niedziela, 12 kwietnia 2026

Porządnego psa cenię bardzej niż kardynała Rysia

 


Czasem nie potrzeba zrozumienia, słów ani wyjaśnień. Wystarczy obecność.

Podczas inscenizacji Drogi Krzyżowej wydarzyło się coś, czego nikt nie zaplanował…a co poruszyło wszystkich obecnych.

Na miejsce wszedł bezdomny pies. Nie wiedział, że to tylko przedstawienie. Gdy zobaczył mężczyznę niosącego krzyż, otoczonego przez „żołnierzy”, którzy go popychali, zareagował instynktownie. Zaczął szczekać, podbiegać i próbował ich odganiać, jakby chciał przerwać to, co widział.

Nie dało się mu wytłumaczyć, że to tylko scena. Dla niego to było coś realnego.

Kiedy „Jezus” upadł na ziemię, pies natychmiast podszedł bliżej. Położył się obok i został. Spokojny, czujny, jakby chciał po prostu być przy kimś, kto w jego odczuciu cierpi.

Ludzie patrzyli na to z mieszanką wzruszenia i niedowierzania. Bo choć wszyscy wiedzieli, że to tylko odgrywana historia, on był jedynym, który zareagował całkowicie szczerze.

Ta sytuacja przypomina coś bardzo prostego, a jednocześnie ważnego. Czasem nie potrzeba zrozumienia, słów ani wyjaśnień. Wystarczy obecność.

https://dakowski.pl/

Rzeź Libanu w wykonaniu Izraela. ONZ: Skala zniszczeń jest przerażająca


Zaledwie kilka godzin po wynegocjowaniu zawieszenia broni z Iranem, Izrael przypuścił potężny atak na Liban, w którym zginęły co najmniej 254 osoby. Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka wprost nazwał te działania „rzezią”.

Bilans najnowszych izraelskich ataków w Libanie wywołał ostrą reakcję ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych. Głos w sprawie dramatycznych wydarzeń zabrał Volker Türk, Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka.

Odnosząc się do faktu, że liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła już 250 osób, określił skalę zniszczeń i zabijania jako „po prostu przerażającą”.

Atak nastąpił w momencie, gdy ogłoszono dwutygodniowy rozejm na Bliskim Wschodzie. Izrael uznał jednak, że rozejm nie dotyczy Libanu.

„Taka rzeź, dokonana w zaledwie kilka godzin po zawarciu zawieszenia broni z Iranem, wymyka się pojmowaniu” – stwierdził Volker Türk. „Wywiera to ogromną presję na niezwykle kruchy pokój, którego ludność cywilna tak desperacko potrzebuje” – dodał.

W swoim oświadczeniu szef praw człowieka ONZ stanowczo przypomniał o żelaznych zasadach prowadzenia konfliktów zbrojnych. Türk podkreślił, że międzynarodowe prawo humanitarne jasno precyzuje obowiązek ochrony zarówno samych cywilów, jak i infrastruktury cywilnej.

„Zasady te nie podlegają żadnym negocjacjom i muszą być zawsze przestrzegane, niezależnie od okoliczności konfliktu zbrojnego” – podsumował Komisarz ONZ.

9.04.2026 nczas/rzez-w-wykonaniu-izraela-onz-skala-zniszczen-jest-przerazajaca

Brainroty, czyli apokalipsa zombie już trwa

 


Uśrednione IQ od czasu rozpoczęcia pomiarów ponad stulecie temu, w kolejnych pokoleniach stawało się coraz wyższe. Postęp był satysfakcjonujący i wydawał się trwały. Młodzież dzięki ofercie edukacyjnej – tej systemowej i tej kulturowej – stawała się bystrzejsza. Niestety, „stawała się”. Wygląda na to, że (podobnie jak w medycynie, tak przynajmniej twierdzą eksperci WHO – sic!) – lepiej to już było, mili Państwo.

Sytuacja zaczęła się zmieniać około roku 2010. Telewizory istniały dużo wcześniej. Gry komputerowe i Playstation również. Satelitarna papka i byle jakie kreskówki meblowały dziecięce głowy od kilku dziesięcioleci. Nie da się tego wyjaśnić również produkcjami z gatunku reality show czy paradokumentami typu Szkoła, na które narzekaliśmy naście lat temu. Doktor Jared Cooney Horvard, przemawiając w jednej z rad Senatu USA, przekonywał, że zmianą, która wówczas zaszła, jest szerokie wprowadzenie do szkół technologii cyfrowych. Po zachłyśnięciu się najnowocześniejszym sprzętem niczym wujek w amoku na giełdzie komputerowej, zaczęliśmy zauważać, że pomiędzy dziećmi uczonymi za pomocą zaawansowanych technologii a tymi korzystającymi z konwencjonalnych narzędzi istnieje ogromna różnica w zakresie jakości procesów myślowych, pamięci, a zwłaszcza koncentracji. Potężny spadek opiera się nie tylko na omawianym wielokrotnie nadużywaniu smartfonów, ale i na używaniu technologii, które protezują pracę mózgu.

Bodaj pierwsi zaczęli to zauważać specjaliści od neurologopedii i wczesnej interwencji, jak profesor Cieszyńska. Od kiedy małe dzieci zaczęły być zanurzane w „programach edukacyjnych”, znacznie wzrosła liczba fałszywych rozpoznań autyzmu (bo obraz funkcjonowania był podobny, a przyczyną – nie neuroatypowość, tylko… zaniedbanie cyfrowe i brak odpowiedniej społeczno-emocjonalnej stymulacji). Nastąpiła też swoista epidemia opóźnień rozwoju mowy. Po początkowym zachwycie kraje skandynawskie odeszły od upowszechniania technologii podczas lekcji, zauważając regres uczniów. Dlaczego tak się dzieje?

WESPRZYJ NAS JUŻ TERAZ!
25 zł

50 zł

100 zł

Dzieciakom mózgi gniją

Użytkowanie ekranów nawet do nauki opiera się na innym modelu: dezaktywującym umysł, sprawiającym, że jest on jedynie biernym odbiorcą – i tyle godzin, ile wcześniej musiał się aktywować (uprośćmy to: polować), teraz może pozostawać w bierności (niczym pierwotny myśliwy karmiony bez wychodzenia z jaskini). A przecież od nastu lat zindywidualizowane ekrany nosimy w każdej kieszeni…

Miliony uczniów i studentów na całym świecie już doświadczają, że tracą kontrolę nad funkcjonowaniem swojego umysłu – nie mogą się skupić, jeśli coś ich nie skupia. Tym czymś jest ruch na ekranie. Oznacza to, że nie są w stanie efektywnie skorzystać z nieruchomego tekstu… Czują się przykuci do telefonów, po które wielokrotnie sięgają bezwiednie. Scrollują przez wiele godzin dziennie. I to właśnie ten zestaw objawów, wraz z tak zwaną „uwagą złotej rybki” (zainteresowaniem tylko na krótką chwilę), nazwano brainrotem. Dosłownie gnijącym mózgiem, mózgozgniłkiem. To walki z takim „schorzeniem” dotyczą bardzo liczne materiały o detoksie dopaminowym, odwyku od smartfona, odzyskaniu kontroli. Ale jest i inne znaczenie tego wyrazu. Chodzi w nim nie tylko o sam gadżet, o narzędzie, ale o treść przekazywaną za jego pośrednictwem.

Pokoleniowym doświadczeniem generacji Alpha, czyli urodzonych po roku 2010–2015, jest codzienne wystawienie na brainroty. Zjawisko bynajmniej nie jest niszowe ani subkulturowe. To kluczowa część kultury popularnej postpandemicznego świata, niestety – szczególnie adresowana do dzieci. Im starszy odbiorca, tym większą czuje odrazę w kontakcie z brainrotem.

Brainroty to bowiem również memy (w pierwotnym znaczeniu Dawkinsowskim: bity informacji kulturowej – obrazki, filmy, motywy, znane i powtarzalne teksty, melodie czy dowolne dźwięki), mające charakter… destrukcji depozytu kulturowego. Przeróbki, komentarze do komentarzy, cytaty, symulakra… Popkultura XX wieku zrodziła poczwarę: zbiór przypadkowo sklejonych, przerysowanych elementów, zwracających uwagę swoją bezsensownością, dosadnością, głośnością. Spożywa się je prędko, jeden za drugim, przez długi czas. Nie ma tu miejsca na spójność, proces, głębszą myśl, a nawet w ogóle na sens.

To, co jeszcze niedawno mogło być kąśliwym komentarzem, ilustracją, puszczeniem oka do odbiorcy, w ogóle działaniem na marginesie, objęło w młodym pokoleniu całą specyficzną dla ich czasów kulturę popularną. Bardzo wiele brainrotów jest, co tu dużo mówić, niesmacznych, śliskich, dosłownie zboczonych, pełnych śmieci, dziwactw budzących przerażenie i zmieszanie – ogólnie nieodpowiednich. Mnóstwo z nich rozwija tematykę popularnych gier, jak Minecraft, Fortnite czy Five Nights of Freddy (z którego pochodzi słynny jumpscare). Nie ma takiej treści popularnej wśród dzieci i młodzieży, dla których nie powstałaby cała masa przeróbek o charakterze brainrotów.

Cwaniakom portfele tyją

Ta gałąź „kultury” to prawdziwa kopalnia złota. Popyt rozkręcił podaż… W końcu brainroty konsumuje się w ogromnym tempie, po kilka sekund na jeden element. Wielu ich twórców stało się potwornie bogatymi ludźmi – ten rodzaj treści generuje bowiem miliony i miliardy wyświetleń. Cocomelon (kanał od popularnej piosenki Baby Shark), charakteryzujący się przesyconymi kolorami, rzekomo dla maluchów, przy przerzutności scen od 1–3 sekund, powoduje realne opóźnienia poznawcze u oglądających go dzieci.

Popularny wśród starszych Skibiditoilet (ludzkie głowy wystające z toalet) zarabia 23 mln dolarów rocznie. Poppy Playtime (ze słynnym zębatym Huggie Wuggie, które można było kupić dwa sezony temu na każdym straganie), Digital Circus – wszelkie popularne motywy są natychmiast rozpowszechniane w setkach wersji przez swoiste farmy treści. I tak dalej – proszę spróbować wpisać w YouTube the best of brainrot compilation. Można spróbować też zapoznać się z dziecięcymi odzywkami wzorowanymi na filmach i postaciach – tak zwanym „językiem brainrotowym”. Alphy to prawdopodobnie najmniej rozmawiające pokolenie w dziejach ludzkości, jednocześnie przez znaczną część interakcji tylko wymieniające się tekstami typu:

– Skibidi.

TikTok jest użytkowany dokładnie w ten sposób: krótki kontent, nieustanne scrollowanie, zbliżone najbardziej do wielogodzinnego przerzucania się z kanału na kanał, po kilka sekund na każdym. Specyficzną odmianą treści „psujących mózg” jest gałąź komentatorów. Obserwujemy w tych filmach cudze reakcje na jakiś materiał – i na tym opiera się ich popularność. Smutna namiastka kontaktu z drugim człowiekiem.

Tymczasem do gry weszło AI i łatwo dostępne aplikacje pozwalające w kilka minut stwarzać kolejne viralowe brainroty, na przykład w formie filmików czy gifów. Sklejone w ten sposób z przypadkowych elementów postacie weszły już do dziecięcego kanonu: jak Brr Brr Patapim, Cappuchino Assasino, Tung Tung Tung Sahur, Karkerkar KurKur i inne. Gorylo-banan, rekino-człowiek i im podobne. Nie ma to żadnego sensu, ale wygenerowanych czy stworzonych specjalnie z tymi postaciami piosenek (na przykład gałąź brainrot rap czy brainrot lullaby) znajdą Państwo w internecie tyle, że moglibyście tego słuchać do końca życia. Wiele dzieci – i ich rodziców – przyjmuje postawę, jakby właśnie taki był ich ostateczny cel.

Katarzyna Wozinska
pch24.pl/brainroty-czyli-apokalipsa-zombie-juz-trwa

czwartek, 9 kwietnia 2026

Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego


W 1898 roku, gdy Stanisław Przybyszewski zjechał do Krakowa, by przewodzić młodym i zbuntowanym oraz pognębić filistra, na półkach księgarskich znalazły się dwa olśniewające debiuty powieściowe. Pierwszy to Syzyfowe prace drugi - Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego (1898). Pierwsza powieść Żeromskiego stanowiła zaledwie preludium do dalszej twórczości, nieco inaczej potoczyła się literacka kariera Józefa Weyssenhoffa (1860-1932). Mało kto startował wówczas w tak komfortowych warunkach. Arystokrata, łaskawy mecenas zasłużonej „Biblioteki Warszawskiej”, bywalec klubów, erudyta, kolekcjoner dzieł sztuki, a wreszcie… hazardzista, który podczas jednej nocy przepuścił pokaźny majątek. Przeciwnik Młodej Polski, na łamach prasy zwalczający Wyspiańskiego, Feldmana i Matuszewskiego, sympatyzował z endecją. Osoba Weyssenhoffa każe nam pamiętać, że w okresie dominacji każdego prądu artystycznego działają również jego zagorzali przeciwnicy.

Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego to bestseler wydawniczy i jedna z najgłośniejszych książek tamtej epoki. Jej odbiór świadczył jednak nie najlepiej o możliwościach ówczesnej krytyki. Podjęto dosyć nierozsądny spór, czy autor stworzył pamflet, czy też apologię swego bohatera. Z równie dobrym skutkiem moglibyśmy stawiać pytanie, czy Proust lubi opisywanych przez siebie arystokratów, czy raczej ich potępia.

Misterna konstrukcja narracyjna Podfilipskiego zadziwić może nawet współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do wszelkich ekstrawagancji prozy XX wieku. Oto pomiędzy autorem a bohaterem pojawia się postać fikcyjna: Jacek Ligęza tworzący dzieło o swym niedawno zmarłym przyjacielu.

Powstający na oczach czytelnika szkic do portretu cynicznego arystokraty nie jest ani pełny, ani jednoznaczny. Decyduje o tym postawa Ligęzy, który w swym widzeniu Podfilipskiego łączy fascynację z lekkim sprzeciwem. Niekiedy opowiadający wykazuje zdumiewającą naiwność, innym razem wręcz świadomie podsuwa fałszywy trop. Jednym słowem - nie zawsze wydaje się sojusznikiem czytelnika liczącego na ujawnienie całej prawdy o bohaterze.
Trochę podobna relacja łączy Adriana i Serenusa w Doktorze Faustusie Tomasza Manna.

Historia Podfilipskiego pisana jest jak gdyby od końca, ale tym chwytem posługiwali się ostatecznie autorzy wcześniejszych powieści przyjmujących formę pośmiertnego wspomnienia. Jednak Weyssenhoff idzie znacznie dalej.

Burzy układ chronologiczny i tradycyjny sposób budowania napięcia. Podaje informację o śmierci brata Zygmunta, Tomasza, jeszcze zanim postać ta otrzyma swoje miejsce w układzie fabularnym. Bez przesady powiedzieć możemy, że to już koncept w stylu Milana Kundery! Sposób gospodarowania powieściowym czasem, daleki od dziewiętnastowiecznego dążenia do równowagi, skrupulatna analiza błahych z pozoru epizodów i kompletny demontaż akcji również nadają powieści charakter prekursorski. Mimo wysiłków Ligęzy Podfilipski pozostaje osobowością wymykającą się próbom analizy. Jego kosmopolityzm, cynizm, pogarda nabierają pod piórem przyjaciela wymowy mniej jednoznacznej. Podfilipski (tak jak bohaterowie piszącego już w tym okresie Prousta) podniósł próżniactwo do rangi wyrafinowanej filozofii życia. Z wdziękiem paryskiego dandysa unikając zaangażowania w politykę, rewolucję, działalność społeczną, miłość, małżeństwo, spędził życie nader przyjemnie. Nie stworzył wprawdzie żadnych trwałych dzieł, ale pozostawił po sobie nieśmiertelne przesłanie - wzór postawy, w której hedonistyczny egoizm miesza się z tak istotną w XX wieku obroną autonomii jednostki.

Debiutancka powieść pozostała jedynym arcydziełem Weyssenhoffa, który w swoich kolejnych książkach coraz bardziej rozmijał się ze współczesnością, podejmując nawet próby odnowienia powieści tendencyjnej. Sprawa Dołęgi (1901) i Puszcza (1915) to utwory napisane przez sprawnego rzemieślnika. W pierwszym z nich krytyce poddana została arystokracja, bohaterem pozytywnym okazuje się natomiast - jak w powieściach wczesnej Orzeszkowej - inżynier. W Puszczy bohaterką pozytywną jest przedsiębiorcza dziewczyna, która nie tylko odnosi zwycięstwo nad młodopolską „kobietą fatalną”, ale zdobywając serce ukochanego przyczynia się również do obrony polskości na kresach.

Podnoszona przez Weyssenhoffa tendencja stłumiła znacznie bardziej atrakcyjny wątek baśniowo-magiczny, wywodzący się z kresowego folkloru.

Najciekawszym utworem Weyssenhoffa związanym z tematyką kresową jest powieść Soból i panna (1911), w której autorowi udało się uniknąć zarówno ciężaru pozytywnej tendencji, jak i fabularnych schematów. Romans dziewczyny z ludu, Warszulki i panicza Michała Rajeckiego kończy się źle, ale ani do uwiedzenia, ani do tragedii nie dochodzi. Panna wychodzi za mąż, a nieszczęśliwy adorator znajduje pociechę w sztuce myśliwskiej. Zasługuje na wzmiankę bezpruderyjna, chociaż subtelna analiza dziewczęcego erotyzmu.

Trudno też przeoczyć fakt, że tajniki psychoanalizy Freuda wykłada tutaj… ksiądz. Ukrytym bohaterem Sobola i panny jest przyroda, konstrukcję powieści wyznacza osobliwy kalendarz („rok myśliwego”). Między innymi z tych powodów zestawiano uroczą, chociaż nieco staroświecką powieść Weyssenhoffa z Panem Tadeuszem.

Jan Tomkowski
Młoda Polska 

sobota, 4 kwietnia 2026

Nox atra:


Nocą przychodzą ślepi Homerydzi
Borges który wczoraj umarł w Szwajcarii
przyjechał z drugiej półkuli w kolejną podróż poślubną
do Genewy gdzie pierwszy raz
czytał Schopenhauera
(Ostatnią książkę przeczytał przed 30 laty
później zdany na lektury kobiet)
Joyce gdy mówił o Homerze:
«Szedłem za nim wiernie
aż do najdrobniejszych szczegółów»
(«Jestem już niemal ślepy» dodał)

Henryk Grzeniewski

piątek, 3 kwietnia 2026

Paul Claudel, Dziennik, 1904–1955,

 

przekład z francuskiego, wybór i słowo wstępne Juliana Rogozińskiego (serdeczne pozdrowienia!), PAX, Warszawa 1977 Czytanie czyjegoś dziennika, o którym nie wiadomo, czy był pisany z myślą o druku, to czynność zawsze nieco paskudna, tak jak podsłuchiwanie, podglądanie, grzebanie w cudzych manatkach i listach.

Tutaj sprawę komplikuje jeszcze to, że Paweł Claudel nie należy do najbardziej u nas znanych pisarzy francuskich, i zdarzyć się może, że wielu czytelnikom przedstawi się po raz pierwszy nie jako poeta czy dramaturg, ale jako autor tych właśnie luźnych notatek. Nie będzie to z pewnością najwłaściwszy początek znajomości, ale kto wie, czy nie najbardziej skuteczny. Już po kilkunastu kartkach Claudel wciągnie nas w świat swoich apodyktycznych sądów i sprzeczności, którymi był, że tak powiem, miotany. Wprawdzie w samych sprzecznościach nie ma jeszcze nic osobliwego, każdy je w sobie nosi, ale u Claudela stopień ich natężenia był rzeczywiście niepospolity. Na jednej stronie będziemy obcować z poetą, na drugiej z buchalterem. Na innej z głęboko wierzącym chrześcijaninem, na dalszej z małodusznym bigotem, który teoretycznie kochał bliźniego swego, ale praktycznie bardzo go nie lubił. Aż czytać hadko, co wypisuje Claudel o różnych innowiercach. Duch ekumenizmu nie oświecał jeszcze tego gwałtownika. Zresztą i dla swoich kolegów, pisarzy katolickich, niewiele miał wyrozumienia. A w ogóle to całej niemal literatury nie znosił, choć kochał ją po swojemu, a trzeba wiedzieć, że należał do najbardziej oczytanych pisarzy swego pokolenia. No i wreszcie sprawa, którą śledziłam w Dzienniku z niemałym zaciekawieniem. To życie, pełne wewnętrznego niepokoju – jakież ono było na zewnątrz uładzone i spokojne… Krzepkie zdrowie, brak trosk materialnych, żadnych rodzinnych kataklizmów. Nawet historię udało się Claudelowi utrzymać w pewnym dystansie od własnej osoby. Pierwszą wojnę światową przesiedział na placówkach dyplomatycznych z dala od okopów nad Marną. Drugą przeżył bez osobistych nieszczęść w swojej wiejskiej posiadłości, pisząc i wydając książki, wystawiając swoje sztuki w teatrach. Nikt z jego szeroko rozgałęzionej rodziny nie ucierpiał w tych potwornych przecież czasach. Po wojnie niczego nie zamierzał odbudowywać, zaczynając „od dymu z komina”. Ta przenośnia, wypowiedziana ustami dalekiego, nie znanego mu poety, brzmiałaby w jego uszach przesadnie, może dziwacznie, może wręcz niezrozumiale…

Wisława Szymborska
Wszystkie lektury nadobowiązkowe

***
Dziennik czyta się bardzo przyjemnie. Chyba dalej można go kupić na allegro za parę złotych.  

czwartek, 2 kwietnia 2026

Wstrząsające wyznanie Jagielskiej przed Wielkanocą



Dzień dobry Panie Mirosławie. 

Niemieckie gazety dla Polaków, [może one są tak samo niemieckie, jak gazeta wyborcza polska] jak zwykle przed Wielkanocą, zajęły się promocją odrażających patologii. Polskojęzyczny Newsweek użył do tego celu wywiadu z aborterką Gizelą Jagielską.

Gizela Jagielska wyjaśniła w wywiadzie, dlaczego tak chętnie zabija dzieci chlorkiem potasu. Wspomina sytuację, jak wielkim kłopotem była dla niej kiedyś aborcja dziecka w 7 miesiącu ciąży. Jagielska podała środki wywołujące poród, w wyniku którego urodził się żywy noworodek. W wywiadzie nie ma słowa o dalszym losie dziecka. Możemy domyślać się, że nie udzielono mu pomocy, oczekując aż umrze z wyziębienia i głodu.

Według zachodnich statystyk, około 20% późnych aborcji kończy się narodzeniem żywych dzieci. Oficjalna propaganda zaprzecza, że dziecko w łonie matki jest człowiekiem, ale żywy noworodek to dla aborterów duży kłopot, bo trudno zaprzeczyć, że jest człowiekiem.

Od tego czasu Jagielska zawczasu zabija duże dzieci zastrzykiem z chlorku potasu w serca – aby upewnić się, że dziecko umrze jeszcze w łonie matki.

W krajach, w których wykonuje się skazańcom wyrok kary śmierci przez podanie chlorku potasu, obowiązkowe jest podanie wcześniej środka znieczulającego. Jagielska nic nie wspomina o znieczulaniu swoich ofiar.

Panie Mirosławie, już jutro Wielki Czwartek – rozpoczynamy obchody śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa. Ewangelia św. Mateusza tuż przed opisem męki Zbawiciela przedstawia nam wizję Sądu Ostatecznego i przekazuje słowa Syna Człowieczego:

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.”

To jednak nie wszystko. Zbawiciel powiedział też:

„Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”

To słowa skierowane do nas.

Co ja robię, gdy widzę lub słyszę, że bestialsko mordowane są bezbronne, niewinne dzieci? Czego nie uczyniłem dla nich, tego nie uczyniłem również Jezusowi.

Nasza Fundacja istnieje po to, aby być głosem dzieci, które same bronić się nie mogą i dać wielu osobom możliwość włączenia się w ich obronę. Pan Jezus, który obiecał, że będzie pamiętał o kubku wody podanemu jednemu z najmniejszych, z pewnością nie zapomni o tych, którzy wstawiali się za nimi.

Dlatego proszę Pana, aby pomógł nam Pan powstrzymać Jagielską i innych aborterów. W marcu rozpoczęliśmy akcje pod szpitalem w Lubaniu, gdzie aktualnie „pracuje” Gizela Jagielska.

Przypomnijmy, że nasi wolontariusze przez 9 lat organizowali działania w Oleśnicy (kiedy Jagielska masowo abortowała tam dzieci) znosząc nieustanne prześladowania, napady, ataki i represje sądowe. Przyczyniło się to do odwołania Jagielskiej. Podobnie może stać się w Lubaniu oraz innych szpitalach.

Co razem możemy zrobić?

Nasi działacze chcą regularnie być pod szpitalem w Lubaniu – głosić prawdę o aborcji i modlić się publicznie, wytrzymując przy tym kolejne ataki i napady oraz znosząc przesłuchania i kolejne procesy sądowe wytaczane nam za obronę dzieci.

Pan swoim zaangażowaniem finansowym może umożliwić im te działania i bronić ich przed represjami.

Na co konkretnie przełoży się Pana pomoc?

– zakup nowych bannerów, transparentów, megafonów, głośników i namiotów, dzięki którym prawdę o aborcji oraz modlitwę widać i słychać z daleka,
– zatankowanie naszych samochodów, co umożliwi transport wolontariuszy (bardzo ważne przy aktualnych cenach paliwa),
– wydruk materiałów informacyjnych na temat aborcji (broszur, ulotek itp.), które nasi wolontariusze rozdają każdego dnia setkom ludzi na ulicach i pod szpitalami.

Pana pomoc umożliwi również funkcjonowanie Centrum Prawnego naszej Fundacji, które ochrania wolontariuszy przed represjami sądowymi. Jest to dla nas obecnie koszt ponad 10 000 zł miesięcznie. Przypominam, że tylko w 2024 roku nałożono na nas ponad 100 000 zł kar i grzywien za ratowanie życia dzieci pod szpitalem w Oleśnicy, a aktualnie toczy się przeciwko nam ponad 80 rozpraw i procesów.
Pańskie wsparcie pozwoli nam przygotować się na kolejne prześladowania.

Zarówno ja jak i wolontariusze naszej Fundacji liczymy na Pana. Proszę pomóc nam powstrzymać Jagielską i ratować dzieci przed koszmarem aborcji. Udało się usunąć Jagielską z Oleśnicy, uda się również z Lubania.
WPŁACAM

Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

https://dakowski.pl/