyczynimy się do jej ocalenia.

Moja rada w tej sprawie jest taka. Jak się jest Polakiem, to lepiej jest oszaleć z Mickiewiczem i z Reytanem, niż znaleźć się wśród ludzi rozsądnych, którzy takich szaleńców nie lubią, i razem z ludźmi rozsądnymi stracić Polskę – a tym razem, to może nawet na zawsze.

Jarosław Marek Rymkiewicz

Reytan. Upadek Polski 

Agresja szczepionek i szczepionkarzy


NAJWAŻNIEJSZA SPRAWA NASZEGO ŻYCIA – Del Bigtree

Polscy naukowcy powinni na polskich dzieciach porównać bezpieczeństwo podawanych im szczepionek. Nie ufać propagandzie koncernów i ich komiwojażerów w różnych przebraniach

Z Delem Bigtree, jednym z najbliższych współpracowników Roberta F. Kennedy’ego jr, ministra zdrowia USA, byłym szefem medialnym jego kampanii prezydenckiej, laureatem Nagrody Emmy za talk show o medycynie „The Doctors”, producentem filmów „Vaxxed” i „Niewygodne badanie”, liderem ruchu ICAN (Informed Consent Acion Network), rozmawia Maciej Pawlicki

Po co przyjechałeś do Polski?

Del Bigtree: By mówić o rosnącym zagrożeniu utraty wolności, które dotyczy nas wszystkich – nas w USA tak samo, jak was w Polsce. Globalna próba pozbawienia nas wolności jest realizowana przez system ochrony zdrowia. Widzieliśmy gwałtowne przyspieszenie tej operacji podczas pandemii COVID, gdy zakazywano nam poruszania się, pracowania, nawet normalnego oddychania. WUSA szczepień odmówiło 30 proc., w Polsce 50 proc. ludzi, czyli wasz poziom samodzielnego myślenia sprawił, że połowa nie poddała się hipnozie wylewanej przez media. A wystarczy 15 proc., by zmienić system, możecie więc dokonać cudów.

Podczas tzw. pandemii jednym z głównych oponentów wobec covidowego terroru był Robert F. Kennedy jr. A potem wystartował w wyborach na prezydenta USA. Byłeś szefem medialnym jego kampanii, kreując wizerunek kandydata i broniąc go przed atakami. Jakie były wasze główne zadania? RFK powiedział nam, że wystartuje z tego samego powodu, z którego startował jego ojciec. Nie oczekiwał, że wygra, ale chciał mówić ludziom prawdę. Jego ojciec, gdyby nie został zastrzelony, pewnie zostałby prezydentem. Dziś jego syn podobnie widzi swe zadanie. Nasz kraj jest obecnie poddany interesom korporacji. Zdecydowaliśmy się na opuszczenie skorumpowanej Partii Demokratycznej, Bobby wystartował jako kandydat niezależny, zdobył 20 proc. poparcia. Po zamachu zadzwonił do Trumpa z wyrazami solidarności, a Trump powiedział: „Wspaniale walczysz, ale nie wygrasz, a w sprawie zdrowia nikt nie zrobi tego lepiej niż ty, dołącz do nas”. Ogłoszenie tej decyzji to jeden z ikonicznych momentów w amerykańskiej polityce – rywale łączą siły, by zrobić coś dobrego dla swego narodu.


Pobierz grafikę i wyślij znajomym

Jak to się stało, że RFK, podczas pandemii tak poniewierany, marginalizowany, wyśmiewany, manipulowany, także w Polsce, został zaakceptowany na jednym z najważniejszych stanowisk rządu USA?

RFK był znienawidzony przez koncerny farmaceutyczne, posłusznych im polityków i media. Mówił, że zbliżamy się do państwa totalitarnego, technologia umożliwia całkowite śledzenie, więzienie, które dla nas budują, będzie bezwzględne i perfekcyjne. Miliony ludzi się obudziło i spostrzegło, że to nie RFK oszalał, lecz świat. Zrozumieli, że nasze prawa mogą zostać zdeptane wjednej chwili pod byle pretekstem. Kennedy stał się inspiracją dla tych, dla których wolność jest ważna. Jeśli wolność nie jest najważniejsza także w trudnych czasach, to nie istnieje. RFK nigdy nie zostałby sekretarzem Departamentu Zdrowia, gdyby nie COVID. Dopiero on uświadomił ludziom, jak ważne jest, by na tym stanowisku był człowiek odważny, dociekliwy i niezależny. Trump i Kennedy, znienawidzeni przez korporacje i media, dzięki mediom społecznościowym, dzięki głosowi narodu, objęli dwa najważniejsze na świecie stanowiska w kwestii zdrowia.

Dlaczego zdecydowałeś się robić film o „badaniu”? Przecież badanie to w nauce coś oczywistego, banalnego.

Tak, ale mowa o najważniejszym badaniu, które powinno być wykonywane dla dobra naszych dzieci, dla dobra gatunku ludzkiego – badaniu, które jest zwalczane, ukrywane i zakazywane na całym świecie. WUSA mamy najbardziej chore dzieci w historii i w wolnym świecie. 57 proc. naszych dzieci cierpi na co najmniej jedną chorobę przewlekłą. W latach 80. było to 12 proc. To największy upadek zdrowia w historii. Co go powoduje? Nie genetyka, geny nie ewoluują tak szybko. Film „Vaxxed” był o szczepionce MMR i autyzmie. Jeździłem z nim po USA, przeprowadziłem ponad tysiąc wywiadów z ofiarami szczepionek, cierpiącymi nie tylko z powodu autyzmu. Przychodzili rodzice, których dzieci umarły po szczepionce na grypę, były sparaliżowane po Gardasilu czy szczepieniu przeciw HPV oraz wielu innych.

Wciąż słyszymy, że szczepionki są „bezpieczne i skuteczne”.

Nie obchodzi mnie kwestia skuteczności, obchodzi mnie to, na jakiej podstawie uznajemy, że są bezpieczne. Widzę ten ocean nieszczęścia, ocean skutków ubocznych i zrozpaczonych rodziców, którym mówi się, że oszaleli, a ich dziecko zachorowało z innego powodu niż przez jeden z kilkudziesięciu preparatów, które mu wstrzyknięto. A w nich żywe wirusy, bakterie, tkanki martwych płodów, metale ciężkie, rtęć, aluminium. Jak to jest, że są takie bezpieczne?

Kiedy nastąpił tak gwałtowny wzrost liczby szczepień?

Kluczowa była ustawa Vaccine Injury Act, która zwalniała producentów z odpowiedzialności za efekty uboczne szczepionek. Podpisał ją Ronald Reagan w 1986 r. Producenci przekonali go, że płacą tak ogromne odszkodowania za skutki uboczne, że nie zarabiają na szczepionkach. Odtąd odszkodowania ofiarom płacą podatnicy. W sprawie leków można pozywać producentów, w sprawie szczepionek – nie. Odtąd liczba szczepionek wystrzeliła, dodano kilkadziesiąt nowych. Wtedy nastąpiła eksplozja chorób alergicznych, immunologicznych i neuropsychiatrycznych. Nagle na całym świecie ludzkie systemy odpornościowe, zamiast chronić nas przed zagrożeniami i zanieczyszczeniami zewnętrznymi, atakują nas – atakują trzustkę, powodując cukrzycę, atakują mięśnie, powodując zapalenia, stwardnienie rozsiane i wiele innych. Musimy zrozumieć powody rozregulowania naszej odporności. Żaden inny ssak nie przechodzi takiego kryzysu swego ciała, tylko ten najmądrzejszy.

A może przyczyny są inne?

Mówią mi: „Skąd wiesz, że to nie fluor, który dodają do wody czy past do zębów, herbicydy i pestycydy, które są w żywności czy hormony, które dodają do mięsa albo wszechobecny plastik?”. Ale jest tylko jeden produkt, który został zaprojektowany właśnie tak, by hiper-stymulować nasz system odpornościowy. Skoro mamy problemy z systemem odpornościowym, czy nie powinniśmy przyjrzeć się temu, co nieustannie go atakuje i zaburza? Nie 1 raz, nie 10, nie 20, ale 72 razy! [w Polsce 42 – przyp. red.]. Czy jest możliwe, że atakując nasz system odpornościowy kilkadziesiąt razy, rozstroiliśmy go, więc zamiast tego atakuje nas, zamiast bronić? To racjonalne pytanie. Ale to jedyne naukowe pytanie, którego nie wolno zadać.

Naukowcy go nie zadają?

Gdy powiedziałem to na spotkaniu z naukowcami, dr Marcus Zervos z Henry Ford Health, może najlepszego ośrodka na świecie, powiedział, że gdy słyszał, jak twierdzę, że nigdy nie przeprowadzono prawidłowego badania, by naukowo stwierdzić, że szczepionki są bezpieczne. Uważał to za obraźliwe imając może największą na świecie bazę danych, chciał przynieść dowody na to, że się mylę. Ale ich nie znalazł, przyznał mi rację, iż żadnej szczepionki nigdy nie poddano badaniu zaślepionemu, porównującemu z placebo, czyli jedynego wiarygodnego. Nigdy nie przeprowadziliśmy naukowego badania bezpieczeństwa szczepionki. To jest problem. „To go rozwiąż, przeprowadź takie badanie” – powiedziałem. Zgodził się. Byłem zachwycony, bo to badanie, o które prosimy od dekad.

Brawo, skłoniłeś naukowca do najważniejszego badania.

Przeprowadził je w 2020 r. I odmówił opublikowania wyników. Zapytałem, dlaczego, wszak każdy, kto chce sprawdzić teorię, hipotezę czy nowy produkt, nie powinien być uciszany, a wręcz przeciwnie – zapraszany do zadawania pytań. Weryfikowania, by wzmocnić teorię czy produkt. Na tym przecież polega nauka. Odpowiedział: „Gdy zgodziłem się zrobić to badanie, nie zdawałem sobie sprawy, że będzie ono oznaczać koniec programu szczepień dzieci. Nie mogę ci tego wyjaśnić, ale te rezultaty są straszne. Dla szczepionek”. Naciskałem go przez dwa lata, spotkałem się z nim i zrobiłem coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem – nagrałem naszą rozmowę ukrytą kamerą, jest w filmie „Niewygodne badanie”. Dr Zervos powiedział, że nie opublikuje wyników tego badania, bo to zniszczyłoby jego karierę, byłby „skończony”. Robert Kennedy jr. wraz z dr. Brianem Hookerem, który także jest ze mną w Warszawie, napisali książkę „Vax-Unvax. Let the Science Speak”, do której napisałem wstęp [wydanie polskie „Szczepić – nie szczepić. Prawda o szczepionkach w świetle badań naukowych”, 2024], w której z ogromną rzetelnością odsłonili przerażający brak badań naukowych nad skutkami szczepień.

RFK jest teraz ministrem zdrowia, dlaczego nie przeprowadzicie takiego badania na nowo?

W dniu, w którym RFK został sekretarzem Departamentu Zdrowia, dane zostały zniszczone. Musi je zatem zbierać z innych źródeł, ma problemy ze znalezieniem naukowców, którzy chcieliby zaryzykować przeprowadzenie takiego badania, boją się. Myślę zresztą, że każdy kraj powinien je przeprowadzić. Polska powinna to zrobić na swojej grupie badawczej, nie ufać propagandzie koncernów i ich komiwojażerów w różnych przebraniach. Polscy naukowcy powinni porównać na polskich dzieciach bezpieczeństwo podawanych im szczepionek.

Polscy lekarze i naukowcy są prześladowani za kwestionowanie covidowych dogmatów czy przymusu szczepień dzieci, ponad setce z nich wytoczono procesy za zadawanie pytań.

Zadawanie pytań to podstawa nauki. Bez tego nauka nie istnieje. Ci, którzy tego zabraniają, to wrogowie nauki, głupcy lub skorumpowani słudzy rodzącego się totalitaryzmu. W wielu krajach prześladowano lekarzy, którzy mieli odwagę leczyć ludzi chorych na COVID. Lekarze, którzy zyskali 100-proc. skuteczność, lecząc iwermektyną, tracili licencje, a zachowali je ci, którzy nie leczyli ludzi, wysyłali ich do domu i kazali przyjść, gdy pacjent był w bardzo złym stanie. Wtedy podłączano go do respiratora i w 9 na 10 przypadkach nie wychodził żywy. To działo się wszędzie, wedle tej samej instrukcji

Jaki jest na to – nomen omen – lekarstwo?

Odwaga. Lekarze, którzy mają odwagę zadawać pytania, są bohaterami. Wszyscy, którzy to rozumieją, muszą stanąć razem w-obronie swej wolności. Nie wolno nam pozwolić, by to wydarzyło się znowu. A przecież wiemy, że szykują nam kolejną pandemię, wydali miliardy na paszporty szczepionkowe i nie zrezygnowali z nich. Trzeba zacząć pozywać szpitale, izby lekarskie, które ścigają uczciwych i odważnych lekarzy. Oni chcą, byśmy się bali, 50 proc. Polaków nie przyjęło wątpliwego preparatu na COVID, a wasz parlament chce przyjąć ustawę zakazującą terapii innych niż wyznaczone przez koncerny farmaceutyczne. Chcecie być skazani tylko na system, który was okłamywał w sprawie COVID? I nie wie, skąd gwałtowny wzrost turbo-raka, ataków serca, zakrzepicy, podczas gdy połowa z was zna prawdę?

KWESTIA OBOWIĄZKOWOŚCI SZCZEPIEŃ TO NAJWAŻNIEJSZA SPRAWA NASZEGO ŻYCIA. NIE MA CZASU, TYLKO KILKA LAT DZIELI NAS OD UTRATY NASZYCH DZIECI, NASZEJ WOLNOŚCI, NASZEJ PRZYSZŁOŚCI
Nasze rządy w wielu sprawach idą za wskazaniami USA, ale wtym jednym – nie.

Ameryka jest teraz samotna. Tylko w USA mamy rząd, który wystąpił ze skorumpowanego WHO i otwarcie mówi, że sprawa zdrowia jest wykorzystywana do pozbawiania krajów niepodległości, a obywateli – wolności. Dlaczego wy tego nie robicie? Wybraliśmy Trumpa i Kennedy’ego jr., chociaż w USA tylko 30 proc. ludzi nie poddało się pandemicznemu terrorowi. U was było to aż 50 proc., macie ogromną siłę.

Aco z tymi, którzy wierzą, że szczepionki bazują na badaniach naukowych?

A co z tymi, którzy wierzyli w komunizm?

Do polski komunizm przywiozły sowieckie czołgi.

Byli potężni, ale okazało się, że jest wystarczająco wielu ludzi, by obalić komunizm. Teraz także istnieją potężne siły, ale również je można pokonać, pod warunkiem że Polacy staną w obronie swojej wolności. Bo jeśli nie, ustawią was w szeregach jak bydło i będą szczepić nie jedną, nie kilkudziesięcioma, ale setkami szczepionek, które będą decydować o zdrowiu i życiu, o tym czy możesz mieć dzieci. Bill Gates już to robił, został przyłapany na sterylizowaniu dziewczynek w Kenii. Za pomocą szczepionek masowo sterylizowane są zwierzęta, wiadomo, jak to robić. Gdy Gates, Obama, Schwab i Światowe Forum Ekonomiczne mówią, że największym problemem świata jest przeludnienie, a ich ulubionym działaniem jest szczepienie – słuchajmy ich.

Polacy mobilizują się raz na kilka lat, ale są niechętni codziennej aktywności.

Chcesz, by to rząd decydował, jak długo żyjesz, czym masz siłę, by myśleć o tym, czy możesz mieć rodzinę? Tak naprawdę właśnie o tym jest program szczepień. Dlatego są tak wściekle zdeterminowani, by wprowadzić paszporty szczepionkowe. COVID był po to, by zmusić do szczepień nie tylko dzieci, lecz także dorosłych. Chcą mieć kontrolę nad naszymi ciałami, być ich właścicielami. A jeśli mogą wstrzykiwać twoim dzieciom lub tobie co chcą bez twojej zgody, a nawet mimo sprzeciwu, to twoje prawa zostały zredukowane do praw zwierzęcia hodowlanego. Kwestia obowiązkowości szczepień to najważniejsza sprawa naszego życia. Nie ma czasu, tylko kilka lat dzieli nas od utraty naszych dzieci, naszej wolności, naszej przyszłości. Jeśli się nie przeciwstawimy, zdradzimy nasze dzieci, zrezygnujemy z człowieczeństwa.

Obejrzyj 10 Protest Przeciw Przymusowi Szczepień pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie


video
https://psnlin.pl/video,10-protest-przeciw-przymusowi-szczepien-palac-prezydencki-warszawa-06-06-2026-r,182.html

psnlin/najwazniejsza-sprawa-naszego-zycia-del-bigtree

Jewhen Konowalec – agent Abwehry i organizator OUN

 

Kolaboranci i zbrodniarze OUN-UPA współdziałający z III Rzeszą są od kilkudziesięciu lat prezentowani w przekazie historycznym i propagandzie politycznej Kijowa jako bohaterowie, „herosi”, którzy z poświęceniem walczyli o „wolną Ukrainę”, a więc o tereny Polski południowo-wschodniej m.in. lubelskie i rzeszowskie, wschodnie obszary obecnej Słowacji.

Ukraina nigdy nie potępiła zbrodniarzy i formacji nacjonalistyczno-faszystowskich, przypisując im honor, cnoty i wartości tzw. banderowskie, które są nie do zaakceptowania przez Polskę. Bohaterowie współczesnej Ukrainy (OUN-UPA) w latach 20. i 30. XX w. oraz w czasie II wojny światowej z premedytacją i niebywałym okrucieństwem mordowali Polaków, Żydów, Rosjan, Słowaków, Węgrów a nawet swoich pobratymców okazujących litość i sympatię innym nacjom. Zbrodniarze odwoływali się do wzorców i metod działania III Rzeszy, czego efektem były masowe i pojedyncze zbrodnie, zacieranie pamięci o ofiarach i miejscach, gdzie dokonano okrutnych zbrodni.

Na Ukrainie dowódców zbrodniczych prowidnyków i organizacji OUN oraz UPA np. (Banderę, Szuchewycza, Konowalca, Kłaczkiwskiego) wynosi się obecnie na piedestał, wydaje się w dużych nakładach książki naukowe i popularnonaukowe, broszury biograficzne, monografie, wznosi się pomniki, tworzy się muzea, izby pamięci i masowo indoktrynuje się młodzież ukraińską w mediach oraz m.in. na lekcjach historii i j. ukraińskiego tworząc kłamliwe toposy i narrację o ich bohaterstwie.

Taką pejoratywną postacią jest niewątpliwe Jewhen Konowalec, który na Ukrainie przedstawiany jest jako „gigant”, wzór normatywny dla kolejnych pokoleń Ukraińców. Nie przypadkiem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w sierpniu 2026 r. podczas ponownego pochówku szczątków Konowalca na Cmentarzu Wojskowym pod Kijowem nazwał prowidnyka OUN „wybitnym synem narodu ukraińskiego”, i „wzorowym żołnierzem”.

Kim zatem był Konowalec, skoro obecnie jest tak eksponowany i hołubiony przez polityków ukraińskich i oficjalne władze państwowe. Pomija się milczeniem niewygodne fakty z jego biografii m.in. to, że był twórcą i organizatorem Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (UWO) powstałej w sierpniu 1920 r. przekształconej następnie Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Obie organizacje eksponowane obecnie przez Ukrainę współdziałały i były szkolone przez służby specjalne Republiki Weimarskiej, a następnie przez III Rzeszę w zakresie akcji terrorystyczno-sabotażowej oraz wywiadowczej przeciwko II Rzeczpospolitej.

Jewhen Konowalec (ps. „Wira”, „Wirlenka”, „Did`ko”) urodził się 14 czerwca 1891 r. we wsi Zakrzów pod Lwowem. Jego matka Katarzyna Skroka (z. domu Węgrzynowska) pochodziła z rodziny polskiej, ale uważała się za Ukrainkę. Ojciec zaś Mychajło był dyrektorem szkoły ukraińskiej. Późniejszy prowadnik OUN miał dwóch młodszych braci. Po ukończeniu ukraińskiego gimnazjum we Lwowie w 1909 r. rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Aktywnie włączył się wówczas w działalność ruchu studenckiego i czynnie wspierał dążenia Ukraińców do utworzenia ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie.

W czasie studiów działał też w studenckiej organizacji „Proświt” i sportowego towarzystwa „Sokił”. W tym okresie zajmował się agitacją propagandowo-polityczną na terenie wiosek pod Lwowem. Oprócz działalności w ruchu studenckim był tez członkiem Ukraińskiej Partii Narodowo-Demokratycznej1.

W czasie I wojny światowej służył w 19. Pułku Piechoty armii Austrio-węgierskiej i po bitwie pod Makówką trafił w 1915 r. do niewoli rosyjskiej. Po zwolnieniu z obozu jenieckiego w1917 r. wraz z pułkownikiem Romanem Daszkewyczem utworzył Galicyjsko-Bukowieński kureń Strzelców Siczowych, którego został dowódcą.

Jego kariera wojskowo-polityczna rozpoczęła się właściwie w 1920 r., gdy współtworzył Ukraińsko Wojskową Organizację (UWO) i objął wówczas w sierpniu funkcję komendanta ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Zasadniczy jednak wpływ na kształtowanie zrębów organizacji miała niemiecka Reichswera. W 1920 r. Konowalec spotkał się w Berlinie z dowódcą Reichswery gen. Hansem von Seecktem i byłym szefem wywiadu wojskowego płk. Walterem Nicolai, którzy przedstawili warunki, na jakich Ukraińcy powinni tworzyć zręby organizacyjne grup nacjonalistycznych, w celu uzyskania pomocy finansowej i materiałowej Reichswery [2].

Reichswera finansując ukraiński ruch nacjonalistyczny, miała niemal od początku kontrolę nad UOW. W tym celu oddelegowała Richo Jaryja, byłego funkcjonariusza austriackiego wywiadu wojskowego i oficera UHD (a od 1921 r. pracownika Abwehrguppe), który kontaktował się m.in. Alfredem Rosenbergiem, Hermanem Göringiem i Ernstem Röhmem i uzyskiwał wskazówki oraz instrukcje. Ricko Jaryj z pochodzenia Żyd był też od 1932 r. oficjalnym przedstawicielem UWO przy sztabie Hitlera.

W życiu prywatnym Konowalca także dokonały się istotne zmiany. W 1922 r. ożenił się z Olhą Fedak, córką adwokata lwowskiego Stephena Fedaka, i mieli jednego syna. Siostra Olhi poślubiła z kolei Andrzeja Melnyka, który później został następcą Konowalca i przewodził od 1938 r. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Ukraińska Wojskowa Organizacja (UWO) już w 1922 r. przystąpiła za aprobatą wywiadu wojskowego Reichswery do działań terrorystycznych przeciwko Polsce. Bojówkarze ukraińscy organizowali akcje sabotażowo-terrorystyczne i zamachy na przedstawicieli władz polskich. Wysadzali mosty, podpalali budynki, dokonywali napadów rabunkowych. Tylko w 1922 r. przeprowadzili na terenie Polski 2300 podpaleń, 38 dywersji kolejowych jako odwet przeciwko tzw. polskiej okupacji wschodnich terenów II RP [3].

To w okresie, gdy UWO kierował Konowalec, wykrystalizowała się koncepcja walki terrorystycznej z państwem polskim. Wówczas to bojówki stosowały zasadę et nefaz czyli stosowały różne metody, aby osiągnąć cel i zdestabilizować życie społeczne i gospodarcze.

Niemcy weimarskie chętnie wspomagały UWO w zakresie materiałowym, instruktażowym czy szkoleniowym, co adekwatnie odzwierciedlało wizję historii opartej na przemocy, zbrodniach i antypolskich fobiach Ukraińców. Terroryści z UWO z inspiracji niemieckiej organizowali zamachy na polskich polityków. Przykładowo we wrześniu 1921 r. zorganizowali nieudany zamach we Lwowie na Józefa Piłsudskiego, którego konsekwencją były liczne aresztowania członków UWO. Skutki działań polskich władz były na tyle groźne, że Konowalec przyjechał potajemnie do Lwowa, aby rozeznać się o skali aresztowań. Spotkał się także z abp. Andriejem Szeptyckim w celu uzgodnienia z metropolitą dalszego planu działania. Abp Szeptycki popierał nacjonalistyczny ruch ukraiński i miał nadzieję, że przy wsparciu Niemiec osiągnie się cel nadrzędny – powstanie Ukrainy.

Konowalec ustalił z metropolitą, że do Lwowa przyjedzie jego zastępca Andriej Melnyk, który obejmie posadę administratora lasów Szeptyckiego. To nie był przypadek, gdyż do Melnyka jako przyszłego prowidnyka OUN miał zaufanie. Był jego zastępca i ożenił się z siostrą żony Konowalca, a wiec stopień zażyłości między nimi był duży. Melnyk jako administrator lasów arcybiskupa miał też większa swobodę przemieszczania się, co ułatwiało mu kontakty z emisariuszami i agentami OUN.

Kierownictwo OWU uznało, że trzeba kontynuować działania terrorystyczne przeciwko Polsce. Przed wyborami do Sejmu RP pod koniec 1922 r. bojówka ukraińska przeprowadziła śmiertelny zamach na prof. Sydora Twardochliba, kandydata na posła narodowości ukraińskiej, którego Ukraińcy oskarżyli o kolaborację z Polską. W 1924 r. zorganizowano nieudany zamach na prezydenta RP. Stanisława Wojciechowskiego [4]. W trakcie procesu w 1925 r. ustalono ścisłe powiązania UWO Konowalca z wywiadem Reichswery oraz penetracje różnych obszarów życia społeczno-politycznego RP przez Ukraińców. Skala tego zjawiska była ogromna. Tylko w 1928 r. w polskich więzieniach przebywało ok. 100 agentów niemieckich legitymizujących się przynależnością do UWO [5].

Konowalec kontaktował się kilkakrotnie z Adolfem Hitlerem jeszcze przed przejęciem władzy przez NSDAP w styczniu 1933 r. W czasie tych spotkań Hitler rozmawiał z Konowalcem (w obecności Alfreda Rosenberga) i zachęcał prowidnyka, aby UWO pracowała intensywniej „nad stworzeniem bojowej siły uderzeniowej, która hartuje się w codziennej walce ze swoimi wrogami [i] może zająć poczesne miejsce w odrodzeniu państwa ukraińskiego – wspólnika wielkich Niemiec” [6].

Ukraińskie organizacje nacjonalistyczne potrafiły od 1929 r. stosować terror w walce z przeciwnikami na dużą skalę. UWO przekonywał swoich członków, że właśnie nadeszła taka chwila, gdy „terror staje się nieodzowny (…) wszelkie moralne skrupuły znikają. Głosy o miłości bliźniego <przelanie krwi> [w] humanitaryzmie stają się śmieszne [a] argumenty o szkodliwym wpływie terroru na polityczne wychowanie narodu – ogłupiające (…) Terror to siła, która staje w obronie ludzkich praw (…) a terrorysta to jeden z sędziów, który poświęca się dla ogólnego dobra w imię prawa Salus populi – suprema lex [7]. Ukraińska Wojskowa Organizacja akcentowało, że dobro narodu jest najważniejszym prawem, które trzeba stosować za każdą cenę.

Konowalec był pod dużym wpływem ideologii nazistowskiej. Często odwoływał się także do pracy Alfreda Rosenberga z 1927 r. pt. Mit XX wieku. Odegrał kluczową rolę w scaleniu różnych organizacji ukraińskich rozproszonych w Europie. Na zebraniach kierownictwa UWO cytował fragmenty z książki Rosenberga i podkreślał, że „zniszczenie państwa polskiego jest żywotną potrzebą Niemiec [a] stworzenie wspólnej granicy [z Ukrainą] staje się narodową i państwową koniecznością dla przyszłej polityki niemieckiej” [8]. Tylko Niemcy wytyczą drogę do powstania wielkiej Ukrainy w skład, której wejdą „etnograficzne terytoria oczyszczone z tzw. okupantów” [9].

Prowydnyk UWO spieszył się, aby przygotować środowisko nacjonalistyczne i spełnić oczekiwania Niemiec. Niewątpliwie konsolidacji różnych organizacji ukraińskich sprzyjało zbliżenie Ukraińskiej Wojskowej Organizacji z Reichswerą. Już w 1922 r. UWO Konowalca w zamian za pomoc materialną, instruktażową, szkoleniową oficerów ukraińskich w szeregach Reichswery w zakresie szpiegostwa, dywersji, terroru uzyskała mgliste obietnice dotyczące przyszłości Ukrainy. Nacjonaliści mogli także liczyć na półoficjalną pomoc i wsparcie władz czeskich i litewskich [10].

W lutym 1929 r. wysiłki Konowalca przyniosły wymierne efekty. W Pradze utworzono wówczas Organizacje Ukraińskich Nacjonalistów w skład której weszły: Legia Ukraińskich Nacjonalistów (ŁUN), Prowid Ukraińskich Nacjonalistów (PUN) i Związek Ukraińskiej Młodzieży. Prowydnykiem scalonych organizacji działającej pod nazwą Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) został Konowalec.

OUN przyjęła faszystowską zasadę wodzostwa. Prowydnykowi podlegali przywódcy terenowi, którzy mieli prawo skazywania na śmierć podległych mu członków na wypadek niesubordynacji i zdrady. W dekalogu OUN z lat 30. XX w. skłaniano Ukraińców, aby nie zawahali się popełniać największych zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy i aby nienawiścią i podstępem przyjmować wrogów. Dążyć do rozszerzenia siły, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego drogą ujarzmienia cudzoziemców.

Z inspiracji Konowalca opracowano instrukcję, która obligowała nacjonalistów do przestrzegania tych zaleceń. OUN działała tam, gdzie były skupiska ukraińskich emigrantów m. in. w Niemczech, Czechosłowacji, Jugosławii, Rumunii, Bułgarii, a także Belgii, Włoszech, Turcji, USA, Kanadzie, Australii i w niektórych krajach Ameryki Południowej. Tak liczna emigracja ukraińska budziła nadzieję, że silne zaplecze gospodarcze, ludzkie i pomoc finansowa przyspieszą powstanie „samostijnej Ukrainy”. Konowalec w gazecie „Na Starożi” apelował do ukraińskich nacjonalistów, aby „stali gęsto kozacką ławą u boku Hitlera, który otworzy bramy na Wschód” [11].

Wiosną 1933 r. w Locarno odbyła się tajna narada przedstawicieli Włoch i Niemiec, w której uczestniczył m.in. Konowalec. Rzecznikiem ukraińskim był Alfred Rosenberg, który przedstawił plan rozczłonkowania ZSRR i wyodrębnienia z części sowieckiego terytorium „burżuazyjnej Ukrainy”. Konowalec niemal natychmiast powiadomił o treści narady abpa Szeptyckiego. Pisał: „W imieniu führera (…) dana została uroczysta obietnica odrodzenia państwa ukraińskiego. Wielkie Niemcy będą związane z Wielką Ukrainą” [12].

Wspólne narady przedstawicieli OUN i III Rzeszy obywały się wielokrotnie w latach 30. XX w. Knowalec kontaktował się także z admirałem Canarisem, nowym szefem Abwehry, który, jak twierdzi prof. Edward Prus, darzył Konowalca sympatią. Canaris uważał, że ounowcy najlepiej nadają się do walki na zapleczu obszaru etnicznie ukraińskiego i szczególnie po przeszkoleniu mogą w czasie wojny „stać się siłą w szybkim, a nawet efektownym, pokonaniu Polski” w zakresie „szerokiej dywersji czy nawet powstania zbrojnego” oraz siania zamętu na tyłach wojsk polskich. Prowydnyk Konowalec już w 1937 r. zaakceptował powstanie w Małopolsce Wschodniej pierwszego konspiracyjnego oddziału bojowego OUN pod kryptonimem „Wowki”, który w jego zamyśle miał być zalążkiem nacjonalistycznej armii [13].

Konowalec wcześniej znalazł się w orbicie zainteresowania Wywiadu II Abwehry (wywiadu wojskowego), który był najważniejszym wojskowym ośrodkiem organizującym akcje dywersyjne początkowo przeciwko Czechosłowacji oraz Polsce w oparciu o mniejszość ukraińską i niemiecką [14]. Został też zwerbowany jako agent Abwehry.

Wywiad radziecki był zorientowany w planach Niemiec wykorzystania nacjonalistycznych oddziałów ukraińskich przeciwko ZSRR. W NKWD rozważno różne warianty likwidacji Konowalca. Do tego zadania wyznaczono Pawła Sudopłatowa, który w latach 30. XX w. kilkakrotnie spotkał się z Konowalcem. Decyzję zbicia Konowalca podjął osobiście Józef Stalin pod koniec listopada 1937 r. Wydział techniczny NKWD przygotował bombę ukrytą w pudełku czekoladek, którą Sudopłatow wręczył Konowalcowi podczas spotkania 23 maja 1938 r. w centrum Rotterdamu. Wybuch bomby spowodował śmierć Konowalca [15].

Po zlikwidowaniu prowidnyka OUN ruchem nacjonalistycznym kierował jego szwagier płk. inż. Andriej Melnyk. Śmieć Konowalca spowodowała pogłębienie wewnętrznych podziałów politycznych i programowych i rozłam w OUN – powstanie OUN – B (frakcja Bandery) i OUN –M (frakcja Melnyka). Ten podział utrzymał się mniej więcej do powstania UPA.

Prof. dr hab. Jan Ryszard Sielezin

[1] M. Gibiec, „Kulisy funkcjonowania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów na emigracji świetle Archiwum Senyka (1929-1934)”, Wrocław 2025, s. 110.

[2] E. Prus, „Herosi spod znaku tryzuba”, Warszawa 1985, s. 35-36.

[3] J. R. Sielezin, „Ukraińcy sojusznicy Hitlera”, „Nasz Dziennik” 21-22 III 2026 nr 67 (dodatek „Naszego Dziennika”) s. 4.;zob. też R. Torzecki, „Kwestia Ukraińska w Polsce w latach 1923-1929”, Kraków 1989, s, 62.

[4] J. R. Sielezin, op. cit., s. 4.

[5] E. Prus, op. cit., s. 44, 53-54.

[6] Cyt. za: E. Prus, op. cit., s. 45.

[7] Ibidem, s. 49.

[8] Ibidem, s. 57.

[9] A. Podhajecki, „OUN i UPA pod skrzydłami III Rzeszy”, Warszawa 2018, s. 62.

[10] R. Torzecki, op. cit. s. 63.

[11] E. Prus, op. cit., s. 74.

[12] Ibidem, s. 75.

[13] Ibidem, s. 98.

[14] A. Dorożdżyński, J. Zaborowski, „Oberländer. Przez „Ostforschung” wywiad i NSDAP do rządu NRF”, Poznań-Warszawa 1960, s. 50; A. Podhajecki, op. cit., s. 107.

[15] P. Sudopłatow, „Wspomnienia niewygodnego świadka”, Warszawa 1999, s. 44-48.

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

https://myslpolska.info/2026/10/01/jewhen-konowalec-agent-abwehry-i-organizator-oun/