poniedziałek, 7 września 2026

Objawić bogów


Pytania, które dręczyły Nietzschego, zostały już w istocie sformułowane przez Hölderlina: narodziny nihilizmu, dewaluacja wszelkich wartości, doktryna wiecznego powrotu. Różnica polega jedynie na tym, że poeta postawił je inaczej. Poprzez głębokie pojednanie Hölderlin pragnął ocalić ludzkość przed jej nieokiełznanym pędem ku zagładzie. Trudność tego przedsięwzięcia polega na tym, że nie ma już tytanów ani bogów. Innymi słowy, żyjemy w czasach ubóstwa i dlatego poeta wątpi we własną misję, bo „jaki pożytek z poetów w czasie marnym”. W czasach takich jak nasze, kiedy bogowie się ukryli, kiedy „istoty niebieskie tak bardzo się o nas troszczą!” , że nie jesteśmy już w stanie ich dostrzec; w czasach, kiedy w konsekwencji „marzenie o nich jest całym naszym życiem”, poeci nie są już potrzebni, a najlepsze, co może zrobić poeta, to zapaść w sen zimowy – lepsze to niż podnieść głos, który i tak zostanie zignorowany. Po co rozwodzić się nad stratą, którą wszyscy ponoszą, lecz nikt jej nie odczuwa? Po co ich ganić? Po co ich gorszyć? Poeta nie potrafi żyć pośród codziennej małostkowości, gdzie liczy się tylko zysk.

Następnie, w siódmym fragmencie elegii „Chleb i wino”, bogowie są porównani do kapłanów Dionizosa, którzy wędrują po ziemi, a nikt nie wie na pewno, kiedy się pojawią; i nagle pojawiają się, radośnie i tak szybko, jak się pojawili, znikają, pozostawiając po sobie, wraz z odejściem, poczucie straty i nostalgii u tych, którzy pozostali. Pomiędzy tytanicznym a dionizyjskim stawaniem się Hölderlin wybiera to drugie. W hymnie „Powołanie poety" sławi Dionizosa za jego zdolność do przywracania nas do rzeczywistości, do wyzwolenia nas. Wiersz zawiera w sobie coś z przekleństwa i coś z lamentu, wyraża pewnego rodzaju gniew na człowieka, który trwoni swe życie na codzienne, pozbawione piękna zajęcia i ignoruje boskość.

Hölderlin dąży nie do tego, by bogowie stali się ludźmi, lecz do tego, by ludzkość stała się podobna do bogów. Kiedy to nastąpi, bogowie ponownie pojawiają się przed ludzkością, bliscy i obecni, w swojej najpiękniejszej postaci; oni i ich dzieła stają się widzialni. Przestają być po drugiej stronie wielkiego nurtu historii, rzeki bez bogów, która oddziela ich od ludzkości, stając się coraz szersza i głębsza. Kiedy to nastąpi, bogowie znów się pojawią. I to jest pragnienie poety: objawić bogów.


Fryderyk Georg Jünger
NIETZSCHE

Totalitaryzm w trzeciej eRP? Już jest! Bezsilność prawicy

 


Jedni przez zagapienie, inni przez oszołomienie nie zauważyli, że mamy ordynarną recydywę. To, co było jeszcze niedawno na poziomie anegdoty, dziś przybrało formę realnej opresji sądowej na razie w formie „śmiesznie niskich” wyroków – grzywna pieniężna, prace społeczne, trzy miesiące więzienia… „śmieszne wyroki”…  czy jakikolwiek wyrok sądowy za mówienie prawdy może być powodem do tak niefrasobliwych określeń?

“Za komuny strzelano , a w neokomunistycznej trzeciej eRP nikt do nikogo nie strzela”.

„Nikt do nikogo” czyli władza nie strzela do Polaków. Nie musi. Wystarczy seryjny samobójca, a ten przecież nie robi w hurcie, lecz w detalu, nie będąc  mocno zapracowanym, bo też nie musi. Ale przecież każdy kto chce może puścić wodze fantazji, co by było, gdyby…  gdyby na polskie ulice wyszli przeniesieni w czasie demonstranci z lat pierwszej komuny.

Dziś władza dmucha na zimne czyli prześladuje osoby, które wygłaszają publicznie swoje opinie. W czasach stalinowskich mówienie prawdy o Rosjanach i Żydach było surowo karane. Nie można było też źle mówić o ustroju i sojuszach. W 1968 roku polskie chamy odsunęły od koryta żydokumunę, a stan ten trwał do jej ponownego, oficjalnego powrotu do polityki czyli do 1989 roku.

Dziś Rosjan zastąpili Ukraińcy ochraniani przywilejem nietykalności i tolerancji represywnej prawie w takim samym stopniu jak Żydzi i w podobny sposób jak „migranci”. To element wojny kulturowej mającej na celu stłamsić w Polakach poczucie godności i tożsamości, poczucie sprawczości i świadomości bycia gospodarzem we własnym kraju. Władza, która upokarza i terroryzuje prawowitych, rdzennych mieszkańców danego kraju, okradając ich na rzecz obcych, traci mandat.

Zasięgi ideowe prawicy – co to jest?

Wśród znaczących bytów politycznych o niepodległości bez limitów i wolności ograniczonej jedynie dekalogiem mówi tylko KKP. Inne środowiska wyrzekły się tej idei lub poczyniły kompromitujące kompromisy. Stąd wzięło się określenie, którego ostatnio użyłem „targowice różnych prędkości”. Bez odzyskania niepodległości równoznacznej z restytucją polskiej państwowości, wszystko inne stanie się jedynie pozorem.

https://ekspedyt.org/2026/09/05/totalitaryzm-w-trzeciej-erp-juz-jest-bezsilnosc-prawicy/

Lista ofiar seryjnego samobójcy


1.Chorąży Stefan Zielonka, rok 2009 – szyfrant w kancelarii premiera. Zielonka dysponował wiedzą o tajnikach łączności w NATO oraz miał dostęp do zastrzeżonych danych.

2. Profesor Stefan Grocholewski – ekspert od odczytywania nośników cyfrowych, wykrył manipulacje w nagraniach czarnych skrzynek z CASY. Zmarł 31.03.2010 r.

3. Grzegorz Michniewicz – dyrektor generalny Kancelarii Donalda Tuska.Powiesił się 23 grudnia 2009 roku na kablu od odkurzacza, w dniu, w którym z remontu w Samarze wrócił
samolot TU-154, który potem rozsypał się w drobny mak na Siewiernym.

4. Mieczysław Cieślar, biskup Diecezji Warszawskiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, zginął w wypadku samochodowym 18.04.2010 r, miał być następcą Adama Pilcha, który zginął w Smoleńsku. Podobno otrzymał telefon ze Smoleńska od A.Pilcha już po katastrofie.

5. Krzysztof Knyż, operator „Faktów”,10 kwietnia 2010 był w Smoleńsku. Zmarł w Moskwie 2 czerwca 2010r. Śmierć całkowicie przemilczana.

6. Profesor Marek Dulinicz, szef grupy archeologicznej,zginął 6 czerwca 2010 w wypadku samochodowym, w trakcie oczekiwania na wyjazd do Smoleńska.

7. Doktor Eugeniusz Wróbel, wykładowca na Politechnice Śląskiej, specjalista od komputerowych systemów sterowania samolotem, poddawał w wątpliwość, że wrak na Siewiernym to TU-154 o nr 101. Zabity za pomocą piły mechanicznej 16.10.2010 r, przez swego syna, który zdołał usunąć ślady krwi, zawieźć pocięte zwłoki do jeziora, wrócić i zapomnieć wszystko. Złego stanu swego „chorego psychicznie” syna przez ponad 20 lat nie zauważyła matka, która jest psychiatrą.

8. Ryszard Kuciński, prawnik Andrzeja Leppera, zmarł w maju 2011 r.

9. Wiesław Podgórski, były doradca Andzreja Leppera, w czasach gdy ten był ministrem rolnictwa, znaleziony martwy w biurze Samoobrony pod koniec czerwca 2011 r. Jako przyczynę śmierci podano samobójstwo.

10. W 2011 roku samobójstwo przez powieszenie popełnił oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego, służący w Centrum Wsparcia Teleinformatycznego i Dowodzenia Marynarki Wojennej w Wejherowie. Żołnierz posiadał najwyższą klauzulę dostępu do materiałów niejawnych.

11. Róża Żarska, adwokat Andrzeja Leppera, zmarła w lipcu 2011 r. w Moskwie.

12. Dariusz Szpineta – zawodowy pilot i instruktor pilotażu, ekspert i prezes spółki lotniczej, został znaleziony martwy w łazience ośrodka wczasowego w Indiach. Wcześniej parokrotnie wypowiadał się w mediach w
sprawie Smoleńska, kwestionując oficjalne ustalenia.

13. Generał Sławomir Petelicki, były dowódca jednostki „Grom”. Znaleziony martwy 16 czerwca 2012 roku. Ostro krytykował ustalenia Komisji Badania Wypadków Lotniczych i opieszałość polskiego rządu przy wyjaśnianiu przyczyn katastrofy w Smoleńsku. Zmarł na skutek ran postrzałowych.

14. Andrzej Lepper, szef „Samoobrony” oraz były wicepremier, 5 sierpnia 2011 został znaleziony martwy w swym biurze w Warszawie. Według informacji przedstawicieli policji popełnił samobójstwo poprzez powieszenie się.

EDYCJA (GG):

15. płk. Leszek Tobiasz – były oficer WSI, główny świadek w „aferze marszałkowej”. Zmarł 17.02.2012 podczas balu OHP („zatańcował się na śmierć”) rzekoma przyczyna zgonu: niewydolność krążenia. 01.03.2012 miał składać zeznania przed sądem.

16. dr. Dariusz Ratajczak – historyk, tzw. „rewizjonista holocaustu”, wydalony z „wilczym biletem” z Uniwersytetu Opolskiego. Jego zwłoki w stanie rozkładu znaleziono 11.06.2010 w samochodzie przed opolskim centrum handlowym „Karolinka”. Oficjalnie samochód miał stać na parkingu od 28 maja. Nieoficjalnie – świadkowie twierdzą, że samochód ze zwłokami dr Ratajczaka został podstawiony znacznie później.

17. Jerzy Pronobis – prezes spółki Club&Travel, która zajmuje się rozprowadzaniem lukratywnych biletów na Euro 2012. Rozprowadzanie biletów odbywało się w atmosferze korupcji i skandalu. Pronobis „wpadł” pod pociąg. Policja nie wyklucza samobójstwa, choć denat tradycyjnie nie pozostawił listu pożegnalnego. Nazwisko Pronobisa pojawia się w tzw. „taśmach Grzegorza Laty”.

https://niepoprawni.pl/blog/452/lista-ofiar-seryjnego-samobojcy

Żydzi, banderowcy i oligarchowie. Trójkąt, który stworzył współczesną Ukrainę


[Nie jestem pewny czy to wszystko przebiegało tak naturalnie, jak autor pisze, ktoś kto dosłownie dysponuje nieograniczonymi środkami finansowymi, może swobodnie wpływać na przebieg wydarzeń. Ale niech będzie VB]

Pośród popularnych tzw. teorii spiskowych (z których wiele po trzech miesiącach staje się faktem), znajdujemy także tę o „Niebiańskiej Jerozolimie”. Koncepcja ta mówi, że politycy z Izraela, a także wpływowe na świecie lobby żydowskie, uznali, iż na dłuższą metę otoczonego przez wrogie państwa islamskie Państwa Izraela nie sposób utrzymać. Szczególnie przy spadku potęgi Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji „wiadome kręgi” miały podjąć decyzję o stworzeniu na Ukrainie państwa „zapasowego”, do którego będą mogli wyemigrować uchodzący z upadającego Izraela Żydzi. To miałoby też tłumaczyć poparcie przez państwa zachodnie Ukrainy w wojnie przeciwko Rosji: miałoby nie chodzić o poparcie dla Kijowa, lecz o dolewanie benzyny do toczącej się wojny tak, aby wyginęło jak najwięcej Ukraińców, a jeszcze więcej na trwale wyemigrowało. W ten sposób miałoby powstać wolne miejsce dla „zapasowego Izraela”.

Patrząc na tę koncepcję racjonalnie, rzeczywiście jest to teoria spiskowa i to zaliczająca się do takich, które nie wydają się być realizowalne i autentyczne. Nie oznacza to jednak, że przesłanki, na których powstała, są zmyślone. Raczej chodzi o znaczącą nadinterpretację i wyciągnięcie z realnych przesłanek zbyt radykalnych wniosków.

Przesłanką, na której opiera się idea Niebiańskiej Jerozolimy, jest znaczący wpływ w Kijowie polityków pochodzenia żydowskiego, a także finansowych oligarchów. Pośród polityków tworzących obecną elitę rządzącą i mających takie korzenie, których potwierdzenie znajduje się w poważnych źródłach (a nie w fejkach w Internecie), można wyliczyć: Wołodymyra Zełenskiego (prezydenta); Witalija Kliczko (mera Kijowa); Ołeksija Reznikowa (ministra obrony i wicepremiera, 2021–2023); Andrija Jermaka (byłego szefa Biura Prezydenta, 2020–2025); Irynę Mudrę (wicedyrektorkę Biura Prezydenta). Prawdopodobnie żydowskie korzenie ma także była premier Julia Tymoszenko, ale sprawę bagatelizuje i nie chce na ten temat nic mówić. W tym kontekście często pojawia się także Kyrylo Budanov (szef Biura Prezydenta Ukrainy), ale jest to prawdopodobnie plotka wynikła z jego filosemityzmu, którego wyrazem jest trzymana w gabinecie menora i udział w obchodzeniu Chanuki.

Rzeczywiście liczba znaczących politycznie osób mających żydowskie korzenie jest w tej elicie znaczna. Na niekorzyść teorii Niebiańskiej Jerozolimy przemawia fakt, że żadna z tych osób nie jest zaangażowana w propagowanie syjonizmu. Zwykle odwołują się do ukraińskiego nacjonalizmu czy neonazistowskiej symboliki (banderyzm).

Racjonalny rdzeń teorii o Niebiańskiej Jerozolimie tutaj wydaje się mieć swoje źródło: przeciętny Polak nie potrafi zrozumieć, dlaczego mający duże wpływy polityczne w Kijowie Żydzi popierają banderyzm, sprowadzają do Kijowa prochy nazistów z OUN i UPA, gdy w czasie wojny Żydzi – obok Polaków, Rosjan i Czechów – byli masowo i bestialsko mordowani przez banderowców? Teoria spisku wyjaśnia to, czego nie możemy racjonalnie zrozumieć i wytłumaczyć. Tyle że takie wytłumaczenie może istnieć, lecz z powodu zbyt małej wiedzy o polityce ukraińskiej znaczące elementy układanki nie docierają do Polski.

Emmanuel Todd w głośnej książce „Klęska Zachodu” (wyd. pol. 2025) zamieszcza mapę Ukrainy z podziałem na obwody i wyliczeniem, ilu z każdego z nich pochodzi znaczących polityków i oligarchów. Z zestawienia wynikają ciekawe obserwacje: z południowej rosyjskojęzycznej części kraju (zwanej przez Rosjan Noworosją) nie pochodzi praktycznie nikt i ta część państwa nie ma żadnego wpływu na politykę.

Zdecydowana większość elit politycznych pochodzi z części środkowej, czyli z Kijowa i okolic. Kijów z przyległościami sprawuje bezpośrednią władzę polityczną. Większość oligarchów (często także o żydowskich korzeniach) pochodzi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej. To jest najsilniejsze lobby polityczne.

Z dawnej Galicji Wschodniej, czyli ziem byłej II RP (Lwów i okolice) nie rekrutuje się praktycznie nikt spośród członków elity politycznej i biznesowej.

Emmanuel Todd interpretuje te dane (moim zdaniem słusznie) następująco: wykorzystując zamieszanie po upadku Związku Radzieckiego, lokalna i peryferyjna dotąd elita polityczna Kijowa uzmysłowiła sobie, że oddzielając się od Rosji i konstytuując suwerenne państwo, uzyskuje dziejową szansę sprawowania władzy nie w samorządach, ale w państwie. Stąd hasło suwerennej Ukrainy.

Pomysł finansowo poparli oligarchowie, którzy jak ognia bali się Putina i możliwości rozciągnięcia przezeń swojej kontroli nad nowo powstałym państwie. Dlaczego? Bo widzieli rozgonienie nieposłusznych Kremlowi rosyjskich oligarchów. Putin kojarzył im się z porządkiem i końcem bezkarnego rozkradania ukraińskiej gospodarki (i zapewne było to skojarzenie zasadne). Dlatego oligarchowie zaczęli finansować polityków z Kijowa.

Dla tych ostatnich największym problemem był brak doktryny, ideologii czy choćby idei, dlaczego Ukraina miałaby być państwem oddzielnym od Rosji – idei nośnej społecznie, aby Ukraińcy zaakceptowali, że są oddzielnym narodem, a nie jakimś lokalno-etnicznym separatyzmem od imperium, w skład którego wchodzili przez setki lat. Potrzebowali ideologii uzasadniającej masom odpadnięcie od „Świętej Rusi”, ideologii na tyle nośnej, aby w razie czego Ukraińcy byli gotowi bić się zbrojnie o własne państwo.

I tutaj z odsieczą przyszli neobanderowcy ze Lwowa i okolic, ponieważ oni taką ideologię posiadali. Mieli historię, symbole, tradycję i całe uzasadnienie dla ukraińskiego separatyzmu. W ten sposób powstała dziwna konstrukcja: bezideowa ekipa polityczna z Kijowa (z licznymi osobami pochodzenia żydowskiego) zaczerpnęła od zachodniej części kraju szowinistyczną ideologię banderyzmu, oczyściła ją z elementów antysemickich, a całą operację wsparli oligarchowie biznesowi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej, bojący się ukrócenia swojej „złotej wolności” przez Putina.

I oto cała konstrukcja staje się zrozumiała bez mitu Niebiańskiej Jerozolimy, który jest zdecydowanie na wyrost, acz przesłanki, z którego wyrasta, są rzeczywiste.

Adam Wielomski

5.09.2026 Adam Wielomski nczas./zydzi-banderowcy-i-oligarchowie-trojkat-ktory-stworzyl-wspolczesna-ukraine

niedziela, 6 września 2026

Ta okropna biała rasa - w żydowskich filmach

 

W filmie „Love Field” (USA, 1993) Michelle Pfeiffer gra rolę pięknej blondynki, która uwielbia czarnoskórych mężczyzn. Akcja filmu rozgrywa się w 1963 roku w Stanach Zjednoczonych, gdzie prezydent Kennedy właśnie został zamordowany. Zrozpaczona Lurene postanawia wziąć udział w pogrzebie w Waszyngtonie, pomimo sprzeciwu męża, który odgrywa rolę miejscowego idioty. W autobusie spotyka czarnoskórego mężczyznę z córeczką. Mężczyzna pozostaje jednak chłodny i zdystansowany. Zachowanie tego „kolorowego mężczyzny” wydaje jej się podejrzane, a dziecko najwyraźniej zostało porwane. Na postoju postanawia zadzwonić na policję, zanim zda sobie sprawę ze swojego błędu: to dziecko rzeczywiście jest jej córką, a jeśli mężczyzna ją porwał, to tylko po to, by uwolnić ją z okropnego sierocińca po śmierci matki. Zakochana w dziewczynce, piękna blondynka postanawia ich nie porzucać i ucieka z nimi. Policja jest już na ich tropie, przekonana, że ten „czarnuch” porwał dziecko i młodą blondynkę, która miała zamiar na  niego donieść.

Scena przemocy na tle rasowym nieco się opóźniła, ale w końcu nadeszła, zgodnie z oczekiwaniami: podczas gdy skradziony samochód się zepsuł, nasz czarnoskóry mężczyzna został brutalnie pobity przez trzech białych drani na wiejskiej drodze. Piękna blondynka zabrała go następnie do stodoły, aby opatrzyć rany i ofiarowała mu swoje ciało.
Od tego momentu kości zostały rzucone. W motelu, gdzie czeka na nią zazdrosny i wściekły mąż, wybucha bójka między dwoma mężczyznami. Dobroduszny, wyluzowany czarnoskóry mężczyzna najwyraźniej bierze górę nad spiętym, małostkowym i „nieśmiałym” białym mężczyzną, jak powiedziałby Alain Mine. Możemy być pewni, że ucieczka na oślep nie będzie trwała wiecznie, ale po aresztowaniach wszystko wróci do normy. Piękna blondynka rozwiedzie się i zamieszka z czarnoskórym mężczyzną. Ten piękny film jest dziełem Jonathana Kaplana. Reżyser, który wahał się między karierą filmowca a rabina, stworzył antyrasistowskie arcydzieło.

„Men in Black” (USA, 1997) to film, który uczy nas, jak witać w domu obcych – wszystkich obcych, nawet kosmitów. Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale wielu z nich już żyje wśród nas i przybrało ludzką postać.

Członkowie ściśle tajnej agencji specjalnej mają za zadanie regulować te nowe rodzaje migracji i utrzymywać istnienie tych istot pozaziemskich w tajemnicy, aby nie alarmować ludności. Nasi dwaj superagenci – jeden czarny, a drugi biały – zostają wezwani do upolowania wrogiego Obcego, który nie oprze się skuteczności tego dynamicznego duetu. Choć obaj są równie kompetentni, biały agent jest jednak nieco zmęczony. To właśnie czarny agent będzie kontynuował walkę i cieszył się względami swojej nowej partnerki – białej kobiety. Reżyserem filmu jest Barry Sonnenfeld, scenariusz napisał Ed Salomon, a muzykę Danny Elfman. Producentem filmu jest również Steven Spielberg.

W filmie „Tears of the Sun” (USA, 2003) czarnoskóry reżyser Antoine Fugua przedstawia wojnę domową między plemionami Afroamerykanów w Afryce. Oddział armii amerykańskiej otrzymuje zadanie uratowania młodej Amerykanki, która prowadzi szpital. Kobieta, co nie dziwi, jest głęboko oddana zasadom humanitarnym; do tego stopnia, że odmawia towarzyszenia Bruce'owi Willisowi i jego elitarnemu oddziałowi komandosów, jeśli ranni Afrykanie również nie zostaną przewiezieni do szpitala.

Willis nie wykona więc rozkazów i posunie się tak daleko, że każe wymordować połowę swojego oddziału, by ratować Afrykanów znajdujących się pod jego władzą.

Pewna linijka dialogu w filmie prowadzi widza do wniosku, że jeśli Amerykanie postępują w ten sposób, to po to, by „odkupić” wszystkie zbrodnie popełnione przez białych mężczyzn w historii. Jednak w ten sposób celowo pomija się fakt, że znaczną liczbę czarnoskórych sprzedanych w epoce niewolnictwa sprzedali inni czarnoskórzy, którzy bez skrupułów sprzedawali swoich współbraci białym. Gdyby reżyser Antoine Fuga chciał wspomnieć o przytłaczającej roli żydowskich handlarzy w handlu niewolnikami, jak również o muzułmańskich handlarzach niewolnikami, których handel na Oceanie Indyjskim trwał czternaście wieków, nigdy nie udałoby mu się nakręcić filmu.

Oto film katastroficzny: The Day After Tomorrow (USA, 2004).
Po wulkanach, tornadach i meteorach, globalne ocieplenie wywołuje tsunami, po którym następuje fala zimna. Film jest płaski i nudny, ale zakończenie ujawnia stan umysłu reżysera. Mieszkańcy Północy są zmuszeni do emigracji na Południe. Amerykański prezydent oświadcza: „Amerykanie i wiele innych narodów są teraz gośćmi w tym, co kiedyś nazywano Trzecim Światem. Byliśmy w potrzebie, a oni wpuścili nas do swoich domów; przyjęli nas. Wyrażam moją najgłębszą wdzięczność za ich gościnność”. Przesłanie reżysera Rolanda Emmericha jest zatem jasne: musimy wpuścić wszystkich imigrantów do naszego kraju, ponieważ możliwe, że jutro, w niepewnej przyszłości, my również będziemy ich potrzebować.

Nie zapominajmy, że Roland Emmerich jest również reżyserem filmu „Dzień Niepodległości”, w którym Ziemię ratują przed katastrofą czarnoskóry mężczyzna i chasydzki Żyd. Co za bohater, Rolandzie!

Po stronie francuskiej nie brakuje filmów antyrasistowskich i moralizatorskich. Uzupełnijmy naszą poprzednią listę. W filmie „L'Union sacrée” (Francja, 1989) dwóch policjantów zmuszonych jest połączyć siły w śledztwie dotyczącym siatki islamistycznej, która finansuje się z wszelkiego rodzaju handlu ludźmi. Żyd Simon Atlan (Patrick Bruel) i Arab Karim Hamida (Richard Berry) szczerze się nienawidzą. A jednak, mierząc się z nietolerancją i fanatyzmem złowrogich islamistów, stopniowo nawiązują przyjaźń. W tym filmie Żyd jest nieco ekscentryczny i sympatyczny, podczas gdy arabski policjant jest poważny i skuteczny.

Komisarz, grany przez Bruno Kremera, zwraca się do swoich ludzi bezpośrednim językiem: „Musicie zachowywać się jak
Krzyżowcy, których zadaniem jest obrona zachodniego świata! Z tymi draniami wszystko jest dozwolone! Chodzi o to, że w obliczu złowrogich islamistów, którzy zagrażają naszej pięknej, wielokulturowej demokracji, to rdzenni Francuzi muszą ponownie iść na śmierć. Islamiści są ewidentnie przedstawiani jako dzikie bestie. Posłuchajmy jednego z tych niebezpiecznych szaleńców, którego rozmowę podsłuchał filmowiec na tarasie kawiarni: „Zamienimy życie tego kraju w koszmar. Dziś atakujemy tu, jutro tam. Niewinni ludzie się nie liczą”.

Simon jest w separacji z Lisą, swoją żoną. Jest gojką, słodką Francuzką, która uwielbia Żydów, ale nie mogła znieść życia z Simonem, który był zbyt niedojrzały. Lisa już go nie znosi; poza tym, jak wyjaśnia Karimowi, jej teściowa kazała obrzezać syna, chociaż sama nigdy nie nalegała na chrzest w kościele. Lisa organizuje wernisaże i wystawy w galerii sztuki. Kiedy attaché ambasady, niejaki Rafjani, pojawia się na zorganizowanej przez nią wystawie dywanów, bez wahania wygłasza mu wykład na temat praw kobiet w jego kraju. Takie właśnie są Francuzki: moralizujące, pouczające, a przede wszystkim otwarte na wszelkie wpływy Wschodu. Takie je lubimy! A Lisa, po rozstaniu z Żydem, rzeczywiście ulegnie urokowi Karima.

Ale tak się składa, że ten Rafjani jest również szefem siatki islamistycznej – cóż za zbieg okoliczności! Siedziba tej mafii została w końcu zlokalizowana przez naszych dwóch supergliniarzy. To pseudokulturalne centrum. Islamiści, którzy są naprawdę okropnymi ludźmi, torturują tam biednego Kabyla, wpychając mu lejek do gardła i wlewając dwie butelki whisky. W środku dowiadujemy się: „To prawdziwy arsenał; można by pomyśleć, że jesteś w Bejrucie”. Stając twarzą w twarz z Rafjanim, nasz policjant Karim bez wahania rzuca mu to w twarz: „Wstydzę się, że należę do tej samej rasy co ty!”. Właśnie takich ich lubimy, muzułmanów: podzielonych, pełnych urazy i wstydu, gotowych się nawzajem pozabijać! Rafjani, który ma zostać wydalony z kraju, jest prawdziwie przepełniony nienawiścią: „Zemszczę się” – mówi – „nawet jeśli będę musiał podpalić Paryż. Allahu Akbar!”.

Kolejna scena: Lisa, nasza śliczna mała Francuzka, je kolację w restauracji z Karimem. Simon, który wciąż jest w niej zakochany, niespodziewanie się zjawia: „Sypiasz z moją żoną za moimi plecami!”. Zawsze impulsywny, Simon postanawia się w to wmieszać.

Rosyjska ruletka: „Wygrywasz, zatrzymujesz moją żonę”. Odważnie przykłada lufę rewolweru do skroni i strzela: klik. Karim odmawia gry w tę głupią grę i wstaje. Żyd strzela w powietrze i rozlega się strzał: „Jesteś martwy, wynoś się!”.
Karim jednak nie odejdzie ze spuszczoną głową i z wielką godnością uderzy Simona przed wyjściem. Warto zauważyć, że w tym przerażającym pojedynku o białą kobietę Żyd i Arab potrafią rywalizować z rozmachem.

Ale nikczemni islamiści są zdeterminowani, by wyeliminować tych dwóch nadgorliwych policjantów. Oto scena godna francuskiego kina. Koszerna restauracja matki Simona zostaje podziurawiona kulami w biały dzień, zupełnie jak w Chicago! Lisa, ciężko ranna, umiera w szpitalu. Podczas nabożeństwa żałobnego w kościele, Simon, owładnięty nienawiścią i pragnieniem zemsty, nie potrafi dłużej panować nad sobą i wybiega. Katolicka ceremonia religijna zostaje oczywiście przerwana (tak to lubimy!), a Simon ucieka. Następna scena przedstawia Simona modlącego się w synagodze, ubranego w jarmułkę i szal modlitewny. Słyszymy też, jak jego ojciec modli się za niego w restauracji: „Dajcie mu siłę, dajcie mu gniew!"

Islamski dyplomata zostaje ostatecznie wydalony, zanim Simon zdąży się zemścić. Przed kamerami telewizyjnymi Rafjani ponownie próbuje przedstawić się jako ofiara, narzekając na brutalne traktowanie, jakiego doświadczył ze strony „ojczyzny Voltaire'a i Anatola France'a, obrończyni uciśnionych” (ci islamiści są tacy zdradzieccy!). Na szczęście dla tego islamistycznego drania sprawy nie kończą się tak dobrze, gdy widzimy, jak jego samochód eksploduje w nocy, a w tle widać oświetloną Wieżę Eiffla. Film kończy się kilkoma zdaniami pojawiającymi się na ekranie: „Simon i Karim prawdopodobnie śnili o tej zemście. Prawo odwetu nigdy nie będzie odpowiedzią na przemoc. Ta historia to fikcja. Rzeczywistość jest równie okrutna”. Piękne, prawda? Potem pojawiają się twarze Żyda i Araba, wpatrzone w dal niczym posągi radzieckiej pary proletariackiej. Krótko mówiąc, to świetne kino. To Alexandre Arcady, który nie uważał tego za komedię. Wow!

Czarni i Semici są prawdziwą obsesją wśród kosmopolitycznych filmowców.

Fatou, pochodząca z Mali (Francja, 2001), ma 18 lat. Urodziła się we Francji, jej rodzice to Malijczycy, właśnie ukończyła liceum. Pracuje w salonie fryzjerskim Afro w Paryżu. Jest ładna, radosna, pełna życia i ambicji. Malijska rodzina jest idealnie zintegrowana, jak można się spodziewać. Jej ojciec pracuje jako sprzedawca.
Mieszkanie jest bardzo czyste i pięknie urządzone. Kolorowe afrykańskie stroje są wspaniałe: niczym w teatrze. Niestety, rodzice Fatou postanawiają wydać ją za mąż za kuzyna, którego nie kocha, i zostaje dosłownie uwięziona na szóstym piętrze, obok mieszkania rodziców, bez możliwości ucieczki. Fatou jednak wydostanie się dzięki swojej przyjaciółce Gaëlle, nieustraszonej młodej Francuzce, która świetnie się bawi z arabskimi przyjaciółmi. Za to je kochamy! Gaëlle uratuje swoją przyjaciółkę Fatou i zabierze ją do Bretanii, aby otworzyć salon fryzjerski. W ten sposób Bretania wzbogaci się o nowych małych Bretończyków. Film Daniela Vigne'a, prezentowany przez Fabienne Servan-Schreiber, otrzymał naturalnie 7 Złotych Nagród w 2001 roku. "Sukces" według 'Express, „niezwykły” według France Soir „oszałamiający” według Télé 7 Jours .

Serial telewizyjny PJ (Police Judiciaire) – typowo francuski serial – wyemitował odcinek o antysemityzmie w piątek, 19 sierpnia 2005 roku: Do synagogi wrzucono koktajl Mołotowa. Sprawą zajmuje się Agathe, co pozwala jej na nowo nawiązać kontakt z wiarą. Podejrzani są sprowadzani ze wszystkich stron na komisariat. Bezczelny młody Arab sugeruje – niewiarygodne! – że „komory gazowe nie istniały”. Wściekła policjantka rzuca się na niego, zanim zostaje obezwładniona przez kolegów. Następnie na komisariat przybywa drugi, pozornie typowy podejrzany. Jest to wysoki, czarnoskóry mężczyzna, który również nie prezentuje pozytywnego wizerunku młodzieży imigrantów. Trzeci mężczyzna to biały mężczyzna ze skrajnej prawicy, który wydaje się bardziej humanitarny, a nawet budzący współczucie, w porównaniu z pozostałą dwójką. Trzeba przyznać, że rdzenni Francuzi nie byli przyzwyczajeni do takiego traktowania, ale czasy się zmieniają: na samym początku XXI wieku społeczność zdała sobie sprawę, że francuska skrajna prawica, od dawna demonizowana przez media, stanowi mniejsze zagrożenie niż fanatyczne gangi imigrantów sprowadzone do kraju. Jednak to nie oni zostali uznani za winnych, lecz czwarty podejrzany – młody Żyd buntujący się przeciwko swoim panom ze społeczności Lubawicz.

Jeden z tych rabinów został nawet przesłuchany na komisariacie policji. Był on w istocie postacią religijną, która zdawała się żyć na „innej planecie”, odrzucając wszelkie wyobrażenia o szczęściu oferowane przez zachodnie, liberalne społeczeństwo. W rękach takiego reakcjonisty nasz młody Żyd, rozkochany w „zabawie” i wolności, załamał się. Ten scenariusz był w rzeczywistości odpowiedzią na kilka podobnych przypadków, które trafiły wówczas na pierwsze strony gazet.

W sierpniu 2004 roku rzeczywiście doszło do pożaru w paryskim ośrodku społeczności żydowskiej. Incydent wywołał wielkie poruszenie, jak zwykle, gdy ktoś natknie się na członka społeczności żydowskiej. Okazało się jednak, że sprawcą był nie kto inny, jak  Żyd, którego ludzie szybko zmarginowali nazwajac „chorym psychicznie”.

Na koniec, nie wszystko stracone w tym odcinku, który kończy się całkiem dobrze, ponieważ druga policjantka jest w ciąży: - Czy to Karim? - Nie, nie – odpowiada. – Nie powiem ci.

Ale ma jedną wspólną cechę z Karimem. Cała ta saga przesiąknięta ideologią, stworzona przez Gilles-Yves Caro, na podstawie scenariusza Brigitte Coscas.

Kolejny serial: Josephine, Guardian Angel, The Color of Love (Francja, 2005). „Zatrudniona jako parobek w gospodarstwie Revel, Josephine poznaje właściciela Thomasa, który zamierza poślubić Aminatę, młodą Senegalkę, którą poznał w internecie. Pomimo jej starań, Aminata nie może zostać zaakceptowana przez Claudine, swoją teściową”.

Wyobrażamy sobie, że ta teściowa jest nieco rasistowska, ograniczona i bigoteryjna. Ten film telewizyjny wyreżyserował Laurent Lévy. Dla TV Grandes Chaînes jest to niewątpliwie „odcinek pełen dobrego obfitego humoru, który zasługuje na „krytyczną aprobatę”.

„Małżeństwo białego człowieka” (Francja, 2005) to odcinek kolejnego „typowo francuskiego” filmu telewizyjnego: François Etchegaray, strażnik w Marsylii, pomaga wyrzutkom społecznym. René jest jednym z jego protegowanych. Jest wysokim, rosłym mężczyzną po czterdziestce, o przystojnej nordyckiej twarzy, ale jest nieco naiwny i porywczy. Właściwie nic mu się nie udaje. Nie radzi sobie z każdą dorywczą pracą, jaką udaje mu się załatwić opiekunowi, a w wieku czterdziestu lat wciąż mieszka z matką, która zdaje się dyktować mu każdy krok. Ten wykastrowany Francuz nagle zakochuje się w Afrykance. Przybywa do domu François, dumnie prezentując zdjęcie swojej partnerki, Leli, z którą naturalnie chce się ożenić, mimo że jeszcze jej nie widział. Stowarzyszenie Przyjaciół Afryki znalazło mu miłość jego życia, za pokaźną sumę pieniędzy. Bo dla biednego, nieświadomego Francuza, Afrykanka to absolutne mistrzostwo! Rolls-Royce dla biednych! Kwota, o którą prosi stowarzyszenie, wzbudza w François Etchegaray wątpliwości co do uczciwości pośredników. Uświadamia sobie, że René daje się nabrać, a Afrykanka chce jedynie małżeństwa z rozsądku. To piękna historia, prawda?

Na początku filmu widzowie dostrzegli, że hojny François z czułością troszczył się również o nieco zgorzkniałą, starszą parę gejów, która martwiła się o swoje prawa do spadku. Oda do związków mieszanych rasowo i homoseksualizmu: to cecha charakterystyczna dzieła Édouarda Molinaro, filmu o globalnym zasięgu. Niestety, zakończenie tego znakomitego filmu telewizyjnego na zawsze pozostanie dla nas nieznane.

Gloryfikacja homoseksualizmu jest rzeczywiście głównym tematem w kinie kosmopolitycznym. Na przykład „In and Out” (USA, 1997) Wygląda na to, że to „przezabawna” komedia. Profesor Howard Brackett wykłada literaturę na uniwersytecie w małym miasteczku w stanie Indiana w USA. Jest lubiany przez wszystkich studentów, aż do dramatycznego zwrotu w jego reputacji, gdy pewnego wieczoru w programie telewizyjnym były student, a obecnie gwiazda filmowa, dziękuje swojemu byłemu profesorowi „gejowi”, myśląc, że postępuje słusznie. Howard Brackett jest najwyraźniej zbulwersowany tym stwierdzeniem. Rodzice, przyjaciele i studenci patrzą na niego teraz z podejrzliwością. Postanawia szybko poślubić swoją narzeczoną, aby położyć kres plotkom. Nie spodziewał się jednak, że dziennikarz będzie go wszędzie śledził z kamerą i namawiał do „ujawnienia się”.

Podczas ceremonii religijnej, w chwili, gdy miał powiedzieć „tak” swojej narzeczonej, w obecności całej rodziny i gości zgromadzonych w kościele, w końcu wycofał się i oświadczył cicho, z rezygnacją: „Jestem gejem”. Zgromadzeni są oszołomieni. Ceremonia zostaje ewidentnie zakłócona (to kosmopolityczna obsesja), a związek pary rozpada się publicznie. Jednak reżyser daje nam do zrozumienia, że tak jest o wiele lepiej.

Rodzina i przyjaciele Howarda w końcu okazują zrozumienie. Problem w tym, że stracił pracę na uniwersytecie, padając ofiarą nietolerancji tych ograniczonych chrześcijan. Finałowa scena to wielki moment w historii kina: podczas ceremonii ukończenia studiów studenci i rodzice ze zdumieniem dowiadują się, że profesor został zwolniony. Następnie wstają jeden po drugim i oświadczają: " jestem gejem”. Reżyserem filmu jest Frank Oz.

W tym samym duchu wspomnijmy o filmie A Taste of Honey (GB, 1961), który opowiada historię związku dwóch zagubionych dusz: nastoletniej dziewczyny, która jest w ciąży z czarnoskórym mężczyzną, którego poznała, a który jest homoseksualistą.

Film Tony'ego Richardsona. „Almost Nothing” Sébastiena Lifshitza (Francja, 1999) to kolejny film gloryfikujący homoseksualizm wśród białych mężczyzn. Film „próbuje znormalizować męski homoseksualizm, który przedstawia w bardzo dosadnych scenach”, jak podaje Film Guide.

Kosmopolityczna propaganda płynąca z „Matrixa” nie jest wyłącznie „antyrasistowska”. Liczne „rasistowskie” filmy są również regularnie produkowane przez studia filmowe w Hollywood i innych krajach. W filmie „The Heat of the Night” (USA, 1967) filadelfijski policjant specjalizujący się w sprawach kryminalnych zostaje wysłany do małego miasteczka na Południu, aby pomagać lokalnej policji rozwiązać sprawę morderstwa przemysłowca. Jest jeden mały problem: jest czarny, a ci biali idioci go nie znoszą. Ale Virgil Tibbs, ekspert, szybko odkrywa, że biali policjanci są na złej drodze.

Ten mężczyzna jest cichy, sumienny, wyjątkowo inteligentny i zawsze zachowuje spokój, gdy staje w obliczu obrzydliwego rasizmu tych aroganckich białych ludzi, którzy nawet nie dorównują mu poziomem.

Ale mimo swojej głupoty, w końcu zdają sobie sprawę, że nie mogą się bez niego obejść. Kilkakrotnie muszą iść na dworzec i błagać go, żeby został. Jego śledztwo szybko prowadzi go do największego rolnika w regionie. Ten rolnik jest podejrzany o zlecenie zabójstwa przemysłowca, którego planem było zbudowanie fabryki i zatrudnienie setek czarnoskórych. Młodzi mieszkańcy tego małego, nieśmiałego miasteczka nie tolerują tego i ścigają Virgila Tibbsa w dzikim pościgu. Sprawa zostaje oczywiście rozstrzygnięta w opuszczonej fabryce, za pomocą łańcuchów rowerowych i żelaznych prętów. Czterech na jednego, to bezpieczniejsze. Tacy właśnie są biali: podli, tchórzliwi i godni pogardy. Na szczęście komendant policji przybywa w samą porę i ratuje Virgila przed pewną śmiercią. Ten szeryf, pełen uprzedzeń na początku filmu, przypieczętowuje porozumienie między obiema społecznościami. Film zdobył naturalnie pięć Oscarów. Mógłby zdobyć szóstego, gdyby „Virgil” wrócił do Filadelfii z wdową po zamordowanym przemysłowcu. Przecież była bardzo piękną białą kobietą.

Ale reżyser Norman Jewison w 1967 roku nie chciał posunąć się za daleko i być może obawiał się reakcji tych nieprzewidywalnych białych idiotów!

Barton Fink (USA, 1991): W 1941 roku Barton Fink jest młodym dramatopisarzem, który nagle odnosi sukces dzięki sztuce. Pierwsza scena filmu natychmiast nadaje ton. Jest za kulisami, z podziwem obserwując fenomenalny sukces swojej sztuki: to triumf! Publiczność bije gromkie brawa i zrywa się na równe nogi, oczarowana wzniosłym geniuszem tego wciąż nieznanego żydowskiego dramatopisarza. Jednak Barton Fink jest nieśmiały i wycofany.

Jego nowo zdobyta sława przyniosła mu kontrakt w Hollywood, którego początkowo odmówił: „Odciąłbym się od ludzi” – powiedział. Rzeczywiście szybko stał się nowym ulubieńcem Broadwayu. Nie mógł jednak oprzeć się pokusie jeszcze większej sławy i przybył do Los Angeles, gdzie poznał producenta. Ten jest dynamiczny i ekstrawagancki.
Jest Żydem pochodzącym z Mińska, który uważa się za „silniejszego od innych miejscowych Żydów!”

Barton Pink był więc w hotelu, przed swoją maszyną do pisania.

Problem w tym, że sąsiad z pokoju obok jest zbyt głośny i uniemożliwia mu koncentrację. I wtedy w jego świecie pojawia się ten mężczyzna. Jest gruby, czerwony na twarzy, brutalny i uzależniony od alkoholu, jednym słowem: goj! A jednak delikatny i nieśmiały intelektualista, jakim jest Barton Pink, doceni tę prostą i autentyczną osobę. Musi jednak jak najszybciej znaleźć scenariusz do filmu. Problem w tym, że Barton ma mnóstwo problemów z napisaniem scenariusza, o który go poproszono. Utknął na kilka tygodni!

Kiedy producent przyjął go w domu przy basenie, zawstydzony Barton musiał przyznać, że natchnienie jeszcze nie przyszło. Następnie musiał znosić sarkastyczne uwagi asystenta, który z pewnością nie spodziewał się nagłej reakcji producenta. Producent bezceremonialnie go odprawił, po czym ponownie potwierdził swoje zaufanie do młodego geniusza, którego wziął pod swoje skrzydła. Jego podziw dla Bartona był tak wielki, że posunął się nawet do wylizania podeszwy buta, z szacunku dla szlachetnego zawodu pisarza!

Barton wraca do hotelu uspokojony. Na szczęście w końcu przychodzi mu natchnienie i udaje mu się napisać cały scenariusz w ciągu jednej nocy. Rezultat jest po prostu genialny: tak, Barton Pink jest geniuszem! Następnego ranka przepełnia go radość. Nigdy wcześniej nie osiągnął takiego poziomu finezji i perfekcji: „Jestem twórcą!”. Tego wieczoru idzie potańczyć do klubu jazzowego. W kolejnych dniach poznaje wspaniałego pisarza, który okazuje się bardzo rozczarowującą osobą, alkoholikiem, brutalnym i niegrzecznym, traktującym swoją narzeczoną okrutnie. Z powodu nieporozumienia, jeśli można to tak nazwać, Barton spędza z nią noc w hotelu. Ale następnego ranka jest oszołomiony i przerażony, odkrywając zakrwawione ciało młodej kobiety w swoim łóżku. Co się stało? Oczywiście nie miał z tym nic wspólnego i natychmiast informuje o tym sąsiada. Ten wierzy mu na słowo i zajmuje się pozbyciem się ciała.

Nagle wszystko zaczyna iść bardzo nie tak, zwłaszcza że jego producent jest bardzo, naprawdę bardzo rozczarowany jego scenariuszem.

Kiedy Barton staje przed nim, zostaje potraktowany jak śmieć i obsypany potokiem obelg! Sytuacja Bartona staje się coraz gorsza. Policja szybko wszczyna śledztwo w sprawie zaginięcia młodej kobiety: okazuje się, że...prawda jest taka, że jego sąsiad, gruby, rumiany alkoholik, jest w rzeczywistości niebezpiecznym psychopatą, który notorycznie dekapituje swoje ofiary. Jest też nazistą: „Heil Hitler!”, wykrzykuje, zanim zastrzeli dwóch policjantów w płonącym hotelu. Film kończy się w tym momencie. Biorąc wszystko pod uwagę, wszyscy biali ludzie w tym filmie Ethana i Joela Coenów to ostatecznie szumowiny. Film, oczywiście, zdobył Złotą Palmę na Festiwalu Filmowym w Cannes w 1991 roku. John Turturro, co prawda, jest znakomity w swojej roli żydowskiego intelektualisty „bliskiego ludowi”.

W filmie „Desperately Seeking Susan” (USA, 1985) nieco spięta młoda kobieta przemienia się w dziką punkrockerkę z powodu amnezji. Słaby scenariusz nie ma tu większego znaczenia. Liczy się to, że w „otwartym”, „wyzwolonym” i wysoce wielokulturowym społeczeństwie czarnoskóry saksofonista w swoim mieszkaniu zajmuje pozycję ikony demokracji, a rola drania nieuchronnie spada na blondyna. Czy to przypadek? Reżyserką filmu jest Susan Seidelman.

Music Box (USA, 1989) to film, który powraca do okrucieństw II wojny światowej: Michael Laszlo jest węgierskim uchodźcą, który mieszkał w Stanach Zjednoczonych od 37 lat. Został pewnego dnia oskarżony o zbrodnie wojenne. Zeznania świadków w rzeczywistości pozostawały zamknięte przez czterdzieści lat w archiwach ONZ. Był wdowcem, ale jego córka, prawniczka, stanęła w jego obronie. Oczywiście, ani przez chwilę nie uwierzyła w te obrzydliwe historie i postanowiła bronić swojego biednego ojca. „To komuniści stoją za tym wszystkim!” – próbował ją uspokoić. Musiał jednak przyznać, że zanim opuścił rodzinne Węgry po wojnie, był policjantem w czasach faszystowskich, ale „tylko urzędnikiem”, i to wszystko. Jego córka jednak zaczynała mieć wątpliwości co do roli, jaką odegrał jej ojciec podczas wojny: „Mają zdjęcie twojej legitymacji członkowskiej sił specjalnych z twoim podpisem. Zostało im to przesłane przez rząd węgierski”. „Co więcej, świadkowie go rozpoznali i oskarżyli o straszne rzeczy: «Kiedy o tym wszystkim myślę, wstydzę się, że jestem Węgrem, tato» – oświadcza w końcu jego córka (Za to właśnie kochamy Węgrów!).

Grupa ocalałych demonstrowała przed jego domem z transparentami, utrudniając życie temu znanemu działaczowi antykomunistycznemu. Wybijali mu okna kamieniami. Nowy trop jeszcze bardziej niepokoi młodą kobietę, gdy jej syn niewinnie powtarza wysoce zbrodnicze słowa swojego dziadka: „Mówi, że Holokaust jest sfabrykowany, wyolbrzymiony!”.

Proces w końcu się rozpoczyna, a świadkowie oskarżenia zeznają jeden po drugim, by opowiedzieć o okrucieństwach popełnionych przez węgierskich faszystów, z których każde było bardziej przerażające od poprzedniego. Kluczowym wnioskiem jest stwierdzenie, że „piękny, modry Dunaj był czerwony od krwi”: „Mishka był najgorszy. Uwielbiał zabijać Żydów. Gonił za złotem i srebrem… piękny, modry Dunaj był czerwony. To był on, rozpoznaję go”. Jego córce udaje się jednak oczyścić go z zarzutów, udowadniając podejrzane powiązania świadków z komunistycznym rządem i KGB. Jej ojciec zostaje na szczęście uniewinniony.

Dopiero później, w Budapeszcie, gdzie przesłuchała świadka, odkryła w pozytywce makabryczne zdjęcia obciążające jej ojca. Tym razem jego wina była niepodważalna: „Nigdy więcej nie chcę cię widzieć, tato. Nigdy więcej nie chcę, żeby mój syn cię widział” – płakała, a jej serce przepełniała nienawiść i odraza. A kiedy córka zagroziła, że powie synowi wszystko, niegodziwy dziadek odpowiedział, pewny siebie i arogancki: „On ci nie uwierzy. Oni ci nie uwierzą,
powiedzą, że zwariowałaś!”. Takie właśnie lubimy węgierskie rodziny: rozdarte, gotowe się pozabijać. Prawniczka w końcu wysyła zdjęcia do prasy i film kończy się zdjęciem jej ojca w mundurze milicji na pierwszej stronie gazety. Warto zauważyć, że Costa-Gavras starannie wplotła w film obrazy i muzykę z węgierskiego folkloru, prawdopodobnie po to, by jeszcze bardziej zniesmaczyć widzów.

Fatal Obsession (USA, 1992) rozpoczyna się uderzającą sceną: w domu w ładnej, schludnej dzielnicy, włamywacz, który włamał się w nocy, zostaje zaskoczony przez młodą parę. Mężczyźnie udaje się uciec, grożąc młodej kobiecie dużym nożem kuchennym. Napastnik jest czarnoskóry, ofiary białe, co jest rzadkością w kinie. Domyślamy się, że reżyser nie zamierza na tym poprzestać i rzeczywiście, już w następnej scenie uświadamiamy sobie, że są tam również mili czarnoskórzy, ponieważ jeden z dwóch policjantów, którzy przybywają, by uspokoić naszą uroczą parę, jest czarnoskóry. Jego kolega – biały mężczyzna – również jest bardzo miły i bardzo profesjonalny… ale tylko na pierwszy rzut oka! Bo w rzeczywistości jest niebezpiecznym psychopatą, który zauroczył się młodą kobietą i zamierza zamienić życie jej męża w piekło. Posuwa się nawet do zabicia swojego czarnoskórego kolegi wraz z młodym dilerem narkotyków, a swoją zbrodnię przedstawia jako strzelaninę między dwoma mężczyznami, co nie powstrzymuje go przed opłakiwaniem śmierci przyjaciela przed kamerami telewizyjnymi. Krótko mówiąc, atak nożem czarnoskórego mężczyznę zostaje wygodnie zapomniany pod koniec filmu, gdzie niebieskooki psychopata ponownie zajmuje centralne miejsce. Za to wszystko należy podziękować panu Jonathanowi Kaplanowi (znowu jemu!).

Copland (USA, 1995) ukazuje nieortodoksyjne metody działania niektórych nowojorskich policjantów. Wielu z nich uciekło z wielkiego, kosmopolitycznego miasta, którym gardzą, by zamieszkać w Garrison, małym, spokojnym miasteczku po drugiej stronie rzeki Hudson, gdzie mogą żyć w pokoju – wśród białych ludzi.

Szybko staje się jasne, że ci biali policjanci, którzy chowają swoich zmarłych przy dźwiękach irlandzkiej muzyki, są niesamowicie zorganizowani i nie wahają się fałszować śledztw, a nawet eliminować policjantów, którzy stają im na drodze. W gruncie rzeczy stworzyli prawdziwą mafię. Ale lokalny szeryf, który do tej pory przymykał na to oko, w końcu znajdzie odwagę, by działać. Wszyscy ci dranie to biali policjanci, podczas gdy po drugiej stronie, w Nowym Jorku, wielorasowa policja jest naprawdę świetna. Ten film, noszący „sygnaturę” Jamesa Mangolda, jest dziełem niezwykle sprytnego reżysera.

W „Teorii spisku” (USA, 1997) są źli i dobrzy. Ale to nie takie proste, bo niektórzy źli wcale nie są tacy źli, a nawet okazują się dobrzy. Jedno jest pewne: wszyscy źli są biali. I po raz kolejny obowiązkowe normy nie są przestrzegane. Reżyserem filmu jest Richard Donner.

Rasizm w kinie globalnym może być również skierowany przeciwko innym społecznościom. „Zabójcza broń 4” (USA, 1998) przedstawia dwóch policjantów z Los Angeles, jednego czarnoskórego i jednego białego, którzy odkrywają chińską siatkę imigracyjną. Czterysta osób bez środków do życia zostało stłoczonych w ładowni statku, ale czarnoskóry policjant, poruszony współczuciem i być może wspomnieniem swoich zniewolonych przodków, postanawia złamać prawo i uratować zapomnianą rodzinę w szalupie ratunkowej. Nasi dwaj policjanci szybko namierzają sieć, prowadzącą do szefa tej mafii, która sprowadza do Stanów Zjednoczonych tysiące Chińczyków. Ci imigranci latami pracują, aby spłacić koszty podróży i fałszywych dokumentów. To potężna organizacja przestępcza, która…
produkuje również fałszywe pieniądze. Film Richarda Donnera jest niewątpliwie zabawny i spektakularny. To również jeden z najbardziej rasistowskich filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Z naszej wiedzy wynika, że żadna społeczność, poza białą, nie została nigdy tak skandalicznie przedstawiona przez żydowskich filmowców. Takie potraktowanie prawdopodobnie wynika z faktu, że społeczność chińska jest jedyną, która hamuje rozwój społeczności żydowskiej pod względem biznesowym i organizacyjnym.

W podobnym duchu można spojrzeć na film XXL (Francja, 1997), który przedstawia Chińczyków w Paryżu w negatywnym świetle, twierdząc, że ich działalność handlowa szkodzi interesom społeczności żydowskiej w dzielnicy Sentier. Tutaj właściciel kawiarni z regionu Owernii i żydowski handlarz tekstyliami tworzą sojusz przeciwko nieznośnej inwazji Azji. Mieszkaniec Owernii (Gérard Depardieu) jest pogodny, ambitny i pewny siebie, podczas gdy Żyd (Michel Boujenah) jest niespokojny, nieśmiały i zmartwiony. Widz musi jednak zrozumieć, że ich różnice są, biorąc wszystko pod uwagę, bardzo powierzchowne i że mają wspólne interesy, aby bronić się przed tymi zepsutymi Chińczykami, których mogą zatem obrażać bez obawy przed reperkusjami prawnymi. Reżyserem tego filmu jest Ariel Zeitoun.

W filmie „Panic Room” (USA, 2001) bardzo bogata młoda kobieta (Jodie Poster) i jej córka przeprowadzają się do ogromnej rezydencji w sercu Manhattanu. Dom jest wyposażony w sejf zaprojektowany tak, aby przetrwać w razie ataku.

Pewnego wieczoru trzech włamywaczy włamuje się do willi. To początek przerażającej przygody, która zakończy się tragicznie, ponieważ łup, którego szukają, znajduje się w pomieszczeniu, w którym schroniły się dwie kobiety, nieświadome planów napastników. Z całej trójki włamywaczy, jedynie potężny czarnoskóry mężczyzna jest inteligentny: to on zaprojektował sejf. Jest też najbardziej utalentowany technicznie i najbardziej skrupulatny z całej trójki przestępców, od samego początku unikając przemocy. Liderem zespołu jest natomiast biały mężczyzna, niezwykle nerwowy i nieprzewidywalny, który kończy z kulą w głowie podczas próby ucieczki. Trzeci mężczyzna, również biały, bardzo spokojny, okazuje się niebezpiecznym psychopatą i obłąkanym zabójcą. Pod koniec filmu ten szaleniec miał zamiar zabić młodą kobietę, rozbijając jej twarz młotem kowalskim. Na szczęście czarnoskóry mężczyzna interweniował w samą porę. I to właśnie ten wysoki, czarnoskóry mężczyzna w trudnych warunkach dał chorej dziewczynce zastrzyk i ocalił od pewnej śmierci. Biali są źli, czarni są dobrzy. Film Davida Finchera.

W filmie O'brother (USA, 2000) trzem sympatycznym łobuzom udaje się uciec z więzienia na południu Stanów Zjednoczonych.

Początek filmu wydaje się być hołdem dla kultury Głębokiego Południa, a ucieczka naszych trzech uciekinierów odgrywa centralną rolę na tle muzyki country. Jednak po pewnym czasie typowy antyrasistowski przekaz znajduje swoje miejsce: biali politycy są przedstawiani jako złośliwi, rasistowscy i pozbawieni skrupułów intryganci. Ku Klux Klan naturalnie dostaje to, na co zasługuje, i rozumiemy, że nic nie przebije dobrego, wielorasowego społeczeństwa. Polityczne przesłanie jest tu sprytnie ucieleśnione przez kwartet muzyki country, złożony z naszych trzech towarzyszy i czarnoskórego gitarzysty. Trzeba przyznać, że ich muzyka jest naprawdę chwytliwa. Warto również zauważyć, że system wyborczy – jeden człowiek, jeden głos – jest przedstawiony takim, jakim jest: fikcją, gdzie zwycięski kandydat to ten, który organizuje najlepszą kampanię reklamową. Niemniej jednak, trafna uwaga dla braci Coen, Joela i Ethana.

Kino globalne często charakteryzuje się również antychrześcijańskim nastawieniem. W telewizji i filmach chrześcijanie, a zwłaszcza katolicy, są najczęściej przedstawiani jako bigoterzy, ograniczeni i nietolerancyjni, a nawet gwałciciele i mordercy. Duchowni katoliccy są najczęściej przedstawiani jako przystań dla sadystów i polimorficznych zboczeńców.

(O tym w kontynuacji)

Hevre Ryssen
Psychoanaliza Judaizmu

sobota, 5 września 2026

Ten zdumiewający egocentryzm "kosmopolitów"

 Ta gloryfikacja imigracji i mieszania się narodów europejskich nie jest nowym zjawiskiem. Już na początku VII wieku w Hiszpanii, która miała odczuć wstrząs związany z inwazją muzułmańską, Żydzi szerzyli idee defetystyczne i stali się „kolaborantami” z najeźdźcami, jak pisze sam autor…

Nawet Jacques Attali: „Z ich pomocą wojska muzułmańskie pokonały króla Roderyka w lipcu 711 roku i szybko podbiły cały półwysep”. W tych okolicznościach naturalnie narazili się na represje: „Arcybiskup Toledo oskarżył Żydów o zdradę na rzecz Saracenów, prowokując powstanie i organizując grabieże synagog”.

Hiszpania pod rządami muzułmanów, w której chrześcijanie musieli jeździć na osłach i płacić podatki, podczas gdy muzułmanie jeździli konno, pozostaje dla Żydów złotym wiekiem, za którym głęboko tęsknią. Wybitny żydowski historyk Léon Poliakov pisze na ten temat: „W 711 roku arabska inwazja wyniosła ich na szczyt drabiny społecznej, jako doradców i sojuszników zdobywców”.

„Jacques Attali potwierdza: «Żydzi nigdy nie znali piękniejszego miejsca do życia niż ten europejski islam z VII wieku».”

Były minister kultury Jack Lang również wypowiadał się na ten temat z takim samym werwą, jak jego współwyznawcy: 3 września 2005 r. w programie w godzinach największej oglądalności, przed milionami widzów, odpowiedział na improwizowane pytanie, którego się nie spodziewał: „Czy nie uważa pan, że we Francji jest zbyt wielu imigrantów?”. „Nie” – odpowiedział natychmiast – „wie pan, że Francja jest krajem z najmniejszą liczbą imigrantów w Europie”.

Ta odruchowa reakcja w istocie bardzo wyraźnie świadczy o być może naturalnej skłonności do traktowania „innych” jak głupców. Ta fenomenalna śmiałość jest charakterystyczna dla mentalności kosmopolitycznej. Żydzi nazywają to „chucpą”. To właśnie ta chucpa pozwala również marksistowskiemu filozofowi Derridzie napisać: „jest znacznie więcej miejsca, niż się twierdzi, aby pomieścić większą liczbę obcokrajowców” i dodać: „wbrew twierdzeniom imigracja nie wzrosła”.

Taką samą postawę chucpy przejawiał były przywódca studencki Maja 68, były anarchista Daniel Cohn-Bendit, który dziś bardzo logicznie nazywa siebie „liberałem libertariańskim”, gdy oświadczył: „Można by wywnioskować, że aby powstrzymać ksenofobię, najlepszym rozwiązaniem byłoby nadal zwiększanie, a nie zmniejszanie liczby obcokrajowców 1• ”

I to właśnie ta sama bezczelność skłoniła liberalnego eseistę Guya Sormana do napisania: „To nie obecność obcokrajowców byłaby przyczyną rasizmu, ale ich brak: fantazja imigranta byłaby zwiastunem przemocy, w znacznie większym stopniu niż on sam”.

Guy Sorman dodaje w podobnym duchu: „Czy Francja, która sto lat temu miała setki dialektów, patois i języków regionalnych, nie była wtedy bardziej wielokulturowa niż dzisiaj?”

Podobnie myśl kosmopolityczna stara się nam uświadomić, że zjawisko imigracji jest nieuniknione i że w związku z tym sprzeciwianie się mu nie ma sensu.

Jacques Attali przepowiada zatem wielkie przepływy migracyjne, z którymi będziemy musieli się pogodzić: „Francja, na czele, będzie musiała radykalnie zmienić swoje podejście do wysiłku i ruchu. Będzie musiała jednocześnie zapewnić sobie środki na wyraźne odrodzenie i zaakceptować wjazd dużej liczby obcokrajowców”.

Tak samo wyjaśnia dyrektor prasowy Jean Daniel w „Le Nouvel Observateur” z 13 października 2005 r.: „Nic nie powstrzyma napływu zubożałej ludności w kierunku starego i bogatego Zachodu... Dlatego mądrość, rozsądek, polega teraz na tym, by postępować tak, jakbyśmy mieli przyjmować coraz więcej imigrantów, których przyjęcie musimy przygotować... Musimy pogodzić się z tym, że narody nie będą już takie, jak dzisiaj".

Zauważmy po prostu, że w dyskursie marksistowskim to „społeczeństwo bezklasowe” miało być „nieuniknione”. Ale jak zrozumiałeś, nie chodzi tu tyle o analizę społeczną, co o propagandę mającą na celu pozbawienie nas samej idei samoobrony. Ta skłonność jest w istocie odbiciem profetycznego dyskursu, bardzo charakterystycznego dla tej mentalności kosmopolitycznej: projektujemy siebie w przyszłość, niesieni „proroctwami”, deklarując, że wszystko, co jest „napisane”, musi nieuchronnie się wydarzyć, zajść.

Przedsiębiorstwo wywołujące poczucie winy

Aby lepiej zaszczepić w „innych” ideał społeczeństwa pluralistycznego i globalnej unifikacji, myśl kosmopolityczna musi również podważać wszelkie poczucie przynależności etnicznej, narodowej, rasowej, rodzinnej czy religijnej. Historia Europejczyków będzie zatem przedstawiana jako ciąg okrucieństw, a ich przodkowie jako zbrodniarze. W książce z 2005 roku, zatytułowanej wprost „Kultura europejska i barbarzyństwo”, Edgar Morin pisze na przykład: „Można powiedzieć, że poprzez pamięć o ofiarach nazizmu, ale także poprzez pamięć o zniewoleniu deportowanej ludności afrykańskiej i o ucisku kolonialnym, do świadomości dociera barbarzyństwo Europy Zachodniej. Nazizm jest jedynie jego ostatecznym stadium."

W tej kampanii wpajania poczucia winy nie możemy zapomnieć o pluciu w twarz religii katolickiej i otwieraniu nowych dróg walki z inną, konkurencyjną religią: „Jedną z broni chrześcijańskiego barbarzyństwa było posługiwanie się szatanem” – pisze Morin. „…To między innymi, z tak szaloną machiną argumentacyjną, chrześcijaństwo uprawiało swoje barbarzyństwo. Oczywiście, nie miało monopolu na szatańską broń. Widzimy dziś wyraźnie, że szatan powraca bardziej niż kiedykolwiek w jadowitym dyskursie islamistycznym”

Viviane Forrester również pracowała w tym samym kierunku w swojej książce zatytułowanej *The Western Crime*. Znów zdajemy sobie sprawę, że hańba Europejczyków nie ogranicza się do epizodu II wojny światowej. Cała ich historia świadczy o ich okrucieństwie i poniżeniu, a Viviane Forrester podkreśla ten punkt: „Grabież, rzezie, ludobójstwo całych narodów były dokonywane przez wieki przez i dla Europejczyków na innych kontynentach z czystym sumieniem, z aprobatą opinii publicznej, jej podziwem dla takich wyczynów, jej wdzięcznością, gdy tylko zaspokoiła się jej chęć posiadania. Dzieje się tak dzięki zdolności ludzi Zachodu do zarządzania, unicestwiania i kamuflowania tego, co im przeszkadza, nie zmieniając w żaden sposób obrazu świata, który projektują, ani roli, którą twierdzą, że w nim odgrywają . W imię swojej supremacji, z wrodzonym poczuciem arogancji i pewnością fundamentalnej wyższości uzasadniającej ich uniwersalną przewagę, ludzie Zachodu przyznali sobie prawo do dekretowania, bez skrupułów i jakby to było oczywiste, o znikomości wielu istot żywych uznanych za niewygodne i o podludzkiej bezwartościowości całych populacji, a nawet o ich domniemanej szkodliwości. Od tamtej pory grabież, uciskanie, prześladowanie i mordowanie bez ograniczeń tych obcych mas uważanych za niepożądane i często katastrofalne stało się akceptowalne, a nawet konieczne, a jeszcze lepiej: wymagane."

Styl jest trochę szorstki, ale pomysł jest.

W *Récidives*, zbiorze artykułów opublikowanych w 2004 roku, Bernard-Henri Lévy miażdży bestię jeszcze bardziej, oświadczając, że nie tylko hańba europejskiej cywilizacji musi zostać zakwestionowana, ale także sam biały człowiek, który jest z natury zepsuty i przewrotny w swojej istocie: „Człowiek Zachodu w tym, co go kształtowało i definiowało przez kilkaset lub kilka tysięcy lat ”.

Cytując książkę Jean-Claude'a Milnera, opublikowaną w 2003 roku i zatytułowaną *Les Penchants criminels de l'Europe démocratique* (Zbrodnicze tendencje demokratycznej Europy), Bernard-Henri potwierdza: Europa jest rzeczywiście „potencjalnie przestępcza”.

Ta skłonność do oczerniania przeszłości Europejczyka z pewnością nie jest wyjątkowa dla kosmopolitycznych intelektualistów mieszkających we Francji. Można ją znaleźć również wśród ich odpowiedników po drugiej stronie Atlantyku, takich jak Michael Moore, który w 2002 roku opublikował książkę o trafnym tytule „Głupi Biali Ludzie”, która spotkała się z dużym zainteresowaniem mediów we Francji. We wstępie Michael Moore wyjaśnia genezę bolączek trapiących dzisiejszą Amerykę: „Wszystko zaczęło się rozpadać. Czy to chwiejna gospodarka, kurczące się rezerwy energii, oddalanie się od pokoju na świecie, brak bezpieczeństwa pracy, brak zabezpieczenia socjalnego…Amerykanie zrozumieli, że nic już nie działa.

Jeśli wszystko idzie źle, jak można się domyślić, to wyłącznie wina rasistowskich białych idiotów u władzy: „Ten wirus białej głupoty” – pisze – „jest tak potężny, że zaraził nawet czarnoskórych, takich jak Colin Powell, minister spraw wewnętrznych Gale Norton i doradczyni ds. bezpieczeństwa narodowego Condoleezza Riece. Ci głupi biali ludzie [zespół prezydenta Busha] muszą zostać powstrzymani”.

Naturalnie Michael Moore nie wspomina o niezliczonych Żydach, którzy stanowią znaczną część kolejnych amerykańskich rządów i krążą wokół prezydenta, ale jak to mówią, to uczciwa gra.

Rozdział IV nosi prosty tytuł: „Zabić białych”. W nim Michael otwarcie deklaruje swoją nienawiść do białych mężczyzn: „Nie wiem dlaczego” – mówi – „ale za każdym razem, gdy widzę zbliżającego się do mnie białego mężczyznę, denerwuję się… Biali mężczyźni mnie przerażają. Może to trudne do zrozumienia, bo sam jestem biały, ale kolor mojej skóry daje mi pewną jasność… Każda zniewaga, każdy okrutny czyn, każdy ból i cierpienie w moim życiu wiążą się z białym mężczyzną. Więc, hę, dlaczego miałbym bać się czarnych mężczyzn?”

To prawda, że gdyby Michael Moore miał na głowie migającą latarkę i nosił fluorescencyjne ubranie, bylibyśmy bardziej podejrzliwi. Ale posłuchajmy Michaela: „Patrzę na świat, w którym żyję, i widzę, że to nie Afroamerykanie uczynili z tej planety tak żałosne i przerażające miejsce. Niedawno artykuł naukowy w „New York Timesie” nosił tytuł: „Kto zbudował bombę wodorową?”. W artykule omówiono spór między różnymi osobami, które przypisywały sobie zasługę zbudowania pierwszej bomby. Szczerze mówiąc, jaki w tym sens, skoro znałem jedyną sensowną odpowiedź: „To był biały człowiek”. Żaden czarnoskóry nigdy nie zaprojektował ani nie zbudował bomby, która miałaby unicestwić niewinnych ludzi, czy to w Oklahoma City, Columbine, czy Hiroszimie. Nie, moi przyjaciele, to zawsze biały człowiek”.

O rany, Michael! To prawda, że Einstein, Hahn i Oppenheimer, ojcowie bomby atomowej, byli rodowitymi Bretończykami, tak jak Cohen, wynalazca bomby neutronowej, czy Weizmann i Fritz Haber, wynalazcy gazu bojowego podczas I wojny światowej. Ten nawyk ciągłego obwiniania innych za własne przewinienia jest niewątpliwie cechą charakterystyczną tej mentalności kosmopolitycznej, a później przekonamy się, że ta skłonność jest głęboko zakorzeniona w umysłach niektórych intelektualistów. Wiemy też, że rola żydowskich handlarzy w handlu niewolnikami jest po prostu przytłaczająca. Ale pójdźmy dalej i „przyjrzyjmy się bliżej” z naszym przyjacielem Michaelem:

„Kto dał nam Czarną Śmierć? Biały człowiek. Kto wynalazł PCB, PVC, PBB i wszystkie te chemikalia, które nas trują? Biali ludzie. Kto rozpoczął wszystkie wojny z udziałem Ameryki? Biali ludzie. Kto odpowiada za programy w FOX? Biali ludzie. Kto wynalazł karty wyników? Biały człowiek. Kto wpadł na pomysł zanieczyszczania świata silnikiem spalinowym? Mali biali ludzie.

Holokaust? Ten facet, który nie wyświadczył białym żadnej przysługi (dlatego wolimy nazywać go nazistą, a jego zwolenników Niemcami). Ludobójstwo rdzennych Amerykanów? Biali ludzie. Niewolnictwo? Biedni biali ludzie. Do tej pory w 2001 roku amerykańskie firmy zwolniły ponad 700 000 osób. Kto zlecił te zwolnienia? Biali szefowie. Kto mnie nęka w internecie? Pieprzony biały człowiek, a jeśli go znajdę, to będzie martwy biały człowiek."

W swojej zaciekłej nienawiści do białego człowieka Michael Moore może jedynie zakończyć apelem o krzyżowanie ras, aby położyć kres tym aroganckim gojom: „Dlaczego więc nie uciekamy, gdy widzimy zbliżających się małych białych ludzi?Dlaczego martwimy się, że nasze córki wyjdą za mąż za białych ludzi? Nie żeńcie się z innymi białymi ludźmi... [to] ostatecznie doprowadzi do powstania narodu o jednym kolorze skóry. A kiedy wszyscy będziemy mieli ten sam kolor skóry, nie będziemy już mieli powodu, żeby się nienawidzić”.

Wtedy będzie to idealny świat; albo prawie idealny: jedyne, co pozostanie, to wymieszanie Żydów.

Pod koniec stycznia 2004 roku „Le Nouvel Observateur” zamieścił na okładce duże zdjęcie pana Moore’a z nagłówkiem: „Ameryka, którą kochamy, nie Busha”. „Le Nouvel Observateur” oferuje nam tu ograniczony wybór, wpisując się w wielką tradycję demokratyczną: jeśli nie podoba ci się „prawica”, zawsze możesz wybrać „lewicę”. Ważne jest, jak zapewne się domyślasz, żeby nie wychylać się poza krąg, bo inaczej „stracisz”.

To systematyczne obwinianie działa z pełną mocą we wszystkich systemach demokratycznych. W tym względzie II wojna światowa to żyzny grunt dla uprawy wszystkich trujących roślin, które stworzą nową, transgeniczną historiografię dla przyszłych pokoleń. Elie Wiesel, na przykład, oskarżył o zbiorową odpowiedzialność białych ludzi za Holokaust; wszystkich białych ludzi, nie tylko Niemców: „Skoro Moskwa i Waszyngton zostały poinformowane o tym, co zabójcy robili w obozach zagłady” – pisze – „dlaczego nic nie zrobiono, aby przynajmniej spowolnić ich »produkcję«? To, że ani jeden samolot wojskowy nie próbował zniszczyć linii kolejowych wokół Auschwitz, pozostaje dla mnie skandaliczną zagadką. W tamtym czasie Birkenau »przetwarzało« dziesięć tysięcy Żydów dziennie . Ale czy Żydzi żyją, czy umierają, czy znikną dziś, czy jutro, wolnego świata to nie obchodziło”.

Elie Wiesel był więc szczerze zniesmaczony hipokryzją aliantów: „Był czas” – powiedział – „kiedy wszystko podburzało mnie do gniewu, nawet do buntu. Przeciwko współwinnej ludzkości. Później czułem głównie smutek… Tchórzliwi, ludzie nie chcieli słuchać”. Pisarz Marek Halter przyjął podobne podejście: „Tak, co robił świat, gdy Żydzi byli masakrowani? To dręczące pytanie dręczy mnie za każdym razem, gdy wyrażam solidarność z prześladowanymi… Chcę zrozumieć: dlaczego śmierć rwandyjskich dzieci jest dla nas dziś nie do zniesienia, skoro jeszcze wczoraj śmierć żydowskich dzieci pozostawiła światową opinię obojętną?”

Zatem w oczach Eliego Wiesela i Marka Haltera dziesiątki milionów gojów z Europy, którzy zginęli podczas tej wojny, ewidentnie nie wystarczyły, by odpokutować zbrodnie popełnione przez ich przywódców. Zauważmy tu jedynie, że ani wspomnienia Churchilla, ani generała de Gaulle'a, ani nawet Roosevelta, nie wspominają o komorach gazowych w czasie wojny. Ale to prawdopodobnie dlatego, że ci ludzie byli tchórzami.

Ostatnie słowo w tym strasznym rozdziale Holokaustu możemy pozostawić filozofowi Bernardowi-Henri Lévy’emu: „Ta zbrodnia bez pozostałości, ta zbrodnia bez archiwów, ta zbrodnia bez śladów, ta zbrodnia bez ruin, ta zbrodnia bez grobów jest zbrodnią doskonałą, nie w tym sensie, w jakim została napisana. W tym sensie, nie że nie została ukarana, ale w tym sensie, że będzie tak, jakby nic się nie wydarzyło.

A tym, którzy pytają: „Kiedy nadejdzie czas żałoby? Kiedy rana zostanie zszyta?”, Bernard-Henri Lévy odpowiada: „To rana bez szwów, bez blizn, bez możliwości żałoby; to jedna z tych ran, o których Levinas mówił również w latach 60., że „muszą krwawić aż do końca świata”.

Ta nieskończona pamięć”, pisze Lévy, „...twierzę bardzo, bardzo głęboko, że… to nie jest sprawa tylko ofiar ani tylko ocalałych ofiar, a tym bardziej tylko Żydów; wierzę, że jest to wspólne dla narodów, i w ogóle dla wszystkich narodów".

Rozumiecie: wszystkie narody na wszystkich kontynentach muszą odpokutować do końca świata za tę „zbrodnię bez pozostałości, bez śladów, bez ruin i bez archiwów”. To jest nowa religia współczesności. Ten zdumiewający egocentryzm jest z pewnością kolejną cechą globalnej mentalności.

Herve Ryssen
Z książki Psychoanaliza Judaizmu

piątek, 4 września 2026

„Głupszych nie było” czyli taniec śmierci III RP

 

Największe kłamstwo III RP i jej pseudoelit polega na wmówieniu Polakom, że obie sylaby popisu prezentują jakąś inną jakość i mają przeciwstawne cele. Niezależnie od osób liderów i zmiennych nazw, obie siły należą do tego samego układu, do Loży Okrągłego Stołu, ukonstytuowanego w Magdalence, a wymyślonego wcześniej, w jakichś kabalistycznych lożach. Celem obydwu sylab popisu jest władza oscylacyjna, czyli cykliczna zamiana miejsc między rządem i opozycją, zawsze w tym samym układzie, wokół wspólnego punktu. Jest nim Socjalistyczna Okupacja Likwidacyjno Transformacyjna, polegająca na stopniowej likwidacji struktur państwa i transformacji narodu w zasób.

=========================================

Taniec śmierci III RP

Ad mortem festinamus peccare desistamus – ku śmierci spieszymy, grzeszyć zaniechajmy – tak głosi refren słynnej pieśni, zapisanej w El Libre Vermell, rękopisie Czerwonej księgi, przechowywanym w benedyktyńskim klasztorze Montserrat.

Kodeks pochodzi z 1399 r., jednak niektóre utwory znacznie są wcześniejsze. Ad mortem festinamus, czyli taniec śmierci to jeden ze standardów epoki, zwanej średniowieczem, w której ludzie mieli świadomość przemijania czasu i nieuchronności śmierci. Ówczesna skłonność do grzechu miała więc swoje granice – śmierć, czyli praktyczna realizacja trzeciej zasady termodynamiki. Tak wierzono w średniowieczu i jeszcze później, dopóki trwały w umysłach wpływy chrześcijaństwa. Później jednak, w ramach modernizacji życia, dokonywanej pod skrywanym kierownictwem masonów, pozostających pod subtelnym wpływem żydowskiej Kabały formalni chrześcijanie uwierzyli w żydowską gnozę, co oznacza, że czują się bogami, uważają się za nieśmiertelnych i zachowują się tak, jakby mogli wszystko.

Tak właśnie działają zarządcy Zachodu, w tym politycy USA i Europy, a wśród nich politycy w Polsce, tworzący grupę trzymającą III RP. Obce im są prawa Boskie, chętnie łamią prawa natury, a prawo stanowione dowolnie tworzą, zmieniają i łamią. Przyzwyczaili się do własnej bezkarności, która wywodzi się z pozornej bezalternatywności ich rządów. Zastosowali model gnostyckiej dialektyki, który nazwałem Trójprostytucją, w którym w państwie działają dwie duże siły polityczne, mające własne media i żelazne elektoraty. Na co dzień zwalczają się zaciekle, rozniecając potężne emocje i wzajemną wrogość w obydwu elektoratach. Ich politycy prezentują się na przemian jako postępowcy lub konserwatyści, mogą jednak dowolnie zmieniać przynależności partyjne i głosić po jakimś czasie coś odwrotnego.

Wobec swoich zwolenników i przeciwników posługują się debilizacją, ogłupiając ich do tego stopnia, że przez emocje nie dostrzegają ich nieustannego kłamstwa. Stabilność systemu zapewnia trzecia, mała siła polityczna, przyklejająca się raz do jednej, raz do drugiej dużej. Wszystkie te siły polityczne i media oraz dyżurni pseudoeksperci zarządzani są przez talmudyczne siły spoza jakiegokolwiek kraju. Nawet bowiem państwo Izrael podlega temu sterowaniu. Wybory są łatwe do zarządzania i przewidzenia, i tak tanim kosztem gnostycy zarządzają Zachodem już od XIX wieku, coraz bardziej odbierając sprawczość narodom, coraz mocniej im szkodząc, coraz głębiej wpychając w hańbę i samo-upodlenie. To zemsta za odebranie wybraństwa, zburzenie Świątyni i rozproszenie.

Największe kłamstwo III RP i jej pseudoelit polega na wmówieniu Polakom, że obie sylaby popisu prezentują jakąś inną jakość i mają przeciwstawne cele. Niezależnie od osób liderów i zmiennych nazw, obie siły należą do tego samego układu, do Loży Okrągłego Stołu, ukonstytuowanego w Magdalence, a wymyślonego wcześniej, w jakichś kabalistycznych lożach. Celem obydwu sylab popisu jest władza oscylacyjna, czyli cykliczna zamiana miejsc między rządem i opozycją, zawsze w tym samym układzie, wokół wspólnego punktu. Jest nim Socjalistyczna Okupacja Likwidacyjno Transformacyjna, polegająca na stopniowej likwidacji struktur państwa i transformacji narodu w zasób. Dwa są warunki jej trwania: bazowanie na zasobach własnych i brak świadomości ludności. Bazowanie na zasobach własnych polega na tym, że ten proces musi być prowadzony własnymi siłami, tak, aby ludzie myśleli, że wszystko jest normalnie i im służy, aby uniknąć jawnej okupacji wojskowej lub nawet politycznej. Wszystko to obsługują więc politycy udający Polaków i realizację polskiego interesu, wykorzystujący krajowe systemy sterowania, w tym administrację, sądy, policję, wojsko, edukację, służbę zdrowia i inne. Rolę obcych wojsk, które byłyby konieczne w klasycznej okupacji wypełniają własne systemy, które ludność akceptuje właśnie z tego powodu, że są własne, dlatego jest to samo-okupacja. Ktoś mógłby skontrować, że przecież w Polsce stacjonują wojska sojusznicze NATO. Na to odpowiem, że owszem, są to oddziały okupacyjne, lecz jest ich zbyt mało, aby utrzymać kraj tej wielkości. Nawet Armii Czerwonej było za mało, i służyła głównie temu, aby pilnować Wojska Polskiego, gdyby coś komuś przyszło do głowy. Drugi warunek to brak świadomości ludności, że polityka kolejnych rządów jest samobójcza dla państwa i narodu. Osiąga się to licznymi metodami debilizacji i dezinformacji, ogłupiając, rozpraszając i odwracając uwagę, podsuwając pozorne cele, wskazując zagrożenia, które sami wymyślają lub prowokują. I wszystko to cały czas pod dyktando gnostyków. Nawet własnego rozumu używać nie muszą, wystarczy im ślepe klepanie instrukcji i wykonywanie poleceń, podawanych przez sms jako przekaz dnia. Tak działa debilokracja, o której piszę w Wesołym wymieraniu, księdze trzeciej Poradnika świadomego narodu, już niedługo w druku. Tam nie trzeba mądrych, lecz przeciwnie, cnotą jest głupota. Polityczny mainstream III RP może mieć wspólny szyld: „Głupszych nie było”.

To wszystko jednak do czasu, ad mortem festinamus, trzecia zasada termodynamiki działa również na władzę. Ludzie, którzy odrzucili Boga i przyjęli gnozę uważają co prawda, że są wszechmądrzy i wszechmocni, a ich poddani niczego nie rozumieją, nie zrozumieją i sami bez gnostyków niczego nie zrobią, są jednak w błędzie, wynikającym z pychy. Ludność Polski akceptuje debilokrację z jednego powodu: niepisanego i domyślnego kontraktu społecznego. Fundamentem III RP nie jest bowiem układ z Magdalenki, czyli sitwa Żydów z Żydami, lecz przekonanie Polaków, aby dali sobie spokój z władzą, dali spokój władzy i zajęli się swoimi prywatnymi sprawami.

W zamian za to kamaryla III RP zaoferowała Polakom to, czego im od bardzo dawna brakowało: konsumpcję. Nie tylko PRL miał tu duże ograniczenia, wcześniej była wojna, jeszcze wcześniej odbudowa po poprzednich wojnach, jeszcze wcześniej zabory. Polakom pokazano bogactwo wszelkich dóbr w telewizorach, w kolorowych pismach z Zachodu, przykładem katalog Burda, w przekazach tych, którym pozwolono wyjechać na saksy na Zachód. Gdy Trójprostytucja zaoferowała Polakom dostęp do tego, w zamian za utratę wszystkiego, co nie należało do nich prywatnie, Polacy na to przystali i zawarli z Trójprostytucją kontrakt. Brzmi on tak: Polacy: wiemy, że jesteście złodziejami i zdrajcami, wiemy, że wasza polityka to bagno, ale machamy na to ręką i nie wtrącamy się, bylebyśmy mieli osobistą konsumpcję i swobodę wyjazdów zagranicznych. Trójprostytucja: ok, my się wszystkim zajmujemy, a wy niczego nie musicie robić, będziecie zadowoleni. Rousseau miał jednak sporo racji, umowa społeczna jest możliwa, tyle że zawsze zamieni się w swoją własną patologię, w Trójprostytucję, w debilokrację, w talmudyczne rządy gnostyków.

Zawsze jednak nastanie kres tego, a dla III RP nie majaczy on mglisto na horyzoncie, ale nadciąga niczym światło pociągu w tunelu. Gnostycy bowiem mają swoje plany, a teraz musieli przyspieszyć, bo im się pozawalały, i próbują improwizować. Starają się więc wykorzystać wszystkie swoje aktywa, w tym III RP i jej debilokrację. Celem dla nas była zamiana Polski i Ukrainy w Ukropolin (kto pamięta jeszcze wspólne mistrzostwa Euro 2012?), ale stopniowa i niezauważalna. Sprawa jednak się rypła, dlatego teraz mamy robione na szybko metodami szokowymi. Polacy to zaczęli w końcu zauważać i zaczynają się stawiać. Dlatego rządy III RP próbują używać przemocy, czego przykładem jest sotnia prokuratorów Żurka do ścigania Polaków za mowę nienawiści. Skutek jednak będzie odwrotny, bo im więcej prześladowań i represji, tym więcej stawiających się Polaków. Nie wystarczy już jedna Sotnia Żurka, potrzebne będą kolejne, i w końcu zabraknie kadr.

To jednak nie koniec problemów III RP. Gnostycy chcą rozszerzyć wojnę ukraińską, bo potrzebują jej, aby utrzymać Unię Europejską i potężną spółkę z Zeleńskim do prania pieniędzy. Wykorzystują do tego Nową Chazarię oraz rządy w Polsce i państwach bałtyckich, tam mają bowiem posłuszne aktywa polityczne. Jednocześnie chcą się nachapać, okradając Polaków z czego się da, zadłużając państwo, niszcząc gospodarkę i podrażając koszty życia. Polacy dotąd to akceptują, bo wciąż mają tą swoją prywatną konsumpcję, tą małą stabilizację III RP. Nie da się jednak w nieskończoność okradać Polski, jest jakiś próg, poza którym zabraknie szmalu na rozdawnictwo i zacznie się niedobór. Dlatego w ręku mają uniwersalne rozwiązanie: stan wojenny, jak w latach 80-tych.

Poza tym gnostycy muszą jeszcze dbać o resztę Europy, a tu we Francji wybory na wiosnę przyszłego roku, w których może wygrać Le Pen, i wtedy zacznie się szybka jazda do rozpadu UE. [Ależ fantazja ponosi autora. Przynajmniej w tym sensie, że jak ma się rozpocząć "szybka jazda", to się rozpocznie, z Le Pen, czy bez niej. VB]

Stan wojenny w Polsce mógłby bardzo pomóc jeszcze trochę przytrzymać Europę w talmudycznym uścisku unijnym. Nie pierwszy raz jakaś polska wojenka służy do załatwiania spraw na Zachodzie, większość naszych powstań temu służyła.

Wojna lub chociaż stan wojenny w Polsce nie będzie więc służył tylko władzom III RP, aby się utrzymać, ale gnostykom, aby utrzymać Unię i Ukrainę w swoim ręku. Jeśli bowiem ktoś nie wesprze Ukrainy, ta w końcu będzie zmuszona uznać władzę Rosji. Widzimy więc, ile jest powodów, aby uruchomić w Polsce stan wojenny, a do tego będą potrzebne jakieś działania wojenne. A to bez Rosji się nie uda, dlatego najbardziej oczywistym sposobem jest prowokacja tak duża, aby Rosja została zmuszona do jakiejś formy ataku na jakieś państwo NATO.

Jest w tym jeden problem. Wówczas gwałtownemu zatrzymaniu ulegnie konsumpcja w Polsce, a jej niezakłóconość jest warunkiem umowy społecznej III RP. Atak Rosji na Polskę najpewniej będzie realizowany według wzorców, sprawdzonych już na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie: punktowe uderzenia na infrastrukturę krytyczną, centra zarządzania i węzły logistyczne. Będą one skuteczne, ostatnie kilka lat pokazało, jak bardzo państwo polskie jest odsłonięte i podatne na ataki, w tym sabotaż i dywersję. Dopóki jednak życie zwykłych obywateli płynie swoim leniwym nurtem, nic gwałtownego w Polsce się nie dzieje. Jeśli jednak uruchomią to, co zapowiada premier i ministrowie, czyli wojnę z Rosją, ostatnio w ciągu najbliższych 8 miesięcy, czyli akurat na wybory we Francji, wówczas konsumpcja, a w jej ramach poczucie dobrostanu ulegnie gwałtownemu załamaniu, a wtedy nikt nie wie, co się wydarzy.

Na pewno nastanie chaos, a władze nie będą w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb ludności. W krótkim czasie mogą nastać bardzo gwałtowne wystąpienia, a funkcjonariusze władzy zaczną zwalczać się między sobą. System władzy szybko się rozpadnie, wściekły tłum rzuci się do gardeł decydentom, i przeżyją ci, którzy zdołają uciec z Polski, co wcale nie będzie łatwe, bo tych ludzi nie będzie chciał przyjąć nikt na świecie, nawet ich mocodawcy. Jeśli bowiem politycy III RP zdecydują się na wejście Polski do wojny z Rosją, wszyscy natychmiast wskażą ich jako winnych Trzeciej Wojny Światowej. Zostaną okrzyknięci jako podżegacze wojenni przez swoich sojuszników, i być może wykończeni przez własnych podwładnych. Jeśli więc ludzikom tym wydaje się, że jakieś ich plecaki ucieczkowe zapewnią im przetrwanie, srodze mogą się zawieść.

Coś z tego zapewne się wydarzy, gdyż debilokracja uruchomiła takie procesy, których nie jest już w stanie zatrzymać ani kontrolować. Ludność III RP zostanie zaś brutalnie i boleśnie wytrącona ze swego letargu, a wówczas władza znajdzie się na ulicy. Paradoksalnie największym beneficjentem upadku systemu władzy III RP będzie środowisko polityczne Grzegorza Brauna i Korony, do którego ja również się zaliczam. Jednak to właśnie my robimy wszystko, aby powstrzymać wojnę, bo nie chcemy ludzkich cierpień. Nie chcemy cierpień Ukraińców, życzymy im pokoju, aby mogli wrócić do swojej ojczyzny. Chcemy, aby wojna z Rosją zakończyła się jak najszybciej. Nie chcemy przemocy w Polsce ani w żadnym innym kraju. Nie chcemy obalania siłą ustroju i władzy, bo to oznacza chaos i zaburzenia, a my jesteśmy państwowcami i legalistami. Nie chcemy, aby politycy w Polsce, nawet najbardziej winni padali ofiarami samosądów. Chcemy dla wszystkich sprawiedliwości, a od ferowania wyroków są sądy, które powinny być sprawiedliwe, a nie talmudyczne. Nie nawołujemy do przemocy, nawołujemy do pokoju, opamiętania i nawrócenia.

My nie zdestabilizujemy sytuacji w Polsce, my nie obalimy ustroju, nie obalimy władzy w sposób nielegalny, nie będziemy powodować ani nawoływać do przemocy. Ale jeśli władza obali się sama, będziemy wiedzieli, co zrobić. Politycy w Polsce obu sylab popisu nie mają alternatywy dla tego, w czym biorą udział. Oni nie wyobrażają sobie żadnego innego ustroju ani innej polityki. A my tak, my będziemy wiedzieli, co zrobić z Polską, i to nasze wizje wyznaczą politykę Polski, bo innej drogi nie ma, poza śmiercią narodu i państwa. Melodia Ad mortem festinamus, pomimo poważnej treści skoczna jest i wesoła.

Wszyscy uczestnicy korowodu śmierci pląsają wesoło ku nieuchronnemu końcowi. Tak właśnie trupio cieszy się III RP w swoich podrygach. Jeszcze nie agonalnych, choć może to nastąpić w każdej chwili. A już niedługo trzecia księga Poradnika świadomego narodu: Wesołe wymieranie. Będzie ostro, obiecuję.

*

O zagrożeniach, wojnach, Żydach, gojach, Ukrainie, Rosji, Chinach, Ameryce, i wyjściu z matni piszę w mojej najnowszej książce: Nasza polska walka. Tak odniesiemy zwycięstwo.

Link do książki: sklep
https://sklep.instytutws.pl/ksiazki/183-nasza-polska-walka-tak-odniesiemy-zwyciestwo-bartosz-kopczynski-9788397591349.html
________________

Taniec śmierci III RP, Bartosz Kopczyński, 2 września 2026

https://ekspedyt.org/2026/09/02/glupszych-nie-bylo-czyli-taniec-smierci-iii-rp/

Doskonała REKLAMA. Łódzki [****] wietrzy antysemityzm

 

„Garbate nosy – kulisy judaizacji”, „Niewolnictwo Słowian”, „Poradnik świadomego narodu”, „Myśli Nowoczesnego Polaka”, czy „Talmud o gojach” i „Protokoły mędrców Syjonu” – m.in. te pozycje oburzyły pewnego społecznika, który dostrzegł je w witrynie jednej z łódzkich księgarni – Klubu Książki Patriotycznej. Poszedł z zawiadomieniem do prokuratury.


Na wystawie działającej w centrum Łodzi księgarni Klubu Książki Patriotycznej łódzki społecznik Stanisław Roszczyk dostrzegł niepokojące go tytuły. Sprawa trafiła do Prokuratury Rejonowej Łódź-Górna.


„W tej sprawie nie mają znaczenia sympatie polityczne. Na antysemityzm i ksenofobię po prostu nie może być miejsca w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w Łodzi, w mieście, w którym w czasie Holokaustu zginęła jedna trzecia mieszkańców. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się szczucie na drugiego człowieka” – grzmiał, cytowany przez radiolodzy.pl.


„Można znaleźć u nas publikacje niewygodne, których próżno szukać w popularnych sieciach. Czytelnik nie musi się z nimi zgadzać, ale powinien mieć możliwość samodzielnego czytania, myślenia czy wyrobienia sobie opinii” – odpowiedział natomiast prowadzący księgarnię Kornel Kapuściński.


O jakie książki chodzi? Na zamieszczonym przez portal Radia Łódź zdjęciu widać m.in. następujące pozycje:


„Talmud o gojach” – Ks. Dr Stanisław Trzeciak

„Myśli Nowoczesnego Polaka” – Roman Dmowski

„Niewolnictwo Słowian. Żydowscy handlarze, germańscy łowcy, arabscy eksploatatorzy” – Tomasz Szkopek

„Polska czy UkroPolin czyli Polska Palestyną Europy” – Krzysztof Baliński

„Garbate nosy – kulisy judaizacji” – Marcin Rola.

Portal wymienia także „Protokoły mędrców Syjonu”.


W witrynie widać również podpisaną przez Grzegorza Brauna gaśnicę oraz inne pozycje:


„Paszkwil Wyborczej” – Leszek Żebrowski

„Masoneria. Jej istota, zasady, dążności, początki, rozwój, organizacja, ceremoniał i działanie” – Św. bp Józef Sebastian Pelczar

„Ekshumacja. Ludobójcy w masce ofiar” – Wojciech Sumliński, Małgorzata Grupa

„Operacja Okrągły Stół” – Leszek Szymowski

„Poradnik świadomego narodu. Księga II. Rewolucja Bachantek” – Bartosz Kopczyński.


2.09.2026 nczas/lodzki-spolecznik-wietrzy-antysemityzm-wszystko-przez-te-ksiazki-w-witrynie-ksiegarni  


Ukraiński głos w twoim domu

 

„Bij Ukraińca – wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce” – już sam tytuł napawał strachem. Grozą powiało także w zapowiedzi programu: „Relacje polsko-ukraińskie ulegają wyraźnemu pogorszeniu na tle rosnącej niechęci i incydentów wymierzonych w Ukraińców. Agresja przybiera postać nasilającej się mowy nienawiści w internecie i przestrzeni publicznej, a także bezpośrednich ataków werbalnych oraz napaści fizycznych. W audycji postawimy pytanie o potencjalne wykorzystanie tych napięć w rosyjskich operacjach wpływu. Były prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej Rafał Dzięciołowski przedstawi zagrożenia dla obu krajów i możliwości naprawy relacji”.

Gdy Radio Wnet wyemitowało program, to okazało się, że to dzień pamięci ofiar zbrodni na Wołyniu, że to tuż po tym, gdy we Wrocławiu 18-letni Ukrainiec wszedł za 30-letnią Polką do klatki schodowej i dźgnął ją nożem, a kobieta w stanie krytycznym walczy o życie i że to dokładnie rok po tym, gdy niejaka Natalia Panczenko trafnie (i skutecznie) przewidziała plagi, jakie spadną na Polaków, gdy będą sprzeciwiać się Ukraińcom.

Bohater programu przemówił: „Rozwija się zdziczenie Polaków (…) „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”. Na koniec, łypiąc spode łba bandyckimi ślepiami zapytał lub raczej podsunął pomysł na „naprawę relacji polsko-ukraińskich”: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. I chyba nie trzeba wyjaśniać, że przez „tego” miał na myśli nas, Polaków. A co do nienawistnych ślepiów, to trudno było odpędzić wrażenie, że takimi ślepiami łypał ukraiński rezun, gdy zarzynał Polaka.

Wyliczając krzywdy, jakie spotykają Ukraińców i złorzecząc na „polskich nienawistników”, ani słowem nie wspomniał, że „zdziczeni” ugościli w lutym 2022 roku milion jego ziomków, że do dziś zapewniają nierobom wikt i opierunek i że wydali na to kilkanaście miliardów złotych. Nie wspomniał też o tym zaproszony do programu wolontariusz Igor Tracz, bo opowiadając o niesionej Ukrainie pomocy ani słowem nie powiedział, kto ją „niesie” i kto za nią płaci. Podsumowując: uchodzące za tubę prawicowych patriotów radio, doszlusowało do akcji polowania na Polaków i przyłączyło się do ataku na „brunatną, szowinistyczną, przepełnioną nienawiścią do gości polską prawicę”.

Co to za jeden? Sam o sobie mówi: „Od zawsze zajmowałem się Polakami na Wschodzie”. My dodajmy, że jego nazwisko pojawia się, też od zawsze, we władzach wszystkich fundacji zajmujących się „pomocą Polakom na Wschodzie” i że na jego przykładzie prześledzić można, jak fundacje te, zamiast zajmować się Polakami na Wschodzie, zajmują się Ukraińcami na Ukrainie. A jeśli już „zajmują się” Polakami, to tak, jak on w Radiu Wnet.

O Dzięciołowski Radio Wnet pisze: „to były prezes Fundacji Solidarności Międzynarodowej”. Przyjrzyjmy się zatem tej fundacji. Przypomnijmy, kto ją założył i czym się zajmowała. A to było tak: Za „Pierwszego Tuska” ministrem sprawa zagranicznych zostaje Radek Sikorski. Na tym stanowisku wykazuje wielką aktywność, ale nie w sprawach dotyczących polskiego interesu narodowego i niekoniecznie najpilniejszych. Na zastępcę dobiera sobie Krzysztofa Stanowskiego, wcześniej wiceministra Edukacji Narodowej, współorganizatora  przewrotu ideologicznego w szkolnictwie, etatowego propagatora i rzecznika wdrożenia w programach szkolnych ideologii „społeczeństwa otwartego”.

Radek przydziela Stanowskiemu nadzór nad tzw. pomocą rozwojową, ale – jak się później okazało – chodziło mu o reorganizację dystrybucji takiej pomocy, poprzez wyprowadzenie przeznaczonych na nią publicznych pieniędzy poza MSZ. A to wyglądało tak: Stanowski tworzy Fundację Solidarności Międzynarodowej, odchodzi z MSZ i zostaje prezesem zarządu fundacji, która „obsługuje” dystrybucję pieniędzy. Takiej machinacji kibicuje „Gazeta Wyborcza” i to dzięki niej dowiedzieliśmy się, o co w tym wszystkim chodziło: Podstawowym działaniem Fundacji będzie wspieranie organizacji pozarządowych poprzez finansowe granty […] Fundację powołano mając na uwadze ograniczenia instytucjonalne administracji rządowej przy realizowaniu projektów pomocowych, aby dzielić się solidarnie tym, co mamy – doświadczeniem skutecznej transformacji.

W skład Rady Fundacji wchodzą Marek Borowski, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa i Henryk Wujec. Taki egzotyczny skład Rady nie był żadną osobliwością, bo nikogo nie dziwiło, że promocją „praw człowieka” i ich eksportem zajmuje się ferajna Michnika. W zarządzie fundacji Radek umieszcza swego rzecznika prasowego Marcina Wojciechowskiego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”, autora filmów poświęconych dziejom Żydów polskich na Wschodzie jak również zakłamanych artykułów opisujących relacje polsko-ukraińskie, w tym rzezie na Wołyniu.

Według tego samego schematu, Stanowski dokonuje selekcji kadr dla nowo powstałej fundacji. W wywiadzie dla „Polityki” wygaduje się: „Doradztwo na Wschodzie to sprawa delikatna, także pod względem etnicznym i historycznym. Ale mamy swoje sposoby, aby dobrać właściwych ludzi do tej pracy. Już na etapie zgłoszenia patrzę, jak ktoś pisze na przykład o Ukrainie. Czy ‘sąsiedzi’, czy ‘Kresy’. Jeśli ‘Kresy’ to wiadomo, że nie ma go tam po co wysyłać. Tylko sprowokuje konflikty”.

Wśród form działalności Fundacji, czyli „Spółki Stanowski & Sikorski” jest „ a także udzielanie kredytów i pożyczek. Do odbiorców tego wsparcia i tych pożyczek wyznaczono opozycjonistów na Ukraina oraz na Białorusi (a nawet w Kazachstan).

Jednak dopiero lektura statusu Fundacji pozwala zrozumieć, po co ją powołano i że celem nie była sama pomoc, a skierowanie przeznaczonych na nią w budżecie MSZ środków na konto Fundacji Stanowskiego. Odpowiednie zapisy statutu czynią z niego organ decyzyjny w zakresie dystrybucji pieniędzy: „W przypadku państw niedemokratycznych lub o niestabilnej sytuacji politycznej” ich rozdział będzie się odbywał „bez konieczności organizowania przetargów publicznych”. A zatem Stanowski sam decydował, komu i za ile udzielić pożyczki. A jeśli konkurs był organizowany, to „ze względu na szczególne warunki polityczne w krajach, do których adresowane są wybrane projekty (a w szczególności – bezpieczeństwo beneficjentów i realizatorów projektów) zarząd Fundacji może zdecydować o niezamieszczaniu szczegółowych informacji na temat wybranych projektów”.

Nie trzeba dodawać, że takim „niedemokratycznym” krajem była wówczas Ukraina jęcząca pod jarzmem Wiktora Janukowycza. Pytany o to w Sejmie, Stanowski oświadczył: „”. Tylko w pierwszym roku działalności Spółka Stanowski & Sikorski „dofinansowała” w takim utajnionym trybie kilkadziesiąt projektów na łączną kwotę 22 mln zł.

Gdy stery Fundacji, a konkretnie jej fundusze przejmuje Rafał Dzięciołowski, szczyci się: „Opracowałem i wdrożyłem sprawny system pomocy humanitarnej, obejmujący analizę potrzeb, proces zakupowy i logistykę oraz dystrybucję na terenie Ukrainy”. Informuje też z dumą, że zorganizował ponad 50 konwojów humanitarnych do 120 hromad z obszarów wschodniej i centralnej części Ukrainy oraz zapowiada kontynuowanie pomocy „nawet na większą skalę”.

Dzięciołowski zajmuje się też Polakami na Wschodzie. Zasiada we władzach Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, która w swym statucie ma zapis „Niesienie pomocy i wspieranie Polaków zamieszkałych w krajach byłego ZSRR”, ale zajmuje się wyłącznie pomocą Ukraińcom, i to nie tylko tymi na Wschodzie, ale i tym koczującymi w Polsce. Prowadzi zbiórkę pieniędzy „na rzecz ofiar wojny w Ukrainie, dla potrzebujących przebywających zarówno po polskiej jak i ukraińskiej stronie granicy, uchodźców przebywających w Polsce oraz osób w potrzebie, które przebywają w Ukrainie”. Tak więc, zamiast Polakom na Wschodzie, pomaga ciemiężycielom Polaków na Wschodzie. Nic też dziwnego, że tamtejsi Polacy pytają, czy nie powinna nosić nazwę „Fundacja Nękania Polaków na Wschodzie”.

Ale to nie wszystko – na swojej witrynie internetowej szczyci się: „Przy dystrybucji pomocy korzystamy z rozgałęzionej sieci kontaktów z organizacjami polskiej mniejszości narodowej, polskimi szkółkami i parafiami rzymskokatolickimi”. Tak, więc, zamiast służyć Polakom na Wschodzie przerabia tamtejszych Polaków na sługi narodu ukraińskiego.

Przez władze fundacji „pomagającej Polakom na Wschodzie” przewijają się rotacyjnie osobnicy, których łączy jedno: Nie są Polakami. Przyjrzyjmy się bliżej Elizie Dzwonkiewicz. To była konsul generalny RP we Lwowie, „Nie mogę już dłużej milczeć. Z miłości do własnej Ojczyzny. Nie mogę udawać, że nie widzę tych hańbiących Polskę działań na granicy polsko-ukraińskiej. Przepraszam Was, drodzy ukraińscy Przyjaciele. To, co się dzieje, nie może być dziełem moich rodaków. Hańba i wstyd” – takimi pogardliwymi słowami wyzwała tych, którzy protestowali przeciw zalewaniu Polski ukraińskim zbożem.

Gdy Ukraina zablokowała tranzyt pociągów jadących do Polski z Chin, ta sama Dzwonkiewicz milczała. Gdy z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza ulicami Lwowa przeszedł marsz ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która spaliła żywcem tysiąc kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej, też milczała. Dlaczego na placówkę wymagającą najwyższych kompetencji, wysłano dyletantkę? Bo posiadła podstawową kwalifikację – jest Ukrainką. No i wcześniej pracowała w Ośrodku KARTA, wówczas gdy przejęli go Ukraińcy i niszczyli zdeponowane tam archiwa dokumentujące zbrodnie UPA na Polakach.

Rafał Dzięciołowski nie poprzestał na „pomocy” Polakom na Ukrainie. Zabrał się też za Polaków na Litwie. Wziął czynny udział w bitwie z polskością na Litwie wytoczonej przez sitwę wyznającą doktrynę, że przeszkodą w budowaniu dobrych relacji z sąsiadami na Wschodzie są tamtejsi Polacy i liderzy organizacji zrzeszających Polaków. Sekundowała mu ambasador RP w Wilnie Urszula Doroszewska. Nawiasem mówiąc, zadanie takie nikt nie mógł wykonać lepiej niż była aktywistka KOR i współpracowniczka Kuronia, zwolennika depolonizacji Kresów przekształcenia tamtejszych Polaków w grupy folklorystyczne i autora słów: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest miastem ukraińskim”.

W antypolskiej akcji brała udział Maria Przełomiec, sekretarz Rady inkryminowanej fundacji, która określiła lidera Polaków na Litwie mianem „łobuza”, a równocześnie chełpiła się „przyjaźnią” z hołubionym przez Geremka i Michnika największym antypolskim draniem Vytautasem Landsbergisem, pogromcą polskich samorządów na Litwie i autorem polityki dyskryminacji Polaków. Nawiasem mówiąc Radek Sikorski, którego zasługi na polu pomocy Polakom na Wschodzie są nie do przecenienia, nadał Przełomiec odznakę Bene Merito („za działalność wzmacniającą znaczenie Polski na arenie międzynarodowej”), a odznaczeniem „Zasłużony dla kultury polskiej” wyróżnił ministra kultury Litwy, mimo że ten popierał rugowanie języka polskiego ze szkół.

Wszyscy, zamiast wspierania rodaków na Wileńszczyźnie, kolaborowali z litewskimi nacjonalistami. Nieprzychylne dla polskich szkół projekty uzgadniali (za plecami Polaków) z władzami Litwy. Nie protestowali, gdy mer Wilna odrzucił pomysł, by w wileńskiej katedrze mogła być odprawiana msza w j. polskim. Tolerowali politykę historyczną Litwy o „zbrodniach polskich okupantów”. Akceptowali judaizowanie pamięci zbrodni na Polakach w Ponarach. Uznawali reprezentację Polaków na Litwie za „ruską agenturę”.

Doszło do tego, że organizacje Polaków na Litwie zwróciły się do Andrzeja Dudy z apelem o odwołanie Dzięciołowskiego z Narodowej Rady Rozwoju. W apelu pisali o haniebnych atakach Dzięciołowskiego na polskie organizacje i ich liderów, o jego nieskrywanie wrogiej i nienawistnej postawie wobec Polaków na Wileńszczyźnie i w ogóle na Kresach, z pełną premedytacją wykonującego działania o charakterze rozbijackim. W apelu widnieje zdanie: „Urzędnik kilku centralnych fundacji, na eksponowanych stanowiskach w centralnych fundacjach w Polsce, które z definicji powinny wspierać Kresy i Kresowiaków, ma na swoim koncie kilka co najmniej wysoce niestosownych, a wręcz hańbiących dokonań w rozdzielaniu publicznych środków finansowych na projekty polonijne”.

Lidera Związku Polaków na Litwie zaatakował także Mikołaj Falkowski, dziś prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, a wówczas prezes Fundacji Wolność i Demokracja/WiD, która podobnie jak wszystkie wcześniej wymienione ma we władzach Dzięciołowskiego i ma w statucie zapis: Organizacja pozarządowa działająca w obszarze pomoc Polakom i polskim mediom na Wschodzie i niesienie pomocy oraz wspieranie Polaków zamieszkałych w krajach byłego ZSRR. Tymczasem zajmuje się wyłącznie pomocą dla Ukraińców, tych na Ukrainie i tych koczujących w Polsce. Na swojej internetowej witrynie epatuje: wyekspediowaniem 100 TIR-ów z pomocą humanitarną dla Ukrainy; ewakuacją 7,2 tys. ukraińskich rodzin z kompleksowym wsparciem rzeczowym i finansowym; pomocą dla kilkunastu ukraińskich szpitali wojskowych. A fundacja ma z czego „wspomagać”, bo płynie do niej rzeka rządowych pieniędzy, tylko w latach 2017-21 otrzymała 64 mln dotacji.

Członkiem Rady programowej WiD jest oczywiście nasz dobry znajomy Rafał Dzięciołowski. Z innych osób związanych z fundacją wymienićtrzeba Roberta Czyżewskiego. Ten wprost chwali się ukraiński pochodzeniem. To wnuk ministra spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej. Poza chwaleniem się ukraińskimi korzeniami, Czyżewski w wywiadzie dla „Monitora Wołyńskiego” (dwujęzycznego pisma finansowanego przez WiD a redagowanego przez Ukraińców) ogłosił: „Może my, Polacy, powinniśmy zgrzytnąć zębami, niech im ten Bandera stoi, skoro się uparli. Bandera, człowiek, który walczył o wolną Ukrainę, zabijał polskich polityków. Przykro nam, Polakom? No przykro, ale w ostateczności nie on bezpośrednio mordował, ale wydawał rozkazy tak jak Hitler […] Jak się Ukraińcy uparli stawić mu pomniki, to może my powinniśmy odpuścić. Może niech przez polskie gardło przejdzie, że ten cel ukraiński jednak był słuszny. Strona polska również nie jest bez winy, bo reakcja polska była brutalna i również naznaczona akcjami o charakterze zbrodni wojennych”.

Wróćmy do Fundacji Solidarności Międzynarodowej. Znamienny jest skład jej władz: Władysław Teofil Bartoszewski – sekretarz stanu w MSZ (odpowiada za relacje z diasporą żydowską), którego ściga sąd za zdefraudowanie kilkunastu milionów złotych; Marcin Bosacki – były dziennikarz „Gazety Wyborczej” i przewodniczący Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej;  Aleksandra Uznańska-Wiśniewska – wiceprzewodnicząca Polsko-Tajskiej Grupy Parlamentarnej (co zrozumiałe, z uwagi na jej korzenie etniczne) oraz członkini sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą (co mniej zrozumiałe, bo Polonii w Tajlandii nie ma, chyba że za taką uznamy seksturystów, czego pokłosiem jest zresztą ona sama), też wiceprzewodnicząca Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej (i jako jedyna w Sejmie nie poparła uchwalenia 11 lipca Dniem Pamięci o ofiarach rzezi wołyńskiej). Prezeską Zarządu jest Justyna Janiszewska, która współpracowała z Fundacją Batorego i działa w zarządzie koalicji 55 organizacji pozarządowych zarejestrowanym pod nazwą Grupa Zagranica, sponsorowanych przez Fundację Batorego (czyli Sorosa) i Fundację Adenauera.

Rafała Dzięciołowskiego w Wikipedii nie ma, ale media piszą o nim: Dziennikarz, w latach 80. działacz Federacji Młodzieży Walczącej, kolporter wydawnictw podziemnych. Ale nie piszą, żeDzięciołowski i jego ferajna są niezwykle elastyczni: Przedwczoraj byli za partią Geremka, wczoraj za PiS a dziś są we frakcji kaszubskiej. Za PRL byli w Federacji Młodzieży Walczącej, a dziś są w Związku Ukraińców w Polsce. i tylko w takiej atmosferze możliwa jest sytuacja, że w Warszawie uchodzą za gorących polskich patriotów, a we Lwowie podają się za banderowców.

A co do kwalifikacji dziennikarskich, to przypomnijmy, że gdy na kijowskim Majdanie, w cieniu czerwono-czarnych flag UPA Jarosław Kaczyński, wyglądając spod pachy banderowca Kliczki i Oleha Tiahnyboka, szefa antypolskiej partii Swoboda, wygłosił przemówienie, kończąc je banderowskim pozdrowieniem „Sława Ukrainie”, to poniżającą dla Polaków scenę w sposób egzaltowany relacjonował z Kijowa Rafał Dzięciołowski, wówczas dziennikarz „Gazety Polskiej” (a wkrótce potem prezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie).Dzięciołowski jest również członkiem rady fundacji „Niezależne Media”, założonej przez Tomasza Sakiewicza, redaktora naczelnego ukraińskiej gazeta dla Polaków. Nawiasem mówiąc taką gazetą jest też wydawany przez Radio Wnet „Kurier Wnet”, na łamach którego często głos zabiera Dzięciołowski.

Na koniec kilka pytań:

– W co grają i dlaczego w tej grze karty rozdają Ukraińcy? Dlaczego los Polaków na Wschodzie złożyli na ołtarzu (lub raczej na stosie) sojuszu z Ukrainą i popierają żywioły nieprzyjazne Polakom?

– Kto pozwolił, aby sprawy Polaków na Wschodzie wzięła w łapy jednorodna etnicznie ekipa potomków tych, którzy mordowali Polaków na Wschodzie oraz na to, że gdy przejmują jakąś polską instytucję to dokonują wśród zatrudnionych w niej Polaków czystki etnicznej i że dotyczy to nawet sprzątaczek?

– Czy promując Dzięciołowskiego i jego nienawistną mowę, Radio Wnet nie wpisuje się w zamysł rządzącej Polską szajki mający na celu likwidację polskości na Kresach?

Krzysztof Baliński

https://dakowski.pl/

https://dakowski.pl/ukrainski-glos-w-twoim-domu-2/